niedziela, 3 sierpnia 2014

Kate i Louis

Jeżeli chcecie wiedzieć, ile osoby w każdym akapicie mają lat, spróbujcie kliknąć na rok w dacie :)


25 październik 2012
Londyn

   Głośny śmiech towarzyszył nam przez cały czas. A już na pewno od momentu, gdy Danielle pojawiła się w progu domu Harry'ego z głośnym okrzykiem.
   - Zakupy!!!
   Wyjątkowo, to nie mój jęk rozległ się w salonie.
   - Nie chcę... – Alex próbowała ukryć się za poduszką, co było z góry skazane na niepowodzenie. Jej brzuszek był większy niż ten nieszczęsny jasiek. – Dlaczego mi to robicie? Nie możemy po prostu lenić się na kanapie i objadać lodami? Albo szpinakiem? Pomidorami? – pewne rozmarzenie pojawiło się w jej spojrzeniu. – Pomidory ze szpinakiem... i śledzie... – wyglądała jakby naprawdę rozważała tę opcję. „Chyba mi niedobrze.” – I masło czekoladowe – dodała po chwili namysłu. Wymieniłyśmy z Dani cierpiętnicze spojrzenia, krzywiąc się na myśl o takiej „uczcie”.
   - Przecież lubisz zakupy i buszowanie po sklepach – powiedziałam, ciągnąc ją w stronę wyjścia. Mark opierał się o futrynę i nawet nie starał się ukryć swojego rozbawienia. On już wiedział, że z naszą trójką lepiej nie zaczynać. Zwłaszcza pod dowództwem Danielle.
   - Lubię – przyznała, zamykając za nami drzwi wejściowe i wrzucając niedbale klucze do swojej przepastnej torby w kolorowe motyle. „Jak ona je potem wyłowi?” - Ale nie, gdy wiem, że wyglądam jak wieloryb i nic nie będzie na mnie pasowało – marudziła, wdrapując się do samochodu. Zapięła pas, ostrożnie układając go pod brzuchem. Uśmiechnęłam się, gdy zauważyłam jak czule głaszcze widoczną pod sukienką wypukłość. Wyraz jej twarzy był wręcz magiczny. Uwielbiałam takie chwile i kolekcjonowałam je w pamięci niczym najcenniejsze skarby. Właśnie takie momenty umykały mi, gdy byłam niewidoma. Jeszcze nie tak dawno temu siedziałabym na wyciągnięcie ręki od przyjaciółki i nie miałabym pojęcia o tym jej małym/wielkim szczęściu. „Jak wiele takich chwil straciłam bezpowrotnie?
   - Daj spokój – Dani machnęła ręką, rozsiadając się wygodnie obok mnie na tylnym siedzeniu i wyrywając mnie przy okazji z moich marzeń na jawie. – Naprawdę nie widać żebyś aż tak przytyła.
   - Biorąc pod uwagę, że nie mieszczę się w połowę moich ciuchów, pozwolę sobie ci nie uwierzyć – Alex pogładziła czułym gestem zaokrąglony brzuszek. – Wyglądam jak wieloryb.
   - No już nie przesadzaj – zaśmiałam się. – Chyba, że masz na myśli takiego maleńkiego wielorybka...
   - Widzisz, Mark? Widzisz z kim ja się muszę przyjaźnić? Zamiast zaprzeczyć moim słowom i zapewnić mnie, że wyglądam jak modelka, to ona...
   - Wyglądasz jak modelka – powiedziałam szybko, uśmiechając się od ucha do ucha. – Taka z okładki czasopism dla przyszłych mam – nie mogłam się powstrzymać.
   - Mała „wredota” – mruknęła Alex, puszczając do mnie oczko. – Przypomnę ci twoje słowa, gdy to ty będziesz z wielkim brzuchem chodzić.
   Pomarudziła jeszcze przez chwilę, pogroziła nam trochę, ale wszystko odeszło w zapomnienie, gdy tylko zatrzymaliśmy się na parkingu przed wielkim centrum handlowym. No i trzeba przyznać, że nasza propozycja rajdu po sklepach z rzeczami dla dzieci miała tu też nie małe znaczenie.
   Jak na październik londyńska pogoda bardzo wszystkich rozpieszczała. Wszędzie dookoła ludzie spacerowali w iście letnich nastrojach, a już na pewno w letnich ubraniach. Na wielu twarzach można było zauważyć, że upał daje się we znaki. Anglicy zdecydowanie nie byli przyzwyczajeni do takich temperatur. „A może po prostu lubiliśmy narzekać?” W końcu zimno – źle. Gorąco – też nie dobrze.
   Wychodząc z kolejnego sklepu z dziecinnymi rzeczami, śmiałyśmy się głośno. Kto by przypuszczał, że kupowanie ubranek dla niemowlaków i tych wszystkich „niezbędnych” rzeczy, to taka świetna zabawa? Przyjemnie było patrzeć na Alex i widzieć szczęście wymalowane na jej twarzy. Choć chwilami ciąża dawała jej się we znaki, to byłam więcej niż pewna, że nie zamieniłaby tego czasu na nic innego. Całą sobą już kochała to maleństwo oraz jego tatusia.
   - Gdzie teraz? – spojrzałam na Danielle, bo to w końcu ona była naszym sklepowym przewodnikiem. Czasami naprawdę miało się wrażenie, że Dan ma wykutą na pamięć mapę Londynu. „I pewnie też okolic.
   - Tu niedaleko jest fajny butik z ciuszkami jak z bajki – Dan wskazała ręką w tylko sobie znanym kierunku. – Ale może najpierw załadujemy te toboły do samochodu?
   - I nie miałabym nic przeciwko małej przerwie w jakimś, najlepiej klimatyzowanym lokalu, gdzie podają mrożoną herbatę i lody bananowe... – rozmarzyła się Alex. – Roztapiam się – spojrzała na nas błagalnie. – Muszę się ochłodzić.
   - Mnie namawiać nie trzeba – zaśmiałam się na myśl o smaku lodów, którego kiedyś nie tknęłaby nawet palcem. – Oddałabym wszystko za mrożoną kawę.
   Zawaliłyśmy biednego Marka naszymi zakupami i z przyrzeczeniem, że nie ruszymy się ani o krok, patrzyłyśmy, jak przeciska się do samochodu, rozmawiając wesoło. W takich chwilach nawet lubiłam te nasze wypady w miasto.
   - Fanki na drugiej – powiedziała cicho Danielle i nim któraś z nas zdążyła jakoś zareagować, jedna z dziewczyn chlusnęła w twarz Alex trzymanym w ręku napojem.
   - Harry jest mój, grubasie! – krzyknęła. Odwróciła się na pięcie i uciekła, znikając w tłumie razem ze swoimi koleżankami.
   - Alex? Nic ci nie jest? – rzuciłyśmy się z Dani na pomoc przyjaciółce, która pokryta colą i lodem, uśmiechała się do nas szeroko.
   - Mam nauczkę, by uważać o co proszę – powiedziała spokojnie. – Chciałam ochłody, to mam – śmiała się, unikając patrzenia na mijających nas przechodniów. – Może jednak zrezygnujemy z dalszych zakupów? Wprawdzie zawsze przyciągałam do siebie ludzi, ale teraz obawiam się, że mogą się ode mnie nie odkleić – paplała wesoło, ale nie udało jej się zamydlić mi oczu tym pozornym rozbawieniem. Gdzieś tam w jej oczach czaił się smutek, który również mogłam wyłapać w jej głosie. W końcu tyle razy już go w nim odnajdywałam. W tym momencie naprawdę żałowałam, że chłopcy nie wrócą aż do wieczora. Wiedziałam, że w tej chwili tylko Harry potrafiłby ją rozbawić.




25 grudzień 2012
Doncaster

   - Lou! Katy! Wstawajcie! – bliźniaczki wskoczyły na łóżko, myląc je najwyraźniej z trampoliną. Postanowiły urządzić nam bardzo twarde spotkanie z rzeczywistością. Chyba nawet mój mózg buntował się na taką formę budzenia. Skrzywiłem się z bólu. Stary mebel skrzypiał niemiłosiernie, sprawiając, że pomimo nieludzkiej pory naprawdę miałem ochotę wstać. „W tym momencie zrobiłbym wszystko, byle tylko uciszyć te przerażające dźwięki” jęknąłem, a moje drugie ja wyjątkowo łączyło się ze mną w cierpieniu, podsyłając mi krwawe sposoby rozprawienia się z siostrami. – Louis, no! Nie udawaj, że śpisz! – ktoś wylądował na moich plecach, prawie łamiąc mi kręgosłup. „Litości!” – Prezenty czekają!!!
   - Bezduszne potwory – mruknąłem pod nosem, chowając głowę pod poduszką. Od razu ktoś za nią szarpnął i ryknął mi do ucha. „Potwory...
   - Louis!!!
   - Dzień dobry – usłyszałem rozbawiony głos mojej ukochanej i po prostu wiedziałem, że zaraz przyłączy się do tych diabełków i tyle będzie z mojego spania. „Dlaczego przyjazd do domu na święta wydawał mi się takim dobrym pomysłem?” W tej chwili miałem ochotę sam sobie przywalić.
   - Kate! – Daisy litościwie ściszyła głos, przy okazji przybierając błagalny ton. Umiejętności aktorskie na najwyższym poziomie. „Moja szkoła” przyznałem z dumą. – Musicie wstać. Mama nie pozwala nam rozpakować prezentów dopóki nie zejdziecie na dół.
   - Niesamowite – dźwięczny śmiech wypełnił pokój. – W takim razie... – zastanawiałem się co znaczy ta nagła cisza, jednak było mi bardzo dobrze pod moją poduszką, więc postanowiłem się cieszyć chwilą, póki trwała. Ledwo o tym pomyślałem, ktoś pozbawił mnie tej ochrony przed światłem dnia. – Łaskoczemy! – padł roześmiany rozkaz i trzy pary rąk rzuciły się do ataku na moją bezbronną osobę. „Jestem twardy. Nie rusza mnie to” próbowałem uparcie udawać, że nadal śpię.
   - Poddaję się! – jęknąłem po sekundzie, a moje drugie ja prychnęło z politowaniem. „Co to było z tą twardością, stary?” – Jesteście okropne. Żeby tak ukochanego brata terroryzować, potwory – westchnąłem. Tym razem była moja kolej, by odstawić coroczny pokaz umiejętności dramatycznych. „Tak to robią zawodowcy.” – Czy wiecie w ogóle która jest godzina? O tej porze...
   - Szósta trzydzieści – Lottie stanęła w drzwiach, przerywając moje narzekanie i posyłając mi wyzywające spojrzenie.
   - Co?!? Szós... – zmierzyłem morderczym wzrokiem bliźniaczki, które nawet z grzeczności nie udawały, że robi to na nich jakiekolwiek wrażenie. Podskoczyły jeszcze dwa razy na łóżku, zeskakując z niego i, z przeszywającym mój zaspany mózg piskiem, wybiegły z pokoju. – Za to budzenie na pewno jedynie rózga na was czeka! – zawołałem za nimi, opadając na prześcieradło i nakrywając oczy przedramieniem. – Umieram... – „Mówiłem? Król dramatu, to ja.
   - Za chwilkę zejdziemy na dół – usłyszałem głos Kate i po chwili cichy odgłos zamykanych drzwi. – Lou...
   - Nie chcę – jęknąłem, ale zaraz uśmiech zadowolenia pojawił się na mojej twarzy. Spojrzałem na dziewczynę obok mnie. – Jedynie ty obwiązana czerwoną wstążką i leżąca pod choinką mogłabyś skusić mnie do wstania o tej nieludzkiej godzinie – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, widząc rumieniec, zakwitający na jej policzkach.
   - Obawiam się, że ten prezent rozpakowałeś jeszcze przed świętami – zaśmiała się, cmokając mnie w usta. – Ale zachowałam wstążkę – szepnęła mi na ucho. Puściła mi oczko, odsuwając się, by wstać z łóżka. – Może przyda się na kolejne urodziny? Jak myślisz?
   - Czy to obietnica? – miałem wrażenie, że ujrzałem tajemnicze ogniki w jej oczach, ale nim zdążyłem się upewnić, chwyciła swój ulubiony sweter i wyszła z pokoju, zostawiając uchylone drwi. – Gdzie...
   - Do łazienki – odpowiedziała, uśmiechając się do mnie przez ramię.
   - Do łazienki – powtórzyłem, ciężko wzdychając nad ciężkim losem człowieka obudzonego o szóstej rano. – Kogo ja próbuję oszukiwać? – mruczałem do siebie, zwlekając się z wyrka przy akompaniamencie jego jęków. „Trzeba w końcu spalić ten diabelski mebel.” – Przecież już i tak nie pośpię.




