piątek, 8 lutego 2013

39



   - Normalnie muszę przyznać, że nigdy tak bardzo się nie ucieszyłem, gdy komuś pękły spodnie... – zaśmiałem się siadając obok Zayna pod ścianą i odkręcając wodę. – Ta próba mnie wykańcza. Nic się nie udaje. A Paul... – westchnąłem. –  Lepiej nie gadać... – machnąłem ręką.
   - Zaraz go szlag trafi. Wiem – mruknął.
   - A tobie co? – spojrzałem na niego zdziwiony. – Też nie w humorze? – wgryzłem się w kanapkę, którą zapobiegawczo porwałem z bufetu.
   - Po prostu się nie wyspałem...
   - Li mówił, że znowu znalazłeś Katy w salonie. Dlaczego nas nie zawołałeś? Posiedzielibyśmy z wami...
   - I teraz wszyscy wyglądalibyśmy nieciekawie. Widziałeś minę Paula na mój widok?
   - No – zaśmiałem się. – Ale ulżyło mu, gdy zobaczył, że Lou nie wygląda tak jak ty. A tak w ogóle, to mogłeś go obudzić... – dodałem. – Strasznie go gryzie to, że nie zauważył kiedy źle się poczuła...
   - Miałem taki zamiar, ale Kate prosiła, by dać mu się wyspać – zamknął oczy opierając głowę o ścianę. – A poza tym ja i tak nie mogłem spać...
   Przyglądałem się jego twarzy zastanawiając się o czym myśli. Ten tajemniczy uśmiech... I ciche westchnienie.
   - Ukryjcie mnie! – Lou usiadł między nami. – Jak Paul mnie dorwie, to będziecie szukać nowego do zespołu.
   - Nie będzie tak źle – zaśmiałem się, ale zaraz mina mi zrzedła, gdy zobaczyłem, że sięga do moich zapasów. – Nie możesz sobie przynieść?
   - Daj tylko gryza – patrzyłem na moją kanapkę zbliżającą się nieubłaganie do jego ust.
   - Ej! Miał być gryz, a nie pół kanapki – zabrałem mu moje pyszności. – Dzwoniłeś do Katy?
   - Tak na szybko, gdy Lou się nade mną znęcała – uśmiechnął się. „Czy wszyscy zakochani robią takie głupie miny?” – Alex u nich była na przerwie...
   - A jak się czuje? – zapytał Zayn.
   - Mówi, że znośnie... – sięgnął po moją wodę. – Ale pewnie jest to spowodowane tym, że zjadła pół opakowania tabletek.
   - Dokupi się jak będziemy wracać – Harry przyłączył się do nas siadając po turecku naprzeciwko Lou. – Można wziąć na zapas.
   - Podobno Alex jej już kupiła – Louis odebrał od Hazzy kanapkę oraz wodę, które ten dla niego przyniósł. – Dzięki.
   - A dla mnie nic nie wziąłeś? – zapytałem z nadzieją w głosie.
   - Nie za dobrze by ci było? – zaśmiał się. – Wydawało mi się, że już zrobiłeś nalot na jedzenie, bo same resztki zostały.
   - Bardzo śmieszne – mruknąłem. – Lou, wisisz mi gryza.
   - Louis... – Nie wiadomo skąd pojawił się Liam z Paulem.
   - Stary, ja naprawdę nie chciałem rozerwać ci tych spodni... – tłumaczył się przyjacielowi. – Tak jakoś niechcący wyszło...
   - Już lepiej nic nie mów – odezwał się Paul. – Ale następnym razem w ramach solidarności wymyśl coś innego. Jak tak dalej pójdzie, to wasze ciuchy będą się nadawały do śmieci jeszcze przed rozpoczęciem trasy – zaśmiałem się. – A twoje są w nie lepszym stanie, Niall. Jakim cudem oderwałeś rękaw?
   - Ja... – „Ups...” A myślałem, że się nie wyda. – Tak jakoś... samo... się urwało...
   - Tutaj się wszystko samo dzieje, aż dziw, że nago nie biegacie – Harry parsknął plując przy tym na Louisa, ale mina Paula skutecznie zapobiegła jakiejkolwiek reakcji z naszej strony. Ale coś mi się wydaje, że Lou jeszcze wróci do tematu...
   - Paul chciał z nami pogadać o Kate... – odezwał się Li. Momentalnie nasza uwaga skupiła się na menadżerze.
   - Jutro przed próbą robimy spotkanie organizacyjne. Ostatnie takie przed trasą – zaczął. – Wydaje mi się, że byłoby dobrym pomysłem, by Kate się na nim pojawiła.
   - Co? – o dziwo to słowo nie wyszło z ust Louisa. Zayn wyglądał na zszokowanego. – Nie za szybko?
   - Właśnie – dodałem. – Ona nie za dobrze się teraz czuje...
   - Myślę, że powinniście z nią o tym porozmawiać. Chcemy ją zabrać w trasę. Nie rzucajcie jej od razu na głęboką wodę – przekonywał. – Tu jest zdecydowanie mniej fanów niż będzie podczas koncertów, a i tak pewnie nie będzie jej łatwo. Poza tym w niedzielę wracamy do Londynu, to ostatni dzwonek, by spróbowała wyjść z hotelu...
   - W sumie... – zamyślił się Lou. – Porozmawiam z nią o tym. Ale tylko jak będzie się dobrze czuła...
   - Dobre i to – powiedział Paul, ale nie wyglądał na zadowolonego z takiej odpowiedzi. – Poza tym w sobotę macie wywiad w radio i też moglibyście pokazać jej jak to wygląda. I do jutra chcę wiedzieć, co powiecie fanom i mediom na temat Kate...
   - Już ci mogę na to odpowiedzieć – odezwał się Louis. – Gdy ktoś się zapyta, powiemy prawdę.
   - Która brzmi... – menadżer zachęcił go do kontynuowania.
   - Że jest moją dziewczyną, a ich przyjaciółką – powiedział to tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. „Coś mi się widzi, że będzie się działo...
   - Wciąż oficjalnie nie powiedziałeś, że zerwaliście z Eleanor – przypomniał Li. – Będzie to wyglądało, że rozstałeś się z nią dla Kate...
   - Poniekąd tak było... – przyznał. – Potrzebowałem bodźca, by to zrobić. Od dawna nie byliśmy z sobą szczęśliwi... – zamyślił się. – Powiem prawdę – postanowił. – Nie będę kłamał w sprawie tego, że kocham Kate, ale postaram się jak najmniej mówić o El. Nie wyszło nam. Koniec historii.
   - Normalnie bym cię namawiał, byście uchodzili za przyjaciół – odezwał się Paul. – Ale gdy tak na was patrzyłem ostatnio... Nikt by się na to nie nabrał... Dobra. Wywiady jakoś załatwimy. A jak się sprawa ma z Eleanor?
   - Nie ma już Eleanor...
   - Z jej ostatnich twittów wynika co innego... – wtrącił się Harry.
   - Co? – zdziwiłem się. Wszyscy czekaliśmy na wyjaśnienia. – Wstawiła jeszcze jakieś fotki?
   - Nie, ale wszystkie jej wpisy były bardzo dwuznaczne... Piękne kwiaty od „nieznajomego” – pokazał palcami cudzysłów w powietrzu. – Jakieś tam prezenciki, rozmowa na dobranoc, tęsknię za moim misiem... Takie tam dwuznaczne pierdoły.
   - Przynajmniej dobrze, że Katy nie ma Twittera – westchnąłem.
   - Ale ma dobry słuch – odezwał się Zayn. – I z pewnością usłyszy jeśli fanki będą wykrzykiwać jakieś niemiłe rzeczy pod jej adresem.
   - Tego się nie da uniknąć – wtrącił się Liam. – Musisz ją na to przygotować – spojrzał na przyjaciela. – Powiedzieć jej o zazdrosnych fankach. A ja porozmawiam z Danielle, by też poruszyła ten temat, gdy się spotkają...
