Głośne pikanie aparatury sprawiło, że wprawdzie bardzo
niechętnie, ale przerwałem pocałunek. „O kurwa... I co teraz?” wciągnąłem gwałtownie powietrze, starając się uspokoić oddech. Milion myśli i
uczuć przeleciało mi przez głowę. „Najwyżej da mi po mordzie...” Odważyłem się
na nią spojrzeć. „W końcu nabrała kolorów...” zauważyłem rumieńce na jej poranionej twarzy. Wpatrywała się we
mnie szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Oddychała równie ciężko co ja, prawie jak po
szaleńczym biegu, a aparatura monitorująca jej serce wciąż okropnie hałasowała.
- Wow... – usłyszałem, a w jej głosie było słychać niedowierzanie. Wciąż próbowałem uspokoić
oddech, ale może powinienem zacząć od mojego dudniącego w piersi serca. „Może jeszcze jest szansa, że nie utnie mi za to jaj...” uśmiechnąłem się, czekając czy doda coś więcej do tej swojej wypowiedzi.
- Wow? – spojrzałem na nią rozbawiony. Podobała mi się jej
reakcja. Wciąż czułem mrowienie na swoich wargach. I miałem więcej niż chęć, by to powtórzyć. – Bo jeszcze... – moją wypowiedź przerwało pojawienie się
zaniepokojonej pielęgniarki.
- Wszystko w porządku? – odezwała się, sprawdzając
wskazania aparatury i w końcu ją uciszając. – Dobrze się pani czuje? – Alex nieznacznie pokiwała
głową, nie przestając się we mnie wpatrywać szeroko otwartymi oczyma. Kobieta spojrzała na mnie wymownie, opierając dłonie na biodrach. – Miał pan dać swojej
dziewczynie odpocząć, panie Styles, a nie podnosić jej ciśnienie...
- On nie... – zaczęła Alex, ale najwyraźniej sama nie wiedziała
co chce powiedzieć. – My tylko... Ja nie...
- Tylko ją pocałowałem... – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. – Co ja
poradzę, że tak na nią działam? – pielęgniarka próbowała schować rozbawienie
pod maską profesjonalizmu.
- Tak... – zacisnęła usta, by się nie roześmiać i przestawiła coś na urządzeniu. – Następnym
razem proszę poprzestać na buziaku w policzek, panie Styles. W trosce o serce pana
ukochanej...
- W trosce o jej serce, wszystko – obiecałem, unosząc dłoń
jak do przysięgi. Kobieta uśmiechnęła się i opuściła pokój, przypominając
mi jeszcze, że czas odwiedzin już się skończył.
- Jesteś walnięty... – Alex kręciła głową z niedowierzaniem, ale na jej twarzy wciąż gościł delikatny uśmiech.
– Wiesz co będzie jak to się wyda?
- Nie opędzimy się od dziennikarzy – wzruszyłem ramionami.
– Kogo to obchodzi? I tak są wszędzie...
- Może mnie to obchodzi? Nie pomyślałeś o tym?
- Daj spokój... – machnąłem ręką, przysiadając na skraju materaca i chwytając jej dłoń. „Teraz już rozumiem dlaczego Lou tak lubi bawić się palcami Kate...” – Co najmniej przez kilka tygodni nie wyjdziesz z łóżka. Jedynym kto ci może zrobić zdjęcia, będę ja – puściłem jej oczko, po czym dodałem, udając rozczarowanie. – Chociaż jak na razie do
rozbieranej sesji się nie nadajesz...
- Idiota... – westchnęła, uśmiechając się pod nosem.
- Jak to możliwe, że w twoich ustach brzmi to jak słodki
komplement? – spojrzałem na nią ruszając wymownie brwiami.
- Bo jesteś walnięty – parsknęła, przymykając powieki i krzywiąc się z bólu. „Takich worów pod oczami nie miała nawet po podwójnej zmianie...” zauważyłem.
- Jesteś wykończona... – stwierdziłem oczywiste i podniosłem się. – Pójdę już i
pozwolę ci odpocząć...
- Łaskawco... – uśmiechnęła się, zerkając na mnie. Zapatrzyłem się w jej
czekoladowe oczy... „Czy ona zawsze tak na mnie patrzyła?”
- Przyjdę jutro – powiedziałem, przenosząc wzrok na jej
usta. „Ostatecznie nie urwała mi jajek, więc może...”
- Wiedziałam, że nic co piękne nie trwa wiecznie... –
westchnęła, zwilżając wargi językiem. „Rób mi tak jeszcze...” jęknąłem w
myślach, pochylając się nad nią. – C-co ty wyprawiasz, Styles?
- Sprawdzam, czy ta aparatura... – zawisłem milimetry od
jej ust – wciąż działa...
Tym razem to ona pocałowała mnie...
Coś mokrego i obślizłego wylądowało na mojej twarzy,
wyrywając mnie z zamyślenia. „A może śniłem na jawie?” Rechot Nialla szybko wskazał winowajcę.
- Co jest? – spojrzałem na blondyna, unosząc brwi. – Czego chcesz?
- Szybko wczoraj wróciłeś... – zauważył Liam, dolewając
sobie herbaty. Pewnie jego radar się włączył, mówiąc mu, że nie jestem w nastroju na głupie żarty blondyna i postanowił odwrócić od niego moją uwagę.
- Pielęgniarka mnie wywaliła – uśmiechnąłem się, przypominając sobie spojrzenie, jakim mnie obrzuciła, gdy drugi raz przybiegła, zaalarmowana
pikaniem aparatury.
