- Normalnie muszę przyznać, że nigdy tak bardzo się nie ucieszyłem, gdy komuś pękły spodnie... – zaśmiałem się siadając obok Zayna pod ścianą i odkręcając wodę. – Ta próba mnie wykańcza. Nic się nie udaje. A Paul... – westchnąłem. – Lepiej nie gadać... – machnąłem ręką.
- Zaraz go szlag trafi. Wiem –
mruknął.
- A tobie co? – spojrzałem na
niego zdziwiony. – Też nie w humorze? – wgryzłem się w kanapkę, którą
zapobiegawczo porwałem z bufetu.
- Po prostu się nie wyspałem...
- Li mówił, że znowu znalazłeś
Katy w salonie. Dlaczego nas nie zawołałeś? Posiedzielibyśmy z wami...
- I teraz wszyscy wyglądalibyśmy
nieciekawie. Widziałeś minę Paula na mój widok?
- No – zaśmiałem się. – Ale
ulżyło mu, gdy zobaczył, że Lou nie wygląda tak jak ty. A tak w ogóle, to
mogłeś go obudzić... – dodałem. – Strasznie go gryzie to, że nie zauważył kiedy źle się poczuła...
- Miałem taki zamiar, ale Kate
prosiła, by dać mu się wyspać – zamknął oczy opierając głowę o ścianę. – A poza
tym ja i tak nie mogłem spać...
Przyglądałem się jego twarzy
zastanawiając się o czym myśli. Ten tajemniczy uśmiech... I ciche westchnienie.
- Ukryjcie mnie! – Lou usiadł
między nami. – Jak Paul mnie dorwie, to będziecie szukać nowego do zespołu.
- Nie będzie tak źle – zaśmiałem
się, ale zaraz mina mi zrzedła, gdy zobaczyłem, że sięga do moich zapasów. –
Nie możesz sobie przynieść?
- Daj tylko gryza – patrzyłem na
moją kanapkę zbliżającą się nieubłaganie do jego ust.
- Ej! Miał być gryz, a nie pół
kanapki – zabrałem mu moje pyszności. – Dzwoniłeś do Katy?
- Tak na szybko, gdy Lou się
nade mną znęcała – uśmiechnął się. „Czy wszyscy zakochani robią takie głupie
miny?” – Alex u nich była na przerwie...
- A jak się czuje? – zapytał
Zayn.
- Mówi, że znośnie... – sięgnął
po moją wodę. – Ale pewnie jest to spowodowane tym, że zjadła pół opakowania
tabletek.
- Dokupi się jak będziemy wracać
– Harry przyłączył się do nas siadając po turecku naprzeciwko Lou. – Można
wziąć na zapas.
- Podobno Alex jej już kupiła –
Louis odebrał od Hazzy kanapkę oraz wodę, które ten dla niego przyniósł. –
Dzięki.
- A dla mnie nic nie wziąłeś? –
zapytałem z nadzieją w głosie.
- Nie za dobrze by ci było? –
zaśmiał się. – Wydawało mi się, że już zrobiłeś nalot na jedzenie, bo same
resztki zostały.
- Bardzo śmieszne – mruknąłem. –
Lou, wisisz mi gryza.
- Louis... – Nie wiadomo skąd
pojawił się Liam z Paulem.
- Stary, ja naprawdę nie
chciałem rozerwać ci tych spodni... – tłumaczył się przyjacielowi. – Tak jakoś
niechcący wyszło...
- Już lepiej nic nie mów –
odezwał się Paul. – Ale następnym razem w ramach solidarności wymyśl coś
innego. Jak tak dalej pójdzie, to wasze ciuchy będą się nadawały do śmieci
jeszcze przed rozpoczęciem trasy – zaśmiałem się. – A twoje są w nie lepszym
stanie, Niall. Jakim cudem oderwałeś rękaw?
- Ja... – „Ups...” A myślałem,
że się nie wyda. – Tak jakoś... samo... się urwało...
- Tutaj się wszystko samo
dzieje, aż dziw, że nago nie biegacie – Harry parsknął plując przy tym na
Louisa, ale mina Paula skutecznie zapobiegła jakiejkolwiek reakcji z naszej
strony. Ale coś mi się wydaje, że Lou jeszcze wróci do tematu...
- Paul chciał z nami pogadać o
Kate... – odezwał się Li. Momentalnie nasza uwaga skupiła się na menadżerze.
- Jutro przed próbą robimy
spotkanie organizacyjne. Ostatnie takie przed trasą – zaczął. – Wydaje mi się,
że byłoby dobrym pomysłem, by Kate się na nim pojawiła.
- Co? – o dziwo to słowo nie
wyszło z ust Louisa. Zayn wyglądał na zszokowanego. – Nie za szybko?
- Właśnie – dodałem. – Ona nie
za dobrze się teraz czuje...
- Myślę, że powinniście z nią o
tym porozmawiać. Chcemy ją zabrać w trasę. Nie rzucajcie jej od razu na głęboką
wodę – przekonywał. – Tu jest zdecydowanie mniej fanów niż będzie podczas
koncertów, a i tak pewnie nie będzie jej łatwo. Poza tym w niedzielę wracamy do
Londynu, to ostatni dzwonek, by spróbowała wyjść z hotelu...
- W sumie... – zamyślił się Lou.
– Porozmawiam z nią o tym. Ale tylko jak będzie się dobrze czuła...
- Dobre i to – powiedział Paul,
ale nie wyglądał na zadowolonego z takiej odpowiedzi. – Poza tym w sobotę macie
wywiad w radio i też moglibyście pokazać jej jak to wygląda. I do jutra chcę
wiedzieć, co powiecie fanom i mediom na temat Kate...
- Już ci mogę na to odpowiedzieć
– odezwał się Louis. – Gdy ktoś się zapyta, powiemy prawdę.
- Która brzmi... – menadżer
zachęcił go do kontynuowania.