   - Możemy jej założyć słuchawki... – Harry i jego debilne pomysły.
   - Jesteś idiotą – warknął Zayn. – Zabierz niewidomej dziewczynie jeszcze słuch. Z pewnością już będzie wolała słuchać tych krzyków.
   - Sorry – zawstydził się. – Nie pomyślałem... I sam jesteś idiotą – warknął. – Wciąż nie powiedziałeś nic Perrie.
   - Skąd wiesz? – „No tu się zapowiada ciekawe widowisko” zaśmiałem się w myślach żałując, że nie mam miski popcornu. Liam spojrzał na niego pytająco. – Jeszcze zdążę...
   - Stary... – zaczął Li.
   - Wiem, wiem. Jestem idiotą – zrobił minę mordercy, gdy dobiegło go parsknięcie Harry’ego. – Ale to mój problem. Teraz powinniśmy się martwić tylko o Kate.
   - Też prawda – przyznałem. – Daj mu spokój. To on będzie skomlał pod drzwiami Perrie jak się na niego obrazi.
   - Dobra – odezwał się Paul. – To porozmawiajcie z nią dzisiaj. Będę czekał na telefon. W razie czego podstawię rano inny samochód. A póki co, to koniec tego dobrego. Wracamy do pracy. Koniec przerwy! – wydarł się jeszcze, jakby ktoś nie usłyszał.
   - I co myślisz Lou? – spojrzałem na niego przygryzając wargę.
   - Sam nie wiem... – wzruszył ramionami. – Powiem ci gdy z nią porozmawiam. Może kolejny raz mnie zaskoczy?
   - Fajnie by było... – mruknął Zayn wstając z podłogi i wyciągając do mnie rękę.
   „Fajnie by było...” pomyślałem rozglądając się dookoła. Wszędzie kręcili się ludzie. „I gdzie ona niby miałaby siedzieć podczas próby?


   Rozejrzałem się uważnie dookoła szukając czegokolwiek, co nie byłoby na swoim miejscu. „Idealnie.” Uśmiechnąłem się zadowolony z oględzin i gasząc światło wyszedłem z łazienki. Widok, który miałem teraz przed oczami sprawił, że mój uśmiech zrobił się jeszcze większy. „O ile to możliwe...” Kate leżała na boku, zwrócona w moją stronę. Ucieszyłem się widząc, że zostawiła mi miejsce obok siebie. Na jej twarzy malował się delikatny uśmiech, który sprawiał, że moje serce przepełniała radość. Długie rzęsy rzucały cień na policzki. Wyglądała tak spokojnie. „Pięknie...
   - Przyglądasz się mi... – jej szept uświadomił mi, że myślami byłem już bardzo daleko. Zatrzepotała powiekami i po chwili te cudowne oczy „wpatrywały się” we mnie. Uśmiechnęła się.
   - Ja? – zaśmiałem się. – Nigdy w życiu. – Podszedłem do szafy, by zastąpić ręcznik jakimiś dresami. Wciąż się dziwiłem, że panuje tu taki porządek. „Co najmniej jak u Liama...” – Jak się czu... – drzwi otworzyły się gwałtownie przerywając mi w pół słowa.
   - Przyszedłem wam tylko powiedzieć, że wychodzimy na podbój miasta i zostajecie caaałkiem sami – odezwał się Harry posyłając dwuznaczne znaki w moją stronę i przesadnie akcentując jedno słowo. – O dziwo, udało nam się namówić Liama, co jak sami wiecie nie jest łatwe, gdy wisi na telefonie z Danielle.
   - Bawcie się dobrze – rzuciłem ręcznik na fotel.
   - Wy też – zaśmiał się i znów posłał mi wiele mówiące spojrzenie. – Ale pamiętajcie, nie róbcie niczego, czego ja bym nie zrobił.
   - Och, spadaj – zamknąłem szafę, ręką dając mu znak, że spokojnie może już zamknąć drzwi z drugiej strony.
   - Pa Mała. Bądź grzeczna...
   Oczywiście nie mógł się powstrzymać, by tego nie dodać, ale przynajmniej już sobie poszedł. Spojrzałem na Kate i ten cudowny rumieniec sprawił, że ucieszyłem się jak głupi. „Z czego?
   - Jak się czujesz skarbie? – zapytałem kładąc się obok i przytulając ją do siebie. „Cudownie...” Wyglądała tak niewinnie, a zarazem seksownie w rozciągniętym podkoszulku. „Czy takie połączenie jest w ogóle możliwe?” Spojrzałem na te cudowne usta i w moim ciele zawrzało, a pewna jego część uświadomiła mi, że powinienem skupić się raczej na czymś innym. „Masz jeszcze jakieś pytania?” Ten wredny głos w mojej głowie zdecydowanie odzywał się w złych momentach.
   - Dobrze... – powiedziała cicho. Uniosłem jej twarz, by odczytać odpowiedź w jej oczach. – Naprawdę dobrze – uśmiechnęła się. – Lou... – zaczęła. – Możesz iść z nimi jeśli chcesz. Zostawałam już sama...
   - Kochanie, czy ty myślisz, że dałbym się gdziekolwiek wyciągnąć, skoro coś tak cudownego czeka na mnie w łóżku? – delikatnie ucałowałem te gorące wargi. „Tylko tak dalej stary...” Czy jest jakiś sposób, by uciszyć to wredne coś? – Mówiłem ci już, że uwielbiam jak się czerwienisz?
   - Tylko raz, czy dwa – ułożyła głowę na mojej piersi i zaczęła kreślić jakieś tajemnicze znaki.
   „Powinienem z nią porozmawiać. Obiecałem chłopakom...” W takich chwilach uświadamiałem sobie, jak wielkim jestem tchórzem. Najchętniej zostawiłbym wszystko Liamowi, ale przecież nie moglem tego robić zawsze. On już i tak zrobił wiele. „Nigdy się mu nie odwdzięczę. Im wszystkim...” Wziąłem głęboki oddech, chcąc dodać sobie odwagi. „Będzie dobrze” przekonywałem się. „Tylko jak zacząć...
   - Serce bije ci jak szalone, Lou – usłyszałem cichy szept. Uniosła się na ręce i wbiła we mnie te przenikliwe „spojrzenie”. – Co się dzieje?
   - Nic się nie dzieje, skarbie – „Brawo, palancie, zdenerwowałeś ją jeszcze zanim poruszyłeś temat. Tylko ty tak potrafisz.” Głaskałem ją delikatnie po plecach. – Po prostu chciałem z tobą o czymś porozmawiać i w głowie układałem sobie przemówienie... – zaśmiałem się nerwowo. – Ale chyba nie jestem w tym tak dobry jak Liam...
   - Porozmawiać? – zapytała, a na jej twarzy momentalnie zawitał spokój. Posłała mi tajemniczy uśmiech. – O tym, że chciałbyś bym jutro pojechała z wami na próbę?
   - Co?! – powiedzieć, że mnie zamurowało, to mało. – Skąd? Jak? Kto? Co... – Czy można się dziwić, że zareagowała śmiechem po mojej jakże inteligentnej wypowiedzi. – Śmiejesz się ze mnie?
   - Nie inaczej – „W jej oczach widziałem radość.” – Trochę się zapowietrzyłeś...
   - Skąd wiesz o czym chciałem z tobą porozmawiać?
   - Ja naprawdę nieźle słyszę – posłała mi uspokajający uśmiech. – A z salonu do kuchni nie jest wcale tak daleko... Zwłaszcza, gdy pewien łakomczuch nie zamknie za sobą drzwi.
   I nagle do mnie dotarło. Moja rozmowa z Liamem, gdy robił kawę. Jego ostrzeżenia, by nie zwlekać i moje marudzenie, że do wieczora daleko... Znowu to zrobiliśmy. Zapomnieliśmy o tym, że Kate może nas usłyszeć. Szukałem na jej twarzy jakichś oznak strachu, ale ona... po prostu uśmiechała się do mnie.