- A co zrobiłeś? Obmacywałeś się z Alex? – parsknął Horan,
ale dość szybko umilkł, wpatrując się we mnie uważnie. – Serio?
- Co? Nie...
- Już ci wierzę...
- Zajmij się lepiej swoim śniadaniem – mruknąłem, zerkając
w stronę wejścia do restauracji. – No proszę, nasze śpiochy! – zawołałem, a pół sali obejrzało się w stronę drzwi. – W
ostatniej chwili. Jeszcze moment i Niall pożarłby wszystko...
Obserwowałem jak przyjaciel trzyma Kate za rękę i idą w
naszą stronę. Uśmiechnąłem się, widząc na jej twarzy nieodłączny rumieniec.
„Poranek musiał być niezwykle udany...” Przywitali się z nami i wcisnęli obok
Zayna, który wydawał się nagle bardzo ożywiony. „Czy on jeszcze przed chwilą
nie wyglądał, jakby spał z otwartymi oczami?”
- Dzień dobry wszystkim – Paul oparł się dłońmi na
ramionach Liama. – Wypoczęci? Lepiej nie odpowiadajcie – zaśmiał się, słysząc jęki co po niektórych. – Autokar
już czeka. Za pół godziny ruszamy... – spojrzał na mnie. – Andy z tobą zostaje.
Tylko bez żadnych numerów, Harry. Jutro punkt dwunasta widzę cię na próbie i nie radzę
się spóźnić, bo inaczej pogadamy...
- Uuu... – zawył Niall, sięgając po kolejną kanapkę. – Czy to nie podchodzi pod groźby
karalne?
- Ja ci zaraz pokażę, co podchodzi – Paul rzucił w niego
czapeczką. – Czy nie powiedziałeś mi, że tym razem nic nie zostawiłeś w pokoju?
- No przecież trzy razy sprawdzałem! – bronił się Horan. –
To jakiś spisek! Ktoś musiał to podrzucić...
- Taaa, ktoś... – zaśmiałem się.
- Nie jedziesz z nami Harry? – Kate wbiła we mnie to swoje
przeszywające „spojrzenie”. Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. „Jak ona to
robi?”
- Nieee... – uruchomiłem dodatkowe szare komórki, by
przypadkiem nic nie chlapnąć. – Umówiłem się... Dojadę do was jutro, Mała... A
co? Będziesz tęsknić?
- Za tobą? – parsknął Louis. – Jeszcze czego...
- Będziesz może miał czas, by odwiedzić Alex? – zapytała
cicho. „Gdybyś tylko wiedziała...”
- Właściwie mam to w planach – uśmiechnąłem się. – Myślałem, żeby jej podrzucić kilka rzeczy do szpitala – powiedziałem. – Masz jakiś
pomysł, co może być jej potrzebne?
Patrzyłem jak wiatr rozwiewał włosy Kate, tworząc wokół
jej głowy czekoladową aureolę. Wyglądała przepięknie... Siedziała przy otwartym oknie, zaciskając palce na kamiennym blacie i z zamkniętymi
oczami wystawiała twarz na działanie świeżego powietrza. Uśmiechała się w ten
typowy dla siebie sposób, ledwo unosząc kąciki ust. W takich chwilach najbardziej przypominała leśnego elfa... Okupowałem kanapę, trzymając stopy na fotelu
obok niej.
- Może jednak weźmiesz tą pastylkę? Po co masz się męczyć? – zaproponowałem. Uśmiech
rozświetlił jej twarz. Uniosła powieki i całą sobą odwróciła się w moją stronę, kładąc
nogi miedzy moimi.
- Nie trzeba – zrzuciła baleriny ze stóp, a mój wzrok od razu powędrował na pokryte czerwonym lakierem paznokcie. – Mark powiedział, że to mniej
niż godzina jazdy. Wytrzymam...
- Ja nie wytrzymam... – jęknął Niall, odstawiając pustą butelkę po wodzie. – Dlaczego tu jest tak
gorąco? Normalnie spodnie mi się lepią do tyłka...
- Trzeba było nie zakładać tych dżinsów – rzucił Liam, który
do tej pory zajęty był pisaniem z Danielle. - Zawsze możesz iść się przebrać...
- Nie chcę mi się... – burknął blondyn, zerkając z wyrzutem w stronę klimatyzacji. Po chwili podniósł się z głośnym westchnieniem i poszedł bez słowa na górę.
- Macie jakieś plany na dziś? – Liam zerknął w moją stronę. – Może wybierzecie
się ze mną...
- Przykro mi przyjacielu – przerwałem mu nim dokończył. – Zabieram moją dziewczynę na
romantyczny spacer śladami Beatlesów... – Zauważyłem, że Kate uśmiecha się szeroko, znów odwracając twarz w
stronę otwartego okna. – Możemy wieczorem coś porobić razem...
- Jasne...
- Od razu lepiej – Niall opadł na siedzenie obok mnie i szczerzył się
przy tym niemiłosiernie. – Pierwsze co zrobię, gdy dojedziemy do hotelu, to prysznic.
- Może pójdziesz ze mną na zakupy? – zaproponował Liam. – Chcę
zaliczyć ten sklep, o którym mówił Andy...
- O ile zaliczymy też Nando's – Payne wzruszył ramionami. – W takim razie prysznic zaczeka...
- Czuję się prawie jak na podwójnej randce – zaśmiałem
się, wręczając lody Prestonowi. – W sumie to nawet ładnie razem wyglądacie...