- Że jest moją dziewczyną, a ich
przyjaciółką – powiedział to tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod
słońcem. „Coś mi się widzi, że będzie się działo...”
- Wciąż oficjalnie nie
powiedziałeś, że zerwaliście z Eleanor – przypomniał Li. – Będzie to wyglądało,
że rozstałeś się z nią dla Kate...
- Poniekąd tak było... –
przyznał. – Potrzebowałem bodźca, by to zrobić. Od dawna nie byliśmy z sobą
szczęśliwi... – zamyślił się. – Powiem prawdę – postanowił. – Nie będę kłamał w
sprawie tego, że kocham Kate, ale postaram się jak najmniej mówić o El. Nie wyszło
nam. Koniec historii.
- Normalnie bym cię namawiał,
byście uchodzili za przyjaciół – odezwał się Paul. – Ale gdy tak na was
patrzyłem ostatnio... Nikt by się na to nie nabrał... Dobra. Wywiady jakoś
załatwimy. A jak się sprawa ma z Eleanor?
- Nie ma już Eleanor...
- Z jej ostatnich twittów wynika
co innego... – wtrącił się Harry.
- Co? – zdziwiłem się. Wszyscy
czekaliśmy na wyjaśnienia. – Wstawiła jeszcze jakieś fotki?
- Nie, ale wszystkie jej wpisy
były bardzo dwuznaczne... Piękne kwiaty od „nieznajomego” – pokazał palcami cudzysłów
w powietrzu. – Jakieś tam prezenciki, rozmowa na dobranoc, tęsknię za moim
misiem... Takie tam dwuznaczne pierdoły.
- Przynajmniej dobrze, że Katy
nie ma Twittera – westchnąłem.
- Ale ma dobry słuch – odezwał
się Zayn. – I z pewnością usłyszy jeśli fanki będą wykrzykiwać jakieś niemiłe
rzeczy pod jej adresem.
- Tego się nie da uniknąć –
wtrącił się Liam. – Musisz ją na to przygotować – spojrzał na przyjaciela. –
Powiedzieć jej o zazdrosnych fankach. A ja porozmawiam z Danielle, by też
poruszyła ten temat, gdy się spotkają...
- Możemy jej założyć
słuchawki... – Harry i jego debilne pomysły.
- Jesteś idiotą – warknął Zayn.
– Zabierz niewidomej dziewczynie jeszcze słuch. Z pewnością już będzie wolała
słuchać tych krzyków.
- Sorry – zawstydził się. – Nie
pomyślałem... I sam jesteś idiotą – warknął. – Wciąż nie powiedziałeś nic
Perrie.
- Skąd wiesz? – „No tu się
zapowiada ciekawe widowisko” zaśmiałem się w myślach żałując, że nie mam miski popcornu. Liam spojrzał na niego
pytająco. – Jeszcze zdążę...
- Stary... – zaczął Li.
- Wiem, wiem. Jestem idiotą –
zrobił minę mordercy, gdy dobiegło go parsknięcie Harry’ego. – Ale to mój
problem. Teraz powinniśmy się martwić tylko o Kate.
- Też prawda – przyznałem. – Daj
mu spokój. To on będzie skomlał pod drzwiami Perrie jak się na niego obrazi.
- Dobra – odezwał się Paul. – To
porozmawiajcie z nią dzisiaj. Będę czekał na telefon. W razie czego podstawię rano
inny samochód. A póki co, to koniec tego dobrego. Wracamy do pracy. Koniec
przerwy! – wydarł się jeszcze, jakby ktoś nie usłyszał.
- I co myślisz Lou? – spojrzałem
na niego przygryzając wargę.
- Sam nie wiem... – wzruszył
ramionami. – Powiem ci gdy z nią porozmawiam. Może kolejny raz mnie zaskoczy?
- Fajnie by było... – mruknął
Zayn wstając z podłogi i wyciągając do mnie rękę.
„Fajnie by było...” pomyślałem
rozglądając się dookoła. Wszędzie kręcili się ludzie. „I gdzie ona niby miałaby
siedzieć podczas próby?”
Rozejrzałem się uważnie dookoła
szukając czegokolwiek, co nie byłoby na swoim miejscu. „Idealnie.” Uśmiechnąłem
się zadowolony z oględzin i gasząc światło wyszedłem z łazienki. Widok, który
miałem teraz przed oczami sprawił, że mój uśmiech zrobił się jeszcze większy.
„O ile to możliwe...” Kate leżała na boku, zwrócona w moją stronę. Ucieszyłem
się widząc, że zostawiła mi miejsce obok siebie. Na jej twarzy malował się
delikatny uśmiech, który sprawiał, że moje serce przepełniała radość. Długie
rzęsy rzucały cień na policzki. Wyglądała tak spokojnie. „Pięknie...”
- Przyglądasz się mi... – jej
szept uświadomił mi, że myślami byłem już bardzo daleko. Zatrzepotała powiekami
i po chwili te cudowne oczy „wpatrywały się” we mnie. Uśmiechnęła się.
- Ja? – zaśmiałem się. – Nigdy w
życiu. – Podszedłem do szafy, by zastąpić ręcznik jakimiś dresami. Wciąż się
dziwiłem, że panuje tu taki porządek. „Co najmniej jak u Liama...” – Jak się
czu... – drzwi otworzyły się gwałtownie przerywając mi w pół słowa.
- Przyszedłem wam tylko powiedzieć,
że wychodzimy na podbój miasta i zostajecie caaałkiem sami – odezwał się Harry posyłając
dwuznaczne znaki w moją stronę i przesadnie akcentując jedno słowo. – O dziwo, udało nam się namówić Liama, co jak sami wiecie nie
jest łatwe, gdy wisi na telefonie z Danielle.
- Bawcie się dobrze – rzuciłem
ręcznik na fotel.