   - O czym myślisz, kochanie? – usłyszałam cichy głos Louisa tuż przy uchu. Jego noc sunął po mojej skórze, sprawiając, że cała drżałam. Było mi tak rozkosznie cudownie, że mogłabym tak spędzić całe życie. Niechętnie odwróciłam wzrok od płomieni wesoło tańczących w kominku. Na szczęście tylko na chwilę, bo ujrzałam je, odbijające się w tych błękitnych, roześmianych oczach. Od razu na mojej twarzy zagościł wesoły uśmiech. Louis miał tą niesamowitą zdolność zarażania wszystkich dookoła swoim humorem. Całe szczęście, że ten zazwyczaj mu dopisywał.
   - Nasze pierwsze, rodzinne święta – powiedziałam, wtulając się w niego i mrucząc z zadowolenia, gdy dokładniej otulił nas kocem. „Tak mi dobrze...” – To był niesamowity dzień – westchnęłam. opierając głowę na jego piersi i przymykając powieki. Otaczał mnie ten cudowny zapach, który potrafiłabym rozpoznać zawsze i wszędzie. Słyszałam strzelanie ognia w kominku, a także bicie serca tuż przy moim uchu. „Idealna melodia...
   - Zwariowany...
   - To też – przyznałam, wspominając wczesną i jakże żywiołową pobudkę, którą zgotowały nam dziewczynki oraz wygłupy, wszystkich bez wyjątku, podczas rozpakowywania prezentów. – Już zapomniałam, że tak mogą wyglądać święta – westchnęłam. Z trudem odnajdywałam w sobie wspomnienia świąt spędzonych z rodzicami. Wszystko było zamazane i takie nierealne, że wydawało się raczej życiem kogoś innego, nie moim. „Tak bardzo chciałabym was lepiej pamiętać...” zamrugałam kilka razy, by odgonić zbliżające się łzy.
   - Cieszę się, że mogliśmy ci przypomnieć – powiedział Lou, przyciskając wargi do mojej skroni w czułym pocałunku. – A jeszcze bardziej się cieszę, że nie uciekłaś, gdy Dan zaczął śpiewać kolędy – roześmialiśmy się, wspominając ten spektakularny występ. – Mi mało brakowało. Po powrocie do Londynu będę musiał zapisać się na terapię, by o tym zapomnieć.
   - Efekty specjalne były całkiem interesujące – śmialiśmy się głośno, przypominając sobie miny wszystkich, gdy podczas występu Dana nagle pękła żarówka, wywalając przy okazji korki.
   - Nie da się ukryć – obserwowałam jak Louis zbliża kieliszek do ust, ledwie mocząc wargi w bursztynowym płynie. – Mama nałożyła na niego dożywotni zakaz śpiewania. Stwierdziła, że jest to zbyt niebezpieczne dla otoczenia.
   - Wcale jej się nie dziwię – zachichotałam, przypominając sobie wesołą rozmowę przy świątecznym stole. – Zawsze pozostaje mu koncertowanie pod prysznicem.
   - O ile lubi myć się po ciemku – parsknął Lou, sięgając po stojącą nieopodal butelkę.
   - Próbujesz mnie upić? – zaśmiałam się, gdy napełniał mój kieliszek. Czułam przyjemne szumienie w głowie i coś mi się wydawało, że nie powinnam sprawdzać, co dzieję się na kolejnym etapie upojenia alkoholowego.
   - Staram się. Jak mi idzie? – Louis puścił oczko, uśmiechając się przy tym rozbrajająco. Ten jego urok łobuziaka był nie do odparcia. „Nie żebym chciała cokolwiek odpierać” przyznałam uczciwie.
   - Jesteś na najlepszej drodze, by być zmuszonym do zaciągnięcia mnie do łózka – „zagroziłam”, robiąc poważną minę. A przynajmniej taka miała być w założeniu, bo efekt końcowy raczej na pewno mi nie wyszedł. – Obawiam się, że mogę mieć trudności z podniesieniem się z tego fotela.
   - Tak! – zacisnął pięść w geście zwycięstwa. – Marzę o tym, by móc cię tam zaciągnąć – dopił swojego drinka do końca i odstawił kieliszek na bok. – A potem rozebrać – zamruczał mi do ucha, pozbawiając nie tylko mojego kieliszka, ale i oddechu. Poczułam znajome ciepło w podbrzuszu. – Rzucić na łóżko i kochać się z tobą do samego rana...
   - Nie chcę rozwiewać twoich marzeń, kochanie, ale obawiam się, że ta część z łóżkiem jest nie do przejścia – uśmiechnęłam się, przyciągając go do pocałunku. – O ile oczywiście nie masz w planach obudzić wszystkich w domu.
   - Raczej na całej ulicy – odwróciliśmy się zaskoczeni na dźwięk głosu Lottie.
   - Trzeba było pomyśleć zawczasu i podarować wszystkim sąsiadom zatyczki do uszu – powiedział Lou z wielkim rozczarowaniem w głosie. – Wiedziałem, że o czymś zapomniałem... – mruczał pod nosem. – A co ty tu robisz? Twój chłopak stwierdził, że ma dość ciebie i Skype'a jak na jeden wieczór i postanowił porobić coś ciekawszego?
   - Bardzo śmieszne – uśmiechnęłam się, podziwiając miny jakie stroili do siebie nawzajem. – Przyszłam sprawdzić, czy aby Kate nie potrzebuje pomocy z zaciągnięciem twoich pijanych zwłok na górę.
   - Wypraszam to sobie! – „No i się zacznie...” – Ja – oczywiście wszystko musiało mieć jak najbardziej teatralną otoczkę – w życiu nie byłem tak zalany, by nie trafić samodzielnie do łóżka.
   - Jasne – siostra najwyraźniej wiedziała lepiej. „I komu tu wierzyć?
   - Może czasami nie było to moje łóżko lub też musiałem iść na czworakach i schody wydawały się nie mieć końca, ale to się i tak liczy jako samodzielna wspinaczka – zakończył, dumnie wypinając pierś. – A teraz sio! – machnął ręką. – Uciekaj, bo ja tu próbuję uwieść moją narzeczoną.
   - Kate... – Lottie chyba na przekór bratu podeszła bliżej i usiadła na oparciu fotela. Nie dało się nie wyłapać błagania w jej głosie. – Zabierzcie mnie ze sobą na jutrzejsze przyjęcie. Proszę...
   - Nie, nie, nie i jeszcze raz nie – Louis był tutaj nieprzejednany. – Mówiłem ci milion razy, że to impreza dla dorosłych.
   - Jestem już prawie pełnoletnia...
   - Pogadamy, jak już nie będzie tego „prawie”.
   - Ale, Lou... – Lottie posłała najbardziej błagalne spojrzenie ze swojego repertuaru. „Coś mi się wydaje, że u nich to zamiłowanie do teatru jest rodzinne.
   - Kochanie, proszę, powiedz jej coś.
   - Obawiam się, że to nie tylko nasza decyzja, Lottie – uśmiechnęłam się przepraszająco. – Przecież rozmawiałaś z mamą. Wiesz, co ona o tym myśli.
   - Mogłabyś ją przekonać – niezmordowanie próbowała dalej.
   - Staraliśmy się – powiedziałam, choć było to trochę naciągane. Spojrzałam na Louisa z pytaniem w oczach, niepewna czy mogę zdradzić to, co ostatecznie uzgodniliśmy z jego rodzicami. – Tak jakby. W każdym razie dobrze wiesz, że wasza mama nie zmieni zdania. Ale za to... – zawiesiłam głos, obserwując jak błysk ponownie zagościł w jej spojrzeniu.
   - Nie trzymaj jej w napięciu, kochanie, bo zaraz tu jajko zniesie – Louis oczywiście musiał wtrącić swoje trzy grosze.
   - Przyjedziesz do nas po swoich urodzinach i wtedy zaszalejemy – powiedziałam, czekając na reakcję Lottie.
   - Ale że tak na dłużej? Do Londynu? I będę mogła pojechać z wami w trasę? – przeskakiwała wzrokiem ze mnie na brata i z powrotem. Lou w końcu się nad nią zlitował i kiwnął głową w potwierdzeniu. Rozległ się baaardzo głośny pisk radości i zostaliśmy dosłownie wciśnięci w fotel przez ten pokaz miłości i szczęścia.
   - Kocham was, kocham was, kocham... – powtarzała, ściskając nas z całej siły. – Nareszcie będę mogła pojechać za granicę. I Alex już na pewno urodzi! I te wszystkie sklepy... – skrzywiłam się na tą ostatnią wiadomość. – Tak! Muszę się pochwalić Martinowi. I Fiz. Normalnie zzielenieją z zazdrości! – zerwała się na równe nogi i pognała na górę. – Kocham was! – usłyszeliśmy jeszcze nim rozległ się, zdecydowanie za głośny jak na tę porę, dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
   - Nieźle poszło – stwierdził Louis, podnosząc się z fotela i wyciągając dłoń w zapraszającym geście. – Skoro Lottie już i tak wszystkich pobudziła, to czy da się pani zaciągnąć na górę i rzucić na łóżko?




26 grudzień 2012
Londyn

   - Wspaniale wyglądasz, Alex – rzuciłam się, by powitać przyjaciółkę. Jej spory brzuszek trochę utrudniał sprawę.
   - Tylko jeśli gustujesz w wielorybach – mruknęła, uśmiechając się i oddając uścisk. Harry dumnie objął ją ramieniem.
   - Całe szczęście, że zawsze miałem słabość do waleni – parsknął, cmokając ją głośno w usta. – A może to chodziło o walenie? – podrapał się po głowie, udając że się zastanawia.
   - Idiota – Alex trzepnęła go w ramie, przewracając oczami i uśmiechając się od ucha do ucha. – Widzisz co ja tu muszę znosić? On jest nie do wytrzymania. Ostatnio ubzdurał sobie, że jak będzie czytał dziecku encyklopedię, to urodzi się mądrzejsze.
   - To jeszcze nie taki zły pomysł... – powiedziałam, choć z pewną wątpliwością w głosie.
   - Może i tak, ale on ma niebywałą zdolność do wynajdywania samych zboczonych haseł – usłyszałam parsknięcie Louisa za plecami.
   - Dlaczego mnie to nie dziwi? – mruknął pod nosem, obejmując mnie w pasie. – Ale Kate ma rację, wyglądasz kwitnąco. Choć może niedowidzę, bo wyszczerz Stylesa tak daje po oczach, że zaczynam żałować, iż nie wziąłem okularów przeciwsłonecznych.
   - Nie ma się co dziwić, że duma go rozpiera. W końcu coś mu się udało – powiedział Niall, witając się z nami. – Cześć, siostra – zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku. – Lou. Danielle wysłała mnie, bym wam pokazał, gdzie siedzimy – wskazał w stronę balkonu. A tak naprawdę to wpadły z Katie w przerażającą dyskusję o lakierach do paznokci i innych dziwnych rzeczach i po prostu chciały się mnie na chwilę pozbyć...


   Kto by pomyślał, że wieczór spędzony z przyjaciółmi na wystawnym przyjęciu może być aż tak udany? Idealny sposób, by uczcić drugi dzień świąt. Z uśmiechem na ustach obserwowałam osoby siedzące przy stole. Moja nowa rodzina. Ludzie, którzy przygarnęli mnie z otwartymi ramionami. Bez pytań. Bez wątpliwości. Za to z nieograniczoną miłością.
   Poczułam na sobie spojrzenie Alex, która pewnie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się teraz działo w mojej głowie. „Zresztą jak zawsze” uśmiechnęłam się do niej, puszczając oczko. Czarownica” dodałam w myślach, przyglądając się jej oraz mężczyźnie jej życia. Nigdy nie była szczęśliwsza. W tym momencie może i wydawała się zmęczona oraz jakby marzyła tylko o łóżku, ale radość, która od niej wręcz biła sprawiała, że i ja byłam przeszczęśliwa. Nie mogłabym pragnąć dla niej niczego więcej. Odnalazła miłość i co ważniejsze uwierzyła, że na nią zasługuje. A to wszystko dzięki panu siedzącemu przy niej. Harry, choć wydawał się pochłonięty rozmową z Zaynem, od jakiegoś czasu delikatnie masował plecy Alex. „Ciekawe czy to było przyczyną tego rozmarzenia w jej wzroku?” zachichotałam w duchu, rumieniąc się, gdy przyjaciółka przyłapała mnie na tym. Zawsze, gdy na mnie patrzyła miałam wrażenie, że czyta mi w myślach.
   Uciekłam wzrokiem na nasze dwa ukochane głodomory. Patrząc na nich nie można się było nie uśmiechać od ucha do ucha. Byli razem nieziemscy. Z talerzami pełnymi smakołyków, dokarmiali się nawzajem, gruchając niczym dwa zakochane w sobie bez pamięci gołąbki. „Naprawdę miło było popatrzeć.” Cieszyłam się, że decyzja o wspólnym zamieszkaniu najwyraźniej okazała się strzałem w dziesiątkę. Byłam więcej niż pewna, że Niall zapomniał już dawno o wszystkich swoich wcześniejszych obawach, które paraliżowały go i sprawiały, że wiele razy odkładał moment rozmowy z Katie. „W końcu udowodnił, że do odważnych świat należy...
   Nie pierwszy raz zauważyłam, że Perrie wodzi oczami za Zaynem, jakby na coś czekając. Z drugiej strony przyjaciel nie wydawał się mieć w zanadrzu żadnej niespodzianki. Zachodziłam w głowę, o co tutaj chodzi i nic nie mogłam wymyślić. Wcześniejsza rozmowa z Zaynem także nie naprowadziła mnie na żaden trop. Właściwie to ograniczyła się ona do wymienienia się wrażeniami z pierwszego dnia świąt. Na więcej brakło zwyczajnie czasu, bo nasze stęsknione połówki postanowiły zaciągnąć nas na parkiet. Ku ogromnemu niezadowoleniu Zayna, który najchętniej spędziłby cały wieczór tak jak teraz, czyli przy stoliku, rozmawiając z przyjaciółmi.
   By odnaleźć Danielle najlepiej było rozpocząć poszukiwania od parkietu. Ta dziewczyna miała nieskończone pokłady energii. Ktoś powinien to opatentować, bo elektrownie atomowe przy niej nie dałyby rady. Przyjaciółka wirowała w objęciach Liama, olśniewając wszystkich dookoła urodą swojego uśmiechu. Taniec sprawiał jej radość, a już w ramionach ukochanego... Tak, między nimi miłość zdecydowanie kwitła.
   À propos miłości... Poczułam na sobie gorący wzrok Louisa. Obserwował mnie z tym swoim rozbrajającym uśmiechem na twarzy. Wyglądał jakby czytał mi w myślach. Ścisnęłam dłoń, którą wyciągnął w moją stronę i momentalnie zalała mnie fala uczuć do tego mężczyzny, który wkroczył w mój szary świat i zatrząsł jego posadami, zmieniając wszystko na lepsze. Przyciągnął mnie do siebie i wywołując tym jęk rozbawienia przyjaciół, namiętnie pocałował. Czerwieniłam się jak głupia. I byłam przeszczęsliwa. Kochałam i byłam kochana.
   Oparłam głowę na ramieniu narzeczonego, uśmiechając się. Miałam wokół siebie ludzi, na których mi zależało i żadnych problemów, które zagrażałyby ich szczęściu. Te nasze pierwsze wspólne święta były dla mnie bardziej wyjątkowe, niż ktokolwiek by się mógł spodziewać. Rodzina i przyjaciele. Nie mogłabym pragnąć niczego więcej.
   - O której wylatujecie do tego Paryża? – Niall zrobił sobie przerwę w jedzeniu. – Może potrzebujecie by was zawieźć na lotnisko?
   - Pewnie i byśmy skorzystali, ale obawiam się, że nie będziesz w stanie jutro prowadzić – Lou uniósł swojego drinka, wskazując nim na piwo Nialla. Wydawał się rozbawiony propozycją przyjaciela. – Ale dzięki. Może innym razem. A wylatujemy o dziesiątej.
   - Tydzień w Paryżu. Marzenie... – Alex puściła mi oczko i nie wiem czemu, momentalnie poczułam gorąco na policzkach. „A może właśnie wiem dlaczego...
   - Tylko nie zaszalejcie tam za bardzo – dodał Harry, wymownie poruszając brwiami i zezując na brzuch Alex. Teraz pewnie przypominałam już dorodnego pomidora.
   - Będziesz miała wspaniałą okazje, by przetestować nowy aparat – Niall wyszczerzył się w uśmiechu, pewnie bardzo zadowolony z faktu, że był taki przewidujący z wyborem gwiazdkowego podarunku.
   - Już się nie mogę doczekać – powiedziałam zgodnie z prawdą. Od kiedy odzyskałam wzrok, zdjęcia stały się dla mnie czymś niezwykle cennym. Magiczne chwile zaklęte, by trwać wiecznie. – O ile rozpracuję instrukcje obsługi.
   - Dasz radę – Alex najwidoczniej bardzo wierzyła w moje możliwości. – I masz mi tu obiecać, że pierwsza będę mogła je pooglądać. Bo gdy wy będziecie zawstydzać Paryż waszą miłością, ja będę co najwyżej wylegiwać się na kanapie.
   - Nie martw się, skarbie – Harry położył dłoń na ogromnym brzuchu Alex. – Zapewnię ci takie atrakcje, że nawet nie zauważysz ich nieobecności.
   - Ty już mi zapewniłeś – parsknęła. – Najpierw kilka tygodni „rzygańska”, a teraz opuchnięte nogi, ból kręgosłupa i kilka innych dolegliwości, o których lepiej nie będę wspominać – czułość w oczach Alex była jakby zaprzeczeniem jej słów. Wydawało się, że wszystko to sprawiało jej przyjemność, choć przecież lekko nie było.
   - Ma się te zdolności...