- Bardzo śmieszne – mruknął Mark, ale raczej nie wydawał
się urażony. – To gdzie chcecie usiąść? – rozejrzałem się dookoła. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, znajdując idealne miejsce.
- My, tam – wskazałem głową zacieniony trawnik pod
drzewem. – A wy się nie krępujcie... – pociągnąłem Kate za sobą. – Potrzymasz,
skarbie? – podałem jej mojego loda i rozsiadłem się wygodnie, opierając o
pień.
- Lou! – pisnęła, gdy pociągnąłem ją za biodra i
posadziłem sobie na udach.
- Masz za jasne spodnie do siedzenia na trawie –
powiedziałem, skradając jej całusa i odbierając moją porcję pyszności. – A poza
tym, mogę sobie ciebie bezkarnie pomacać... – jej policzki momentalnie zmieniły
kolor. – Uwielbiam te twoje rumieńce... – szepnąłem jej do ucha, przygryzając
je lekko. – Nawet sobie nie wyobrażasz jak to strasznie mnie kręci...
- Naprawdę? – zauważyłem rozbawienie w jej oczach. I coś
jeszcze. „Pożądanie?” zgadywałem. „Komuś tu się marzy...” usłyszałem moje drugie ja. Nachyliłem się widząc, że teraz ona chce mi coś
powiedzieć na ucho. – A co jeszcze cię kręci? – wciągnąłem gwałtownie powietrze
i prawie zakrztusiłem się własną śliną, a to zboczone coś w mojej głowie właśnie rozwinęło, niczym dywan, całą listę możliwości... Zerknąłem na jej minę niewiniątka. Może i bym w nią uwierzył, gdyby nie ten psotny błysk w oczach i ta przygryziona warga, która niezmiennie doprowadzała mnie do
szaleństwa...
- Mógłbym ci powiedzieć, kochanie, ale obawiam się, że miałbym wtedy spory problem i doprawdy nie wiem jak miałabyś mi pomóc go
tutaj rozwiązać...
- Ja? – zdziwiła się rozbawiona. – Ale to przecież byłby
twój problem... – zapatrzyłem się na jej język, prześlizgujący się po zimnej
powierzchni loda. „Stary... Tylko sobie wyobraź...” odezwał się ten wredny głos
w mojej głowie. „Nie! Nie rób tego!” przeniosłem wzrok na ochroniarzy, próbując wyrzucić niechciane myśli. Rozmawiali
zawzięcie, jednocześnie omiatając spojrzeniami ludzi dookoła. „Za późno...”
znów rozległo się w mojej głowie i momentalnie pojawiły się w niej obrazy, na
które zdecydowanie nie był ani czas, ani miejsce. Ująłem brodę dziewczyny i wpiłem
się w jej usta, smakując ich wnętrze i starając się zastąpić obrazy w głowie
innymi.
- Lou!!! To Louis! Lou!!! Lou! – dziecięce piski zdecydowanie pomogły mi ochłonąć. Oderwałem się od słodkich ust Kate i spojrzałem na trzy dziewczynki, biegnące co sił w
naszą stronę.
- No i to by było na tyle, jeżeli chodzi o urocze sam na sam... – mruknąłem, kiwając uspokajająco chłopakom. – A do naszej problematycznej rozmowy wrócimy później – zdążyłem jeszcze szepnąć Kate do ucha i wywołać
kolejny uroczy rumieniec, nim dorwały nas rozentuzjazmowane fanki.
- Ja ciebie też... – powiedziałam do telefonu, żegnając
się z przyjaciółką. – Do jutra...
- Już? – usłyszałam rozbawiony głos Louisa tuż przy moim
uchu. Przez całą rozmowę opierałam się o niego plecami, a on obejmował mnie w
pasie, cierpliwie czekając, aż skończę. – Jak ona się czuje?
- Mówi, że dobrze... – oddałam mu komórkę. – Właśnie Harry
do niej przyszedł... – dodałam, odtwarzając w głowie słowa, którymi się z nią
przywitał, nie wiedząc, że słyszę. „Koniecznie muszę ją o to zapytać następnym razem...” postanowiłam, uśmiechając się. „Kto by pomyślał...”
- Wcale mnie to nie dziwi – zaśmiał się głośno. Splótł nasze
dłonie razem i mogliśmy kontynuować spacer po parku.
- Nie?
- Nie. Polubił ją... – musiał przerwać wypowiedź, by
zamienić kilka słów z kolejnymi fankami. Po kilku minutach kontynuował. – Jestem prawie pewien, że został tam
tylko dla niej. A przynajmniej nic mi nie wiadomo, by miał mieć jakieś inne powody...
- Alex też go bardzo lubi... – powiedziałam, uśmiechając
się i odpowiadając na pozdrowienia kolejnych wielbicielek Louisa. Wsłuchiwałam
się w wesołe wymiany zdań między nimi, a moim chłopakiem „Zdecydowanie jest w swoim żywiole...”
- Katy, czy to prawda, że nie widzisz? – zamarłam na
chwilę, słysząc słowa dziewczynki. Chyba przyzwyczaiłam się, że ostatnimi czasy
nikt już nie zwracał na mnie uwagi, a przynajmniej nie zadawał pytań tak bezpośrednio.
- Tak, to prawda – uśmiechnęłam się.
- Jak to się stało? Nie można tego wyleczyć? Dlaczego? Co?
To niesprawiedliwe... – wszystkie zaczęły mówić w tym samym momencie i dopiero
Lou jakoś je uspokoił.
