♡❤♡
Dzięki wam blog WYGRAŁ w konkursie na BLOG MIESIĄCA: LUTY !!!
♡❤♡
Z pięciu nominacji do 1D Awards udało się WYGRAĆ aż CZTERY !!!
Jestem tak dumna i szczęśliwa, że jeszcze trochę, a zacznę chodzić po ścianach z tej radości ;)

!!! Dziękuję !!!
♡❤♡
- Wstawaj, śpiochu... - powiedziałem
cicho z ustami przy uchu Kate. Chwyciłem zębami złote kółeczko i pociągnąłem za nie delikatnie. Zamruczała niczym mały kotek i tylko
bardziej wtuliła się w poduszkę. Wiedziałem, że wciąż jest zmęczona i najchętniej pozwoliłbym jej jeszcze pospać, ale niestety nie było takiej możliwości. „Nie dziś” odepchnąłem strach, który próbował mnie obezwładnić. - Czas wstawać... - uśmiechnąłem
się do pielęgniarki, która przyglądała się nam z ciepłym
błyskiem w oczach. Pokazała na migi, że wróci za pięć minut
i wyszła z pokoju.
- Jeszcze nie... - usłyszałem
stłumiony głos dziewczyny. Wyciągnęła rękę, by złapać moją i przyciągnąć
mnie do siebie. Po chwili leżałem obok niej, tuląc się do tego
wspaniałego ciała. „Pielęgniarkom raczej się to nie spodoba” pomyślałem, skradając jej całusa.
- Musisz wstać, kochanie –
powiedziałem cicho, delikatnie zakładając jej kilka kosmyków za ucho. -
Już czas...
Poczułem jak zesztywniała po tych słowach. Takiej reakcji się spodziewałem. Oznaczała, że w końcu Kate obudziła się na tyle, by
przypomnieć sobie, gdzie się znajdowała i co ją teraz czeka. Ciche westchnienie tylko
mnie w tym utwierdziło. Obróciła się w moich ramionach i
przytuliła mocno, przykładając ucho do mojej piersi. Uwielbiałem,
gdy tak robiła. Wtedy naprawdę czułem, że moje serce biło tylko
dla niej. „I wiedziałem, że ona też to czuje...”
Nic nie powiedziała, ale mogłem być
z siebie zadowolony. Jako budzik sprawdziłem się idealnie. Jednak najchętniej poszedłbym spać razem z nią i to na tak
długo, by nie musieć stawiać czoła tej sytuacji. Fajnie byłoby przespać wszystkie problemy. „Szkoda tylko,
że tak się nie da...” Pocałowałem ją w czubek głowy, gładząc
uspokajająco po plecach. Chciałem coś powiedzieć, ale strach znów chwycił mnie za gardło. „Weź się w garść, człowieku”
nakazałem sobie sam już nie wiem, który raz. Miałem ogromną nadzieję, że
chłopaki szybko odbębnią dzisiejsze spotkania i przyjadą wspierać
nas swoją obecnością. „Tylko które z nas bardziej tego wsparcia
potrzebowało?”
Ostatni tydzień minął zbyt szybko.
Za szybko. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że mamy tyle czasu, a
teraz byłem tu. Znów w tej samej sali i kolejny raz tuliłem do
siebie moją dziewczynę. „Tym razem już narzeczoną” poprawiło
mnie moje drugie ja, chyba pierwszy raz oszczędzając wrednych
komentarzy. Ostatnio byliśmy tu tylko na badaniach, które miały
otworzyć przed Kate wachlarz możliwości. „I tak się stało...”
westchnąłem, gładząc ją po włosach.
- Nie mogę uwierzyć, że to już... -
usłyszałem ciche słowa. Uniosła się na łokciu i skierowała na
mnie swoje zaspane jeszcze oczy. Kolejny raz w mojej głowie pojawiła
się myśl o tym, że wyglądają niesamowicie. Tylko one potrafiły
zajrzeć w głąb mnie i dojrzeć wszystko. Można było w nich ujrzeć
wszystkie jej emocje, a jednocześnie miało się wrażenie, że
skrywają bezmiar tajemnic. Uwielbiałem się w nich zatapiać. „Proszę cię Boże, musi się udać...”
sam już nie wiem, który raz w przeciągu ostatniego tygodnia
błagałem o cud. - Cieszę się, że tu ze mną jesteś, Lou...
- Gdzie indziej mógłbym być,
skarbie? - musnęła mój policzek dłonią i pochyliła się,
złączając nasze usta w delikatnym pocałunku. Jej ostrożność
poruszała wszystkie struny w moim ciele. Pogłębiłem pocałunek,
czując że wargi Kate rozciągają się w uśmiechu. „Kolejna z
tych rzeczy, które tak w niej kochałem...” przyciągnąłem ją
do siebie, nie przerywając smakować jej ust. Dopiero wielce wymowne
chrząknięcie sprawiło, że oderwaliśmy się od siebie, a uroczy rumieniec zabawił policzki mojej dziewczyny.
- Panie Tomlinson – Kate uśmiechnęła
się przepraszająco, ale jej oczy śmiały się do mnie łobuzersko.
Jej wargi ułożyły się w nieme „ups”. - To nie hotel. Proszę
opuścić łóżko narzeczonej. Obiecał się pan zachowywać... –
„Musiałem być niespełna rozumu, gdy to robiłem.” Kobieta posłała mi jedno z tych spojrzeń, które sprawiały, że miało
się ochotę ukryć w najbliższej dziurze. Ewentualnie błagać o wybaczenie, bijąc się w pierś. - Dzień dobry, kochanie
– prawie zagruchała, zwracając się do Kate. Pokręciłem głową
rozbawiony, przyglądając się jak pomaga przygotować się
dziewczynie do operacji. Starałem się nie przeszkadzać, bojąc się, by
nie skończyć za drzwiami. - Musisz zdjąć całą biżuterię, skarbie.