Wrzesień 2013
Londyn

   - Na tym rondzie pojedziemy prosto – kolejne polecenie, wypowiedziane spokojnym głosem Marka, wypełniło wnętrze samochodu. – Jedynka. I ruszamy...
   Cała zestresowana próbowałam nie zrobić z nikogo miazgi, czy też nie przerobić żadnego samochodu. Zwłaszcza tego, w którym siedziałam. „Louis raczej nie byłby szczęśliwy, gdybym dorobiła mu artystyczne zdobienia na jego ukochanym wozie.
   - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nikt nie chciał cię uczyć – powiedział Mark ciepłym głosem. Starałam się nie odrywać wzroku od ulicy, więc w rozmowie z nim posiłkowałam się pozostałymi zmysłami. – Jak dla mnie, to jeszcze lekcja lub dwie i będziesz mogła spróbować swoich sił na egzaminie.
   - Tak myślisz? – ucieszyłam się, uśmiechając się do siebie z zadowoleniem. Musiałam przyznać, że to, co początkowo było tylko kolejnym żartem chłopaków, okazało się ostatecznie całkiem fajnym pomysłem. Szkoda, iż wcześniej nie wiedziałam, że to taka rewelacyjna zabawa. Nawet bezstresowa. O ile tylko omijać centrum miasta. Tam można było stracić głowę.
   - Wiesz gdzie jesteśmy?
   Rozejrzałam się dookoła, próbując rozeznać się w terenie. Mimo iż mieszkałam w Londynie nie od wczoraj, to nadal nie mogłam powiedzieć, że znałam to miasto. Każdego dnia odkrywałam w nim nowe, ciekawe miejsca. Nawet się z tego cieszyłam, bo było to całkiem niezłą przygodą. Niestety nie pomagało w  prowadzeniu samochodu. Wstyd się przyznać, ile razy potrafiłam się zgubić jednego dnia. „Chyba jednak nie obejdzie się bez kupna nawigacji.
   - Droga do domu? – powiedziałam, ale było to raczej pytaniem i to w dodatku zadanym niezbyt pewnym głosem. Rozeznanie w terenie gorzej niż źle.
   - Dokładnie – uśmiechnął się Mark, rozsiadając się wygodniej. – Myślę, że na dziś wystarczy. Teraz cały czas prosto – dodał, widocznie zdając sobie sprawę, że nie koniecznie znam tę drogę do domu. – To dlaczego Louis cię nie uczy?
   - Stwierdził, że to dla niego zbyt wielki stres – powiedziałam, przypominając sobie swoją pierwszą lekcję z Lou. – I że zbyt kocha swoje włosy, by tak szybko osiwieć.
   - Aż tak? – zaśmiał się Mark. – W prawo...
   - Gdyby to od niego zależało, to cały czas robiłbyś za mojego kierowcę.
   - Mi pasuje – powiedział. – Choć dobrze mieć jest możliwość wyboru. Nigdy nie wiesz, kiedy przyda ci się ta umiejętność. Większość ochotników nie było?
   - Och, byli kolejni odważni – zaśmiałam się, modląc się w duchu, gdy zbliżałam się do ronda. Odetchnęłam z ulgą, gdy z niego zjechałam. „Kto wymyślił to ustrojstwo?” – Niall próbował, ale okazało się, że głównie gadaliśmy o pierdołach, siedząc w samochodzie przed domem. I tyle tych lekcji było. Stwierdził, że zbyt mnie kocha, by ryzykować moje życie, a najwyraźniej nie nadaje się na nauczyciela. Po czym zaczął mi opowiadać o jakiejś super knajpce, którą odkrył z Katie – Mark zaśmiał się, mrucząc pod nosem, że wcale nie jest zdziwiony. –  Za to Liam był świetnym nauczycielem – powiedziałam. – Do czasu, gdy prawie wjechałam jego samochodem w drzewo. A potem w sąsiada. Ale prawie – musiałam podkreślić tą zasadniczą różnicę. – Trochę go chyba tym zestresowałam – przyznałam, wspominając to jak przyjaciel zbladł, a po chwili zzieleniał. – Wprawdzie powiedział, że nic się nie stało, ale potem nie za bardzo miał chęć na rolę mojego nauczyciela. Naprawdę przez chwilę myślałam, że moja wada wzroku nie pozwala mi na rajdy samochodowe, ale... Jesteśmy w domu! – zawołałam uradowana, podjeżdżając pod bramę i zatrzymując się, by wklepać kod. – Przeżyłeś! – uśmiechnęłam się, gasząc silnik.
   - Przeżyłem i było naprawdę dobrze – powiedział, wysiadając z auta i czekając na mnie. – Masz jutro zajęcia? O której mam przyjechać?
   - Na dziesiątą musimy być na uczelni – zaprosiłam go do środka, chcąc poczęstować kawą i omówić jutrzejszy dzień. Cieszyłam się, że Mark nadal był częścią mojego życia. Był moim przyjacielem. Kimś, kto razem z Lou pomógł mi przestać się bać. Mimo iż strach czasami jeszcze gościł w mojej codzienności, to wiedziałam, że mam przy sobie ludzi, którzy nie pozwolą mnie skrzywdzić. – Louis! – pisnęłam ze szczęścia na widok narzeczonego, opierającego się leniwie o wyspę w kuchni. Rzuciłam się mu w ramiona, cmokając w usta. – Wróciliście wcześniej?




20 czerwiec 2015
Londyn

   Tego dnia byłem dumny jak nigdy wcześniej. Z szerokim uśmiechem na twarzy, którym – według Harry'ego – przerażałem wszystkie dzieci dookoła, siedziałam w czwartym rzędzie i czekałem aż wyczytają nazwisko mojej narzeczonej. Wprawdzie wiedziałem, że cała ceremonia rozdania dyplomów trochę potrwa, ale to nie przeszkadzało mi w niecierpliwym wybijaniu rytmu stopą. Chciałbym by to już była jej kolej, ale jeśli wierzyć Alex, to moje kochanie będzie dopiero jedną z ostatnich wyczytanych osób. „W końcu najlepszych zostawiają zawsze na koniec.
   - Boże, Louis, jesteś gorszy niż najgorszy dwulatek – jęknął Harry, kręcąc głową z politowaniem. A ja naprawdę starałem się panować nad swoimi odruchami. – Usiądź spokojnie, bo ludzie pomyślą, że coś z tobą nie tak – powiedział, ściskając moje kolano, by przestało podskakiwać. – A nie. Przepraszam. Już za późno...
   - Bardzo śmieszne – spojrzałem na niego i na dziecko śpiące w jego ramionach. – Masz na myśli jakiegoś konkretnego dwulatka? – uśmiechnąłem się, widząc obślinioną buzię mojej chrześniaczki. –  Bo znam takie jedno maleństwo, które potrafiłoby każdego doprowadzić na skraj załamania nerwowego. No, może z wyjątkiem Kate – dodałem po krótkim zastanowieniu. – Ale wszyscy wiedzą, że ona ma anielską cierpliwość.
   - Czy wy dwaj możecie się w końcu uspokoić? Nadajecie bez przerwy jak dwie stare przekupy – syknęła Alex, kiwając głową w kierunku podium. Od razu moja uwaga skupiła się na rektorze, wyczytującym nazwiska kolejnych wyróżnionych uczniów.
   Odnalazłem wzrokiem Kate, która stała za jakimś wielkoludem, któremu sięgała ledwo ponad pas. Posłałem jej buziaka i byłem wielce zadowolony, gdy zaczerwieniła się, gdy dziewczyna za nią coś jej szepnęła na ten widok. Gdy padło jej nazwisko byłem bardzo zadowolony, że Alex wzięła na siebie obowiązek robienia zdjęć, bo gdybym postawił na swoim, to teraz pewnie zbierałbym aparat z podłogi. Ze łzami w oczach i dumą rozpierającą mi serce, patrzyłem jak Kate odbiera dyplom oznaczający ni mniej ni więcej ukończenie jej wymarzonych studiów pisarskich. „Dopięłaś swego, maleńka.” Ku mojemu zdziwieniu, to nie było wszystko. Z rąk dziekana otrzymała również nagrodę za osiągnięcia, którą okazało się być wydanie jej pierwszej książki.
   - Ta mała franca nic się nie pochwaliła – mruknęła Alex, gdy mężczyzna wychwalał moją ukochaną, która w tym momencie była bardzo zawstydzona.
   Kate odwróciła się w naszą stronę i uniosła ozdobną ramkę, uśmiechając się nieśmiało. Na sali rozległy się brawa, a najgłośniej klaskałem ja. „Nie mogło być inaczej.
   - To moja narzeczona! – zawołałem, nie mogąc dłużej zapanować nad rozpierającą mnie radością. Zerwałem się na równe nogi i klaskałem ile sił w dłoniach, uśmiechając się do Kate, która przypominała teraz z twarzy dorodnego pomidora i najchętniej pewnie zapadłaby się pod ziemię.
   Cieszyłem się, że Alex i Harry mogli być tutaj z nami. Doskonale wiedziałem, jak wiele znaczyła dla Kate ich obecność tutaj. Pewnie gdyby się dało, to byłoby nas tu o wiele więcej. Usiadłem, ciężko wzdychając na myśl, co było powodem nieobecności Zayna i Liama. Stan Perrie znów pogorszył się na tyle, że przyjaciel spędzał każdą wolną chwilę w szpitalu. Zostawiał dziewczynę pod opieką rodziny tylko, gdy nasze zobowiązania tego wymagały. Liam dzielnie go wspierał. Zresztą jak my wszyscy. Dziś po prostu wypadał dzień Payne'a. Co do pozostałych, to Danielle była w Stanach, tańcząc dla kolejnych sław, a Niall razem ze swoją panią utknęli w Dublinie z powodu odwołanych lotów i pewnie gdybym wyciągnął komórkę okazałoby się, że mam od niego milion wiadomości. Wiedziałem, jak bardzo przyjaciel chciał tutaj z nami być. Katie nawet zostawiła swoją ukochaną restaurację pod opieką teściowej, co było z jej strony nie lata poświęceniem. Niestety krótki wypad do Irlandii okazał się być dłuższy niż ktokolwiek by się spodziewał. Ale cóż... Z pogodą nie wygrasz. A już zwłaszcza z tą na wyspach.
   - Jesteś najlepsza, kochanie! – porwałem moją narzeczoną w ramiona, gdy tylko się do nas zbliżyła. Nawet nie zauważyłem, że uroczystość dobiegła końca i trochę się przeludniło dookoła nas. Ludzie wychodzili na zewnątrz, gdzie odbywał się poczęstunek i gdzie dumni rodzice oraz bliscy mogli pławić się w dumie. – Najlepsza! – wskazałem na nagrodę, którą ściskała w dłoni. – Teraz już nie masz żadnej wymówki, by nie wydać książki, nad którą tyle pracowałaś.
   - Tata? – usłyszałem rozespany głos ze swojej prawej strony.
   - Wszystko dobrze, skarbie. To tylko wujkowi szajba odbija. Nic nowego zresztą – Harry jak zwykle dobitnie wszystko skwitował.