- Miałam wypadek, jak byłam mała – odezwałam się, wciąż
uśmiechając się do nich przyjaźnie. – Niestety nic nie można z tym
zrobić...
- W ogóle nie widać, że nie widzisz – zapewniła mnie szybko jedna
z nich. – Gdy Rachel nam powiedziała, to najpierw wcale jej nie uwierzyłyśmy...
- A ty jak się domyśliłaś? – wtrącił się Louis, obejmując
mnie ramieniem i całując w czoło.
- Właściwie, to się nie domyśliłam... Mama mi powiedziała.
- A ona skąd wiedziała? – zainteresował się Lou.
- Pracuje jako nauczycielka w szkole, do której chodzą dzieci niewidome i nie tylko... – powiedziała. – Słuchałyśmy razem audycji w radio i potem chciałam jej pokazać jak wygląda Katy, więc znalazłam jakiś filmik w internecie... Jakoś się domyśliła...
- A ona skąd wiedziała? – zainteresował się Lou.
- Pracuje jako nauczycielka w szkole, do której chodzą dzieci niewidome i nie tylko... – powiedziała. – Słuchałyśmy razem audycji w radio i potem chciałam jej pokazać jak wygląda Katy, więc znalazłam jakiś filmik w internecie... Jakoś się domyśliła...
- A to tajemnica? – zapytała jej koleżanka.
- Nie, żadna tajemnica – zapewniłam ją, uśmiechając się. – Raczej nie da się ukryć czegoś takiego...
- No nie wiem – zaśmiała się. – Całkiem dobrze ci to
wychodzi. Naprawdę nic nie widać...
Pół godziny później było czuć w powietrzu
zbliżający się deszcz. Pożegnaliśmy się z kolejnymi wielbicielkami zespołu i
ruszyliśmy przed siebie...
- Miało być romantyczne sam na sam, a wychodzi na to, że
spędzamy dzień z fankami... – westchnął Louis. – Chyba kolejnym razem muszę
wymyślić coś innego...
- Dlaczego? – zdziwiłam się. – Mi się ten dzień bardzo
podoba...
- Jesteś za dobra... – przyciągnął mnie do siebie i otoczył
ramionami. – Założę się, że nasze zdjęcia rządzą dziś w internecie – szepnął mi do ucha.
- Co? Ale... – przerwał mi, zamykając usta swoimi.
- Dajmy dziewczynom jakieś naprawdę dobre fotki – zaśmiał się. –
Chodzą za nami od kilku godzin...
- Co? – zdziwiłam się, jednak szybko zrozumiałam, gdy tylko usłyszałam zbliżające się kroki i podniecone szepty. – Czyżby w końcu się odważyły? – zapytałam.
- Na to wygląda – ucałował mnie w czubek nosa i znów
splótł nasze dłonie. A potem kolejny raz dzisiaj otoczyli nas jego fani.
Dopiero deszcz sprawił, że pożegnaliśmy się z dziewczynami i zdecydowanie szybszym krokiem poszliśmy dalej.
- Chyba czas wracać... – powiedziałam, unosząc twarz ku górze.
- Najwyraźniej... – zgodził się ze mną. – Preston,
pójdziesz po samochód? Zaczekamy przy schodach... – szłam obok Louisa,
wsłuchując się w dźwięki dookoła mnie. Deszcz był zbawieniem po tym upalnym
dniu. Miałam wręcz wrażenie, że czuję iż ziemia paruje w kontakcie z nim... – Schody
przed nami, skarbie – usłyszałam ciepły głos, który za każdym razem sprawiał, że cudowne dreszcze
przepływały przez moje ciało. – Dużo schodów...
„Kiedy to się stało, że Lou tak doskonale potrafił się
odnaleźć w świecie, gdzie musiał być moim przewodnikiem?” uśmiechnęłam się do
swoich myśli. Pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że odruchowo zwolnił, gdy doszliśmy do pierwszego stopnia. A może wiedział, że to mi wystarczy... To i
mocniejsze uścisk jego dłoni... Czułam obecność Marka za plecami. Udało nam się
pokonać ledwo kilka schodków, gdy znów zostaliśmy otoczeni wianuszkiem zachwyconych
fanek. Mówiły jedna przez drugą, a w ich głosie było słychać wielką radość i podniecenie.
Uśmiechałam się, słysząc dowcipne odpowiedzi Louisa na niektóre ich pytania. Puścił
na moment moją dłoń, by złożyć tak bardzo upragnione przez dziewczynki podpisy.
A potem poczułam tylko mocne szarpnięcie. „A może ktoś mnie
popchnął?” Wyciągnęłam ręce przed siebie, próbując jakoś zamortyzować upadek,
który niewątpliwie będzie bolesny. Moją głowę wypełniły przeróżne dźwięki... Przerażony głos Luisa, krzyki dziewczynek, zdenerwowany
Mark... Wszystko od razu przestało mieć znaczenie, gdy pierwsza fala bólu
uderzyła w moje ciało. Ale nie to było najgorsze. W końcu nie przewróciłam się
pierwszy, ani ostatni raz. Najgorsze były słowa mężczyzny pochylającego się
nade mną.
- Widzę cię...
I tyle. Dwa słowa i wszystko inne przestało mieć znaczenie. „To
niemożliwe...” oddech uwiązł mi w płucach, a serce tłukło się w piersi. Próbowałam przekonać samą siebie, że to nie może być prawda, podczas gdy Lou ostrożnie
brał mnie na ręce, delikatnie sprawdzając bolesne obrażenia...