   - Ile słyszałaś? – wyszeptałem nerwowo.
   - Od momentu, gdy Liam ci przypominał, że jeżeli nie porozmawiasz ze mną zaraz, to potem będziesz musiał zmierzyć się z tym sam – dotknęła delikatnie mojej twarzy. – Aż taka jestem straszna, że boisz się ze mną rozmawiać?
   - Oczywiście, że nie jesteś – zaprzeczyłem szybko. – Ja chyba chciałem porozmawiać z tobą sam na sam...
   - Jesteśmy sami – powiedziała cicho kciukiem obrysowując kształt moich ust. W moim ciele zawrzało, a wszystko skupiło się w jednym miejscu i bynajmniej nie były to wargi. „Pełna gotowość w trzy sekundy? Stary...” Znów ten denerwujący śmiech. „Zbaczamy z tematu...
   - Nie boisz się... – szukałem w jej twarzy strachu, ale widziałem tylko miłość.
   - Jestem przerażona – uśmiechnęła się delikatnie. – Ale poradzę sobie. Przynajmniej taką mam nadzieję... – westchnęła. – Rozmawiałam o tym z Alex... – „Kolejny raz ktoś uratował mi tyłek.” Odetchnąłem z ulgą. – Lou... – przygryzła wargę, a ja pobiłem właśnie poprzedni rekord w staniu na baczność. „Uspokój się. Uspokój się. Tylko spokojnie...” – Jak bardzo głośne są wasze fanki?
   - Fanki? – powtórzyłem zdziwiony. „Włącz myślenie chłopie. Głową.” – Głośne – przyznałem. – Bardzo. – Przytuliłem ją do swojej piersi modląc się w duchu, by nie przyszło jej na myśl zarzucić na mnie nogę. Byłem już spokojniejszy. – Niektóre są cudownie nieśmiałe i strasznie kochane – uśmiechnąłem się gładząc jej plecy. – A niektóre wręcz szalone w wynajdywaniu pomysłów jakby to nas poznać osobiście.
   Opowiedziałem jej kilka historii z różnych wyjazdów. Każda kolejna sprawiała, że śmiała się głośniej i nie mogła się nadziwić pomysłowości niektórych dziewczyn.
   - Brzmi niesamowicie – powiedziała wciąż rozbawiona. Po czym dodała już ciszej – Ale nie zawsze tak jest...
   - Czasami jest... – zastanawiałem się jak to najlepiej określić. – Ekstremalnie. Zdarza się nam stracić kawałki garderoby... Ale ty będziesz bezpieczna. W stu procentach. Nie musisz się o to martwić.
   - A o co muszę?
   - Niektóre fanki są bardzo... zaborcze... – zacząłem. – Niby nas kochają, ale nie potrafią zrozumieć, że jesteśmy normalnymi ludźmi. Mamy swoje życie poza sceną, rodziny, przyjaciół i ukochane... – znów ten cudowny rumieniec. – Chciałyby nas tylko dla siebie i na każdą osobę w naszym otoczeniu reagują wrogością... Danielle mogłaby ci sporo na ten temat opowiedzieć – westchnąłem. – Słowa mogą ranić. Liam często opowiadał jak płakała, nie mogąc sobie poradzić z wrogością niektórych dziewczyn...
   - Ale wciąż są razem... – usłyszałem cichy głos. – Czyli można...
   - Tak – uśmiechnąłem się. – Kochają się i mimo iż chwilami było im ciężko, poradzili sobie. My też sobie poradzimy skarbie – złożyłem pocałunek w jej włosach. – One naprawdę tak nie myślą. Niektóre po prostu zapominają, że sprawiają komuś przykrość...
   - Czyli nie powinnam się przejmować tym, co mogą mi powiedzieć, tak? – uniosła twarz w moją stronę.
   - Tak – zatonąłem w jej oczach. – Czasami się nie da... – powiedziałem. – I wtedy musisz pamiętać, że kocham cię ponad wszystko i tylko to jest ważne...


   Siedziałam skulona pod schodami i z całych sił próbowałam wypchnąć ten paraliżujący ból z mojej głowy. Nie mogłam o nim teraz myśleć. Musiałam czekać. Wytrwać wystarczająco długo. Nie zasnąć. „Wszystko, tylko nie zasnąć. Nie zasnąć” powtarzałam w myślach jak mantrę. Jakby to miało pomóc. Pogoda postanowiła podać mi pomocną dłoń i z nieba deszcz lał się strumieniami. Byłam cała przemoczona, ale mokre ubrania choć trochę uśmierzały ból. Czułam, że gorączka trawi moje ciało. „Jak nic będę chora” pomyślałam i momentalnie roześmiałam się nerwowo. „Już i tak nie może mi się stać nic gorszego...” Zastygłam na dźwięk silnika, ale samochód tylko minął dom, gdzie się ukryłam. I czekałam...
   - Alex... – pozwoliłam temu jednemu słowu wydobyć się szeptem z moich ust.
   Postać wiecznie uśmiechniętej przyjaciółki ukształtowała się w mojej głowie. Plan był taki prosty... Dlaczego wydawał się niemożliwy do zrealizowania? Próbowałam się poruszyć i fala obezwładniającego bólu rozeszła się po moim ciele. Z trudem wciągnęłam powietrze do płuc. „Wytrzymasz...” nie zabrzmiało to przekonująco. „Dasz radę. Byle nie zasnąć. Nic cię nie boli.” Grunt, to okłamywać samą siebie...
   Usłyszałam w oddali charakterystyczne warczenie starego silnika. „Nareszcie...” Chciałam się przesunąć, ale moje ciało nie miało zamiaru ze mną współpracować. Samochód zatrzymał się na żwirowym podjeździe i zamilkł oznajmiając to głośnym kaszlnięciem. „Kochany gruchot...
   - Kochany gruchot – usłyszałam znajomy głos i w głowie ujrzałam kobietę delikatnie głaszczącą ukochane auto zmarłego męża. – Kolejny raz daliśmy radę.
   Trzaśnięcie drzwi i ciężkie kroki, które nieubłaganie zbliżały się do mnie... A ja wciąż nie mogłam się ruszyć. Bałam się, ale tylko jej mogłam zaufać. Drugi raz mnie nie zawiedzie. „Jesteś pewna?” pytałam samą siebie. „Już niczego nie jestem pewna...” Stłumione stukanie uświadomiło mi, że kobieta wchodzi na ganek. „Ostatnia szansa...
   - Pani T.? – odezwałam się tak głośno jak tylko mogłam, co wcale nie było łatwe, gdy zagryza się wargi z całych sił, by nie krzyczeć z bólu... Postać nade mną zatrzymała się.
   - Halo? Jest tu ktoś? – wyłapałam zdenerwowanie w jej głosie. – Kate? – wyszeptała. – Dziecko, to ty?
   Wyczołgałam się powoli ze swojej kryjówki... Każdy ruch sprawiał, że chciałam umrzeć. Czułam jakby coś rozrywało mnie na kawałki. Próbowałam wstać, ale było to ponad moje siły. Klęczałam w błocie, a deszcz obmywał moje rany...
   - Pani T... – jęknęłam.
   - Boże przenajświętszy... – usłyszałam, że zbiega ze schodów i kieruje się w moją stronę. „To tylko ona” powtarzałam sobie w głowie, ale i tak moje ciało szarpnęło się do tyłu, by uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z kobietą. I kolejna błyskawica przeszyła mój mózg paraliżując mnie. – Dziecko, co...
   - Musi mnie pani gdzieś zawieść – wyszeptałam. Czułam, że już długo nie dam rady... Okropny ból sprawiał, że miałam tylko ochotę zwinąć się na ziemi i odpłynąć w błogą nieświadomość.