27 maj 2017
Londyn

   - Chyba zaraz zwymiotuję – rzuciłam się do okna, licząc na to, że świeże powietrze odciśnie na mnie swój zbawczy wpływ. Oparłam czoło o zimne szkło, zamykając oczy. Całe moje ciało drżało, a żołądek nijak nie chciał się uspokoić. Bezsensownie panikowałam i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. „Jestem beznadziejna...
   - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego aż tak się stresujesz, kochanie – Alex podeszła do mnie i opiekuńczo objęła ramieniem. – Jesteście razem od tak dawna, że dla wszystkich już jesteście jak stare małżeństwo, a ta cała dzisiejsza zabawa, to tylko czysta formalność.
   - Formalność dla kilku setek gości? – jęknęłam, posyłając jej sceptyczne spojrzenie, ale przezornie nie odezwałam się już więcej. Mój żołądek zdecydowanie się buntował. Starałam się oddychać głęboko, ale po kilku minutach musiałam przyznać się do porażki. Sprintem wbiegłam do łazienki, by pochylić się nad toaletą. „Dlaczego?” jęknęłam, wypluwając wnętrzności. „Czym ja się tak denerwowałam? Przecież Alex miała rację...” westchnęłam, opadając na zimne kafelki i opierając głowę o złączone dłonie. „Weź się w garść, kobieto” nakazałam sobie, ale na wszelki wypadek nie podnosiłam się jeszcze przez chwilkę. Czułam dłoń Alex, uspokajająco gładzącą mnie po plecach. Trzęsłam się jak w febrze, ale może tym razem za sprawą podłogi, na której siedziałam. Cieniutka haleczka zdecydowane nie chroniła przed chłodem kamiennych kafli.
   - A kto to przyszedł nas odwiedzić? – usłyszałam gaworzenie Danielle i śmiech mojego „bratanka”. – Bobby, pójdziesz do cioci na chwilę? Twoja mama wygląda jakby jej ręce odpadały...
   - Nawet mi nie mów – jęknęła Katie. – Musiałam użerać się z zestresowanym Niallem, który panikował bardziej niż pan młody i marudzącym niemowlakiem. Nie wiem, który z nich był gorszy – parsknęła. – Gdzie Kate?
   - W łazience. Kolejna zestresowana – usłyszałam szept Dani. – Może zastosujesz na niej metodę, którą zastosowałaś na swoim mężu?
   - Raczej nie – rozległ się dźwięczny śmiech Katie. – Jedzeniem i seksem jej przecież nie przekupię.
   - Kto wie? – mruknęła Alex, czym zarobiła lekkie pacnięcie. Spojrzałam w jej wesołe oczy i pozwoliłam pomóc sobie wstać. – Koniec tego rozczulania się, skarbie – powiedziała, podając mi szczoteczkę i pastę do zębów. – Masz pięć minut i czas zrobić cię na bóstwo. Dzisiejszego dnia Louis zaniemówi na twój widok, masz to jak w banku.
   - Szwajcarskim – usłyszałam od strony drzwi, gdzie Danielle z najmłodszym Horanem na rękach uśmiechała się do mnie wesoło. Bobby wyglądał bardzo elegancko z granatową muchą zawiązaną pod brodą. – Prawda mały? Tak ciocię dzisiaj odpicujemy, że wujkowi Louisowi język kołkiem stanie.
   - Dobrze, że nie coś innego – Alex oczywiście nie mogła nie dodać czegoś od siebie.




   - Gotowy? – Harry ścisnął moje ramię i zaświecił mi zębami po oczach. „Co on tak się szczerzy?” – Jakby co, to jeszcze masz jakieś trzydzieści sekund, by dać nogę – powiedział, puszczając mi oczko. – Za tamtą rzeźbą pijanego kolesia są ukryte drzwi.
   - To święty Piotr – Liam przewrócił oczami. – Jak byk jest tam napisane.
   - Skąd miałem wiedzieć jak on się nazywa? Ja z nim nie piłem, by mi się miał przedstawiać – Styles jak zwykle robił z siebie błazna, ale prawda jest taka, że gdyby nie on, to pewnie nawet nie dojechałbym do kościoła, kończąc jako kolejna ofiara wypadków drogowych.
   Uśmiechnąłem się do przyjaciół, którzy stali przy moim boku. Byłem prawdziwym szczęściarzem, że ich miałem, a jeszcze większym, że mogłem tu teraz stać, czekając na kobietę, którą kochałem nad życie. Czułem na sobie wzrok wielu par oczu, ale dziś pierwszy raz kompletnie mi to nie przeszkadzało. Teraz nie oni byli ważni. To był nasz dzień. Mój i Kate. I jak na razie był idealny. Zauważyłem moją mamę przemykającą się „dyskretnie” wzdłuż ławek, by zająć miejsce między Danem a Emmą. „Nareszcie...” odetchnąłem głęboko, wbijając spojrzenie w drzwi na końcu nawy.
   Rozległy się delikatne dźwięki harfy i uśmiechnąłem się, widząc pierwsze trzy osoby wyłaniające się zza drewnianych drzwi. Bliźniaczki w pięknych sukienkach, prowadziły między sobą uroczą czterolatkę o kruczoczarnych lokach, która szczerzyła się prawie tak jak jej ojciec. „Niedaleko pada jabłko od jabłoni...” Za nimi dumnie kroczyły druhny. Fizz i Lottie, które oczywiście nie mogły się powstrzymać, by nie wdzięczyć się do swoich chłopaków. Katie i Perrie, która to w końcu zaczęła wygrywać z chorobą i dzięki temu w ogóle mogła tu być z nami. No i oczywiście nie mogło zabraknąć naszych dwóch etatowych wulkanów energii w postaci Alex i Danielle. Obie wyglądały zjawiskowo. Ale to widok dziewczyny idącej u boku Nialla sprawił, że zapomniałem jak się oddycha, a moje serce zatłukło, jakby próbowało się uwolnić ( suknia Kate ).
   - O, kurcze... – usłyszałem Harry'ego i wcale się nie dziwiłem jego reakcji. Kate wyglądała jak anioł i właściwie brakowało innych słów by ją opisać. Roztaczała wokół siebie jakąś niesamowitą aurę. Od dawna to wiedziałem, ale dziś miałem wrażenie, ze wręcz mogę ją ujrzeć. Nie wiem, czy to dzięki promieniom słońca, wpadającym przez kolorowe witraże, czy może dzięki światłu wypełniającemu kościół, ale moja narzeczona wyglądała jak nie z tego świata. Jakby nic, co ludzkie nie było jej godne. „Oddychaj, stary...”  moje drugie ja jak zawsze na posterunku. „Ślinisz się.” Nie odrywałem wzroku od Kate, czekając i z całej siły zmuszając się, by nie wyjść jej na spotkanie. W tym momencie byłem wdzięczny mojej mamie i dziewczynom, że nie było mi dane wcześniej ujrzeć tej niesamowitej sukni. Dzięki temu ta chwila była jeszcze bardziej wyjątkowa. Byłem pewien, że będę przechowywał wspomnienia Kate, kroczącej nawą, by zostać moją żoną, jako te najcenniejsze. Byłem cholernym szczęściarzem i doskonale o tym wiedziałem. Uśmiechnąłem się zadowolony.
   Moment, gdy nasze oczy się spotkały, był jak jeden z tych, kiedy cały świat zwalnia tempo, a wszystko należy do nas. Teraz mój wszechświat skurczył się do tych kilku metrów, które nas rozdzielały. Widziałem wszystko tak dokładnie, jakbym oglądał to, stojąc z boku z lupą w dłoni. Zauważyłem delikatne drżenie ust Kate i po prostu wiedziałem, że z całej siły powstrzymywała się, by nie przygryźć dolnej wargi. Była zdenerwowana? „Och, kochanie...” uśmiechnąłem się, posyłając w jej stronę całą tą miłość, która mnie wypełniała. W tym momencie miałem jej tyle, że mógłbym obdarzyć nią pół świata, o ile nie cały.
   „Nareszcie...” próbowałem uspokoić mój oddech, ale skutek był mniej niż marny. Uścisnąłem dłoń Nialla, by w końcu dotknąć tej, na którą czekałem. Z trudem przełknąłem ślinę, przy okazji zwilżając usta językiem.
   - Moja – wyszeptałem, głosem zmienionym z przejęcia. Patrzyłem głęboko w te nieziemskie oczy, upajając się miłością, którą w nich widziałem.
   - Mój – odczytałem z ruchu jej warg, choć naprawdę nie wiem jakim cudem, skoro nadal pławiłem się w tych cudownych uczuciach, którymi przepełnione było jej spojrzenie. Mógłbym pewnie tonąć w nich bez końca, gdyby nie przeszkodził mi w tym głos księdza.
   - Kochani...


   - Mowa! Mowa! – rozległo się z różnych stron. Uśmiech na twarzy Harry'ego sprawił, że włosy na karku stanęły mi na baczność. „Niech ktoś to powstrzyma...” uderzyłem czołem w stół, tylko bardziej rozbawiając już i tak wesołych gości. Piękna pogoda oraz procenty w szklankach zdecydowanie miały spory wpływ na samopoczucie wielu osób. Kate gładziła mnie po plecach, wpatrując się w przyjaciela. Znając go, byłem więcej niż pewny, że miał kilka kompromitujących mnie zdań w zanadrzu. A jeśli jeszcze Alex dołożyła swoje trzy grosze do tej jego przemowy... „Może to już najwyższy czas odnaleźć najbliższe wyjście ewakuacyjne?
   - Tata! – córka Harry'ego klaskała, podskakując na kolanach Fizzy, gdy jej ojciec wstał, by zaprezentować się w całej swojej krasie. „Wariat” roześmiałem się, gdy ostentacyjnie zarzucił lokami. Wiedziałem, że zrobił to tylko i wyłącznie dla swojej małej dziewczynki, a mojej chrześnicy. Nie wiedzieć czemu, bardzo ją bawił ten gest.
   - Widzicie, jak moje kochanie we mnie wierzy? – zaśmiał się Styles, wskazując na córkę. – Jeszcze nic nie powiedziałem, a już mi bije brawo. Nie krępujcie się brać z niej przykładu – przesłał całusa Elli, której najwyraźniej bardzo się podobało bycie w centrum uwagi. „Kolejne coś, co przypadło jej w genach po ojcu.
   - Boże miej nas w opiece – jęknąłem, ściskając dłoń mojej żony. „Nigdy nie znudzi mi się to słowo” uśmiechnąłem się do niej czule, nachylając się, by skraść pocałunek. Towarzyszyło temu niezbyt dyskretne chrząkniecie Stylesa.
   - Kilka osób próbowało mnie przekupić, by powstrzymać przed powiedzeniem tych kilku słów – zaczął przyjaciel i już się bałem. – Naprawdę nie rozumiem dlaczego? – rozległ się śmiech co po niektórych gości. – Ale przecież nie mogłem pozbawić was przyjemności wysłuchania mojej skromnej osoby – wyszczerzył się w głupkowatym uśmiechu. – Jak również nie mogłem zrobić tego naszym nowożeńcom. Louis, przyjacielu – klepnął mnie w plecy, aż zadudniło. – Mała – spojrzał na Kate z wyzwaniem w oczach. – Możecie być ze mnie dumni, nie było łatwo oprzeć się niektórym łapówkom – puścił oczko do Alex. – Myślę, że w imieniu całej naszej wielkiej rodzinki mogę powiedzieć jedno – zawiesił na chwilę głos. „A podobno to ja mam umiejętności aktorskie.” – Nareszcie, stary – dokończył, oddychając z ulgą i dało się słyszeć pierwszy śmiech. – Jak dziś pamiętam dzień, w którym w końcu odważyłeś się poprosić Kate o rękę i nie mogę uwierzyć, że dałeś się przegonić ze ślubem Payne'owi i Horanowi. Horanowi, Louis?!? – Niall prychnął rozbawiony, bo na więcej nie pozwoliły mu usta pełne jedzenia. Liam tylko pokiwał głową, zezując w stronę Danielle. Ci dwoje wyglądali jakby znowu mieli ciche dni. Westchnąłem, zdając sobie sprawę z tego, że powoli wszyscy się przyzwyczajaliśmy do tych ich huśtawek nastrojów. – Doprawdy nie wiem, na co czekałeś... No, ale stało się. Nic już na to nie poradzimy. Musisz z tym żyć – rozłożył ręce, machając kieliszkiem. Jakimś cudem jeszcze nie oblał nikogo szampanem. – Ale nie martw się. My, twoi przyjaciele, z pewnością nie damy ci o tym zapomnieć...
   W tym momencie postanowiłem się wyłączyć, wiedząc, że wyciągnie sporo zawstydzających mnie historii. Cóż... Najważniejsze, by gościom się podobało. Ja wolałem zając się obmyślaniem planu doskonałego. Jaka śmierć będzie najbardziej bolesna za jego przewinienia? Niewiele brakowało, bym zaczął wprowadzać moje pomysły w życie, ale na szczęście obecność Kate i dotyk jej drobnych palców na moim karku, wpływały na mnie kojąco. Powiedzmy. Ta pieszczota sprawiła, że miałem bardziej nabrzmiały problem. Większy niż paplanina Stylesa i zdecydowanie bardziej naglący. Zamiast starać się myśleć o czymś kompletnie aseksualnym, co pozwoliłoby mi przetrwać do końca wesela, moje niezawodne i wredne ja podsyłało mi kolejne obrazy, które tylko bardziej mnie rozpalały. Bo przecież bardzo istotne w tej chwili było to, co moja żona miała pod tą piękną suknią i jak szybko zajęłoby mi pozbycie się zbędnych elementów jej garderoby. Fantazje o kochaniu się z nią bez zdejmowania kreacji również nie pomagały. Mój przyjaciel wyrywał się na wolność, grożąc wybuchem w spodniach. Nie wiem, czy moje kochanie zauważyło, co się ze mną działo, czy też był to kompletny przypadek, że jej dłoń wylądowała na moim udzie, ale jedno jest pewne – jej rozkoszny rumieniec i płomień w oczach świadczyły, że odkryła moją „małą” tajemnicę.