- Samochód już jest – odezwał się cicho Mark. Starałam
się uśmiechnąć, uspokoić, ale te dwa słowa dudniły w mojej głowie, mrożąc krew w żyłach. Słyszałam je
tak głośno i wyraźnie jak wtedy... I były równie przerażające.
Opierałem się o metalową balustradę, ziewając i kończąc kolejnego papierosa. Zauważyłem nasz samochód, z którego szybko wyskoczył Mark i Louis. Fani za
ogrodzeniem momentalnie zwiększyli decybele. Gdy Lou wziął Kate na ręce i
pognał do wejścia, poczułem, że włosy jeżą mi się na karku. „Coś się stało...”
wyrzuciłem niedopałek i pobiegłem zaczekać na nich przy windzie. Otworzyła się dosłownie dwie minuty później, a moim oczom ukazał się zdenerwowany Louis w
pokrwawionej i brudnej koszulce i Kate... „O Boże...”
- Co się stało? – wykrztusiłem, idąc za nimi.
- Otworzysz? – Lou spojrzał na mnie pytająco. – Klucz mam
w tylnej kieszeni...
- Co się stało? – powtórzyłem pytanie, robiąc to o co mnie
prosił i puszczając ich przodem.
- Przyniosę apteczkę – odezwał się Mark i wyszedł,
zatrzaskując za sobą drzwi.
Lou posadził Kate na kamiennym blacie w łazience i od razu
zabrał się za przemywanie jej skaleczeń mokrym ręcznikiem. „No kurwa, czy
ktoś mi w końcu może odpowiedzieć?” byłem już równie zdenerwowany, co on.
- Co...
- Spadłam ze schodów – odezwała się cicho Kate,
przygryzając wargę.
- Ten idiota cię zepchnął! – warknął Lou, mocząc kolejny ręcznik w ciepłej wodzie. – Normalnie popchnął ją z całej siły, gdy byliśmy na tych wysokich schodach obok parku! – aż otworzyłem usta zszokowany, gdy uzmysłowiłem sobie, gdzie to miało miejsce. –
Dlaczego puściłem twoją dłoń? Boże... – sięgnął po kolejny ręcznik.
- Nawet tak nie myśl – Kate delikatnie dotknęła jego
policzka. – Przecież nic mi się nie stało... – patrzyłem na jej zdarte do krwi
kolana i dłonie... „Nie wiem, czy to takie nic...” Poszedłem otworzyć, gdy
rozległo się pukanie do drzwi. Wróciłem już w towarzystwie ochroniarza. – Daj mi tą apteczkę, proszę – dziewczyna
wyciągnęła poranioną dłoń i odebrała czerwoną torbę. – Dzięki, Mark. Idź
odpocząć. Już dzisiaj nigdzie nie będziemy wychodzić...
- Na pewno? Mogę...
- Na pewno – odezwał się Louis. – Dzięki stary...
- Nie ma za co. To dobranoc. I dzwońcie jakby co... –
pożegnał się i po chwili znów zatrzaskiwał za sobą drzwi.
- Oddaj mi to – wyjąłem jej apteczkę z dłoni i zacząłem
przeglądać zawartość. – Chyba będzie szczypało – powiedziałem, podając
przyjacielowi odpowiednią buteleczkę i opatrunki.
Patrząc na niego widziałem, że był na siebie
wściekły, ale każdy jego dotyk, gest w stronę Kate, był delikatny i przepełniony
miłością. Odetchnąłem głęboko, podając mu maść na skaleczenia i śledząc
wzrokiem jak ostrożnie wciera ją w rany na ciele dziewczyny. Wciągnąłem
gwałtownie powietrze, gdy moje myśli zawędrowały za daleko... Zabrałem się za
sprzątanie powstałego bałaganu, podczas gdy Lou zabrał Kate, by przebrała
się w coś czystego. Gdy skończyłem porządki, przeniosłem się na kanapę. Po chwili pojawił się Louis, w szarych dresach i podkoszulku.
- Ten dzieciak zrobił to specjalnie – powiedział, sięgając
do lodówki po napój. – To w najmniejszym stopniu nie wyglądało na wypadek –
spojrzał na mnie, a w jego oczach widziałem, że jest pewny tego, co mówi. – Jak to możliwe?
- Myślisz, że to on? – zapytałem szeptem, nachylając się w
jego stronę. – Ale skąd wiedział, gdzie będziecie?
- Pół kraju wie, że jesteśmy w Liverpoolu... – warknął. –
Może przesadzam, ale to nie był przypadek... Boże, gdybym tylko nie puścił jej
dłoni...
- Lou... – zacząłem.
- Puściłem ją tylko na moment, by podpisać się tym fankom
– przeczesał nerwowo włosy palcami. – To była dosłownie minuta...
- To nie twoja wina... – odwróciłem się, słysząc głos Kate. Wyglądała na jeszcze drobniejszą w za dużym podkoszulku Louisa. Miałem ochotę się skopać, gdy pierwszą moją myślą było to, czy ma pod spodem jakieś szorty... Podszedł do niej i zgarnął ją w ramiona, a ja z całej siły starałem się
odwrócić wzrok od unoszącego się brzegu koszulki. Raczej mi się to nie udało, skoro
zdążyłem zauważyć czarną lamówkę króciutkich spodenek. „Weź się w garść idioto!”
Spoliczkowałem siebie kilka razy w myślach, ale na niewiele to się zdało, bo nadal pożerałem
wzrokiem jej tyłek, podczas gdy oni szeptali coś sobie po cichu. „Chyba powinienem się stąd ewakuować...” podnioslem się z kanapy. – Obejrzysz z nami film, Zayn?