   - Tak – usłyszałam. – Oczywiście. Do szpitala...
   - Nie – przerwałam jej szybko. – Proszę, tym razem musi mi pani pomóc stąd uciec – błagałam.
   - Ale... Lekarz... Krew... Dziecko... – każde jej kolejne słowo brzmiało słabiej. Tak jakby powoli dochodziło do niej, co powiedziałam. Jakby zaczynała rozumieć, co się stało... Słyszałam jak głośno łapała oddech próbując się uspokoić. Milczałam, czekając na decyzję, od której zależy moje życie. – Dobrze...
   I wtedy... ból ze mną wygrał...


   Nie wiem, co sprawiło, że się obudziłem. Może było to trzęsące się ciało dziewczyny, która spała w moich ramionach, a może jej ciche łkanie, które rozrywało mi serce na strzępy. „Boże! Nie znowu...
   - Kate, skarbie... – pogładziłem ją po policzku ścierając łzy. – Już wszystko dobrze, maleńka. Jestem tu. Już dobrze... – objąłem ją mocniej ramieniem przyciskając do mojego ciała. – To tylko zły sen...
   -  Lou... – usłyszałem cichy szept. Uniosłem jej twarz i ujrzałem parę brązowych oczu wypełnionych łzami. „Wpatrywały  się we mnie przerażone. – Przepraszam...
   - Ciii... – starłem kolejne słone krople. – Nie przepraszaj. Nic się nie stało. To tylko zły sen... Chodź tu do mnie – usiadłem opierając się o zagłówek i sadzając ją sobie na kolanach. – Jestem tu z tobą. Już wszystko dobrze... – Kate oparła mi głowę na ramieniu i już po chwili jej gorący oddech owiewał mi szyję. Kołysałem ją jak małe dziecko i powoli się uspokajała... – Powiesz mi co ci się śniło?
   Nie wiem dlaczego zadałem to pytanie. Nie spodziewałem się, że się odezwie. Nigdy tego nie robiła. Pozwalała się tulić w ramionach. Usypiała przy mnie, ale nigdy nie mówiła o tym, co się jej stało. Zresztą nigdy wcześniej nie pytałem... Po tym, co udało mi się dowiedzieć od Alex, po prostu balem się poruszyć ten temat. Nie chciałem, by uciekła... Tuliłem ją do siebie zastanawiając się, czy ten koszmar mógł być spowodowany wieczorną rozmową. „Aż tak bała się stąd wyjść?” Powoli się uspokajała. Oddychała miarowo. Tylko czekałem na moment, w którym ponownie uśnie. I wtedy moje serce na jeden przerażający moment przestało bić...
   - Moja ucieczka... – wyszeptała splatając palce z moimi i ściskając je lekko.
   Nie spodziewałem się, że coś powie. Te dwa słowa odbijały się echem w mojej głowie. „Moja ucieczka...” Nie wyjazd, nie podróż... Ucieczka. Tak bardzo chciałbym wiedzieć... I wtedy kolejny raz sprawiła, że zamarłem. Cichym, drżącym głosem zaczęła opowiadać, a ja bałem się nawet oddychać... Zdałem sobie sprawę, że właśnie odsłania przede mną kawałek tajemnicy. Chłonąłem każde słowo. Miałem wrażenie, że wszystko wypala mi się już na stałe w mojej głowie. Słuchałem przerażającej historii przepełnionej bólem, którego nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Patrzyłem przed siebie nic nie widzącymi oczyma. Byłem daleko stąd...
   Stałem w strugach deszczu obok klęczącej dziewczyny, która błagała o pomoc. Siedziałem skulony pod drewnianymi schodami i przerażenie wręcz rozrywało mi płuca. Czułem jej strach. Widziałem podarte ubranie i krew wsiąkającą w ziemię... Poznałem jej plan, który wydawał się wręcz nieprzyzwoicie prosty, ale nie dla niej... Czułem niepewność, strach, zwątpienie... Czy tym razem może zaufać starszej kobiecie? Modliłem się, by ten gruchot dowiózł je na miejsce. Leżałem razem z nią na tylnym siedzeniu owinięty w stare koce i cierpiałem przy każdym ruchu... Czułem każdą nierówność asfaltu. Każde szarpnięcie sprawiało, że razem z nią modliłem się o śmierć... A potem przepraszałem i błagałem, by się udało dojechać do celu. Wszystko mi się pomieszało. Robiłem co tylko mogłem, by nie zasnąć. Jednak gdy ból powoli odbierał mi świadomość prosiłem Boga, by móc się obudzić. I wciąż nie byłem pewien, czy mogę zaufać tej kobiecie, która jeszcze nie tak dawno wiele dla mnie znaczyła...
   A potem umierałem z każdym kolejnym krokiem, gdy moje stopy zapadały się w błocie, a ja uparcie parłem przed siebie. Jedna dłoń nie odrywała się ani na moment od drewnianej powierzchni... Musiałem dojść do końca. Nie ważne, ile to zajmie... Nic się nie liczy z wyjątkiem kolejnego kroku. Na mecie czeka pomoc. I jedyna osoba, której ufałem bezapelacyjnie. Alex...
   Upadałem zdzierając kolana do krwi, ale to było nic... Drzazgi wbijały się w moją dłoń, ale nie mogłem oderwać jej od drewnianej powierzchni. To przecież nic... Deszcz chłodził moje ciało zdecydowanie za bardzo. Ale to nic. Wiatr sprawiał, że nie mogłem oddychać. Ale to nic... Głód skręcał mój żołądek, ale przecież to nic. Nic nie jest ważne. Liczy się tylko kolejny krok...
   I nagle drewniana podpora skończyła się zaskakując mnie tym tak bardzo, że zamiast kolejnego kroku zaryłem twarzą w błoto. Odwróciłem się na plecy, a moje ciało przeszyła kolejna błyskawica bólu sprawiając, że z trudem udało mi się wywalczyć kolejny oddech... Szczęście, że dotarłem mieszało się z przerażeniem, że to jeszcze przecież nie koniec.
   - Znałam tam każdy kąt – uśmiechnęła się smutno. – Alex opowiedziała mi wszystko o swoich zwariowanych sąsiadach. Włóczyłam się z nią godzinami po okolicy poznając wszystkie interesujące miejsca. Zresztą co innego można tam robić? Czasami myślę, że to właśnie z nudy ona tak często maluje te okiennice – ścisnęła moje palce trochę mocniej. – Gdy zrobiło się ciemno i wszystko ucichło... Cóż... Jakoś udało mi się dojść do domu. I gdy przeciskałam się przez okno w łazience chyba pierwszy raz w życiu cieszyłam się, że jestem taka mala. Gdy runęłam na podłogę, ostatnie co pamiętam zanim straciłam przytomność, to myśl, że się udało...
   Poczułem jej ciepłą dłoń na policzku, a po chwili drugą. Kciukami ścierała łzy z mojej twarzy. Jej palce delikatnie przesuwały się po mokrej skórze.
   - Ja... – chciałem coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle. Jedyne co osiągnąłem to cichy szloch...
   - Nie chcę byś nade mną płakał, Lou – powiedziała cicho zbliżając swoją twarz do mojej. – Dzięki tobie znów mam ochotę budzić się rano... Nie mogę przestać się uśmiechać, gdy tylko o tobie pomyślę i nie chcę przestać – uśmiechnęła się. – Chcę poznać twój świat, choć tak bardzo mnie on przeraża. Chcę robić z tobą to wszystko, co sprawia, że pewnie właśnie znowu się zaczerwieniłam... – cudowny rumieniec pojawił się na jej policzkach. – Chcę byś mnie nauczył tego wszystkiego czego jeszcze nie umiem – musnęła moje usta swoimi. – Chcę cię kochać Lou i chcę byś ty kochał mnie. Proszę, nie płacz nade mną...