25 sierpień 2017
Houston

   Siedzieliśmy z chłopakami w hotelowej sali konferencyjnej, odpowiadając na niekończące się pytania dziennikarzy. Zerknąłem dyskretnie na zegarek i miałem ochotę jęknąć z rozpaczy, gdy zobaczyłem, że dopiero pół godziny za nami, a ja już miałem wszystkiego serdecznie dość. Robiłem co mogłem, by skupić się na obowiązkach, ale cały czas zastanawiałem się, co też takiego ciekawego robią dziewczyny. Próbowałem wyciągnąć telefon z kieszeni, by wysłać krótką wiadomość, ale wzrok Liama sprawił, że musiałem zapomnieć o tym pomyśle. „Dyktator się znalazł...” Dałbym wszystko, by teraz móc spędzić choć kilka minut z Kate, zamiast kolejnych godzin na nudnych wywiadach. Ten dzień zapowiadał się okropnie i nie zanosiło się na żadne zmiany. „Boże... Ile można pytać o to samo?” Miałem ochotę rozstrzelać co drugiego dziennikarza, by zapewnić sobie trochę rozrywki i wtedy byłaby całkiem realna szansa, by skończyć wcześniej. „Całkiem interesujący i krwawy pomysł, stary” moje drugie ja przybiło mi piątkę i zaczęło wskazywać kolejne, potencjalne cele. „Kompletnie mi odbiło.
   - Lee Samson z Only Music – spojrzałem na faceta w kolorowych szelkach. Zdecydowanie rzucał się w oczy. „Rozstrzelać” zadecydowałem, ciągnąc swoją głupią grę. – To już wasza szósta trasa koncertowa. Każda jedna była wielkim sukcesem i wygląda na to, że i ta go odniesie. Jak to robicie? Skąd siły do kolejnych występów?
   - Nasi fani oraz nasze rodziny są całkiem potężną dawką energii – Harry postanowił się poudzielać, po tym jak zarobił kopniaka od Liama. Dobrze, że pod stołem i nikt oprócz nas tego nie widział. „Tak, Payne dziś zdecydowanie nie w humorze... Czyżby kolejna sprzeczka z Danielle?” Obiecałem sobie postarać się mu dziś nie wchodzić w drogę. – Uwielbiamy się z nimi spotykać, a głównie przy okazji koncertów tak naprawdę mamy ku temu możliwość.
   Zauważyłem małe poruszenie przy drzwiach i od razu poprawił mi się nastrój. Choć nie na długo. Mimo uśmiechu na twarzy, Kate nie wyglądała najlepiej. Jej opalona twarz wydawała się nienaturalnie blada. Próbowałem dowiedzieć się na odległość co się dzieje, ale pokręciła głową, zbywając mnie i usiadła w ostatnim rzędzie obok Alex, Elli i Lux. Mark stanął za nimi, opierając się o ścianę. Jego twarz nie zdradzała kompletnie niczego. Spojrzałem na przyjaciółkę, ale ona uśmiechała się do mnie wesoło, jakby tak naprawdę nic złego się nie działo. „Co jest grane?” Podskoczyłem na fotelu, gdy kopniak Payne'a przypomniał mi o odbywającej się konferencji. To tyle odnośnie nie wchodzenia mu na radar. Przeniosłem wzrok na przyjaciela, który przewracając oczami, łaskawie podsunął mi kartkę z nagryzmolonym na niej pytaniem, które było do mnie skierowane.
   - Musicie mu wybaczyć – roześmiał się Niall, dając mi czas na rozszyfrowanie hieroglifów Liama. – On na samo wspomnienie ślubu odpływa do krainy wiecznej szczęśliwości.
   - Raczej nocy poślubnej – kaszel Harry'ego jakoś dziwnie ułożył się w słowa. „śmiejcie się, śmiejcie... Doszlibyście na samą myśl o tym, co wyprawialiśmy z Kate podczas tej nocy. Nie żebym miał się chwalić.
   - Coś w tym jest – powiedziałem, poprawiając się na fotelu i masując bolącą kostkę. Posłałem w stronę dziennikarzy przepraszający uśmiech. – Dziękuję za gratulacje. Są jak najbardziej zasłużone, bo w końcu zgarnąłem główną nagrodę – puściłem oczko mojej żonie. – Udało mi się usidlić cudowną osobę i nie mógłbym być szczęśliwszy.
   - Ja tam dalej twierdzę, że to musiała być jakaś chwilowa niepoczytalność z jej strony – Styles wtrącił coś od siebie, uśmiechając się do Elli, która, stojąc na krześle, machała do niego jak szalona. Jakim cudem Alex udało się nakłonić ją do zaniechania dzikich okrzyków, które mała najczęściej z siebie wydawała na widok Harry'ego? Pewnie miała z tym coś wspólnego kolorowa dżdżownica, zwisająca z ust El. – Choć nie da się ukryć, że od patrzenia na tych dwoje można się tylko zarazić szczęściem.
   - Albo cukrzycą – dodał Niall, zezując w stronę stołu z przekąskami. Jak dobrze pójdzie, to może zaraz wybłaga przerwę.
   Znów zerknąłem w stronę Kate, która słuchała czegoś, co mówiła do niej Alex. Spojrzała mi w oczy i odczytałem z jej ust wyznanie miłości. Zrewanżowałem się tym samym, co oczywiście nie uszło uwadze dziennikarzy. Musiałem dowiedzieć się co ją martwiło. Obejrzałem się za siebie, zwracając tym uwagę Paula. Natychmiast znalazł się przy mnie. Pochylając się bez słowa.
   - Możemy zrobić kilka minut przerwy? – szepnąłem mu na ucho, a gdy na mnie spojrzał, zaprezentowałem mu jedną z moich min z serii: „jak nie to umrę, albo stanie się jeszcze coś gorszego”. Zerknął na zegarek.
   - Za pięć minut – mruknął i wrócił na swoje miejsce.
   Nie wiem, czy to było te obiecane pięć minut, ale w końcu ogłoszono krótką przerwę i mogłem zaciągnąć Kate do pokoju obok, który chwilowo służył nam za garderobę. Lou kręciła się między nami, poprawiając co się dało.
   - Co się dzieje, kochanie? – odezwałem się, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi. Pozostali udawali, że nie podsłuchują. „Raczej nieudolnie” skomentowało moje drugie ja. Niall, który wręcz nadstawił ucho w naszą stronę, raczej nie był zbyt dyskretny. Jedynie Harry z córką na rękach cicho dyskutował o czymś z Alex. „Pewnie dowie się o co chodzi jeszcze przede mną...” – Coś się stało, gdy byłyście na mieście? – próbowałem odgadnąć powód jej zachowania. – Coś nieprzyjemnego z fanami?
   - Nie, nie – szybko zaprzeczyła, patrząc mi głęboko w oczy. „Powinienem się domyślić?” Lustrowałem jej twarz w poszukiwaniu odpowiedzi, ale ten jeden raz jej oczy były dla mnie nie do odczytania. Kryło się w nich z milion uczuć. Tak wiele, ale nijak nie potrafiłem ich przypisać do czegoś konkretnego. Radość, strach, miłość, niepewność... Zauważyłem, że zerknęła w stronę przyjaciółki.
   - Po prostu mu powiedz, słońce – odezwała się Alex. Uśmiechała się do mnie szeroko, jednocześnie próbując zapanować nad lokami córki. – Skorzystaj z rady, którą kiedyś mi dałaś...
   - Kate, o co chodzi? – znów wpatrywałem się w jej oczy, poszukując odpowiedzi. – Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć, prawda?
   - L-Lou...
   Widziałem jak zbiera się na odwagę i zachodziłem w głowę, co takiego mogło doprowadzić ją do tego stanu. Jeden głęboki oddech i wiedziałem, że zaraz się wszystkiego dowiem. „Proszę, niech to nie będzie nic złego...” Ledwo te słowa rozległy się w mojej głowie, gdy przed oczami stanęła mi postać człowieka, który wyrządził nam tyle krzywd. Zrobiło mi się słabo i dosłownie czułem jak krew odpływa mi z twarzy.
   - Boże, chyba nie...
   - Jestem w ciąży – powiedziała cicho, przerywając mi. Stała przede mną, drżąc na całym ciele i patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami. I czekała... A w mojej głowie rozszalał się istny huragan. Uderzyły mnie wspomnienia, gdy po jednej z naszych chwil zapomnienia, obawiałem się nieplanowanej ciąży. Wciąż doskonale pamiętałem to uczucie rozczarowania, kiedy okazało się, że Kate brała tabletki. Uśmiechnąłem się, wspominając, co czułem, gdy wyobrażałem ją sobie z zaokrąglonym brzuszkiem, a później z moim dzieckiem na rękach. „Boże...
   - Jesteś w ciąży... – powtórzyłem, patrząc jak kiwa głową, wpatrując się we mnie uważnie. – Boże, będziemy mieli dziecko?
   - Ciąża z reguły do tego się sprowadza – komentarz Harry'ego przebił się przez tę sieczkę w mojej głowie. – Ałaaa!
   - Mój tata!
   - To powiedz swojemu tacie, żeby głupio się nie odzywał...
   - Będziemy mieli dziecko! – mój mózg chyba w końcu zaczął funkcjonować. – Porwałem Kate w ramiona prawie płacząc ze szczęścia. – Będziemy mieli dziecko! – miałem ochotę wykrzyczeć to całemu światu. Zewsząd posypały się gratulacje, a przyjaciele zamknęli nas w zbiorowym uścisku.
   - Koniec przerwy – rozległo się od strony drzwi. Paul rozejrzał się dookoła lustrując nasze twarze. W kilku przypadkach zalane łzami. – Co się znów stało? – zapytał, wchodząc do środka.
   - Jesteśmy w ciąży! – zawołałem, ciesząc się jak nienormalny. – To znaczy, Kate jest! Boże... Będziemy mieć dziecko!
   - Stary... – Zayn klepnął mnie w ramię. – Jeżeli planowaliście zatrzymać to jeszcze przez jakiś czas w tajemnicy, to już możecie o tym zapomnieć – kiwnął głową w stronę drzwi, których Paul nie zdążył jeszcze za sobą zamknąć. Niezwykłe poruszenie za nimi mówiło wszystko.
   - Boże, będę ojcem... – wyszeptałem, tuląc do siebie Kate. Wypełniała mnie taka radość, że pewnie mógłbym latać. Chwyciłem mocniej dziewczynę i okręciłem się z nią w ramionach. Wypełniało mnie teraz takie szczęście, że nie byłem w stanie go opisać. I wszystko było idealnie. Do czasu, gdy zakręciło mi się w głowie. – Niedobrze mi...




15 grudzień 2017
Londyn

   Gwar dochodzący zza drzwi sprawił, że kolejny już raz miałam ochotę uciec z tego miejsca i ukryć się w zaciszu własnego domu. Coś, co było spełnieniem marzeń, teraz przerażało mnie wcale nie na żarty. „Może po prostu się do tego nie nadawałam...
   - Co mi strzeliło do głowy, by to zrobić? – spojrzałam na przyjaciółkę, która była jednym z powodów dla których jeszcze nie stchórzyłam. – Wyglądam okropnie. Jestem wielka jak szafa. I to trzydrzwiowa – wyliczałam swoje kolejne „zalety”. – Ledwo mogę się ruszyć. Wszystko mnie boli, a te diabełki chyba właśnie urządziły sobie konkurs stepowania – czułam, że nie dużo mi brakowało, by się rozpłakać. „Przeklęte hormony.” – Powinnam siedzieć w domu, a nie pokazywać się ludziom na oczy...
   - Wyglądasz wspaniale – Alex usiadła obok i objęła mnie ramieniem, pozwalając mi ukryć pierwsze łzy w swojej kolorowej bluzce. – Akurat jak ktoś w prawie siódmym miesiącu ciąży z bliźniakami – pogładziła mnie po wielgachnym brzuchu, w którym to jedno z dzieci chyba właśnie ćwiczyło salta. Z wyskoku. – Napisałaś cudowną książkę, która od miesiąca jest najbardziej wyczekiwanym tytułem i już dziś wszyscy przekonają się dlaczego. Jesteśmy z ciebie cholernie dumni. Wszyscy. Ja jestem tak cholernie dumna, że mam zamiar wyjść tam z tobą i napawać się pozycją twojej przyjaciółki – uniosła moją głowę, zmuszając mnie bym na nią spojrzała. – A niech ich skręca z zazdrości – nie mogłam się nie uśmiechnąć na te słowa. – A teraz poprawimy ci makijaż i wyjdziesz tam, by przeczytać fragment tego arcydzieła, odpowiedzieć na kilka pytań i rozdać milion autografów – uklękła przede mną i zabrała się za moje rozmazane oczy. – A potem wrócimy do domu i zafunduję ci najlepszy masaż dłoni jaki możesz sobie wyobrazić. Przyda ci się po tych wszystkich podpisach, które będziesz musiała złożyć.
   - Nie wiem, czy będzie ci dane – Mark odezwał się ze swojego miejsca na kanapie obok. – Paul wysłał mi wiadomość, że wznowili loty, więc chyba Lou wyręczy cię w tym całym masowaniu...
   - To jeszcze lepiej – ucieszyła się Alex. Na myśl o Louisie od razu zrobiło mi się jakoś lepiej. Choć jednocześnie moja radość udzieliła się dzieciom. Nakryłam brzuch dłońmi, czując ruch pod palcami. „Przysięgam, energię to macie po tatusiu...” – Poza tym pamiętaj, że nie napisałaś tej książki tylko dla siebie. Mam ci przypomnieć, komu ją zadedykowałaś?
   - Nie trzeba – uśmiechnęłam się, wyciągając do niej ręce, by pomogła mi wygrzebać się z tej kanapy. Na szczęście Mark również ruszył na pomoc.
   „Dla moich wspaniałych Lilii, które zbyt krótko zachwycały świat swoim pięknem...”