Potrzebujesz pomocy?
- Nie... - nie odrywałem wzroku od
palców Kate, gdy odpinała kolczyki i łańcuszek, odkładając je
na szafkę obok łóżka. Uśmiechnąłem się, wspominając tamte
magiczne dni, kiedy trafiły w jej posiadanie. „Kiedy to było?”
- Lou?
- Tak? - niczym na rozkaz, natychmiast
znalazłem się u jej boku, rozbawiając tym pielęgniarkę, która
uprzedzając, że zaraz pojawi się lekarz, opuściła salę. „Nareszcie...”
- Zaopiekujesz się nim dla mnie? -
powiedziała Kate i dopiero słysząc jej słowa, zwróciłem uwagę na
dłoń, w której spoczywał pierścionek zaręczynowy.
- Oczywiście. Będę go strzegł, jak oka w głowie – wsunąłem sobie
pierścionek na mały palec, by przypadkiem go nie zgubić i splotłem
nasze palce razem. - Skarbie... - sam nie wiem, co tak właściwie
chciałem powiedzieć. Może miało to być kolejne „wszystko
będzie dobrze”, a może tym razem coś bardziej elokwentnego... Nie
było nam dane się o tym przekonać, bo przerwało mi pojawienie się
doktora Wellera. Wraz z nim pojawił się strach. „A może był tu cały czas?”
- Witam moją ulubioną pacjentkę w
ten niezwykle piękny poranek – mężczyzna uśmiechał się
przyjaźnie, a z całej jego sylwetki biła pewność siebie i
profesjonalizm. Rzucił okiem na kartę, wiszącą przy łóżku i
wydawał się zadowolony z tego, co w niej przeczytał. Odkąd wczoraj przyjechaliśmy na
badania, robił wszystko, by wypędzić z nas wszelkie obawy oraz wątpliwości i chwilami
miałem wrażenie, że naprawdę mu się to udało. A potem strach
wracał. „Wszystko będzie dobrze” upomniałem się w myślach, z całej siły starając się, by nie zdradzić przed narzeczoną mojego
przerażenia. - Gotowa?
- Gotowa – Kate uśmiechem przykryła
swoje zdenerwowanie. - A z pewnością bardziej już nie będę –
dodała, wciąż mocno trzymając mnie za rękę.
Mężczyzna uchylił drzwi i weszło
dwóch rosłych pielęgniarzy, pchając przed sobą szpitalne łóżko, o wiele węższe niż to, które znajdowało się w pokoju. Lekarz
zabawiał nas wesołymi anegdotkami, podczas gdy ja pomagałem Kate
ułożyć się wygodnie. Z każdym uderzeniem serca czułem, że
trudniej mi się oddycha. Nawet te uderzenia były jakieś inne.
Jakbym walczył o każde jedno. Strach. Przerażenie. „I
nadzieja...” zagryzłem zęby, by z moich ust nie wydostał się
żaden niepożądany dźwięk, który mógłby zmartwić Kate.
„Będzie dobrze” próbowałem nad sobą zapanować, ale tym razem
już nie przychodziło mi to tak łatwo. „Musi być.”
Kroczyłem korytarzem, nie wypuszczając
dłoni narzeczonej z mocnego uścisku. Nie widziałem spojrzeń,
jakie posyłały nam mijane osoby. Widziałem tylko ją, uśmiechającą
się do mnie delikatnie. Wiedziałem, że się boi, ale z naszej
dwójki ona była tą silniejszą. Jej uśmiech był tym prawdziwszym w tym momencie. Ściskała moją dłoń, a jej
niesamowite oczy zapewniały mnie o tym, jak bardzo mnie kocha.
W końcu zatrzymaliśmy się przed
dwuskrzydłowymi drzwiami. „Już czas...” moje serce zamarło, a
w głowie wybuchł istny huragan. „Wcale nie musimy tego robić...
Nie potrzebujemy tego... Nie ryzykujmy...” Panika, to słowo
idealnie opisywało to, co teraz czułem.
- Wszystko będzie dobrze, Lou –
ścisnęła moją dłoń. - Widzimy się za kilka godzin –
uśmiechnęła się, żartując, a ja zastygłem przerażony. Déjà vu. „Nie!!!” W jednej sekundzie przed oczami przeleciały mi sceny z tamtego okropnego snu i zapomniałem
jak się oddycha, a nogi chyba tylko jakimś cudem jeszcze się pode
mną nie ugięły. „Weź się w garść, idioto! Natychmiast!”
moje drugie ja, gdyby mogło, właśnie kopnęłoby mnie w tyłek.
- Jestem tu i czekam na ciebie,
kochanie – powiedziałem, nachylając się po jeszcze jeden
pocałunek. Starałem się wyrzucić wspomnienia koszmaru z głowy. -
Po prostu do mnie wróć...
Przemierzałem nerwowym krokiem pokój,
w którym polecono mi czekać. Cały czas próbowałem wyrzucić z
głowy niechciane myśli, ale wspomnienia tamtego przerażającego
koszmaru wciąż uparcie do mnie powracały. Przekonywałem samego siebie, że
nie mam żadnego déjà vu. Że tym razem wszystko jest inaczej.
Począwszy od niebieskich drzwi, za którymi zniknęła moja
narzeczona, do tego pokoju, który przecież w niczym nie przypominał
korytarza, który śniłem. Wtedy wszystko było zielone, teraz
przeważał błękit i złoto. „Niebieski... Ulubiony kolor Kate”
uśmiechnąłem się, zatrzymując przed oknem. „Tym razem wszystko
jest inaczej...” westchnąłem, zapatrzony w widok za szybą.