   - Kocham cię – wyszeptałem gwałtownie wciągając powietrze. Próbowałem się uspokoić. – Alex mówiła, że nigdy o tym nie opowiadałaś... – szepnąłem. – Dlaczego teraz?
   - Bo czułam, że powinnam... – delikatnie obrysowała kciukiem moją dolną wargę. – Bo chciałam...
   - Dziękuję ci skarbie – powiedziałem całując ją w czoło i biorąc kolejny głęboki oddech. A potem jeszcze jeden. Musiałem się uspokoić. – Czy jest jeszcze coś czego chcesz w tym momencie?
   - Tak... Zdecydowanie chcę do łazienki – uśmiechnęła się uwalniając z moich objęć i po chwili zniknęła za drzwiami, dając mi chwilę na uporanie się myślami szalejącymi w głowie.
   Wciąż nie mogłem uwierzyć, że oto znalazłem się w posiadaniu kolejnego elementu układanki. „Muszę o tym powiedzieć reszcie. Alex, przede wszystkim.” Słyszałem szum wody. Otarłem łzy i spojrzałem na łóżko Harry’ego. „Znów go nie ma? To zaczyna się robić regułą...” Chciałem sięgnąć po telefon, by sprawdzić, która godzina, ale w wykonaniu tego przeszkodziło mi pojawienie się Kate. Stała niepewnie w drzwiach łazienki i uśmiechała się do mnie. Teraz mój ruch...
   - To może przyjdziesz tu do mnie i powtórzysz mi to wszystko, czego chcesz... – uśmiechnąłem się. – Zwłaszcza tą część o czerwienieniu się...
   - Tyle gadałam, a ty wyłapałeś tylko to? – zaśmiała się, ale podeszła do mnie.
   - Zawsze miałem niebywałą zdolność do wyłapywania istotnych rzeczy – chwyciłem ją za rękę i wciągnąłem sobie na kolana. – Istotnych dla mnie...
   - Hmmm... – zaczerwieniła się. – Mi tam się podobała ta część o nauce nowych rzeczy...
   - Wiesz, że bardzo chciałem być nauczycielem? – zaśmiałem się. – A co powiesz na połączenie czegoś nowego z czymś po czym zdecydowanie się zarumienisz...
   - Powiem, że jeśli ci się uda to połączyć, to byłbyś naprawdę dobrym nauczycielem – uśmiechnęła się łobuzersko. Zauważyłem wesoły błysk w jej oczach chwilę przed tym jak jej wargi dotknęły moich...


   W powietrzu czuć było strach... „O ile to w ogóle możliwe” pomyślałam. Wszyscy byli zdenerwowani, ale każdy udawał, że jest inaczej. „Z marnym skutkiem.” Co chwile było słychać jak komuś coś wypada z rąk. Nerwowe rozmowy o niczym prowadzone na siłę i przerywane dziwną ciszą. A wszystko to starannie przykryte uśmiechem. Sztuczna wesołość...
   Siedziałam swojemu chłopakowi na kolanach... „Wciąż nie mogę uwierzyć, że tym dla mnie jest...” Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Siedziałam na jego kolanach i trzęsłam się...
   - Lou, przestań się tak trząść ze strachu – wtuliłam się w jego ciepłe ramiona. – Będzie dobrze...
   - Czy to przypadkiem nie powinna być jego kwestia? – powiedział Mark opadając na fotel.
   - Przepraszam skarbie – poczułam gorące wargi na skroni. – Trochę się denerwuję...
   - Trochę – parsknął Harry. – Nie wiem czy to jest trochę...
   - Dajcie spokój – uśmiechnęłam się. – Czy to nie ja powinnam łamać palce ze zdenerwowania, cierpieć na brak apetytu, trząść się ze strachu i wyrywać włosy z głowy, próbując się uspokoić?
   - Dodaj jeszcze, że nie spędziłaś obowiązkowej godziny na szykowaniu się i będziemy mieli wszystkie ich dolegliwości – zaśmiał się Mark.
   - Wcale nie szykuję się godzinę – wtrącił Zayn obrażonym tonem tym samym przyznając się do tego, że to o nim mowa.
   - Nie, wcale – Niall znów bawił się moimi sznurówkami. – Tylko dwie.
   - Li, ty naprawdę zaraz sobie połamiesz te palce – posłałam mu uspokajający uśmiech. – Aż mnie bolą moje od tego strzelania.
   - Przepraszam, ale tak jakoś... – dźwięk telefonu przerwał mu wypowiedź. – Hej, Paul – „To już! O matko! Nie dam rady! Nie mogę! Boże...” zaczęłam panikować – Dobrze. Zaraz będziemy – wziął głęboki wdech. – Czeka na nas na dole przy windach. Mówi, że nie ma dużo osób przed hotelem.
   Wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia. Tylko ja wciąż tkwiłam w miejscu bojąc się ruszyć. Ja i Louis. „Nie potrafię! Wczoraj to wydawało się łatwiejsze...
   - Kochanie... – usłyszałam jego głos drżący z niepewności. – Powinniśmy już iść... Jeżeli nie chcesz, to...
   - Chcę – wyszeptałam przerywając mu zanim powie te kuszące słowa. – Po prostu się boję... – próbowałam się uśmiechnąć, ale tym razem chyba mi się nie udało nikogo nabrać. Wzięłam głęboki wdech... – To chodźmy... – wyswobodziłam się z bezpiecznych ramion i stanęłam obok niego.
   - Będzie dobrze – Lou powtórzył moje wcześniejsze słowa po czym zamknął w silnym uścisku. – Gotowa? – kiwnęłam głową biorąc kolejny uspokajający oddech.
   - Nie zapomnij torby... – odezwał się Mark. Sięgnęłam po nią wpadając na Louisa. „To tyle jeśli chodzi o pozory... Jestem kłębkiem nerwów skoro zaczynam wpadać na ludzi.
   - Wezmę ją, skarbie – silne palce splotły się z moimi. – A swoją drogą co ty tam masz? Na książkę to chyba trochę za lekkie...
   - Takie tam... – uśmiechnęłam się zawstydzona, a mój rumieniec chyba naprowadził go na trop.
   - Aaaa... – „Spalę się ze wstydu zanim wyjdziemy. Może to i dobrze? Nie będę musiała tego robić.” – To idziemy – ścisnął moją dłoń dodając mi odwagi.
   Nikt nic nie mówił. Jakby mieli jakiś plan, który teraz realizowali w wielkim skupieniu. Szłam obok Louisa kurczowo ściskając jego rękę. Jakimś cudem przebierałam nogami. Chłodniejszy powiew powietrza sprawił, że serce zabiło mi mocniej. Starałam się wsłuchać w dobiegające mnie dźwięki, ale jedyne co mogłam zarejestrować, to przyspieszone oddechy przyjaciół i ich nerwowe kroki na marmurowej podłodze. Nikt nie odezwał się ani słowem. „Dlaczego mam wrażenie, że nie spuszczają ze mnie wzroku, czekając aż ucieknę?” Dźwięk otwierającej się windy zabrzmiał niczym wystrzał. W małej przestrzeni mieszały się zapachy perfum tworząc ciekawą kompozycję. Wydawało mi się, że słyszę bicie serca... „Mojego? A może, to Lou...” Prawie zaczęłam się modlić, by winda się nigdy nie zatrzymała. Gwałtownie wciągnęłam powietrze...
   - Skarbie? – Moja dłoń wciąż spoczywała bezpiecznie w jego. Poruszył się i poczułam palce drugiej na swoim policzku akurat w momencie, gdy do środka wpadło chłodne powietrze informując mnie, że czas się ruszyć. – W porządku?
   - Tak – próbowałam się uśmiechnąć. „Może tym razem się uda...” – Chodźmy...
   Otoczyła mnie różnorodność dźwięków i zapachów... Różne głosy, nawet różne języki... Płacz dziecka... Zapach kwiatów... „Za dużo...” panika coraz mocniej brała mnie w swe ramiona.