- Wy też – zaśmiał się i znów
posłał mi wiele mówiące spojrzenie. – Ale pamiętajcie, nie róbcie niczego,
czego ja bym nie zrobił.
- Och, spadaj – zamknąłem szafę,
ręką dając mu znak, że spokojnie może już zamknąć drzwi z drugiej strony.
- Pa Mała. Bądź grzeczna...
Oczywiście nie mógł się
powstrzymać, by tego nie dodać, ale przynajmniej już sobie poszedł. Spojrzałem na Kate
i ten cudowny rumieniec sprawił, że ucieszyłem się jak głupi. „Z czego?”
- Jak się czujesz skarbie? –
zapytałem kładąc się obok i przytulając ją do siebie. „Cudownie...” Wyglądała
tak niewinnie, a zarazem seksownie w rozciągniętym podkoszulku. „Czy takie
połączenie jest w ogóle możliwe?” Spojrzałem na te cudowne usta i w moim ciele
zawrzało, a pewna jego część uświadomiła mi, że powinienem skupić się raczej na
czymś innym. „Masz jeszcze jakieś pytania?” Ten wredny głos w mojej głowie
zdecydowanie odzywał się w złych momentach.
- Dobrze... – powiedziała cicho.
Uniosłem jej twarz, by odczytać odpowiedź w jej oczach. – Naprawdę dobrze –
uśmiechnęła się. – Lou... – zaczęła. – Możesz iść z nimi jeśli chcesz.
Zostawałam już sama...
- Kochanie, czy ty myślisz, że
dałbym się gdziekolwiek wyciągnąć, skoro coś tak cudownego czeka na mnie w
łóżku? – delikatnie ucałowałem te gorące wargi. „Tylko tak dalej stary...” Czy
jest jakiś sposób, by uciszyć to wredne coś? – Mówiłem ci już, że uwielbiam jak
się czerwienisz?
- Tylko raz, czy dwa – ułożyła
głowę na mojej piersi i zaczęła kreślić jakieś tajemnicze znaki.
„Powinienem z nią porozmawiać.
Obiecałem chłopakom...” W takich chwilach uświadamiałem sobie, jak wielkim
jestem tchórzem. Najchętniej zostawiłbym wszystko Liamowi, ale przecież nie
moglem tego robić zawsze. On już i tak zrobił wiele. „Nigdy się mu nie odwdzięczę.
Im wszystkim...” Wziąłem głęboki oddech, chcąc dodać sobie odwagi. „Będzie
dobrze” przekonywałem się. „Tylko jak zacząć...”
- Serce bije ci jak szalone, Lou
– usłyszałem cichy szept. Uniosła się na ręce i wbiła we mnie te przenikliwe „spojrzenie”. – Co się dzieje?
- Nic się nie dzieje, skarbie –
„Brawo, palancie, zdenerwowałeś ją jeszcze zanim poruszyłeś temat. Tylko ty tak
potrafisz.” Głaskałem ją delikatnie po plecach. – Po prostu chciałem z tobą o
czymś porozmawiać i w głowie układałem sobie przemówienie... – zaśmiałem się
nerwowo. – Ale chyba nie jestem w tym tak dobry jak Liam...
- Porozmawiać? – zapytała, a na
jej twarzy momentalnie zawitał spokój. Posłała mi tajemniczy uśmiech. – O tym,
że chciałbyś bym jutro pojechała z wami na próbę?
- Co?! – powiedzieć, że mnie
zamurowało, to mało. – Skąd? Jak? Kto? Co... – Czy można się dziwić, że
zareagowała śmiechem po mojej jakże inteligentnej wypowiedzi. – Śmiejesz się ze
mnie?
- Nie inaczej – „W jej oczach
widziałem radość.” – Trochę się zapowietrzyłeś...
- Skąd wiesz o czym chciałem z
tobą porozmawiać?
- Ja naprawdę nieźle słyszę –
posłała mi uspokajający uśmiech. – A z salonu do kuchni nie jest wcale tak
daleko... Zwłaszcza, gdy pewien łakomczuch nie zamknie za sobą drzwi.
I nagle do mnie dotarło. Moja
rozmowa z Liamem, gdy robił kawę. Jego ostrzeżenia, by nie zwlekać i moje
marudzenie, że do wieczora daleko... Znowu to zrobiliśmy. Zapomnieliśmy o tym,
że Kate może nas usłyszeć. Szukałem na jej twarzy jakichś oznak strachu, ale
ona... po prostu uśmiechała się do mnie.
- Ile słyszałaś? – wyszeptałem
nerwowo.
- Od momentu, gdy Liam ci
przypominał, że jeżeli nie porozmawiasz ze mną zaraz, to potem będziesz musiał
zmierzyć się z tym sam – dotknęła delikatnie mojej twarzy. – Aż taka jestem
straszna, że boisz się ze mną rozmawiać?
- Oczywiście, że nie jesteś –
zaprzeczyłem szybko. – Ja chyba chciałem porozmawiać z tobą sam na sam...
- Jesteśmy sami – powiedziała
cicho kciukiem obrysowując kształt moich ust. W moim ciele zawrzało, a wszystko
skupiło się w jednym miejscu i bynajmniej nie były to wargi. „Pełna gotowość w trzy
sekundy? Stary...” Znów ten denerwujący śmiech. „Zbaczamy z tematu...”
- Nie boisz się... – szukałem w
jej twarzy strachu, ale widziałem tylko miłość.
- Jestem przerażona –
uśmiechnęła się delikatnie. – Ale poradzę sobie. Przynajmniej taką mam
nadzieję... – westchnęła. – Rozmawiałam o tym z Alex... – „Kolejny raz ktoś
uratował mi tyłek.” Odetchnąłem z ulgą. – Lou... – przygryzła wargę, a ja
pobiłem właśnie poprzedni rekord w staniu na baczność. „Uspokój się. Uspokój
się. Tylko spokojnie...” – Jak bardzo głośne są wasze fanki?