- Wszystko będzie dobrze –
powiedziałem na głos, jakby to miało pomóc mnie przekonać. I
znów rozpocząłem nerwową wędrówkę, przerywaną co jakiś czas,
czy to staniem przy oknie, czy też siedzeniem na kanapie. Zegar nad
drzwiami dosłownie kpił sobie ze mnie. Miałem wrażenie, że każda
minuta ciągnie się w nieskończoność. „Czas... Nienawidziłem
drania...” Zatrząsł mną strach, gdy te słowa rozbrzmiały w
mojej głowie. - Wszystko będzie dobrze – wysyczałem przez zęby,
kładąc przesadny nacisk na każde słowo. - Dlaczego to tyle trwa? -
jęknąłem, opadając na fotel i chowając twarz w dłoniach.
„Zwariuję tu...”
- Lou? - pojawienie się Marka z kolejną
porcją obrzydliwej kawy przerwało na chwilę moje użalanie się
nad sobą. Wziąłem od niego parujący kubek, by choć na chwilę zająć czymś moje
trzęsące się dłonie. Patrząc na niego widziałem, że nie tylko
ja jestem przerażony. Kate w każdym potrafiła odnaleźć
przyjaciela. Jej wielkie serce sprawiało, że miała ich więcej, niż pewnie zdawała sobie sprawę. - Paul dzwonił.
Właśnie wylądowali. Będą za jakieś pół godziny...
- Harry, natychmiast wracaj do samochodu – ciche
polecenie Paula zadziałało lepiej niż rozkaz niejednego generała. Gdy używał „tego” tonu, każdy wiedział, że lepiej nie dyskutować. „Choć pierwsze lekcje były bardziej niż bolesne.”
- Nie po to przylecieliśmy tu bez większego szumu, by teraz
obwieścić wszem i wobec, gdzie jesteście.
- Ale... - przyjaciel spojrzał tęsknie
w kierunku wejścia do szpitala. Doskonale go rozumiałem, bo sam
chciałbym już znaleźć się w środku. „Zresztą nie byliśmy w
tym osamotnieni.” Zayn również wyglądał, jakby rozważał wyskoczenie z samochodu. Czekaliśmy najdłuższe dziesięć minut w moim życiu na
pojawienie się Andy'ego, ale w końcu mogliśmy wjechać na parking
dla pracowników, znajdujący się w podziemiach. Wyskoczyliśmy z
samochodu, prawie taranując Paula i pobiegliśmy do windy, gdzie czekał na nas facet
o urodzie bulteriera.
- Witam – przywitał się z nami
skinieniem głowy, a z Paulem wymienił uścisk dłoni. - Operacja nadal
trwa. Mam was zaprowadzić do prywatnego pokoju, gdzie będziecie
mogli zaczekać na lekarza – mówił ze śmiesznym akcentem, ale
przynajmniej po angielsku.
Miałem wrażenie, że przemykamy się jakimiś zapomnianymi korytarzami, bo nie natknęliśmy się na swojej drodze na żadnych pacjentów. A
przynajmniej miałem nadzieję, że to nieużywana część budynku, bo w przeciwnym razie byłby to
bardzo dołujący kolorystycznie szpital. „Od tej szarości zaraz sam się pochoruję...”
- Niall, śpisz? - Liam szturchnął
mnie w ramię, gdy tylko weszliśmy do jasnego pomieszczenia i wskazał głową Paula. Menadżer przyglądał mi się, jakby czekając na jakąś reakcję z mojej strony. „Cholera. Jakie było pytanie?”
- Tak? - rozejrzałem się po
przyjaciołach, licząc, że któryś mi podpowie, o co chodzi.
- Masz ochotę coś zjeść? - powtórzył mężczyzna i dopiero
teraz zauważyłem, że staliśmy obok stołówki.
- Nie jestem głodny – mruknąłem
pod nosem. Czułem, że żołądek skręcał mi się z nerwów i
jedzenie było ostatnim, o czym teraz myślałem. - Możemy po
prostu już iść do Louisa? - powiedziałem na głos to, czego wszyscy pragnęliśmy.
Kilkanaście metrów dalej ochroniarz
delikatnie zapukał w drzwi z mlecznego szkła i otworzył je przed
nami. Na widok przyjaciela głośno wciągnąłem powietrze. Stał przy
oknie i gapił się na widok za nim. Choć jeśli miałbym się
zakładać, to raczej był zbyt pochłonięty swoimi myślami, by
cokolwiek zauważyć na zewnątrz. Mark siedział pod ścianą,
trzymając w dłoniach pusty kubek i wyglądał jakby się do niego modlił. W powietrzu czuć było nagromadzone emocje.
Harry bez słowa przepuścił Alex w
drzwiach i pewnym krokiem pognał do Louisa.
- Lou... - powiedział cicho,
nim zamknął przyjaciela w silnym uścisku. Ten, jakby wyrwany z transu,
rozejrzał się zaskoczony dookoła, posyłając nam ledwie zauważalny
uśmiech.
- Już jesteście... – odetchnął z
ulgą i przywitał się ze wszystkimi po kolei. Gdy go obejmowałem,
czułem jak drżał. Ze strachu. Z przerażenia. Kiedy witał się z
Alex, coś tam sobie szeptali, ale nie byłem w stanie rozróżnić
pojedynczych słów. Jednak cokolwiek mu powiedziała, uśmiech na
jego twarzy wydawał się szczerszy, a w oczach nadzieja wyparła
poprzednie uczucia. - Jeszcze nic nie wiadomo – odezwał się po
chwili, siadając między Harrym i Alex. Opadłem na fotel
naprzeciwko. - To już trwa ponad trzy godziny... – westchnął,
nie podnosząc na nas wzroku. Patrzył się na swoje dłonie i bawił
się srebrnym kółeczkiem, w którym po chwili rozpoznałem
pierścionek Katy.