   - Dzień dobry Kate – usłyszałam niski głos Paula. – Wszystko w porządku?
   - Dzień dobry – „Czy to drżące coś, to był mój głos?” Starałam się przywołać na twarz kolejny uśmiech pamiętając, że menadżer bał się, że nie dam rady... – Wszystko dobrze. Trochę się denerwuję...
   - Masz do tego prawo – powiedział. – Poradzisz sobie. I muszę dodać, że ślicznie wyglądasz.
   Tym razem byłam pewna, że wraz z rumieńcem pojawił się pierwszy szczery uśmiech. Musiałam wyglądać co najmniej ciekawie w za dużej kurtce Louisa z podwiniętymi prawie do łokci rękawami.
   - Dziękuję – poczułam delikatne ciągnięcie i znów moje ciało robiło zupełnie coś innego niż chciał mózg. Ściskałam dłoń mojego chłopaka idąc tak blisko niego, jak to tylko możliwe. Wiedziałam, że Mark jest z drugiej strony. Czułam jego obecność. Gdybym tylko wyciągnęła lewą rękę mogłabym go dotknąć. „Nic się nie stanie. Dam radę” przekonywałam samą siebie. Gdzie jest ta odważniejsza część mojej osoby, kiedy jest mi potrzebna? Powietrze przesycone wilgocią... „Pada...
   - Jestem przy tobie skarbie – Lou próbował mnie uspokoić. – Zejdziemy kilka schodków w dół i dosłownie dwa metry dalej stoi samochód. Mark jest z nami... Oddychaj, proszę cię...
   Dopiero, gdy to powiedział zdałam sobie sprawę, że wstrzymywałam oddech. Nabrałam w płuca chłodnego powietrza. Kiwnęłam kilka razy głową dając znak, że jestem gotowa. I wtedy poczułam zimny podmuch i zalała mnie kakofonia krzyków. „Boże, na to nie można się przygotować...” panikowałam i wtulałam się jeszcze bardziej w Louisa.
   - Harry! Niall! Harryyyy! Kocham cię, Zayn! Louuuu! Liam! Kochamy was! Lou! – głosy dziewczyn zagłuszały mi wszystko inne. „Jak mogłam być taka naiwna i wierzyć, że to się uda...” Naprawdę nie wiem jakim cudem przebierałam nogami. W głowie miałam tylko jedną myśl. „Uciekać...
   - Pięć schodków – gorący oddech Louisa owionął mi ucho. Poczułam, że ścisnął mocniej moją dłoń. – Wspaniale ci idzie kochanie. Już prawie jesteśmy... – uczepiłam się jego głosu jak tratwy ratunkowej. „Proszę, mów do mnie...” błagałam w myślach. Działało. – Dosłownie trzy kroki i wsiadamy do samochodu... Jesteśmy. Uwaga na głowę... – przyjemne ciepło mieszało się z wilgotnym powietrzem. Dało się wyczuć delikatny cytrynowy aromat. Moja dłoń natrafiła na skórzane siedzenie. – Chodź do mnie maleńka – Lou posadził mnie na swoich kolanach i od razu zamknął w gorących objęciach. Wtuliłam się w niego opierając głowę na ramieniu nosem muskając jego szyję. „Ten zapach...” Wdychałam powietrze zmieszane z jego perfumami i próbowałam zapanować nad swoimi nerwami. Starałam się wsłuchać w bicie jego serca, ale wciąż rozpraszały mnie krzyki fanów... – Cudownie sobie poradziłaś. Już jesteśmy w aucie i nikt z zewnątrz nas nie widzi. Mark blokuje wejście... Szyby są przyciemniane... Zaraz pojedziemy. Powiedz coś do mnie Kate, proszę... Cokolwiek...
   - Ładnie pachniesz – wyszeptałam nie ruszając się ani o milimetr.
   - Co? – chyba się zdziwił. Po chwili moich uszu dobiegł cichy śmiech. – Ładnie pachnę? Naprawdę tak myślisz? – pokiwałam głową kolejny raz zaciągając się jego zapachem. – A powiesz mi coś jeszcze? I nie kolejny komplement, ale na przykład jak się czujesz...
   - Jestem przerażona... – powiedziałam cicho i wsunęłam lodowate dłonie między jego plecy, a oparcie fotela.  – Gdzie... – wciągnęłam nerwowo powietrze, gdy ktoś zapukał w szybę.
   - Spokojnie... – Lou obejmował mnie ramionami kreśląc jakieś tajemnicze znaki na moich plecach. – O co chciałaś zapytać?
   - Gdzie reszta? – wyszeptałam trzęsąc się ze strachu.
   - Odciągali od nas uwagę – zaśmiał się. – Porobią sobie kilka zdjęć z dziewczynami, rozdadzą parę autografów i zaraz przyjdą. Właściwie, to już powoli idą...
   - Wszystko dobrze? – usłyszałam głos Zayna i samochód lekko się zakołysał, gdy wszedł do środka. Usiadł za nami. Czułam, że Louis zamiast odpowiedzieć, po prostu pokiwał mu głową. – Trochę zmokłem...
   - No wsiadaj w końcu – Liam najwyraźniej kogoś pospieszał. – Harry, zbieramy się...
   Znów trochę zatrzęsło i chłopcy wpakowali się bez słowa do środka. Ktoś zasunął drzwi. Po chwili dało się słyszeć zatrzaskiwanie przednich. Silnik zamruczał cicho. Nikt się nie odzywał, ale miałam wrażenie, że przesyłają sobie wiele mówiące spojrzenia nad moją głową.
   - Alex była zerknąć jak sobie radzisz – odezwał się w końcu Harry. – Stała w drzwiach dopóki ktoś tam jej nie pogonił...
   - Naprawdę? – uniosłam twarz w stronę skąd dochodził jego głos. „Jak duży jest ten samochód?
   - Przysłała wiadomość, że mam ci życzyć powodzenia i przekazać, że trzyma kciuki. A, no i wpadnie po pracy...
   - Super – ucieszył się Niall. – Zrobimy coś dobrego?
   - A podobno nie masz dzisiaj apetytu... – zaśmiał się Mark.
   - Wieczorem będę już miał.
   Chłopcy ponabijali się chwilę z Nialla i wydawać by się mogło, że już jest mniej nerwowo. Prawda jednak była taka, że nie był to ich najszczerszy śmiech... Nie wiem jak długo jechaliśmy. Nie pamiętam rozmów, które się toczyły dookoła mnie. Jedyne co pamiętam, to bicie serca Louisa i jego zapach... A potem znów otoczyły mnie krzyki i piski fanów... „O Boże! A ja naiwnie myślałam, że wtedy było głośno...

niedziela, 3 lutego 2013

38



   Smakowity zapach rozchodził się po pokoju sprawiając, że mój żołądek przypomniał o swoim istnieniu oznajmiając to donośnym burczeniem. Usłyszałam cichy śmiech Louisa.
   - To utopić ci te frytki? Dla ciebie jestem w stanie popełnić tą zbrodnię.
   - Naprawdę? – „Czy ja właśnie zachichotałam?
   - Naprawdę, ale...
   - Wiedziałam, że jest jakieś ale – zaśmiałam się.
   - Musi być – poczułam jego ciepły oddech na twarzy dosłownie sekundę przed tym jak gorące wargi musnęły moje. I to stado motyli, które wzbiło się do lotu gdzieś wewnątrz mnie...
   Nigdy nie sądziłam, że jedzenie frytek i nuggetsów może być takie podniecające. „Co on ze mną robił?” To był zdecydowanie mój najlepszy posiłek w życiu, ale... No właśnie... Przecież zawsze musi być jakieś ale... Zjedliśmy wszystko i mieliśmy przy tym dużo zabawy. I mogę teraz z całą pewnością powiedzieć, że jestem najedzona, aż do bólu. Ale też jestem podniecona... Aż do bólu... I... A propos bólu, to ten towarzyszący mi od rana nagle zszedł na dalszy plan... Niestety nie o wszystkim dało się zapomnieć.