- Fanki? – powtórzyłem
zdziwiony. „Włącz myślenie chłopie. Głową.” – Głośne – przyznałem. – Bardzo. –
Przytuliłem ją do swojej piersi modląc się w duchu, by nie przyszło jej na myśl
zarzucić na mnie nogę. Byłem już spokojniejszy. – Niektóre są cudownie
nieśmiałe i strasznie kochane – uśmiechnąłem się gładząc jej plecy. – A
niektóre wręcz szalone w wynajdywaniu pomysłów jakby to nas poznać osobiście.
Opowiedziałem jej kilka historii
z różnych wyjazdów. Każda kolejna sprawiała, że śmiała się głośniej i nie mogła
się nadziwić pomysłowości niektórych dziewczyn.
- Brzmi niesamowicie –
powiedziała wciąż rozbawiona. Po czym dodała już ciszej – Ale nie zawsze tak
jest...
- Czasami jest... –
zastanawiałem się jak to najlepiej określić. – Ekstremalnie. Zdarza się nam
stracić kawałki garderoby... Ale ty będziesz bezpieczna. W stu procentach. Nie
musisz się o to martwić.
- A o co muszę?
- Niektóre fanki są bardzo...
zaborcze... – zacząłem. – Niby nas kochają, ale nie potrafią zrozumieć, że
jesteśmy normalnymi ludźmi. Mamy swoje życie poza sceną, rodziny, przyjaciół i
ukochane... – znów ten cudowny rumieniec. – Chciałyby nas tylko dla siebie i na
każdą osobę w naszym otoczeniu reagują wrogością... Danielle mogłaby ci sporo
na ten temat opowiedzieć – westchnąłem. – Słowa mogą ranić. Liam często
opowiadał jak płakała, nie mogąc sobie poradzić z wrogością niektórych
dziewczyn...
- Ale wciąż są razem... –
usłyszałem cichy głos. – Czyli można...
- Tak – uśmiechnąłem się. –
Kochają się i mimo iż chwilami było im ciężko, poradzili sobie. My też sobie
poradzimy skarbie – złożyłem pocałunek w jej włosach. – One naprawdę tak nie
myślą. Niektóre po prostu zapominają, że sprawiają komuś przykrość...
- Czyli nie powinnam się przejmować
tym, co mogą mi powiedzieć, tak? – uniosła twarz w moją stronę.
- Tak – zatonąłem w jej oczach.
– Czasami się nie da... – powiedziałem. – I wtedy musisz pamiętać, że kocham
cię ponad wszystko i tylko to jest ważne...
Siedziałam skulona pod schodami
i z całych sił próbowałam wypchnąć ten paraliżujący ból z mojej głowy. Nie
mogłam o nim teraz myśleć. Musiałam czekać. Wytrwać wystarczająco długo. Nie
zasnąć. „Wszystko, tylko nie zasnąć. Nie zasnąć” powtarzałam w myślach jak
mantrę. Jakby to miało pomóc. Pogoda postanowiła podać mi pomocną dłoń i z
nieba deszcz lał się strumieniami. Byłam cała przemoczona, ale mokre ubrania
choć trochę uśmierzały ból. Czułam, że gorączka trawi moje ciało. „Jak nic będę
chora” pomyślałam i momentalnie roześmiałam się nerwowo. „Już i tak nie może mi
się stać nic gorszego...” Zastygłam na dźwięk silnika, ale samochód tylko minął
dom, gdzie się ukryłam. I czekałam...
- Alex... – pozwoliłam temu
jednemu słowu wydobyć się szeptem z moich ust.
Postać wiecznie uśmiechniętej
przyjaciółki ukształtowała się w mojej głowie. Plan był taki prosty... Dlaczego
wydawał się niemożliwy do zrealizowania? Próbowałam się poruszyć i fala
obezwładniającego bólu rozeszła się po moim ciele. Z trudem wciągnęłam
powietrze do płuc. „Wytrzymasz...” nie zabrzmiało to przekonująco. „Dasz radę.
Byle nie zasnąć. Nic cię nie boli.” Grunt, to okłamywać samą siebie...
Usłyszałam w oddali
charakterystyczne warczenie starego silnika. „Nareszcie...” Chciałam się przesunąć,
ale moje ciało nie miało zamiaru ze mną współpracować. Samochód zatrzymał się
na żwirowym podjeździe i zamilkł oznajmiając to głośnym kaszlnięciem. „Kochany
gruchot...”
- Kochany gruchot – usłyszałam
znajomy głos i w głowie ujrzałam kobietę delikatnie głaszczącą ukochane auto
zmarłego męża. – Kolejny raz daliśmy radę.
Trzaśnięcie drzwi i ciężkie
kroki, które nieubłaganie zbliżały się do mnie... A ja wciąż nie mogłam się
ruszyć. Bałam się, ale tylko jej mogłam zaufać. Drugi raz mnie nie zawiedzie.
„Jesteś pewna?” pytałam samą siebie. „Już niczego nie jestem pewna...”
Stłumione stukanie uświadomiło mi, że kobieta wchodzi na ganek. „Ostatnia
szansa...”
- Pani T.? – odezwałam się tak
głośno jak tylko mogłam, co wcale nie było łatwe, gdy zagryza się wargi z
całych sił, by nie krzyczeć z bólu... Postać nade mną zatrzymała się.
- Halo? Jest tu ktoś? –
wyłapałam zdenerwowanie w jej głosie. – Kate? – wyszeptała. – Dziecko, to ty?
Wyczołgałam się powoli ze swojej
kryjówki... Każdy ruch sprawiał, że chciałam umrzeć. Czułam jakby coś rozrywało
mnie na kawałki. Próbowałam wstać, ale było to ponad moje siły. Klęczałam w
błocie, a deszcz obmywał moje rany...
- Pani T... – jęknęłam.