Siedzieliśmy w milczeniu. Nikt nie
wyskoczył ze standardowym „wszystko będzie dobrze”. Po prostu
czekaliśmy, a zegar nad drzwiami odmierzał czas. „I robił to
strasznie wolno...”
Zerknąłem na telefon, uśmiechając
się na widok tapety. Mogłem tylko żałować, że Katie nie mogła
spędzić ze mną więcej niż te kilka dni, ale to i tak był
niesamowity czas i byłem wdzięczny za każdą, spędzoną z nią sekundę. Choć oczywiście oddałbym wiele, by siedziała teraz obok
mnie i swoim pozytywnym nastawieniem do życia dodawała mi otuchy i zapewniała mnie, że wszystko się uda, a moja wspaniała „siostra” niedługo spojrzy mi w oczy.
Od rana kusiło mnie, by zadzwonić do Katie, ale grzecznie czekałem,
aż da mi znać, że skończyła pracę. Miałem wielką nadzieję, że gdy już się
odezwie, to będę miał jej do przekazania jakąś dobrą wiadomość
odnośnie Katy. Bawiłem się komórką, obserwując Louisa. Był
kłębkiem nerwów, choć naprawdę starał się jakoś trzymać.
Pamiętając w jakim stanie był, gdy Katy poprzednio trafiła do
szpitala wiedziałem, że teraz naprawdę robił wszystko, by nie
panikować.
Podskoczyłem na fotelu, gdy otworzyły
się drzwi. Paul przepuścił w nich kobietę pchającą zastawiony
wózek. Uśmiechnęła się do nas przyjaźnie, stawiając go obok
stolika pod ścianą. Opuściła pokój bez słowa.
- Komuś kawy? - Zayn sięgnął po
pierwszy termos i odkręcił go, krzywiąc się na widok zawartości.
- Albo herbaty? - powiedział sięgając po drugi dzbanek, w którym
musiał znaleźć to, czego szukał, bo szybko napełnił kubek i
przyssał się do niego. Zauważyłem jakieś ciastka na talerzu i
kanapki na drugim, ale wciąż nie mogłem zmusić się do sięgnięcia
po nie, choć przecież nie zjadłem nawet śniadania. „Najem się,
gdy już z Katy wszystko będzie dobrze” obiecałem sobie i
wróciłem do mojego jakże zajmującego zajęcia. Jakimś cudem
obserwowanie Louisa dziwnie mnie uspokajało. „Na tyle, na ile to
było możliwe...”
Tylko kilka razy widziałem mojego
przyjaciela w takim stanie i za wyjątkiem jednego, wszystkie
pozostałe miały związek z Kate. Ta dziewczyna skradła mu
serce i nie potrafiłbym sobie nawet wyobrazić, co by się z nim
stało, gdyby jej zabrakło. „Dlatego wszystko będzie dobrze”
powiedziałem siebie z całym przekonaniem na jakie było mnie stać.
W mojej głowie brzmiało to nawet nieźle. Przekonywująco. Chciałem
się odezwać, by jakoś przerwać tą okropną ciszę, ale za każdym
razem, gdy już miałem otworzyć usta, coś mnie powstrzymywało. A
przecież wiedziałem, że to całe milczenie wcale nikomu nie
pomagało. Odrzucałem kolejne tematy, zastanawiać się, co
skutecznie zajęłoby uwagę przyjaciela. „Cholera, jak na
złość...”
- Będę ojcem... - powiedziałem i nie
mogłem się nie uśmiechnąć, słysząc rozbawione prychnięcie Alex. Miłość w jej spojrzeniu dodawała mi sił.
- Wiemy, stary – parsknął Niall, zerkając w moją stronę. -
Zrzuciliście nam tę bombę tydzień temu i nadajesz na ten temat od
tamtego czasu... - Louis w końcu oderwał oczy od swoich dłoni i
spojrzał na mnie, uśmiechając się i kiwając głową na znak, że zgadza się z Horanem.
- No wiem – przewróciłem oczami. -
Ale teraz wiemy to już na sto procent. Byliśmy u lekarza... - ta
wiadomość zaciekawiła wszystkich. No, może tylko Paul nie
zdradzał żadnych oznak zainteresowania, ale w końcu on już
wszystko wiedział. „Jeden zero dla genialnego Stylesa za jeszcze
genialniejsze pomysły.” - Dziewiąty tydzień – wyszczerzyłem
zęby w uśmiechu i posłałem rozbawione spojrzenie Markowi, którego mina świadczyła o tym, że wciąż miał świeżo w pamięci swoją ostatnią wpadkę. „Tak to jest, jak sobie facet doda dwa do dwóch i wychodzi
mu pięć...” - Ma całe dwa centymetry i... - musiałem w końcu
nabrać powietrza – normalnie nie mogę uwierzyć, ale widziałem
jak jej serce biło...
- Jej? - Louis spojrzał na mnie
zaciekawiony.
- Jeszcze nie wiadomo – powiedziała
szybko Alex, ale ja tam swoje wiedziałem. - On sobie ubzdurał, że to dziewczynka będzie...
- Bo będzie – splotłem ramiona na
piersi. - Czuję to w kościach. Jeszcze zobaczysz, mamuśka. To
będzie prawdziwa córeczka tatusia... - uśmiechnąłem się, rozmarzony.