4 luty 2018
Londyn

   Opierałem czoło o szybę, znacząc ją pewnie kolejnym odciskiem. Ten, kto tu sprząta, raczej mi za to nie podziękuje. Bez końca przeczesywałem wzrokiem pomieszczenie za oknem. I czekałem. Musiałem się upewnić. Zobaczyć je. Przekonać się, że wszystko z nimi w porządku. Że są bezpieczne.
   - Lou? – zobaczyłem idącego w moją stronę Harry'ego. – Alex powiedziała, że cię tu znajdę.
   - Dziwne żeby nie, skoro sama mnie tu wysłała – mruknąłem, odwracając od niego wzrok i ponownie skupiając się na pomieszczeniu za szybą. „Gdzie jesteście?
   - Wszystko w porządku? – odezwał się cicho przyjaciel.
   - Nic nie jest w porządku – powiedziałem, wpatrując się w pielęgniarki za szkłem niczym jastrząb. W pomieszczeniu było kilka noworodków, ale ja czekałem na dwa konkretne. Moje. – Są za małe. Urodziły się za wcześnie...
   - Rozmawiałeś już z lekarzem? – zauważyłem w szybie, że Harry również zaczął skanować wzrokiem pomieszczenie. – Co powiedział?
   - Jeszcze nic. Wciąż się nimi zajmują – wyszeptałem, bojąc się, że powiedzenie tego głośno może przynieść pecha. – Na szczęście z Kate wszystko w porządku, choć przez chwile napędziła nam stracha – przypomniałem sobie moment, gdy jej serce przerażająco zwolniło, by po chwili zabić mocnym rytmem. „Dzięki Bogu.” – Śpi teraz – uśmiechnąłem się do przyjaciela. – Poprosiłem Alex, by z nią została, bo ja...
   - Rozumiem... – poczułem jego dłoń na ramieniu.
   - Będzie chciała wiedzieć, gdy się obudzi – tłumaczyłem, choć byłem pewny, że akurat jemu nic nie musiałem tłumaczyć. – Tak szybko je zabrali – odwróciłem się, spoglądając na niego tak, jakby miał udzielić mi odpowiedzi, których poszukiwałem. – Nie płakały... – poczułem łzy pod powiekami. – Nawet nie zdążyłem ich zobaczyć... – ostatnie słowa przeszły w szloch. Schowałem twarz w ramieniu przyjaciele, próbując się uspokoić.
   - Wszystko będzie dobrze, Louis. Obiecuję – powiedział i poczułem się lepiej, choć przecież wiedziałem, że nie miał takiej mocy. W tej chwili chciałem wierzyć we wszystko. – Ella też urodziła się za wcześnie, a teraz popatrz? Świętego by wykończyła – w jego głosie brzmiała duma z córki.
   - Chcę je po prostu zobaczyć – wydukałem mu w koszule. – Chcę by ktoś tu przyszedł i powiedział, że wszystko z nimi dobrze...
   - To spójrz.
   - Co? – pozwoliłem mu się odepchnąć i odwrócić w stronę szyby. Pierwsze co zauważyłem, to uśmiechniętą pielęgniarkę, ostrożnie pchającą inkubator, w którym spały moje dzieci. Przylgnąłem do szklanej tafli, pożerając je wzrokiem. Cudowne. Wyglądały jak dwa śpiące aniołki. Jeden w różowej, a drugi w niebieskiej czapeczce. Poza nią miały na sobie jedynie pieluszkę. – Takie maleńkie... – wyszeptałem, a mój oddech zaparował szkło przede mną. Spojrzałem na pielęgniarkę i gdyby nie Harry, to z pewnością zaliczyłbym podłogę w momencie, gdy kobieta uniosła dwa kciuki do góry i uśmiechnęła się szeroko. Coś dziwnego stało się z moim oddechem. Ze mną. Próbowałem się uspokoić, ale doprowadziłem się do jakiegoś dziwnego staniu, od którego pewnie nie tak daleko do jakiegoś ataku. „Chyba po prostu do mnie dotarło, że zostałem ojcem...
   - Pan Tomlinson? – głos lekarza Kate sprawił, że wziąłem się w garść na tyle, by odwrócić wzrok od moich dzieci i spojrzeć na niego. – Już wszystko w porządku – powiedział posyłając w moją stronę uspokajający i pełen zrozumienia uśmiech. – Zarówno żona jak i maluchy napędziły nam dziś niezłego stracha, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Mają państwo piękne dzieci. Gratuluję.
   - Dziękuję – wydukałem, choć do końca nie byłem pewien, czy to aby na pewno byłem ja. Czułem jakbym unosił się w przestworzach. Na skrzydłach miłości, która mnie wypełniała.
   - Żona niedługo powinna się obudzić – zerknął na zegarek. – Może pójdziemy do niej i będę mógł państwu opowiedzieć o stanie dzieci.
   - Tak. Dobrze – odwróciłem się jeszcze raz w stronę maluchów. Naprawdę trudno było stąd odejść. „Tatuś niedługo wróci...” obiecałem, dając się zaprowadzić do pokoju Kate. Przez cały czas walczyłem ze sobą, by nie zawrócić i nie pobiec do dzieci. „Jestem tatą...” uśmiechnąłem się. Podobało mi się brzmienie tego słowa.




23 lipiec 2020
Londyn

   - Oczywiście nie mogliście się powstrzymać, by się nie spóźnić na własną konferencję prasową? – Paul przywitał nas jedną ze swoich marsowych min. Jeszcze się nie nauczył, że one zazwyczaj nie działały. Byliśmy już na nie za starzy i zbyt rozbestwieni. – Jakiś dobry powód chociaż? – zapytał, prowadząc nas wzdłuż korytarzy.
   - Przepraszamy, wujku – Ella posłała mu jeden ze swoich sprawdzonych uśmiechów. Taki, który zmiękczyłby nawet głaz. – Musiałam zrobić się na bóstwo – zarzuciła swoimi kruczoczarnymi lokami z wprawą doświadczonej łamaczki męskich serc. „Czego ten Styles ją uczy?
   - A oprócz tego Seth schował się w skrzyni na zabawki, zasnął i nie mogliśmy go znaleźć – Lux oczywiście nie mogła nie zdradzić mojej „małej” wpadki w pilnowaniu syna. Alex i Harry posłali mi rozbawione spojrzenia. Na szczęście Kate była bardziej wyrozumiała i nie nabijała się ze mnie. Przynajmniej nie tak otwarcie. Czułem, że ta historia będzie jedną z tych opowiadanych podczas każdych świąt.
   - No już nie patrzcie się tak na mnie z politowaniem – pchnąłem przyjaciela na ścianę, gdy zauważyłem, że po jego dzikich minach Paul już się domyślił, kto „zgubił” dziecko. – Nic nie mogłem na to poradzić. On porusza się niczym ninja – tłumaczyłem, podrzucając rozbawionego Setha na ramionach. – W jednej sekundzie bawił się ze mną kolejka, a w drugiej... Pufff! Nie było go.
   - Kolejka? – Alex spojrzał na mnie wymownie, a potem wymieniła „te” spojrzenie z moją żoną. – No i wszystko jasne... – roześmiała się razem z Kate. „Niby co było jasne? Kolejka jak kolejka...
   - Nareszcie! – Liam odetchnął z ulgą na nasz widok. Tyle lat, a on nic a nic się nie zmienił. Nadal wszystkim za bardzo się przejmuje. – Widzieliście co się tam dzieje? Jak mogliście się spóźnić w taki dzień? Co znowu zrobiłeś, Louis?
   - Dlaczego zawsze moja wina? – oburzyłem się, ale gdy zdałem sobie sprawę, że w sumie tym razem może i było trochę mojej winy, postanowiłem sprawę raczej przemilczeć. – Ale już jesteśmy, co nie? Nie spinaj się tak, bo ci siwych włosów przybędzie...
   - Jak to przybędzie?!? – Payne rzucił się do lustra, choć głośny śmiech wszystkich dookoła powinien mu powiedzieć, że żartowałem. „Ups” wzruszyłem ramionami, gdy przeszył mnie morderczym wzrokiem. „Ktoś tu chyba dawno nie zamoczył...
   - Dupek – mruknął, zezując na dzieci.
   - Też cię kocham – posłałem mu całusa, ściągając Setha za ramion i podając go Kate. Niestety moja latorośl polubiła spoglądanie na wszystkich z góry i wyciągnęła ręce do Adama, który zastępował w tym tygodniu chorego Marka. Tak samo jak jego poprzednik, tak i on szybo zaskarbił sobie miłość moich dzieci i dlatego teraz miał ich pełne ręce.
   - Pozostali są na tarasie – powiedział Paul, zwracając się do dziewczyn. – Tymi schodami na drugie piętro. Nie ma szans przeoczyć. A wy do roboty – zaczął nas popychać w stronę drzwi. – Chcecie zrobić sobie wolne, to najpierw na nie zasłużcie...
   Odwróciłem się, by pomachać dzieciakom i przesłać całusa Kate. Zdziwiłem się widząc ją, konspirującą z Liamem. „Co jest grane?”
   - Dziękuję, że ją zaprosiłaś... – „Kogo? Dlaczego ja nic nie wiem?” ociągałem się ile mogłem, ale w końcu Paul stracił cierpliwość i zaciągnął mnie oraz Payne'a na scenę. Posłałem przyjacielowi pytające spojrzenie. – Danielle. Nie pytaj – westchnął, a ja razem z nim. Ich rozstanie wszystkim nam dawało się we znaki. Ci dwoje byli idealnym przykładem na to, jak kochając się można wszystko spieprzyć. Od dwóch lat czekaliśmy, aż w końcu się opamiętają. Wóz albo przewóz. Wracają do siebie, albo się rozwodzą. A nie takie życie w zawieszeniu. Ja rozumiem, że stres i te wszystkie sprawy związane z niepłodnością, ale przecież wszystko można przezwyciężyć, jeśli tylko się chce...


   - Zdajecie sobie sprawę, że wasi fani są zdruzgotani? – Po naszym oświadczeniu, iż robimy sobie kilkuletnią przerwę od tras koncertowych i tego całego szaleństwa, dziennikarze dosłownie oszaleli. Pomyślałby kto, że nie uprzedzaliśmy o tym już od jakiegoś czasu. Zarówno ich jak i fanów. – Od kilku dni fani koczują zapłakani pod stadionem, by ujrzeć was na scenie. Czy to naprawdę ostateczna decyzja?
   - Tak – Liam uśmiechnął się do kobiety, której imienia nie usłyszałem. – I proszę nam wierzyć, nie została ona podjęta pochopnie. Dokładnie dzisiaj obchodzimy dziesięciolecie istnienia zespołu i jest to wspaniała okazja do świętowania, ale również do podsumowania. – Kto jak kto, ale Payne idealnie nadawał się do tego typu spotkań i przemówień. Z wiekiem stał się w tym jeszcze lepszy. – Od dziesięciu lat nie było roku bez tras koncertowych, kolejnych płyt i przede wszystkim bez dni spędzonych w rozjazdach. Owszem, kochamy naszych fanów i kochamy muzykę. Wszystko to robiliśmy z przyjemnością, ale nie da się ukryć, że było ciężko, gdy spędzaliśmy w domu łącznie zaledwie miesiąc w całym roku.
   - Ufamy, że nasi fani zrozumieją tę niełatwą decyzję i podarują nam ten czas, który chcemy spędzić z bliskimi – Harry przejął pałeczkę. – Już nie jesteśmy tymi nastolatkami, którzy wyrwali się z rodzinnych domów i ruszyli w świat. Głodni przygód i nieznanego... Teraz mamy dziewczyny, żony oraz dzieci i myślę, że wszyscy potrzebujemy chwili, by odsapnąć. Usiąść z boku i spojrzeć na to, czego dokonaliśmy przez te dziesięć lat. Oraz zastanowić się, co jeszcze chcemy osiągnąć. Ta przerwa wszystkim nam zrobi dobrze – parsknąłem śmiechem, bo Style oczywiście nie mógł się powstrzymać od swoich dwuznacznych komentarzy. Nawet gdyby ktoś je przeoczył, to jego wymowne poruszanie brwiami, szybko by to naprawiło.
   - Myślę, że fani obawiają się, że to już koniec One Direction – odezwał się jeden z mężczyzn z tyłu. – Teraz mówicie o przerwie, w założeniu pięcioletniej, ale czy na pewno wrócicie po tym czasie?
   - Taki jest plan – Niall wyszczerzył się w uśmiechu. – To nie jest tak, że nagle postanowiliśmy, że mamy dość i rozchodzimy się każdy w swoją stronę, a za jakiś czas spotkamy się przy piwie i zastanowimy, czy gramy dalej. Owszem, założyliśmy sobie maksymalnie pięć lat i mamy zamiar poświęcić ten czas naszym rodzinom i może kilku różnym projektom, ale również będziemy pracować nad kolejnym albumem. Powrócimy z nim oraz z jeszcze lepszą i większą trasą, by wynagrodzić wszystko naszym wiernym fanom.
   - No i przecież nie znikniemy nagle z powierzchni ziemi – wtrąciłem się w odpowiedź Horana. – Nadal będziemy się udzielać w różnych akcjach charytatywnych i będzie można nas spotkać w wielu miejscach. Ale nie da się ukryć, że teraz częściej w towarzystwie rodzin.
   - Cóż... – uśmiechnął się reporter z pierwszego rzędu. – Możemy tylko trzymać was za słowo i mieć nadzieję, że ta przerwa rzeczywiście wyjdzie wszystkim na dobre. Czyli dzisiejszy koncert to nie pożegnanie?
   - Raczej obietnica – Zayn pochylił się do przodu, jak to miał w zwyczaju. – To nie jest koniec, a po prostu kolejny etap. Dzisiejszy koncert będzie podsumowaniem ostatnich dziesięciu lat. Zagramy na nim utwory ze wszystkich płyt, więc szykujcie się na zabawę do rana...
   - Fani rozbili prawdziwe obozowisko pod stadionem i już od tygodnia wiadomo, że Wembley wypełni się po brzegi. Skąd pomysł na darmowy wstęp?
   - Nie tak do końca darmowy – Liam znów przejął pałeczkę. – Poprosiliśmy fanów, by zamiast płacić za bilet, każdy kupił jakąś zabawkę lub książkę. Wszystkie te rzeczy trafią później do szpitala dziecięcego, który został już odbudowany po zeszłorocznym zamachu i wkrótce zostanie ponownie otwarty. Jestem pewien, że dzięki naszym fanom będziemy mogli wyposażyć pokoje zabaw oraz świetlice.
   - A jakie w takim razie macie plany na najbliższe miesiące?
   Miałem wrażenie, że ta konferencja się nigdy nie skończy. Spojrzałem w górę, napotykając wzrok Kate. Alice, jak przystało na oddaną fankę, spała w ramionach mamy. Setha nigdzie nie było widać. Tak samo jak Elli, więc mogłem się założyć w ciemno, że tych dwoje właśnie coś psociło. „Przynajmniej tym razem nie będzie na mnie, że ich nie upilnowałem...
   - Ja mam zamiar porwać moją piękną żonę i dzieciaki na małe wakacje, a potem koniecznie do Irlandii. Moja córka ma już dwa lata, a jeszcze tam nie była. Wstyd – roześmiał się, kręcąc głową i niebezpiecznie kołysząc się na krześle. – Wprawdzie żona jeszcze nie wie... Katie, kochanie, szukaj zastępstwa do pracy, bo jedziemy w świat...
   - Myślę, że porządne wakacje przydadzą się nam wszystkim – powiedziałem, doskonale wiedząc, że takie były i moje plany. – W końcu będziemy mogli spędzić więcej czasu z rodziną. Bez żadnych goniących nas terminów i takich tam... – machnąłem ręką.
   - Mamy zamiar zabrać nasze piękne panie oraz te małe potworki, nazywane dziećmi – Styles zarzucił mi ramię na szyję i wyszczerzył się do dziennikarzy – i wywieść je gdzieś daleko, a potem może spróbować sprzedać za kilka wielbłądów, albo złotą rybkę, która spełniałaby życzenia...
   - Wcale że bo nie! – Ella nie mogła się oczywiście powstrzymać. Śmiech dziennikarzy wypełnił salę. – To ciebie sprzedamy! – powiedziała, wychylając się przez barierkę. Uśmiechnąłem się, widząc jak Adam trzyma ją za fraki jedną ręką, na drugiej mając uwieszonego Setha. – A potem uciekniesz i do nas wrócisz i... – zamyśliła się na chwilę. – Ale kupimy wielbłąda?