- Boże przenajświętszy... –
usłyszałam, że zbiega ze schodów i kieruje się w moją stronę. „To tylko ona”
powtarzałam sobie w głowie, ale i tak moje ciało szarpnęło się do tyłu, by
uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z kobietą. I kolejna błyskawica przeszyła mój
mózg paraliżując mnie. – Dziecko, co...
- Musi mnie pani gdzieś zawieść
– wyszeptałam. Czułam, że już długo nie dam rady... Okropny ból sprawiał, że
miałam tylko ochotę zwinąć się na ziemi i odpłynąć w błogą nieświadomość.
- Tak – usłyszałam. –
Oczywiście. Do szpitala...
- Nie – przerwałam jej szybko. –
Proszę, tym razem musi mi pani pomóc stąd uciec – błagałam.
- Ale... Lekarz... Krew...
Dziecko... – każde jej kolejne słowo brzmiało słabiej. Tak jakby powoli
dochodziło do niej, co powiedziałam. Jakby zaczynała rozumieć, co się stało...
Słyszałam jak głośno łapała oddech próbując się uspokoić. Milczałam, czekając
na decyzję, od której zależy moje życie. – Dobrze...
I wtedy... ból ze mną wygrał...
Nie wiem, co sprawiło, że się
obudziłem. Może było to trzęsące się ciało dziewczyny, która spała w moich
ramionach, a może jej ciche łkanie, które rozrywało mi serce na strzępy. „Boże!
Nie znowu...”
- Kate, skarbie... – pogładziłem
ją po policzku ścierając łzy. – Już wszystko dobrze, maleńka. Jestem tu. Już
dobrze... – objąłem ją mocniej ramieniem przyciskając do mojego ciała. – To
tylko zły sen...
- Lou... – usłyszałem cichy szept. Uniosłem jej
twarz i ujrzałem parę brązowych oczu wypełnionych łzami. „Wpatrywały” się we mnie przerażone. – Przepraszam...
- Ciii... – starłem kolejne
słone krople. – Nie przepraszaj. Nic się nie stało. To tylko zły sen... Chodź
tu do mnie – usiadłem opierając się o zagłówek i sadzając ją sobie na kolanach.
– Jestem tu z tobą. Już wszystko dobrze... – Kate oparła mi głowę na ramieniu i
już po chwili jej gorący oddech owiewał mi szyję. Kołysałem ją jak małe dziecko
i powoli się uspokajała... – Powiesz mi co ci się śniło?
Nie wiem dlaczego zadałem to
pytanie. Nie spodziewałem się, że się odezwie. Nigdy tego nie robiła. Pozwalała
się tulić w ramionach. Usypiała przy mnie, ale nigdy nie mówiła o tym, co się jej
stało. Zresztą nigdy wcześniej nie pytałem... Po tym, co udało mi się
dowiedzieć od Alex, po prostu balem się poruszyć ten temat. Nie chciałem, by
uciekła... Tuliłem ją do siebie zastanawiając się, czy ten koszmar mógł być
spowodowany wieczorną rozmową. „Aż tak bała się stąd wyjść?” Powoli się
uspokajała. Oddychała miarowo. Tylko czekałem na moment, w którym ponownie
uśnie. I wtedy moje serce na jeden przerażający moment przestało bić...
- Moja ucieczka... – wyszeptała splatając
palce z moimi i ściskając je lekko.
Nie spodziewałem się, że coś
powie. Te dwa słowa odbijały się echem w mojej głowie. „Moja ucieczka...” Nie
wyjazd, nie podróż... Ucieczka. Tak bardzo chciałbym wiedzieć... I wtedy
kolejny raz sprawiła, że zamarłem. Cichym, drżącym głosem zaczęła opowiadać, a
ja bałem się nawet oddychać... Zdałem sobie sprawę, że właśnie odsłania przede mną kawałek
tajemnicy. Chłonąłem każde słowo. Miałem wrażenie, że wszystko wypala mi się
już na stałe w mojej głowie. Słuchałem przerażającej historii przepełnionej
bólem, którego nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Patrzyłem przed siebie nic
nie widzącymi oczyma. Byłem daleko stąd...
Stałem w strugach deszczu obok
klęczącej dziewczyny, która błagała o pomoc. Siedziałem skulony pod drewnianymi
schodami i przerażenie wręcz rozrywało mi płuca. Czułem jej strach. Widziałem
podarte ubranie i krew wsiąkającą w ziemię... Poznałem jej plan, który wydawał
się wręcz nieprzyzwoicie prosty, ale nie dla niej... Czułem niepewność, strach,
zwątpienie... Czy tym razem może zaufać starszej kobiecie? Modliłem się, by ten
gruchot dowiózł je na miejsce. Leżałem razem z nią na tylnym siedzeniu
owinięty w stare koce i cierpiałem przy każdym ruchu... Czułem każdą nierówność
asfaltu. Każde szarpnięcie sprawiało, że razem z nią modliłem się o śmierć... A
potem przepraszałem i błagałem, by się udało dojechać do celu. Wszystko mi się
pomieszało. Robiłem co tylko mogłem, by nie zasnąć. Jednak gdy ból powoli
odbierał mi świadomość prosiłem Boga, by móc się obudzić. I wciąż nie byłem
pewien, czy mogę zaufać tej kobiecie, która jeszcze nie tak dawno wiele dla
mnie znaczyła...
A potem umierałem z każdym
kolejnym krokiem, gdy moje stopy zapadały się w błocie, a ja uparcie parłem
przed siebie. Jedna dłoń nie odrywała się ani na moment od drewnianej
powierzchni... Musiałem dojść do końca. Nie ważne, ile to zajmie... Nic się nie
liczy z wyjątkiem kolejnego kroku. Na mecie czeka pomoc. I jedyna osoba, której
ufałem bezapelacyjnie. Alex...