- Ciekawe co powiesz, gdy urodzi się
wam chłopiec? - Zayn posłał mi rozbawione spojrzenie. „I ty, Brutusie?”
- Złoży reklamacje w szpitalu? -
podpowiedział Niall, puszczając mi oczko. Blondyn ostatnio był istnym reaktorem szczęścia i samo przebywanie w jego towarzystwie działało lepiej, niż solidna dawka gazu rozweselającego.
- Nie znacie się – strzeliłem
pokazowego „focha”. - Ja będę miał dziewczynkę. Louis
chłopca. Chajtniemy ich ze sobą i wszystko zostanie w rodzinie.
Plan idealny – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, dumny ze swoich
przemyśleń. „No, powiedzmy, że nad tym myślałem...”
- Idiota... - usłyszałem westchnienie
Alex.
- Nie obrażaj ojca swoich dzieci,
Motylku...
- Może nie rozpędzajcie się tak bardzo –
wtrącił szybko Paul, kierując się w stronę drzwi, by odebrać dzwoniący
telefon. - Może na razie niech to jedno przyjdzie na świat i
dopiero pomyślicie o kolejnym...
- Ty go lepiej nie zachęcaj, bo
jeszcze jak zacznie myśleć, to mu się zamarzy cała drużyna piłkarska – parsknął
Niall, sięgając po butelkę z wodą.
- To jest myśl – zaśmiałem się, przybijając piątkę z Louisem. Szybko jednak przybrałem maskę niewinności pod wpływem spojrzenia Alex.
„Powiedzmy, że się nabrała...”
- Powiedziałeś już rodzicom i
siostrze? - Lou jednym zdaniem starł uśmiech z mojej twarzy i
oczywiście bezbłędnie odczytał odpowiedź. - Rozumiem...
- Nie chcieliśmy tego robić przez
telefon – Alex przyszła mi z pomocą. „Moje kochanie...” - Zaprosimy ich na obiad,
gdy tylko wrócimy do Londynu...
„Mówiłem, że jestem genialny?”
Uśmiechałem się pod nosem, przysłuchując się toczącej się
dyskusji o ciąży, dzieciach, koncertach i o tym, jak sobie z tym
wszystkim poradzimy. Dobrze wiedzieć, że cokolwiek się stanie, ma
się wsparcie przyjaciół. Wierzyłem, że moja rodzina również mnie nie zawiedzie. „Cóż... Niedługo się przekonamy...” Puściłem Alex oczko nad głową Louisa. O dziwo nawet jego udało się wciągnąć do rozmowy. Czas wprawdzie nadal
ciągnął się niemiłosiernie i raczej kłamstwem byłoby
stwierdzenie, że Lou przestał się stresować, ale przynajmniej wróciły
mu kolory i nie przypominał już zombie. Ponabijaliśmy się jeszcze trochę
z Marka i jego ciążowej pomyłki i w ogóle wydawało się, że
atmosfera w pokoju zrobiła się ciut lżejsza. „Niewiele, ale
zawsze to coś...”
- Idę poszukać kibelka – moja
dziewczyna szepnęła mi na ucho i ruszyła w stronę drzwi. Sekundę później byłem już
przy niej. Spojrzała na mnie rozbawiona.
- No, przecież nie puszczę cię samej
– powiedziałem, otwierając drzwi. - Jeszcze się utopisz, albo cię porwą...
Daleko szukać nie musieliśmy i mając za nic
moje próby dostania się do środka, moja dziewczyna ostentacyjnie
zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. „A to w końcu koedukacyjny kibelek był.” Oparłem się o ścianę,
rozglądając z zaciekawieniem dookoła. Andy siedział pod
zajmowanym przez nas pokojem i przeglądał jakąś gazetę.
„Ciekawe, czy cokolwiek z niej rozumiał?” Dojrzałem również
Paula, który z niezbyt tęgą miną, rozmawiał przez telefon. „A
to ci nowina...” Jednak coś w wyrazie jego oczu, gdy na mnie spojrzał,
powiedziało mi, że nie jest dobrze. A może to było to jego nerwowe
przeczesywanie włosów? Gest, który pojawiał się u niego, tylko wtedy, gdy
naprawdę było nieciekawie. „Boże, co znowu?” Dziwne zimno
liznęło mnie po plecach, aż się cały zatrząsłem. „Z kim mógł
rozmawiać?” Menadżer opadł ciężko na siedzenie obok Andy'ego i
chyba pierwszy raz wadziłem na jego twarzy taki grymas. Jakby
zupełnie nie wiedział, co zrobić z tym, czego właśnie się dowiedział.
Wpatrywałem się w niego, czekając na jakikolwiek gest, czy słowo,
które wyjaśniłoby jego zachowanie.
- Co się stało? - nawet nie
zauważyłem, kiedy Alex stanęła przede mną. Przyglądała mi się w skupieniu.
- Nie wiem... - powiedziałem, kiwając
głową w stronę Paula, który teraz masował sobie skronie i robił
to tak, jakby próbował wbić sobie palce do głowy. Podeszliśmy
do niego w milczeniu. Miałem dziwne przeczucie, że nie powinniśmy
pytać się go o nic, a jednocześnie musiałem wiedzieć.
- Coś z Kate? - Alex zrobiła się
blada jak ściana i wpatrywała się w mężczyznę nie mrugając i
praktycznie nie oddychając.
- Nie – powiedział szybko. -
Operacja wciąż trwa i podobno wszystko idzie zgodnie z planem...
- To co się stało? - zapytałem,
ściskając dłoń mojej dziewczyny. Była lodowata.
- Dzwoniła Emma – usłyszałem te
dwa słowa i już wiedziałem. Nie musiał nic dodawać. „Boże...”
- Lily zmarła przed godziną...