1 sierpień 2022
Necker Island

   Uderzyłam w drzwi sypialni, przyciśnięta do nich bardzo niecierpliwym ciałem męża. Zachłanne pocałunki, wyprawiały cuda z naszymi oddechami. Ręce ledwo nadążały, zrywając z nas ubrania. Stłumione wyznania miłości, przeplatały się z jękami i ponaglającym warczeniem. Coraz częściej właśnie tak wyglądały nasze zbliżenia i prawdę mówiąc, miałam wrażenie, że w wieku prawie trzydziestu lat, przeżywałam swój najlepszy seks. A wszystko za sprawą jednego małego... naprawdę maleńkiego i bardzo kochanego szczegółu. A właściwie dwóch. Dwoje małych dzieci jakimś cudem wyniosło nasze chwile intymne na wyżyny, a za pomysłowość powinniśmy zgarnąć Nobla. Jednocześnie często sprawiały, że mieliśmy ochotę wyć z frustracji, gdy nagle otwierały się drzwi sypialni. Nie wiem jak to było możliwe, ale bliźniaki miały niesamowity radar. Potrzebowały naszego towarzystwa zawsze wtedy, gdy udało nam się z Louisem wyczarować kilka minut sam na sam. Ale cóż... Życie. I dzieci.
   - Boże, czuję się jak nastolatek, uprawiający szybki seks w obawie przed złapaniem przez rodziców – Lou wysapał mi do ucha, zdzierając ze mnie kostium kąpielowy. Słysząc pękające szwy, cieszyłam się, że wzięłam ze sobą więcej kompletów. Uśmiechnął się szelmowsko, ciągnąc mnie za sobą do łóżka. – Nie żebym tak kiedykolwiek robił – powiedział, opadając na pościel i nakrywając się moim nagim ciałem. Czułam jego ręce na sobie, a także twardą męskość, niecierpliwie napierającą na moje udo. – Boże, zwariuję jeśli zaraz nie znajdę się w... – pukanie do drzwi było niczym wystrzał z armaty. Sprawiło, że zastygliśmy przerażeni. W końcu żadne z nas nie pamiętało o czymś tak prozaicznym, jak zamknięcie drzwi na zamek.
   - Tato? – usłyszałam swojego syna. – Ella powiedziała, że robicie z mamą dziecko – wymieniliśmy z Lou wszystkowiedzące spojrzenia. Na córkę Harry'ego zawsze można było liczyć, iż uświadomi nasze ciekawskie pięciolatki. Przygryzłam wargę, starając się głośno nie roześmiać. – Tato, a możesz tak zrobić żeby wyszedł chłopiec? Chcę brata! Bo wujek powiedział... – poczułam zęby Louisa na ramieniu. Pewnie robił co w jego mocy, by nie wybuchnąć śmiechem. Usłyszeliśmy stłumiony przez drzwi głos Harry'ego. – Tato! – ktoś tu się niecierpliwił, bo rozległo się ponowne stukanie w drzwi i gałka zaczęła się niebezpiecznie ruszać.
   - Zrobię co w mojej mocy, synu – szybko powiedział Lou, patrząc mi głęboko w oczy. Miałam nadzieję, że za każdym razem odnajdywał w nich bezkresną miłość do niego i dzieci. „A pomysł z kolejnym wcale nie wydawał się taki zły...” uśmiechnęłam się, siadając Louisowi na biodrach, drażniąc przy tym jego twardą męskość. Wprawdzie to Alex i Harry planowali postarać się na tych wakacjach o brata dla Elli, ale przecież nic nie stało na przeszkodzie, by...
   - Super! Powiem dziewczynom! – Seth wydawał się równie zadowolony, co i ja. – To na razie! Idziemy z wujkiem na motorówkę i narty!
   Nasłuchiwaliśmy przez chwilę, ale wydawało się, że w końcu zostaliśmy sami.
   - Jak ci się podoba pomysł naszego syna, kochanie? – poczułam gorącą dłoń, czule głaszczącą mój brzuch. – Bo tak sobie myślę, że nie powinniśmy mu odmawiać – jego palce uparcie zmierzały na południe mojego ciała, by po chwili odnaleźć to miejsce, które dziś wyjątkowo je interesowało. Odchyliłam głowę do tyłu z cichym westchnieniem, gdy przeszyła mnie pierwsza fala rozkoszy.




2 grudzień 2022
Londyn

   - Mogę się założyć o wszystko, że takiego nalotu ta poczekalnia jeszcze nie widziała – Alex już dawno dała sobie spokój z przywoływaniem dzieciaków do porządku i zostawiła naszym panom to zadanie. Siedziałyśmy obok siebie na kanapie i obie mimowolnie gładziłyśmy się po nieznacznie powiększonych brzuchach. „Kto by pomyślał, że Seth tak nam wykraka...” uśmiechnęłam się do syna, który razem z El próbował „uporządkować” ulotki w stojaku na ścianie. „Czapki z głów temu, który potem coś tam znajdzie.” Alice okupowała kącik dla dzieci, w czym dzielnie towarzyszył jej Louis, podając kolejne kredki i co chwilę chwaląc artystyczne zdolności córki.
   - Witam moje ulubione pacjentki – lekarz rozejrzał się dookoła z rozbawieniem. – To która dziś pierwsza?


   Cieszyłam się jak głupia, że moja najlepsza przyjaciółka i jej dziecko były zdrowe. Miałam wielką nadzieję, że my usłyszymy równie dobrą wiadomość.
   - Mamuś... – Alice nieśmiało złapała moją dłoń, chcąc zwrócić na siebie uwagę. – Ale to nie będzie bolało? – spojrzała nieufnie na sprzęt do badań USG.
   - Nie będzie – uśmiechnęłam się, przyciągając ją bliżej. – To taka specjalna kamera, by zobaczyć dzidziusia.
   - Długo jeszcze? – Lou robił co mógł, by nie dopuścić Setha do niczego, co mógłby tu popsuć. Było to nie lada wyzwanie. – Chcę już zobaczyć mojego brata.
   Wymieniliśmy z Louisem porozumiewawcze spojrzenia.
   - Kochanie, rozmawialiśmy już na ten temat – Lou posadził sobie syna na kolana. – Jeszcze nie wiadomo, czy to będzie chłopczyk...
   - Musi być – upierał się Seth. – Przecież powiedziałeś, a ty możesz wszystko! A dziewczyny są głupie – założył ramiona na piersi, demontując swój punkt widzenia. – Oprócz Elli – dodał po chwili. – I Alice – zakończył, patrząc na ojca. Pewnie wciąż jeszcze miał świeżo w pamięci ich ostatnią, męską rozmowę o braciach broniących swoich sióstr i kuzynek.
   - Gotowi, by zobaczyć maleństwo? – doktor Roberts jednym zdaniem potrafił przykuć uwagę wszystkich. Zajął swoje miejsce na stołku, który jak to orzekł Seth, byłby niezłą karuzelą i uśmiechnął się do Alice ciepło, widząc jej zdenerwowanie. Dzieci uparły się, by przyjść tu dziś z nami. Pewnie trochę dlatego, że Ella im się pochwaliła. Coś mi się jednak wydawało, że niektórzy chyba zmienili zdanie.
   - Kochanie? – założyłam Alice kilka kosmyków za ucho. – Może wolisz poczekać z ciocią i wujkiem na zewnątrz?
   - Chcę zobaczyć dzidziusia – powiedziała cicho, tuląc do siebie moją dłoń i obserwując wielkimi oczami poczynania lekarza, który na rzecz dzieci opowiadał co robi, przy okazji sprawiając, iż wyglądało to na niezłą zabawę.
   Chwilę później w pomieszczeniu można było usłyszeć bicie serca dziecka. Poczułam jak dłoń Louisa odnajduje moją, splatając nasze palce razem. Wszyscy wpatrywaliśmy się w ekran z wielkim przejęciem. Okazało się, że nawet Seth jest w stanie usiedzieć kilka minut w jednym miejscu. „A myślałam, że to niemożliwe.
   - Silny i zdrowy maluszek – powiedział lekarz, wskazując na ekranie rączki i nóżki dziecka. – I całkiem sprytny – uśmiechnął się doktor. – Już potrafi ssać kciuk.
   - Ja też potrafię – Seth wzruszył ramionami, nadal wpatrując się w monitor. – Wygląda trochę jak kosmita – stwierdził po chwili. – Ekstra! – wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu. – To kiedy go wyjmiemy? – spojrzał na lekarza wyczekująco.
   - Obawiam się, że będziemy musieli poczekać, aż sam będzie chciał wyjść – doktor Roberts jak zwykle miał w sobie nieskończone pokłady cierpliwości. – Myślę, że tak jeszcze z pięć miesięcy...
   - Tak długo? – teraz na twarzy mojego urwisa malowało się wielki rozczarowanie. Spojrzał na ojca wielkimi oczyma. – To tyle co do urodzin?
   - Trochę więcej – odpowiedź Louisa niezbyt mu się spodobała.
   - Mamuś, to chłopiec, czy dziewczynka? – Alice wydawała się równie przejęta, co ja i Louis. Lekarz spojrzał na nas z niemym pytaniem w oczach. Kiwnęłam głową, uśmiechając się.
   - Zdecydowanie chłopiec – wskazał na ekranie dowód na swoje twierdzenie.
   - Od razu wiedziałem, że będzie chłopiec – powiedział Seth. – Tata mi obiecał. – Spojrzał jeszcze raz na monitor i zeskoczył z kolan ojca. – Idę powiedzieć Elli, że będę miał brata – poinformował wszystkich i wybiegł z gabinetu. Alice spojrzała na mnie wielkimi oczami.
   - Też możesz iść – uśmiechnęłam się. – Pochwal się cioci i wujkowi.
   - Wydrukuję wam kilka zdjęć na pamiątkę – powiedział lekarz, przechodząc do gabinetu obok. – Możesz się już ubrać Kate. – Nim zdążyłam sięgnąć po chusteczki uprzedził mnie Louis i zaczął powoli ścierać żel z mojego brzucha. Gdy skończył, pochylił się i jak podczas ciąży z bliźniakami, złożył na nim czułego całusa, by potem spojrzeć na mnie z miłością i ze łzami w oczach. Kolejna nasza mała magiczna chwila.