Upadałem zdzierając kolana do
krwi, ale to było nic... Drzazgi wbijały się w moją dłoń, ale nie mogłem
oderwać jej od drewnianej powierzchni. To przecież nic... Deszcz chłodził moje
ciało zdecydowanie za bardzo. Ale to nic. Wiatr sprawiał, że nie mogłem
oddychać. Ale to nic... Głód skręcał mój żołądek, ale przecież to nic. Nic nie
jest ważne. Liczy się tylko kolejny krok...
I nagle drewniana podpora
skończyła się zaskakując mnie tym tak bardzo, że zamiast kolejnego kroku
zaryłem twarzą w błoto. Odwróciłem się na plecy, a moje ciało przeszyła kolejna
błyskawica bólu sprawiając, że z trudem udało mi się wywalczyć kolejny
oddech... Szczęście, że dotarłem mieszało się z przerażeniem, że to jeszcze
przecież nie koniec.
- Znałam tam każdy kąt –
uśmiechnęła się smutno. – Alex opowiedziała mi wszystko o swoich zwariowanych
sąsiadach. Włóczyłam się z nią godzinami po okolicy poznając wszystkie
interesujące miejsca. Zresztą co innego można tam robić? Czasami myślę, że to
właśnie z nudy ona tak często maluje te okiennice – ścisnęła moje palce trochę
mocniej. – Gdy zrobiło się ciemno i wszystko ucichło... Cóż... Jakoś udało mi
się dojść do domu. I gdy przeciskałam się przez okno w łazience chyba pierwszy
raz w życiu cieszyłam się, że jestem taka mala. Gdy runęłam na podłogę, ostatnie
co pamiętam zanim straciłam przytomność, to myśl, że się udało...
Poczułem jej ciepłą dłoń na
policzku, a po chwili drugą. Kciukami ścierała łzy z mojej twarzy. Jej palce
delikatnie przesuwały się po mokrej skórze.
- Ja... – chciałem coś
powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle. Jedyne co osiągnąłem to cichy
szloch...
- Nie chcę byś nade mną płakał,
Lou – powiedziała cicho zbliżając swoją twarz do mojej. – Dzięki tobie znów mam
ochotę budzić się rano... Nie mogę przestać się uśmiechać, gdy tylko o tobie
pomyślę i nie chcę przestać – uśmiechnęła się. – Chcę poznać twój świat, choć
tak bardzo mnie on przeraża. Chcę robić z tobą to wszystko, co sprawia, że
pewnie właśnie znowu się zaczerwieniłam... – cudowny rumieniec pojawił się na
jej policzkach. – Chcę byś mnie nauczył tego wszystkiego czego jeszcze nie
umiem – musnęła moje usta swoimi. – Chcę cię kochać Lou i chcę byś ty kochał
mnie. Proszę, nie płacz nade mną...
- Kocham cię – wyszeptałem
gwałtownie wciągając powietrze. Próbowałem się uspokoić. – Alex mówiła, że
nigdy o tym nie opowiadałaś... – szepnąłem. – Dlaczego teraz?
- Bo czułam, że powinnam... –
delikatnie obrysowała kciukiem moją dolną wargę. – Bo chciałam...
- Dziękuję ci skarbie –
powiedziałem całując ją w czoło i biorąc kolejny głęboki oddech. A potem jeszcze jeden. Musiałem się uspokoić. – Czy jest
jeszcze coś czego chcesz w tym momencie?
- Tak... Zdecydowanie chcę do
łazienki – uśmiechnęła się uwalniając z moich objęć i po chwili zniknęła za
drzwiami, dając mi chwilę na uporanie się myślami szalejącymi w głowie.
Wciąż nie mogłem uwierzyć, że
oto znalazłem się w posiadaniu kolejnego elementu układanki. „Muszę o tym
powiedzieć reszcie. Alex, przede wszystkim.” Słyszałem szum wody. Otarłem łzy i
spojrzałem na łóżko Harry’ego. „Znów go nie ma? To zaczyna się robić regułą...”
Chciałem sięgnąć po telefon, by sprawdzić, która godzina, ale w wykonaniu tego
przeszkodziło mi pojawienie się Kate. Stała niepewnie w drzwiach łazienki i
uśmiechała się do mnie. Teraz mój ruch...
- To może przyjdziesz tu do mnie
i powtórzysz mi to wszystko, czego chcesz... – uśmiechnąłem się. – Zwłaszcza tą
część o czerwienieniu się...
- Tyle gadałam, a ty wyłapałeś
tylko to? – zaśmiała się, ale podeszła do mnie.
- Zawsze miałem niebywałą
zdolność do wyłapywania istotnych rzeczy – chwyciłem ją za rękę i wciągnąłem
sobie na kolana. – Istotnych dla mnie...
- Hmmm... – zaczerwieniła się. –
Mi tam się podobała ta część o nauce nowych rzeczy...
- Wiesz, że bardzo chciałem być
nauczycielem? – zaśmiałem się. – A co powiesz na połączenie czegoś nowego z
czymś po czym zdecydowanie się zarumienisz...
- Powiem, że jeśli ci się uda to
połączyć, to byłbyś naprawdę dobrym nauczycielem – uśmiechnęła się łobuzersko.
Zauważyłem wesoły błysk w jej oczach chwilę przed tym jak jej wargi dotknęły
moich...
W powietrzu czuć było strach...
„O ile to w ogóle możliwe” pomyślałam. Wszyscy byli zdenerwowani, ale każdy
udawał, że jest inaczej. „Z marnym skutkiem.” Co chwile było słychać jak komuś
coś wypada z rąk. Nerwowe rozmowy o niczym prowadzone na siłę i przerywane
dziwną ciszą. A wszystko to starannie przykryte uśmiechem. Sztuczna wesołość...
Siedziałam swojemu chłopakowi na
kolanach... „Wciąż nie mogę uwierzyć, że tym dla mnie jest...” Uśmiechnęłam się
do swoich myśli. Siedziałam na jego kolanach i trzęsłam się...