   - Lou? – jego dłoń wędrująca po moim brzuchu zatrzymała się na dźwięk mojego głosu.
   - Tak...
   - Muszę wstać... – zaczęłam i mogę się założyć o wszystko, że się zaczerwieniłam.
   - I co cię powstrzymuje?
   - Brak spodni... – uśmiechnęłam się, gdy poczułam jego gorące usta na szyi. „Jeszcze trochę to będę mruczeć tu jak jakiś kociak” zaśmiałam się w myślach.
   - Hmmm... – westchnął, a jego oddech muskał moją skórę. – Czyli ja też muszę wstać? Dla ciebie wszystko skarbie... – Podniósł się z łóżka i skierował do szafy. – Wciąż nie mogę się nadziwić, że wszystko można w niej teraz znaleźć... – usłyszałam rozbawiony głos. – Mogą być szare dresy? Mają sznurek w pasie...
   - Mogą być – uśmiechnęłam się słysząc jak wciąż komentuje porządek na półkach i nie może uwierzyć, że jeszcze go z Harrym nie zniszczyli... „Gdybyś wiedział...” śmiałam się w myślach. – Dziękuję – powiedziałam, gdy usiadł obok mnie kładąc mi spodnie na kolanach.
   - Nie ma za co – znów musnął wargami moje usta. – W sumie to dopiero teraz nie ma za co – zaśmiał się. – To idź do łazienki, a ja wyniosę tacę i tak sobie myślę, że moglibyśmy zmienić opatrunek, to jutro rano nie będzie trzeba...
   Założyłam spodnie, które jak można się było spodziewać były na mnie o dużo za duże. Sznurek w pasie ratował sprawę i była szansa, że nie zsuną mi się z bioder. Pozostawała jeszcze kwestia tego, czy się nie zabiję o za długie nogawki... Chciałam je podwinąć, gdy wyczułam w ściągaczu zgrubienie świadczące o tym, że powinno się dać go zwęzić. Niestety nie miałam pojęcia jak. Nie było żadnego stopera.
   - Lou? Czy tutaj jest jakiś sznureczek, by zwęzić ściągacz? – zapytałam poddając się.
   - Nie mam pojęcia. Pokaż – powiedział i po chwili poczułam dotyk jego palców na stopie. Kolejny raz miałam wrażenie jakby iskry przeskakiwały między nami. Poczułam przyjemne ciepło pochodzące od jego dłoni i... „Czy ja właśnie zamruczałam z zadowolenia?” Moich uszu dobiegł cichy śmiech...
   - Zastanawiam się, czy dalej udawać, że szukam i czerpać przyjemność z patrzenia na ciebie, czy powiedzieć, że znalazłem i domagać się buziaka w podziękowaniu...
   - A znalazłeś?
   - Tak – usłyszałam charakterystyczny dźwięk odpinanego rzepa. Ujął moją dłoń i pomógł odnaleźć interesujące mnie miejsce. – Ale wciąż mam zamiar żebrać o tego całusa...
   - A może wcale nie będziesz musiał – uśmiechnęłam się zwężając oba ściągacze. „No, teraz jest szansa, że się nie wyłożę jak długa na podłodze.” Stanęłam obok łóżka starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, by ból nie powrócił i by nie przytrafiło się nic gorszego... Poczułam jak gumka spodni zatrzymuje się na moich biodrach, a materiał nogawek opada luźno. – I jak wyglądam?
   - Seksownie... – gorące dłonie chwyciły mnie w pasie i pociągnęły tak, że stałam między jego nogami. Chciałam odpowiedzieć coś błyskotliwego, ale w momencie gdy poczułam jego wargi na moich zdolność myślenia uleciała ze mnie szybciej niż powietrze z przebitego balonika. Jedyne co byłam w stanie teraz zrobić, to dać się ponieść temu pożarowi w moim ciele. Jak to możliwe, że jego pocałunki raz były delikatne niczym dotyk skrzydeł motyla, by innym razem rozpalić mnie do czerwoności i sprawić, że drżałam z pożądania? „Co ty ze mną robisz, Lou?” Cichy jęk rozkoszy wydarł się z moich ust, gdy jego dłonie wśliznęły się pod koszulkę. Przywarłam do niego wplatając palce w jego włosy. Ciepło rozlało się w moim ciele wraz z pojawieniem się tego dziwnego uczucia w dole brzucha... Zadrżałam... Chciałam zaprotestować, gdy jego usta oderwały się od moich... – Skarbie... – wyszeptał łapiąc oddech. – Czy jeśli oddam ci całą szafę, to...
   - To wtedy nie będziesz miał się w co ubrać – dokończyłam za niego uśmiechając się. Ja również próbowałam uspokoić oddech. Nie jest to łatwe, gdy całe ciało wołało o więcej... – A najgorsze w tym wszystkim byłoby to, że nie mogłabym tego zobaczyć.
   - Hmmm... – jego palce delikatnie kreśliły tajemnicze znaki na moich plecach. – Jestem pewien, że znalazłabyś sposób, by „zobaczyć” i mogę się założyć o wszystko, że bardzo by mi się spodobał...
   Wyobraziłam sobie moje dłonie przesuwające się powoli po jego skórze... Wszędzie... Gwałtowny dreszcz przeszył moje ciało i zalała mnie fala gorąca. A z ust wydarł się cichy jęk. Czułam, że moje policzki wręcz płoną...
   - Lou... – wtuliłam się w niego, a silne ramiona momentalnie zamknęły mnie w uścisku. Słyszałam przyspieszone bicie jego serca, co więcej... mogłam je teraz nawet poczuć.
   - W trosce o to, byś w końcu mogła pójść do łazienki nie zapytam cię o czym właśnie myślałaś, ale obiecaj mi, że później mi powiesz... – „Czy istnieje jakaś granica w czerwienieniu się? Jeśli tak, to właśnie ją przekroczyłam... Dwukrotnie.” – Obiecaj.
   - Kiedyś... – wyszeptałam.
   - Obiecujesz? – pokiwałam głową. – Tylko nie zapomnij.
   - Tego nie da się zapomnieć... – usłyszałam cichy śmiech. „Ups” – Powiedziałam to na głos, tak?
   - Tak i lepiej uciekaj do łazienki, bo jeszcze chwila i nie ręczę za siebie. – Wypuścił mnie z objęć, ale sam wciąż nie ruszał się z miejsca. – I nie licz, że zapomnę zapytać... – usłyszałam jeszcze zanim zamknęłam za sobą drzwi.

   To mógłby być jeden z takich idealnych momentów... Było prawie... Leżałam wtulona w jego gorące ciało. Silne palce delikatnie kreśliły jakieś wzorki na ramieniu sprawiając, że przyjemne ciepło rozchodziło się po moim wnętrzu. Pokój wypełniały dźwięki wydobywające się z komputera. „Moja pierwsza lekcja muzyki” zaśmiałam się w myślach przypominając sobie niedawny wykład. Poczułam miękkie wargi składające kolejny pocałunek na moim czole. Z moich ust wymknęło mi się ciche westchnienie...
   - Uśmiechasz się... – jego głos sprawiał, że w moim wnętrzu drgała jakaś struna odpowiedzialna pewnie za ośrodek szczęścia.
   - Wydaje ci się – powiedziałam rozciągając usta w jeszcze szerszym uśmiechu.
   - Czyżby? – oparł policzek na mojej głowie. – Jak to możliwe, że twoje włosy pachną tak cudownie? Przecież używamy tego samego szamponu...
   - To chyba znaczy, że twoje też tak pachną – zaśmiałam się czerwieniąc pod wpływem komplementu. – Ten album też mi się podoba, ale chyba nie tak jak poprzedni... – odezwałam się, gdy umilkła muzyka. – Ostatnia piosenka była piękna...