- Co? – jej propozycja była zdecydowanie nie na miejscu.
„Czy ona nie wie, że powinna mnie stąd wywalić na zbity pysk?” – Film?
- O wampirach... – posłała mi uśmiech, od którego moje
serce tłukło się w piersi jak szalone.
- Ten co ostatnio? – zapytałem, próbując wymyślić pretekst,
by odmówić. „Choć Bóg mi świadkiem, że nie chciałem odmawiać.”
- Nie – roześmiała się radośnie, a ja już byłem stracony. „Już wiem, jak kusiły syreny...” westchnąłem. – Drugą część. Skończyłam
czytać książkę i Lou obiecał, że poświęci się i obejrzy ze mną – spojrzałem na
przyjaciela, który najwyraźniej wciąż w głowie przeżywał dzisiejsze wydarzenia. – Dasz się
też potorturować? Może nawet będą jakieś piękne wampirzyce... – kusiła i nawet
nie zdawała sobie sprawy, że dla niej zgodziłbym się na wszystko.
- No, ewentualnie... – westchnąłem przesadnie. – Myślę, że
Lou będzie potrzebował męskiego wsparcia w tych męczarniach...
Wiedziałem, że błędem było się zgodzić. Ale jaki wielki błąd popełniłem, zdałem sobie sprawę dopiero wtedy, gdy zaciągnęła mnie do sypialni.
„Zwiewaj, póki możesz...” dobre rady od mojego sumienia. „Dlaczego ja nigdy nie
potrafiłem z nich mądrze skorzystać?” Stałem niczym sparaliżowany, patrząc jak
dziewczyna wdrapuje się na łóżko i opiera o jego wezgłowie. Louis podłączał
właśnie laptopa do telewizora wiszącego na ścianie i po minucie dały się słyszeć pierwsze dźwięki odtwarzanej płyty.
- No, chodźcie... – Kate uśmiechnęła się pięknie, klepiąc
miejsca obok siebie z jednej i drugiej strony. Lou ułożył się obok niej z uśmiechem na ustach i od razu otoczył ją ramieniem, mrucząc pod nosem coś o tym, jak to się
musi poświęcać... Nie mogłem tego zrobić. Nie powinienem. Stałem niepewny kombinując, jak by tu
zwiać. „Czy on nie zdaje sobie sprawy, że kiedy ją obejmuje, to ta koszulka
unosi się zdecydowanie za wysoko?” – Zayn?
- Może wolicie zostać sami? – zapytałem niepewnie licząc, że zboczone ja Louisa zrozumie do czego zmierzam.
- Chodź... – Kate wyciągnęła do mnie poranioną dłoń, a ja nie
moglem zrobić nic innego, jak ująć jej drobne palce. Przyciągnęła mnie do siebie i
po chwili siedziałem obok niej, opierając się o poduszki i zastanawiając, jak
do tego doszło i jak to się skończy. – A teraz cicho, bo się zaczyna...
- To jeszcze reklamy, kochanie... – powiedział Lou i w końcu szczerze się uśmiechnął.
- Ale też są ciekawe... – ułożyła się wygodnie, oparta o
niego i otoczona jego ramieniem.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że zwróciłem uwagę na choćby
sekundę odtwarzanego filmu. Zbyt byłem skupiony na jej bosych stopach,
szturchających mnie delikatnie za każdym razem, gdy się poruszyła. I za bardzo
byłem skoncentrowany na tym, by nie gapić się na jej zgrabny tyłeczek wystający
spod zdecydowanie za krótkiej koszulki. Powinienem stąd wyjść już wtedy, gdy zorientowałem
się, że zasnęła wtulona w Louisa. Zamiast tego udawałem, że oglądam film i
katowałem się ciepłem jej ciała, które czułem przez materiał spodni w miejscu,
gdzie dotykały mnie jej wypięte pośladki. „W o wiele za krótkich
szortach...”
Z całej siły napierałam na drzwi szarpiąc w panice klamkę.
Ani drgnęły. Miałam wrażenie, że to miejsce kpi sobie ze mnie, tak jak potwór,
do którego należy. Motałam się w poszukiwaniu wyjścia z tej pułapki. Ale z
każdym uderzeniem serca szanse były mniejsze. Strach nie pozwalał mi trzeźwo
myśleć, a moje niby wyostrzone zmysły na nic się zdały w tej jego chorej grze...
- Widzę cię...
„Boże, niech on przestanie...” błagałam w myślach, modląc
się do wszystkich świętości. Odepchnęłam się od drewnianej powierzchni i
próbowałam uciec od niego jak najdalej, jednocześnie szukając czegokolwiek, co mogło by mi w tym pomóc. Ryk telewizora sprawiał, że nie miałam zielonego pojęcia,
gdzie on się znajdował. Nie słyszałam jego kroków, a w chwilach, gdy postanowił się odezwać, zawsze okazywało się, że jest przerażająco blisko...
Kolejny mebel na mojej drodze i kolejne bolesne uderzenie.
I jego śmiech... Grał ze mną w jakąś chorą grę i najwyraźniej przegrywałam. „Boże... Proszę... Niech on przesta...” wpadłam w biegu na
krzesło, przewracając się razem z nim i boleśnie przygryzając wagę.
- Stąd nie ma ucieczki, Kate... – usłyszałam z lewej
strony. Zerwałam się na nogi walcząc z bólem i uciekając w przeciwnym kierunku.