- Lou, przestań się tak trząść
ze strachu – wtuliłam się w jego ciepłe ramiona. – Będzie dobrze...
- Czy to przypadkiem nie powinna
być jego kwestia? – powiedział Mark opadając na fotel.
- Przepraszam skarbie – poczułam
gorące wargi na skroni. – Trochę się denerwuję...
- Trochę – parsknął Harry. – Nie
wiem czy to jest trochę...
- Dajcie spokój – uśmiechnęłam
się. – Czy to nie ja powinnam łamać palce ze zdenerwowania, cierpieć na brak
apetytu, trząść się ze strachu i wyrywać włosy z głowy, próbując się uspokoić?
- Dodaj jeszcze, że nie
spędziłaś obowiązkowej godziny na szykowaniu się i będziemy mieli wszystkie ich
dolegliwości – zaśmiał się Mark.
- Wcale nie szykuję się godzinę
– wtrącił Zayn obrażonym tonem tym samym przyznając się do tego, że to o nim
mowa.
- Nie, wcale – Niall znów bawił
się moimi sznurówkami. – Tylko dwie.
- Li, ty naprawdę zaraz sobie
połamiesz te palce – posłałam mu uspokajający uśmiech. – Aż mnie bolą moje od
tego strzelania.
- Przepraszam, ale tak jakoś...
– dźwięk telefonu przerwał mu wypowiedź. – Hej, Paul – „To już! O matko! Nie
dam rady! Nie mogę! Boże...” zaczęłam panikować – Dobrze. Zaraz będziemy – wziął
głęboki wdech. – Czeka na nas na dole przy windach. Mówi, że nie ma dużo osób
przed hotelem.
Wszyscy zaczęli się zbierać do
wyjścia. Tylko ja wciąż tkwiłam w miejscu bojąc się ruszyć. Ja i Louis. „Nie
potrafię! Wczoraj to wydawało się łatwiejsze...”
- Kochanie... – usłyszałam jego
głos drżący z niepewności. – Powinniśmy już iść... Jeżeli nie chcesz, to...
- Chcę – wyszeptałam przerywając
mu zanim powie te kuszące słowa. – Po prostu się boję... – próbowałam się
uśmiechnąć, ale tym razem chyba mi się nie udało nikogo nabrać. Wzięłam głęboki
wdech... – To chodźmy... – wyswobodziłam się z bezpiecznych ramion i stanęłam
obok niego.
- Będzie dobrze – Lou powtórzył
moje wcześniejsze słowa po czym zamknął w silnym uścisku. – Gotowa? – kiwnęłam
głową biorąc kolejny uspokajający oddech.
- Nie zapomnij torby... –
odezwał się Mark. Sięgnęłam po nią wpadając na Louisa. „To tyle jeśli chodzi o
pozory... Jestem kłębkiem nerwów skoro zaczynam wpadać na ludzi.”
- Wezmę ją, skarbie – silne
palce splotły się z moimi. – A swoją drogą co ty tam masz? Na książkę to chyba
trochę za lekkie...
- Takie tam... – uśmiechnęłam
się zawstydzona, a mój rumieniec chyba naprowadził go na trop.
- Aaaa... – „Spalę się ze wstydu
zanim wyjdziemy. Może to i dobrze? Nie będę musiała tego robić.” – To idziemy –
ścisnął moją dłoń dodając mi odwagi.
Nikt nic nie mówił. Jakby mieli
jakiś plan, który teraz realizowali w wielkim skupieniu. Szłam obok Louisa
kurczowo ściskając jego rękę. Jakimś cudem przebierałam nogami. Chłodniejszy
powiew powietrza sprawił, że serce zabiło mi mocniej. Starałam się wsłuchać w
dobiegające mnie dźwięki, ale jedyne co mogłam zarejestrować, to przyspieszone
oddechy przyjaciół i ich nerwowe kroki na marmurowej podłodze. Nikt nie odezwał
się ani słowem. „Dlaczego mam wrażenie, że nie spuszczają ze mnie wzroku, czekając
aż ucieknę?” Dźwięk otwierającej się windy zabrzmiał niczym wystrzał. W małej
przestrzeni mieszały się zapachy perfum tworząc ciekawą kompozycję. Wydawało mi
się, że słyszę bicie serca... „Mojego? A może, to Lou...” Prawie zaczęłam się
modlić, by winda się nigdy nie zatrzymała. Gwałtownie wciągnęłam powietrze...
- Skarbie? – Moja dłoń wciąż
spoczywała bezpiecznie w jego. Poruszył się i poczułam palce drugiej na swoim
policzku akurat w momencie, gdy do środka wpadło chłodne powietrze informując
mnie, że czas się ruszyć. – W porządku?
- Tak – próbowałam się
uśmiechnąć. „Może tym razem się uda...” – Chodźmy...
Otoczyła mnie różnorodność
dźwięków i zapachów... Różne głosy, nawet różne języki... Płacz dziecka...
Zapach kwiatów... „Za dużo...” panika coraz mocniej brała mnie w swe ramiona.
- Dzień dobry Kate – usłyszałam
niski głos Paula. – Wszystko w porządku?
- Dzień dobry – „Czy to drżące
coś, to był mój głos?” Starałam się przywołać na twarz kolejny uśmiech
pamiętając, że menadżer bał się, że nie dam rady... – Wszystko dobrze. Trochę
się denerwuję...
- Masz do tego prawo –
powiedział. – Poradzisz sobie. I muszę dodać, że ślicznie wyglądasz.
Tym razem byłam pewna, że wraz z
rumieńcem pojawił się pierwszy szczery uśmiech. Musiałam wyglądać co najmniej
ciekawie w za dużej kurtce Louisa z podwiniętymi prawie do łokci rękawami.