Wlewałem w siebie sam już nie wiem
którą kawę. Nawet nie czułem jej smaku, choć wydawało mi się,
że gdy piłem pierwszą, to była okropna. „Czyżby to świadczyło
o tym, że do wszystkiego można się przyzwyczaić?” Byłem
wykończony. Chciało mi się palić, ale jednocześnie nie miałem
siły ruszyć się z miejsca. W dodatku czułem, że
zbawcza moc kofeiny jest dziś bardzo przereklamowana. Potrzebowałem
zajęcia. Działania. Czegoś, co pozwoli mi wytrwać jeszcze trochę.
Tyle ile będzie trzeba. Moje ulubione zajęcie dziś wyjątkowo się
nie sprawdzało. Wpatrywanie się w blade, wymęczone twarze
przyjaciół, aż nadto mi uzmysławiało, co tu robimy i na co
czekamy. Ich strach udzielał się mi, a swojego przecież miałem pod
dostatkiem. Nie potrzebowałem więcej.
Harry dzielnie próbował nas
zagadywać, ale nawet jego genialny temat o równie genialnym dziecku,
które mu się urodzi w końcu się wyczerpał. „Zresztą ile można
dyskutować o dwucentymetrowej fasolce?” Zwłaszcza, że od
tygodnia nie rozmawiamy o niczym innym, próbując już zawczasu
podjąć odpowiednie kroki. Wszyscy cieszyliśmy się z małego
Stylesa, bo czemu nie? W końcu jego rodzice wydają się być
nowiną zachwyceni. Miałem przeczucie, że za nimi solidna porcja strachu i
nerwowych dyskusji, ale gdy już zdecydowali podzielić się z nami
tym wielkim newsem, wydawało się, że wszystkie ważne decyzje
zapadły. Harry nie prosił nas o radę, czy pozwolenie. On nas
informował. „Kiedy on tak wydoroślał?” westchnąłem,
zerkając na przyjaciela, który całym sobą był skupiony na swojej
dziewczynie. Odgadywał jej zachcianki jeszcze nim jej samej przyszły
one do głowy. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy okazało się, że temat
dziecka nie pociągnął za sobą żadnej decyzji związanej z
jego odejściem z zespołu. Przez chwilę bałem się, że tym skończy
się rozmowa z Harrym i Alex. Ale nie. Przyjaciel kolejny raz mnie
zaskoczył. I pewnie nie tylko mnie. Jedyne o co prosił, to
wsparcie, a przecież o to nie musiał prosić. Staliśmy za nim
murem i nie zamierzaliśmy nic w tej sprawie zmieniać. „Jeden za
wszystkich, wszyscy za jednego...” uśmiechnąłem się pod nosem.
„To chyba znaczy, że zostanę wujkiem...”
Smutna wiadomość, którą przekazał
nam Paul przez chwilę spotęgowała nasz strach. Patrzyliśmy na
menadżera i nie mogliśmy uwierzyć, że dziewczynka nie żyje. Z
jednej strony starałem się spojrzeć na całą sytuację
obiektywnie, w końcu wiedzieliśmy, że było z nią źle... że czas
ucieka... Powinniśmy spodziewać się takiego zakończenia, skoro nawet jej matka to robiła... Ale potem
musieliśmy się zmierzyć z drugą stroną medalu. „Jak mieliśmy
to powiedzieć Kate?” Przerażenie, które ujrzałem w oczach
Louisa, gdy zdał sobie sprawę z tego, że będzie musiał przekazać
tą smutną wiadomość, było tak ogromne, że sam je poczułem. I
zdecydowanie nie chciałbym być na jego miejscu. Wiedziałem, że
Kate jest silna i że z tym również sobie poradzi. Ale nic nie mogłem zrobić z tym, że zastanawiałem się, ile jeszcze razy ta dziewczyna oberwie od życia, nim będzie
jej dane zaznać niczym nie zmąconego szczęścia?
Louis gwałtownie oderwał się od okna, wyrywając
mnie tym samym z niezbyt wesołych rozmyślań i znów zaczął przemierzać
pokój nerwowym krokiem. „Aż dziw, że jeszcze ścieżki nie wydeptał.” Wymieniłem z Liamem porozumiewawcze
spojrzenia. Trzymał się. Lepiej niż ktokolwiek z nas się
spodziewał. Nie wiem wprawdzie, co działo się w jego głowie, ale
faktem było, że robił co w jego mocy, by się nie załamać.
Czekał. A my z nim. „Zresztą co innego moglibyśmy zrobić?”
Pukanie do drzwi zabrzmiało wyjątkowo
głośno w pomieszczeniu wypełnionym ciszą i strachem. Wszyscy
zamarliśmy, gdy do pokoju wszedł lekarz Kate. Uśmiechał się.
Widać było, że był bardzo zmęczony, ale jego twarz nie wyrażała
żadnych negatywnych emocji. Jego wzrok od razu powędrował do
Louisa. Wydawało się, że przyjaciel nawet nie oddychał. Tylko
patrzył się w mężczyznę oczami pełnymi obaw. I nadziei. „Przede wszystkim nadziei...”
- Operacja przebiegła pomyślnie – z
każdym słowem lekarza moje serca biło mocniej, a strach, który
ściskał je w garści, powoli popuszczał uścisk. - Wszytko
przebiegło zgodnie z planem. Żadnych nieprzewidzianych
komplikacji...
Lou wpatrywał się w mężczyznę w
milczeniu. Jakby potrzebował chwili, by znaczenie słów do niego
dotarło. Widziałem jak milion emocji przebiega przez jego twarz.