23 lipiec 2030
Nowy Jork

   Miałem łzy w oczach. Kto by pomyślał, że mając prawie czterdziestkę na karku i piątkę dzieciaków, będę nadal wydzierał się na scenie i to przed wypełnioną po brzegi widownią w Madison Square Garden. „Marzenia naprawdę się spełniają...
   Nie potwierdziły się obawy dziennikarzy, samozwańczych „znawców” muzyki, czy nawet niektórych fanów. One Direction powróciło po pięcioletniej przewie. I to w wielkim stylu. Wróciliśmy starsi, mądrzejsi i z olbrzymim głodem sukcesu. Musiało się udać. I to, że po kolejnych pięciu latach staliśmy na tej scenie, świętując dwudziestolecie istnienia zespołu, było na to najlepszym dowodem. Wielokrotna platyna dla naszego ostatniego albumu, to również nie byle co.
   One Direction się zmieniło, bo my się zmieniliśmy. Byliśmy dojrzalsi. Staraliśmy się dawać przykład naszym dzieciom. I również fani dojrzeli z nami. Gazety porównywały nas do Roling Stonesów, ale my to my. To zawsze było i będzie One Direction. Tego nie było do czego porównywać. Stworzyliśmy coś niesamowitego, co już dawno zapisało się na kartach historii muzyki.
   Nadal dawaliśmy czadu na koncertach, choć teraz bardziej bolał mnie krzyż. Zwłaszcza na drugi dzień. I już nie mieliśmy siły, by balować do rana. Raczej modliliśmy się, by dzieciaki poszły spać, byśmy i my mogli paść do łóżka. „Starość...” uśmiechnąłem się, zerkając w stronę, gdzie bawili się nasi bliscy. Może i wiele się zmieniło, ale jedno wciąż pozostało takie samo. Nadal byłem beznadziejnie zakochany w Kate i chorobliwie zazdrosny o każdego faceta w jej otoczeniu. „Wiec ja się pytam, czego ten gnojek od niej chce?
   - Spokojnie, Lou... – Harry zacisnął palce na moim ramieniu. – Mordujesz kolesia wzrokiem i chociaż chętnie bym ci pomógł go wykończyć, to Ella by mi tego nie wybaczyła. To jej nowy chłopak – przyjaciel przewrócił oczami. – Oślizły gnojek – mruknął. – Nie lubię go. – „No co ty nie powiesz...” – Mam nadzieję, że szybko zniknie z radaru...
   - Zawsze możemy wyrzucić go z samolotu w drodze powrotnej – zaproponowałem, uśmiechając się do niego z współczuciem. – Boże, mam nadzieję, że Alice nigdy nie dorośnie do etapu chłopaków – aż się zatrząsłem na samą myśl. – Myślisz, że powinienem postarać się o pozwolenie na broń?
   - Myślę, że powinniście się skupić na występie – przerwał nam Liam. – Niall już kończy nawijać.
   - Tak tato – powiedzieliśmy z Harrym jednocześnie. Przy okazji parskając śmiechem, rozbawieni miną Payne'a. Dobrze było widzieć go szczęśliwego. W końcu.




20 lipiec 2034
Londyn

   - Mamo – Seth wpadł do kuchni i jak zwykle pierwsze swoje kroki skierował w stronę lodówki. – Al prosi, byś zrobiła coś z tatą. Żyć jej nie daje – dodał już z pełną buzia jedzenia.
   - Co znowu? – spojrzałam przerażona na dziwny zestaw przekąsek. Ja nawet będąc w ciąży tak nie eksperymentowałam. Skrzywiłam się, szybko odwracając wzrok. – Przecież już zgodził się na jej wyjście z Dannym.
   - Chyba coś nie tak z jej kiecką – Seth wzruszył ramionami.
   Mogłam łatwo sobie wyobrazić, co było nie tak ze strojem Alice. Pewnie zasłaniał mniej niż habit zakonnicy.
   - Zwrócisz uwagę na chłopców? – kiwnęłam w stronę basenu. – Pilnuj, by nie wrzucali dziewczynek do wody.
   - Jasna sprawa – przełknął to, co miał w ustach i zabierając to, co pozostało, skierował się na basen. W drzwiach odwrócił się do mnie. – Pamiętasz, że wychodzę dziś z Bobbym?
   - Pamiętam – uśmiechnęłam się, przewracając oczami. – Przyjeżdża po ciebie o ósmej i to ma być walka roku o jakiś tam super pas wagi jakiejś tam. Krew, pot i te męskie sprawy – powtarzałam jego słowa. – A i gorące laski w bikini – puściłam mu oczko, wychodząc z kuchni. Już na schodach słyszałam podniesiony głos Louisa.
   - W tej też nie pójdziesz. Dlaczego to musi być sukienka? Nie możesz ubrać spodni i tego czerwonego sweterka od babci? – „Jasne, kochanie... I co jeszcze? Kożuch?
   - Tatooo – nawet moja anielsko cierpliwa córka miała swoje granice. – Jest lato i chcę iść w sukience. – Ella, powiedz coś.
   - Nie mieszaj jej do tego – na palcach zbliżałam się do stojącego w drzwiach Louisa. – Ostatni raz ci...
   - Kochanie? – objęłam męża w pasie. – Słychać cię aż na końcu ulicy.
   - Czy ty widziałaś, co nasza córka ma zamiar włożyć na wyjście? – Lou spojrzał na mnie, prosząc o ratunek. Z naprzeciwka identyczne oczy wpatrywały się we mnie błagalnie. Ella była tym wszystkim tylko rozbawiona. Rodzinne kłótnie nie robiły na niej wrażenia. Podejście do takich spraw miała zdecydowanie po rodzicach.
   - Jeszcze nie widziałam – gładziłam go uspokajająco bo brzuchu. – Ale dziewczyny miały coś kupić na mieście. No – uśmiechnęłam się do Alice. – Pochwal się.
   Córka spojrzała na mnie z wielką nadzieją w oczach i powoli wstała z łóżka, odkładając poduszkę, którą przytulała, zakrywając się niczym tarczą. Stanęła prosto i wygładziła nową kreację.
   - Ella pomogła mi wybrać – powiedziała cicho, czekając na wyrok.
   - Wyglądasz przepięknie, kochanie – ucieszyłam się, widząc radosny błysk w oczach córki. – Prawda, że wygląda pięknie? – spojrzałam na męża.
   - Oczywiście – powiedział, przyglądając się swojej „małej” córeczce. – Ty zawsze wyglądasz cudownie, skarbie. Tylko...
   - A co z fryzurą? – zapytałam, przerywając niezbyt grzecznie. „Ale to tylko dla wyższego dobra.” – A buty?
   - El mnie uczesze – powoli uśmiech wracał na twarz mojego dziecka. – I chciałam pożyczyć od ciebie te czarne sandałki z koralikami – dodała nieśmiało. Kiwnęłam głową, zgadzając się. Cóż, musiałam przywyknąć do „znikających” elementów garderoby, skoro moja córka była równie drobna co ja.
   - Już się nie mogę doczekać, by zobaczyć efekt końcowy – zapewniłam ją, puszczając wesoło oczko. – Pokaż nam się, gdy już skończycie się szykować. Jestem pewna, że będziesz wyglądała wspaniale. A ty, jak uważasz, kochanie? – przytuliłam się do Louisa, stając na palcach, by musnąć jego usta moimi. Spojrzałam mu głęboko w oczy, czując jego reakcję na te małe gesty.
   - Tak samo – powiedział, obejmując mnie ramionami i przyciągając do siebie. Zauważyłam ten głód w oku, który tak u niego kochałam i w myślach aż zacisnęłam pięść, radując się tym małym zwycięstwem. Dałam mu się wyciągnąć z pokoju Alice i zaciągnąć do sypialni.
   - Mama ma rację, ciocia jest genialna – usłyszałam jeszcze komentarz Elli i chichy śmiech dziewczynek.
   W sypialni dałam przygwoździć się do drzwi, które sekundę wcześniej zatrzasnęły się z trzaskiem. Gorące wargi Louisa niezmiennie rozpalały mnie do białości. Przybywało nam lat, a on wciąż potrafił wzniecić we mnie płomień pożądania. Sama nie wiem kiedy i jak znaleźliśmy się na łóżku. To również się nie zmieniło. Byliśmy tylko on i ja i ten szalejący huragan namiętności. Oby tylko znów nie zakończył się dla nas łkającą niespodzianką po dziewięciu miesiącach.
   - Lou – jęknęłam, próbując zwrócić jego uwagę na szufladę, ale najwyraźniej był całkiem pochłonięty rozrywaniem mojego kostiumu na strzępy. – Lou – pociągnęłam go za włosy, kiwając wymownie w stronę szafki nocnej. Uśmiechnął się łobuzersko.
   - Nie chcesz kolejnej wpadki, kochanie?




27 maj 2037
Londyn

   Obudziło mnie donośne łomotanie w drzwi. „Normalka w tym domu wariatów” westchnąłem, słysząc zaspany głos Kate, zapraszający dzieci do środka. Dana i Beth jak tornado wpadły do pokoju i od razu wpakowały się nam do łóżka. „Kiedy ono się tak skurczyło?
   - Wszystkiego najlepszego z okazji ur... rocznicy – Beth poprawiła się w ostatniej chwili. Dziewczynki wręczyły nam piękne laurki, podczas gdy chłopcy wieszali na ścianie ogromny transparent z najbardziej krzywą dwudziestką jaką w życiu widziałem. Zdecydowanie dzieło jednego z nich.
   - Razem zrobiliśmy – Dana wskazała palcem na wspólne dzieło naszych dzieci.
   - Śliczne – Kate przytuliła bliźniaczki, uśmiechając się do pozostałych. – Dziękujemy. Bardzo się nam z tatą podoba – dostałem niezbyt dyskretnego kopniaka pod kołdrą.
   - Wspaniały – powiedziałem – Jest taki cudowny, że aż zaniemówiłem z wrażenia. Od razu widać, że moja krew. Sami artyści w tym domu.
   - Czy coś się pali? – dopiero po słowach Kate poczułem zapach spalenizny.
   - Śniadanie! – Alice podskoczyła w miejscu, odwróciła się na pięcie i już jej nie było. Chłopcy, wymieniając między sobą rozbawione spojrzenia, poszli za nią.
   - Robimy wam super śniadanie z okazji rocznicy – Beth zsunęła się z łóżka, ciągnąc siostrę. – Zejdziecie zaraz? Albo nie! – nagła zmiana planów. – Zawołamy was jak będzie gotowe – powiedziała i obie wybiegły, zatrzaskując za sobą drzwi. W tym momencie lewa strona plakatu odczepiła się od ściany, opadając na podłogę.
   - Zawodowcy – zaśmiałem się, obracając w stronę Kate. – Wszystkiego najlepszego, maleńka – szepnąłem, przyciągając ją do siebie i nie odrywając wzroku od jej niesamowitych oczu. – Kocham cię – musnąłem jej usta swoimi. – Z każdym rokiem coraz bardziej.
   - Ja ciebie też kocham, Lou – powiedziała, tuląc się do mnie, jak to robiła przez większość naszego wspólnego życia. – Gotowy, by zmierzyć się z umiejętnościami kucharskimi dzieci?
   - Nieee – jęknąłem, wspominając ich poprzednie wyczyny i mój biedny żołądek. – Alice naprawdę nie powinna się brać za gotowanie – zaśmiałem się, wiedząc, że córka ma to po mnie. – Ma dziewczyna szczęście, że Bobby praktycznie urodził się w kuchni. Ten chłopak nie da jej z głodu umrzeć.
   - Miło dla odmiany usłyszeć, że podoba ci się jej nowa sympatia.
   - A co ma się nie podobać? – wyszczerzyłem się w uśmiechu, poprawiając jej okulary na nosie. – Znam go od małego, wiem gdziem mieszka, a jak ją skrzywdzi, utnę mu jaja – zadeklarowałem. – I przy okazji Niallowi, za to jak go wychował – przeciągnąłem się, strzelając stawami. – Boże, jestem stary...
   - Z której strony? – ciekawskie paluszki rozpinały moją piżamę.
   - Całkiem możliwe, że tam gdzie szukasz... – mruczałem z zadowolenia. – Może troszkę niżej... – obróciłem się z nią w ramionach, nakrywając moim ciałem. – A zresztą pozwól, że sam ci pokażę – musnąłem jej usta moimi, by po chwili zatopić się w gorącym pocałunku.
   - Ma... Łeee... – jęk od strony drzwi był łatwy do rozszyfrowania. – Znowu? – Ryan zatrzasnął za sobą drzwi, zniesmaczony naszym zachowaniem.
   - Co? – usłyszałem Setha.
   - A jak myślisz? – mogłem sobie wyobrazić minę młodszego syna i przewracanie oczami starszego. Czasami byli tacy łatwi do rozszyfrowania.
   - Chyba musimy iść na śniadanie – Kate zachichotała niczym ta dziewczyna, którą poznałem, mając dwadzieścia jeden lat. „Kiedy to było?” westchnąłem wstając łóżka i ciągnąc ją za sobą. Zerknąłem na zdjęcia, zdobiące jedną ścianę. Kate pstrykała fotki odkąd Niall podarował jej pierwszy aparat. Uwielbiałem patrzeć na ten zbiór radosnych wspomnień. Każdego roku pojawiało się kolejne zdjęcie. Dwadzieścia cztery. Na pierwszym nasza rodzinka w liczbie dziesięć. Pięciu wariatów i nasze piękne panie podczas świątecznego przyjęcia. Młodzi i zakochani. Żądni przygód. A dwadzieścia trzy lata później ledwo zmieściliśmy się w kadrze. Siódemka Tomlinsonów, czterech Stylesów, od Nialla... – O czym myślisz, kochanie? – Kate przytuliła się do mojego boku i razem oglądaliśmy wspomnienia rodzinnych świąt.
   - Jeszcze trochę, a będzie trzeba robić zdjęcia z lotu ptaka, by zmieścić nas wszystkich – pocałowałem ją w czubek głowy. – Dziękuję...
   - Za co? – uniosła głowę i znów mogłem przekonać się, że to nadal się nie zmieniło. Wciąż niezmiennie tonąłem w jej niesamowitym spojrzeniu. I nadal rzucałem się w topiel z otwartymi ramionami.
   - Za to, że jesteś...