- Dziękuję – poczułam delikatne
ciągnięcie i znów moje ciało robiło zupełnie coś innego niż chciał mózg. Ściskałam
dłoń mojego chłopaka idąc tak blisko niego, jak to tylko możliwe. Wiedziałam,
że Mark jest z drugiej strony. Czułam jego obecność. Gdybym tylko wyciągnęła lewą
rękę mogłabym go dotknąć. „Nic się nie stanie. Dam radę” przekonywałam samą
siebie. Gdzie jest ta odważniejsza część mojej osoby, kiedy jest mi potrzebna? Powietrze
przesycone wilgocią... „Pada...”
- Jestem przy tobie skarbie –
Lou próbował mnie uspokoić. – Zejdziemy kilka schodków w dół i dosłownie dwa
metry dalej stoi samochód. Mark jest z nami... Oddychaj, proszę cię...
Dopiero, gdy to powiedział
zdałam sobie sprawę, że wstrzymywałam oddech. Nabrałam w płuca chłodnego
powietrza. Kiwnęłam kilka razy głową dając znak, że jestem gotowa. I wtedy
poczułam zimny podmuch i zalała mnie kakofonia krzyków. „Boże, na to nie można
się przygotować...” panikowałam i wtulałam się jeszcze bardziej w Louisa.
- Harry! Niall! Harryyyy! Kocham cię, Zayn! Louuuu!
Liam! Kochamy was! Lou! – głosy dziewczyn zagłuszały mi wszystko inne. „Jak
mogłam być taka naiwna i wierzyć, że to się uda...” Naprawdę nie wiem jakim
cudem przebierałam nogami. W głowie miałam tylko jedną myśl. „Uciekać...”
- Pięć schodków – gorący oddech
Louisa owionął mi ucho. Poczułam, że ścisnął mocniej moją dłoń. – Wspaniale ci
idzie kochanie. Już prawie jesteśmy... – uczepiłam się jego głosu jak tratwy
ratunkowej. „Proszę, mów do mnie...” błagałam w myślach. Działało. – Dosłownie
trzy kroki i wsiadamy do samochodu... Jesteśmy. Uwaga na głowę... – przyjemne
ciepło mieszało się z wilgotnym powietrzem. Dało się wyczuć delikatny cytrynowy
aromat. Moja dłoń natrafiła na skórzane siedzenie. – Chodź do mnie maleńka –
Lou posadził mnie na swoich kolanach i od razu zamknął w gorących objęciach.
Wtuliłam się w niego opierając głowę na ramieniu nosem muskając jego szyję.
„Ten zapach...” Wdychałam powietrze zmieszane z jego perfumami i próbowałam
zapanować nad swoimi nerwami. Starałam się wsłuchać w bicie jego serca, ale
wciąż rozpraszały mnie krzyki fanów... – Cudownie sobie poradziłaś. Już
jesteśmy w aucie i nikt z zewnątrz nas nie widzi. Mark blokuje wejście... Szyby
są przyciemniane... Zaraz pojedziemy. Powiedz coś do mnie Kate, proszę...
Cokolwiek...
- Ładnie pachniesz – wyszeptałam
nie ruszając się ani o milimetr.
- Co? – chyba się zdziwił. Po
chwili moich uszu dobiegł cichy śmiech. – Ładnie pachnę? Naprawdę tak myślisz?
– pokiwałam głową kolejny raz zaciągając się jego zapachem. – A powiesz mi coś
jeszcze? I nie kolejny komplement, ale na przykład jak się czujesz...
- Jestem przerażona... –
powiedziałam cicho i wsunęłam lodowate dłonie między jego plecy, a oparcie
fotela. – Gdzie... – wciągnęłam nerwowo
powietrze, gdy ktoś zapukał w szybę.
- Spokojnie... – Lou obejmował
mnie ramionami kreśląc jakieś tajemnicze znaki na moich plecach. – O co
chciałaś zapytać?
- Gdzie reszta? – wyszeptałam
trzęsąc się ze strachu.
- Odciągali od nas uwagę –
zaśmiał się. – Porobią sobie kilka zdjęć z dziewczynami, rozdadzą parę
autografów i zaraz przyjdą. Właściwie, to już powoli idą...
- Wszystko dobrze? – usłyszałam
głos Zayna i samochód lekko się zakołysał, gdy wszedł do środka. Usiadł za
nami. Czułam, że Louis zamiast odpowiedzieć, po prostu pokiwał mu głową. –
Trochę zmokłem...
- No wsiadaj w końcu – Liam
najwyraźniej kogoś pospieszał. – Harry, zbieramy się...
Znów trochę zatrzęsło i chłopcy
wpakowali się bez słowa do środka. Ktoś zasunął drzwi. Po chwili dało się
słyszeć zatrzaskiwanie przednich. Silnik zamruczał cicho. Nikt się nie odzywał,
ale miałam wrażenie, że przesyłają sobie wiele mówiące spojrzenia nad moją
głową.
- Alex była zerknąć jak sobie
radzisz – odezwał się w końcu Harry. – Stała w drzwiach dopóki ktoś tam jej nie
pogonił...
- Naprawdę? – uniosłam twarz w
stronę skąd dochodził jego głos. „Jak duży jest ten samochód?”
- Przysłała wiadomość, że mam ci
życzyć powodzenia i przekazać, że trzyma kciuki. A, no i wpadnie po pracy...
- Super – ucieszył się Niall. –
Zrobimy coś dobrego?
- A podobno nie masz dzisiaj
apetytu... – zaśmiał się Mark.
- Wieczorem będę już miał.
Chłopcy ponabijali się chwilę z
Nialla i wydawać by się mogło, że już jest mniej nerwowo. Prawda jednak była
taka, że nie był to ich najszczerszy śmiech... Nie wiem jak długo jechaliśmy.
Nie pamiętam rozmów, które się toczyły dookoła mnie. Jedyne co pamiętam, to
bicie serca Louisa i jego zapach... A potem znów otoczyły mnie krzyki i piski
fanów... „O Boże! A ja naiwnie myślałam, że wtedy było głośno...”