Wyciągniętymi przed siebie dłońmi, próbowałam zapewnić sobie choć minimum
bezpieczeństwa, ale to miejsce musiało przypominać graciarnie, bo nie mogłam
zrobić kroku, by na coś nie wpaść. Nagle głośna muzyka ryknęła mi prosto w
twarz tak, że mogłam poczuć nawet podmuch powietrza wprawionego w drganie przez głośniki. Krzyknęłam przerażona.
- Przestań! Proszę... – wiedziałam, że to na nic. Sama nie
wiem, dlaczego wciąż błagałam... Coś stuknęło z prawej strony, więc próbowałam
uciec w lewo, nieustannie szukając miejsca, gdzie będę mogła się schować. Choć na chwilę. By pomyśleć... Kolejny
bolesny upadek. Tym razem przeleciałam nad pufą, która podcięła mi nogi. Kontynuowałam ucieczkę na kolanach, by podnieść się po chwili. Znalazłam wnękę
w ścianie i skuliłam się w niej próbując złapać oddech. Czułam, że krew powoli
tworzy skorupę na mojej skroni...
- Widzę cię... – i znów ten jego złowieszczy rechot. Miałam ochotę zatkać sobie uszy, ale przecież nie mogłam tego zrobić. – Nie
możesz się przede mną schować, Kate...
Pisnęłam przerażona, gdy coś uderzyło mnie w głowę.
Wymachiwałam w panice rękoma, by to zrzucić, ale okazało się, że walczę z małą poduszką. „Widzi mnie... Boże...” Opuściłam złudne schronienie szybciej niż się
w nim znalazłam. Przez ten wszechogarniający hałas nic nie słyszałam. Nic,
oprócz szaleńczego bicia mojego serca. Je słyszałam aż za bardzo. Tłukło się w piersi,
jakby miało zamiar z niej wyskoczyć. Było mi zimno i gorąco jednocześnie. Strach wiązał mi nogi i sprawiał, że poruszanie się po tym domu, było strasznie bolesne. Trzaśnięcie drzwi przede mną. „Boże, biegnę prosto na
niego?” Wyhamowałam gwałtownie, lądując na podłodze i zdzierając sobie przy tym kolana. Odwróciłam się
tak szybko, jak tylko mogłam i próbowałam biec w przeciwnym kierunku. Początkowo
podpierając się rękoma, a potem z dłońmi wyciągniętymi przed siebie. Nie udało
mi się zrobić nawet pięciu kroków, gdy z całym impetem wpadłam na niego i
momentalnie poczułam jego palce, boleśnie zaciskające się na moich ramionach.
- Uwielbiam się z tobą bawić... – usłyszałam jego
przerażający głos przy uchu. – Ale już mi się znudziła ta gra. Pora na inną –
powiedział i pchnął mnie z całej siły tak, że wylądowałam na ścianie, z impetem
uderzając w nią czołem. Nawet nie zdążyłam się od niej odbić, gdy jego dłoń zacisnęła się na moim karku i docisnęła mnie do zimnej powierzchni. I znów
poczułam jego oddech na skórze, a dreszcz przerażenia przebiegł mi po
kręgosłupie. – Mam nadzieję, że nie przestaniesz walczyć do samego końca... – jego druga
dłoń boleśnie zacisnęła się na mojej piersi. – Nawet nie wiesz, jak na mnie
działa twój strach... – szamotałam się, próbując się wyrwać, ale jedyne co
osiągnęłam, to mocniejsze zakleszczenie się jego paców. – Zapamiętaj sobie
jedno... – drżałam z przerażenia. – Ja widzę wszystko... – usłyszałam szczęk
zamka i skrzypienie drzwi obok mnie. – A teraz się zabawimy... – oderwał mnie
od ściany i pchnął do kolejnego pomieszczenia. Tym razem upadek nie był
bolesny, ale jeszcze bardziej zmroził mi krew w żyłach. Łóżko. Zatrzasnął za
sobą drzwi i znów usłyszałam szczęk zamka. „Przynajmniej hałas już nie dudnił
mi w uszach...” Przeturlałam się w lewo z całym impetem wpadając na stojącą tam
komodę, przy okazji zrzucając z niej jakieś przedmioty.
- Nieee! – zawyłam przerażona, gdy zdałam sobie sprawę, że
zagonił mnie w róg pomieszczenia i nie było stąd ucieczki. Próbowałam znaleźć coś
czym mogłabym się bronić, ale jak na złość moje dłonie nie mogły na nic
natrafić.
- I co teraz, mądralo? – śmiał mi się prosto w twarz. „A
mówią, że potwory nie istnieją...” Był blisko. Tak blisko, że słyszałam jego
przyspieszony oddech. Odepchnęłam się od ściany, licząc chyba na to, że go
jakoś zaskoczę i może zdążę doskoczyć do drzwi. „Może mogłabym go tu zamknąć...” Tak samo szybko jak w mojej głowie pojawiła się ta myśl, tak szybko
zniknęła, gdy poczułam jego palce boleśnie zaciskające się na moim łokciu. –
Zaczynasz mnie denerwować... – warknął, rzucając mną przez pokój niczym workiem
kartofli. Nie zdążyłam się nawet podnieść, gdy był już przy mnie i znów
próbował wcisnąć mi głowę w ścianę. – Znudziła mi się ta pogoń – wykręcił mi ręce
do tyłu i unieruchomił . – A teraz przeproś – ponownie uderzył mną w twarda powierzchnię.