Harry również zauważył, bo momentalnie znalazł się przy
przyjacielu i zamknął go w silnym uścisku. Po chwili jedyne, co
było słychać, to szloch Louisa. Rozbrzmiewał ogromną ulgą i
radością. Już nie było strachu. Znów mógł oddychać...
- T-To znaczy, że będzie widzieć? -
odezwał się Niall, a oczy nas wszystkich spoczęły na lekarzu.
- Niestety na to pytanie nie potrafię
jeszcze odpowiedzieć – mężczyzna uśmiechnął się
przepraszająco. - Potrzeba czasu, by organizm przyzwyczaił się do zmian,
które w nim wprowadziliśmy. Miejmy nadzieję, że je zaakceptuje...
- Kiedy będzie wiadomo? - zapytałem,
widząc, że nikt inny nie kwapi się zadać tego pytania, choć
wszyscy chcemy znać na nie odpowiedź.
- Najprawdopodobniej za kilka tygodni –
spojrzał na Louisa, który kiwnął głową na znak, że zrozumiał.
„A może wiedział o tym już wcześniej?” - Do tego czasu pana
narzeczona będzie musiała nosić opaskę, by nie wystawiać oczu na
działanie światła.
- Czy mogę do niej iść?
- Myślę, że za chwilę będzie to
możliwe – lekarz uśmiechnął się ze zrozumieniem. -
Pielęgniarka przyjdzie po pana, gdy już przeniosą narzeczoną do
jej pokoju. Zajrzę do niej wieczorem. Do tego czasu powinna spać.
Oczywiście nie muszę przypominać, że potrzeba jej teraz spokoju?
Ostrożnie zamknąłem za sobą drzwi,
by nie narobić żadnego hałasu. Pielęgniarka, krzątająca się
przy łóżku, spojrzała na mnie z ciepłym uśmiechem. Ona również wyglądała na zmęczoną. To było
wszystko, co zauważyłem, bo potem moje oczy spoczęły na Kate i
nie widziałem już niczego poza nią. Zbliżyłem się do niej jak w transie,
siadając na krześle, które jakimś cudem znalazło się obok mnie.
- Maleńka... - powiedziałem
bezgłośnie, ujmując drobną dłoń. Wsunąłem jej na palec
pierścionek, który dała mi na przechowanie, a który pomógł mi wytrwać te godziny oczekiwania. Splotłem nasze palce
razem tak, by nie zahaczyć o tkwiący w dłoni wenflon. - Już po
wszystkim, skarbie... - nachyliłem się, by szepnąć jej do ucha.
Wydawała się taka drobna w tym wielkim łóżku. Niesamowicie
blada. Biały bandaż sprawiał, że jej bladość była jeszcze
bardziej zauważalna. Jedynym kolorem na jej twarzy były ciemne
sińce, wystające spod opatrunku. - Teraz już wszystko będzie
dobrze – odważyłem się powiedzieć te słowa, które do tej pory
powtarzałem jak mantrę, ale tylko w mojej głowie. Wiedziałem, że
przed nami tygodnie oczekiwań na ostateczne wyniki operacji, ale dla
mnie najważniejsze było to, że jej nie straciłem. Była tu ze
mną. Spała. A na jej ustach błąkał się delikatny uśmiech.
Coś było nie tak. Coś było
zdecydowanie nie tak. Głowa pękała mi, jakby ktoś okładał ją
kijem bejsbolowym. Ewentualnie urządził sobie na niej zawody w stepowaniu. W uszach mi szumiało i to jeszcze potęgowało ten ból. I te głosy docierające do mnie jakby z oddali.
Starałam się na nich skupić, mając nadzieję, że jeden z nich
należy do Louisa, ale nie byłam w stanie się skoncentrować. Moje
starania doprowadziły tylko do tego, że bolesna błyskawica
przetoczyła się przez moją głowę, wyrywając z moich ust głośny jęk.
Śmiech. Chciałam prosić, by
przestali, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
Chwyciłam głowę w dłonie, mając chyba nadzieję, że ten ucisk
choć trochę zmniejszy cierpienia. Nie podziałało. Za to pod palcami
wyczulam coś, czego nie powinno tu być. „Bandaż?” zdziwiłam
się. „Dlaczego...” nerwowo zaczęłam odwijać opatrunek, pod
nim szukając wyjaśnienia mojego stanu. Z każdą ubywającą
warstwą rozpływała się ciemność. Z oddali wciąż dochodziły
dźwięki radosnej zabawy. „Co tu się dzieje?” Zerwałam
opatrunek. Za każde uniesienie powiek płaciłam bolesną cenę.
Ale udało mi się dojrzeć sypialnię skąpaną w świetle lampy, stojącej w rogu pokoju. Wesoła rozmowa toczyła się za drzwiami.
- Lou? - zapytałam, ale nie było
szans, by mój głos przebił się przez te śmiechy dobiegające z
salonu. Ostrożnie wstałam z łózka. Zdziwionym spojrzeniem
obrzuciłam wściekle różową piżamę. „Kto mi założył takie
obrzydlistwo?” Zacisnęłam zęby i pokonując chęć padnięcia na
łóżko, skierowałam się ku drzwiom. Nadal nie rozpoznawałam głosów,
ale przecież jeden z nich musiał należeć do Louisa. - Lou? -
odezwałam się, wychodząc z sypialni, ale osoby siedzące na
kanapie wybrały sobie akurat ten moment, by roześmiać się głośno.
Mrużąc oczy, próbowałam dojrzeć twarze w ciemnym pokoju. Jedynie
poświata telewizora rozpraszała mrok. Głowa mi pulsowała
niemiłosiernie, nogi trzęsły się tak bardzo, że bałam się
poruszyć, w obawie przed upadkiem.
I w tym momencie ich ujrzałam. Telewizor rozbłysł jasnym blaskiem i w tej poświacie zobaczyłam dwie uśmiechające się do
siebie twarze. „To niemożliwe...” wciągnęłam gwałtownie
powietrze, osuwając się na drzwi. W ostatniej chwili zdążłyam się
uchwycić framugi. Narobiłam przy tym trochę hałasu. Wystarczająco, by dwójka na kanapie zwróciła na mnie uwagę.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy? -
dziewczyna spojrzała na mnie, posyłając mi zadowolony z siebie
uśmiech. Tak wyglądał zwycięzca. - Nareszcie raczyłaś się obudzić...
- Daj jej spokój, El – patrzyłam na
zbliżającego się do mnie Louisa i mimo iż wiedziałam, że to on,
nie rozpoznawałam w nim chłopaka, w którym się zakochałam.
- Lou? - potrzebowałam wyjaśnień.
Chciałam zrozumieć, co się tu działo. Co ona tu robiła? Dlaczego
siedział z nią i dobrze się bawił, podczas gdy moja głowa rozpadała się
na kawałki? „I dlaczego jego uśmiech wygląda tak obco?” -
Co...
- Miałeś rację. Niezbyt rozgarnięta
– usłyszałam głos dziewczyny, a ku mojemu przerażeniu Louis
pokiwał jej głową, jakby potwierdzając jej słowa. „A może to
były jego słowa?” El podeszła do nas i uwiesiła się na
ramieniu chłopaka. Byłam pewna, że ją odepchnie. „Powinien to
zrobić, prawda? Prawda?” Nie wiem, co bardziej mnie przeraziło,
to, że objął ją ramieniem i przyciągnął bliżej, czy to, gdy
jej spojrzenie zatrzymało się na mnie, jedyne co w nim widziałam,
to zwycięstwo.
- Nie... - szepnęłam, a strach
wypełniał mnie całą. - Nie – załkałam.
- Już nie dramatyzuj – parsknęła
dziewczyna. - Nie ma potrzeby urządzania zbędnych scen. Masz,
co chciałaś. Dopięłaś swego.
- Nie rozumiem... - wbiłam wzrok w
mojego narzeczonego. „A może te całe zaręczyny były tylko
wymysłem mojej chorej wyobraźni?” Już niczego nie byłam pewna.
- Już mnie nie potrzebujesz – jego
wzruszenie ramionami zabolało bardziej, niż ugodzenie nożem. - Teraz już
sobie poradzisz...
- Potrzebuję cię – byłam więcej
niż pewna, że bez niego po prostu umrę. - Jak w ogóle możesz myśleć, że
jest inaczej?
- Oj, proszę cię... - Eleanor znów
się wtrąciła. Chciałabym zetrzeć jej ten uśmieszek z twarzy, ale jk na razie cała moja energia szła na to, by utrzymać się w pionie - Chyba nie myślałaś, że to było na zawsze, co?
- w mojej twarzy musiała dojrzeć odpowiedź. - Tak myślałaś? -
roześmiała się głośno, a on... On też się śmiał... A z
każdym tym dźwiękiem coś we mnie umierało. „To moja wina”
pomyślałam, próbując powstrzymać łzy. „Uwierzyłam w bajkę,
choć doskonale wiedziałam, że w moim życiu nie było na nią
miejsca...”
- Imprezujecie beze mnie? - usłyszałam
męski głos, który jako jedyny wydawał mi się znajomy. Odwróciłam się w stronę z której nadchodził i
zamarłam. Serce załomotało mi w piersi. W gardle uwiązł krzyk.
„To niemożliwe! To nie może być on! Nie!” Wszystko we mnie
wołało, że powinnam uciekać, ale wiedziałam, że nie mam tej możliwości. Już nie. Nie miałam dokąd uciekać. - Witaj, Kate...
- Nie... - szarpnęłam się, próbując
schronić się w sypialni, ale coś chwyciło mnie za dłoń i nie
pozwoliło odejść. Zadrżałam. Czułam się jakby moje żyły
wypełniał lód. - Nie...
- Kate? - głos Louis przebijał się
przez okowa bólu spowijające moją głowę. Próbowałam się mu
wyrwać, choć przez moment chciałam rzucić się mu w ramiona. Miałam wrażenie, że znów brzmiał tak, jak to pamiętałam.
„Tylko, czy cokolwiek z tego było prawdą?” - Kate? Skarbie? -
czułam ciepło jego dłoni. Rozprzestrzeniało się we mnie, powoli
przeganiając lód. Ściskał moje palce, przyciągając do siebie.
Czułam dotyk jego dłoni na policzku. Próbowałam spojrzeć mu w
oczy, ale obraz przed moimi oczami rozmywał się, aż w końcu
otoczyła mnie tak znajoma ciemność. „Byłam w domu...” - To
tylko sen...
- Lou? - spróbowałam ponownie, ale
tym razem, to mojego głosu nie rozpoznawałam.
- Jestem tu, skarbie – poczułam, że
się porusza, a po chwili jego oddech owionął moją twarz. -
Wszystko dobrze. To był tylko sen...
- Tylko sen... - powtórzyłam.
Wspomnienia powoli do mnie wracały i tym razem wiedziałam, że są
prawdziwe. Czułam, że moje wargi drżą, jakby z zimna. Ale to nie
było to. A wręcz coś przeciwnego. To wracało do mnie ciepło. W
postaci ust Louisa muskających moje w najdelikatniejszym z
pocałunków. - To już nie jest sen, prawda? - musiałam się upewnić. Usłyszałam czyjeś
prychnięcie i wiedziałam, że moja rodzina jest przy mnie.
- Nie, nie jest – powiedział cicho i
ponownie nakrył moje wargi swoimi.