- Jesteś chory... – załkałam, mimo iż wszystko w środku
mnie krzyczało, by go przeprosić. By błagać o wybaczenie. Nawet lizać mu buty, jeśli
będzie trzeba.
- Nie ładnie... Nie ładnie... Nawet sobie nie zdajesz sprawy jak podnieca mnie fakt,
że jesteś taką zadziorą... – przywarł do mnie całym ciałem i mogłam poczuć, że
jego słowa są przerażająco prawdziwe. „Przeproś!” krzyczało moje drugie ja.
„Natychmiast!”
- P-Przepraszam... – powiedziałam, trzęsąc się ze strachu.
- Przepraszam, panie dyrektorze...
- Przepraszam, p-panie d-dyrektorze... – powtórzyłam
licząc, że może to coś zmieni.
- A jednak potrafisz, kiedy się postarasz... – roześmiał się,
cały czas ocierając się o mnie swoją erekcją. – A jak mi to wynagrodzisz? – przejechał językiem po mojej szyi. Po czym oderwał mnie od ściany i pchnął
na łóżko. – Rusz się tylko, a zerżnę cię tak, że nie będziesz mogła chodzić –
warknął, a jego słowa sprawiły, że zastygłam w miejscu, szczękając zębami z
przerażenia. – Grzeczna dziewczynka... – ucieszył się. Leżałam na gładkiej
pościeli i bałam się nawet oddychać. Teraz żałowałam, że hałas z sąsiedniego
pomieszczenia tu nie dociera. Słyszałam jak kolejne części jego garderoby opadają na podłogę. Strach mnie sparaliżował. Powinnam uciekać, walczyć, a
tymczasem leżałam jak kłoda. – Usiądź – rozkazał. „To nie mogłam być ja...”
próbowałam sobie wmówić. Przecież nie wykonywałabym jego chorych poleceń... A tymczasem
właśnie to robiłam... – Otwórz buzię – „Co? Nie! Nie, nie nie...” – No dalej –
warknął i z całej siły uderzył mnie w twarz. – Powoli kończy mi się cierpliwość... – boleśnie chwycił mnie za szczękę i wepchnął mi palca do ust. –
A teraz ssij – „Boże, nie...” – Nie każ mi się powtarzać, bo dopiero wtedy
zaboli... – zrobiłam co kazał, z całej siły walcząc z wymiotami. Łzy spływały
po moich policzkach, ale już nie umiałam nad nimi zapanować. – Dobrze... Trochę
mocniej - zabrał dłoń z mojej twarzy. To, co po chwili usłyszałam, przeraziło
mnie jeszcze bardziej. – Daj rękę – zacisnęłam palce na pościeli. – Dawaj! – pochylił się i złapał mnie za nadgarstek. Z całej siły zaciskałam pięść i nie pozwalałam mu rozprostować palców. – Ostatni raz ci mówię – warknął.
- Proszę, nie... – błagałam o litość. Już chyba wolałabym,
by mnie zatłukł na śmierć. – Nie rób tego... Proszę...
- Zamknij się! – ryknął i kolejny raz jego dłoń
wylądowała na mojej twarzy. Pchnął mnie do tyłu i opadł na mnie całym swoim
ciężarem. – Sam tego chciałaś...
- Nie! – krzyknęłam, okładając go pięściami, ale szybko
unieruchomił mi ręce nad głową, miażdżąc nadgarstki w mocnym uścisku. Poczułam
jego dłoń majstrującą przy moich spodniach. Szamotałam się, próbując się
wyswobodzić, ale on tylko śmiał się z moich wysiłków.
- Spodoba ci się... – nachylił się nade mną i szepnął mi
do ucha. – Nauczę cię, jak sprawić mi przyjemność. A jak będziesz grzeczna, to
może i tobie będzie dobrze... – wsunął mi dłoń w majtki i chyba dopiero wtedy,
mój mózg postanowił zebrać się w sobie i zawalczyć jeszcze raz. Zacisnęłam uda
z całej siły. Słyszałam jak sapał mi obrzydliwie przy uchu, co chwilę
przejeżdżając językiem po mojej skórze. Ledwo mogłam oddychać, przyciśnięta jego
cielskiem.
- Aaa!!! – zawył, gdy w ostatnim przebłysku odwagi z całej
siły zacisnęłam zęby na jego uchu.
Poczułam metaliczny smak krwi w ustach. Tym razem nie mojej. – Ty dziwko!
– ryknął, odrywając się ode mnie. Wiedziałam, że za to oberwę, ale wszystko jest lepsze... I momentalnie
wściekłe uderzenia zaczęły spadać na moją głowę i ciało. – Kurwa! Ty jebana... –
szarpnął mnie za włosy i pociągnął do siebie. – Zatłukę cię za to! – pchnął mnie
na ścianę tak mocno, że aż zadudniło. Od razu mnie dopadł i zacisnął dłonie na
mojej szyi. „Udusi mnie?” Nie wiem dlaczego ta myśl wydawała mi się zabawna. „Wybrałam
śmierć w męczarniach, a on tak po prostu chciał mnie udusić...” Płuca paliły mnie żywym ogniem, a palce bezskutecznie próbowały poluzować jego uścisk. Nie wiem,
po co walczyłam. Przecież tak było lepiej. Jeszcze chwila i wszystko miało się
skończyć. Jeszcze tylko ostatnia myśl zabłysła w mojej głowie. „A
więc jednak ktoś tam na górze czuwa nade mną...” I koniec. Ciemność. Nic. Wszystko.