   - To prawda... – poruszył się i po chwili usłyszałam, że wyjął płytę. Odgłos odkładanych pudełek uświadomił mi, że już chyba przesłuchaliśmy wszystko. – Coś mi się wydaję, że znajdę jeszcze niejeden album, który może ci się spodobać...
   - Może wolisz posiedzieć z przyjaciółmi i...
   - Zdecydowanie nie chciałbym być teraz gdzie indziej – przerwał mi moją wypowiedź. – Jestem dokładnie tu, gdzie chcę być kochanie. Z tobą. I nawet sobie nie wyobrażasz jak fascynującym zajęciem jest słuchanie z tobą muzyki... A poza tym mam okazję się przed tobą popisywać moją wiedzą – zaśmiał się. – Chcesz mnie pozbawić tej przyjemności?
   - Nigdy w życiu – uśmiechnęłam się poprawiając w jego ramionach.
   Usłyszałam, że za ścianą zrobiło się małe poruszenie i chyba co po niektórzy postanowili udać się do swoich pokoi.  Rozległo się ciche pukanie i drzwi powoli się otworzyły.
   - Można na chwilę?
   - Jasne Li, co jest? – Louis wciąż klikał w klawisze komputera, a moich uszu docierała rozmowa prowadzona ściszonym głosem za drzwiami... „Weź ten łeb, bo chcę ją zobaczyć kretynie” szeptał jakiś nieznany mi męski głos wywołując chwilowy strach, ale silne ramię Lou momentalnie go przegnało. „Ona cię słyszy, idioto” Harry najwyraźniej się nieźle bawił tą sytuacją. „Andy, nie pchaj się tak, bo Louis cię zabije jeśli wystraszysz Katy i nawet Liam ci wtedy nie pomoże.
   - Wszystko w porządku u was? – „Chyba powinnam się już przyzwyczaić, że on się martwi zawsze i o wszystkich...” - Jak się czujesz Kate?
   - Nie najgorzej – uśmiechnęłam się. – Lou mnie dokształca muzycznie...
   - To super – materac się ugiął pod jego ciężarem. – Pamiętasz o próbie?
   - Jasne. Nie martw się. Wstanę na czas. – „Harry, przysięgam, jak mi jeszcze raz dasz z łokcia, to cię rąbnę i będziesz miał drugiego guza do kolekcji” na zewnątrz wciąż musiało być ciekawie. „Spojrzałeś już, to spadaj, bo ci zaraz...” Ktoś musiał przerwać wypowiedź Zayna, bo już nie udało mi się dowiedzieć, co będzie zaraz...
   - Kto to jest Andy? – nie mogłam się powstrzymać przed zadaniem tego pytania.
   - Mój przyjaciel – odezwał się Liam. – Dlaczego pytasz?
   - Bo stoi pod drzwiami... – uśmiechnęłam się do niego. – I chyba trochę go tam obijają...
   - Co? – zdziwił się wstając z łóżka i kierując w stronę drzwi. – Skąd... Co wy wyprawicie? – odezwał się do chłopaków. – Zgłupieliście? Mówiłem ci, że innym razem...
   - Wszystko w porządku skarbie? – poczułam miętowy podmuch na twarzy. – On jest tylko przejazdem. Wpadł na chwilę do Li i zaraz rusza dalej...
   - To jego przyjaciel, tak? – uniosłam głowę w jego stronę i od razu poczułam delikatne muśnięcie warg na swoich ustach. „Chyba muszę tak częściej robić...
   - Tak. Znają się od zawsze... – palce Lou sprawiały, że nawet taki zwykły gest jak zakładanie włosów za ucho nagle stał się wyjątkowo podniecający... – Musieli mu chyba powiedzieć dlaczego mnie nie ma i teraz zżera go ciekawość...
   - Słyszałam... – przygryzłam wargę zastanawiając się czy...
   - Kate? – głos Liama wyrwał mnie z zamyślenia. – Przepraszam cię za nich. To my już pójdziemy. Dobranoc. I nie siedźcie długo. – „Serio? Ale serio? Nie mogę nawet się przywitać?” Najwyraźniej był tym bardzo rozczarowany.
   - Chętnie poznam twojego przyjaciela – odezwałam się zaskakując samą siebie nie mniej niż ich i ostrożnie próbując usiąść. Niestety ramię Lou mi na to nie pozwoliło.
   - Leż, skarbie. Przecież widzę, że wciąż cię boli. Na leżąco też możesz go poznać jeśli naprawdę tego chcesz...
   - Naprawdę – uśmiechnęłam się nieśmiało.
   - Ale jesteś tego pewna? – Liam chyba wciąż nie wierzył w mój nagły przypływ odwagi.
   - Jestem – poczułam jak palce Lou splatają się z moimi. – Poza tym, z tego co słyszałam, on chciał tylko się ze mną przywitać.
   Drzwi zostały szerzej otwarte oznajmiając to delikatnym skrzypnięciem. I po wcześniejszych rozmowach nie było ani śladu. Wszyscy ucichli. Jedynie ciche szuranie świadczyło, że wciąż tam są i gwałtownie odsunęli się zaskoczeni zachowaniem Liam.
   - To chodź – usłyszałam jego głos. – Tylko nie narób mi wstydu.
   - Serio? – Harry był co najmniej zdziwiony. „Chyba powinnam się przyzwyczajać do obcych, a w ramionach Louisa przecież nic mi nie grozi.” – Ale on nie wie... – zaczął szeptem, ale już nie dokończył.
   - Kate, to jest Andy. Mój przyjaciel, który zazwyczaj nie podsłuchuje pod drzwiami.
   - Cześć – by wyciągnąć dłoń w jego kierunku musiałam pozbawić się dotyku Louisa. „Ogromne poświęcenie z mojej strony.” – Miło cię poznać, Andy.
   - Hej – ciepła dłoń uścisnęła moją potrząsając nią nieznacznie. – Mi też. Chciałbym powiedzieć, że nie podsłuchiwałem, ale...
   - Chciałeś tylko zobaczyć, tak? – uśmiechnęłam się do niego.
   - Yyy... No właśnie.... – dodał trochę zmienionym głosem. – No, bo wiesz... Po prostu... Ciekawy byłem...
   - Co ty się tak nagle zacząłeś jąkać? – Harry chyba klepnął go w plecy i sądząc po dźwiękach usiadł na swoim łóżku. – Mówiłem ci, że ona wszystko słyszy. Jak wypuści sondę, to nawet wie co się w kuchni dzieje... – „Zawstydzania ciąg dalszy...
   - Jak się czujesz, Katy? – Niall przysiadł obok nas. – Nie potrzeba wam niczego?
   - Całkiem nieźle, dziękuję – usłyszałam ciche westchnienie i poczułam, że Lou kręci głową. – Naprawdę dużo lepiej niż rano...
   - Dobra, chodźcie już – odezwał się Zayn. – Niech się szykują do spania. Dobranoc.
   Harry pomógł mu wygonić wszystkich z sypialni, po czym zniknął w łazience. Kilka minut później dało się słyszeć szum wody i wcale nie takie ciche podśpiewywanie chłopaka. Zaśmiałam się pod nosem.
   - To już nie musimy włączać kolejnego albumu. Mamy koncert na żywo – powiedziałam. Lou odłożył komputer gdzieś pod łóżko śmiejąc się z przyjaciela. – A swoją drogą fajna piosenka...
   - Całkiem nieźle mu to wychodzi... – poczułam jego palce delikatnie przesuwające się po mojej twarzy. „Jeżeli jest mu chociaż w połowie tak dobrze, gdy ja go dotykam, to nie wiem jak...” – Cudownie się rumienisz – zaśmiał się. – Musisz mi powiedzieć dlaczego – przejechał kciukiem po moich ustach. – I ciesz się, że o tamto nie pytam... – wciągnęłam gwałtownie powietrze na samo wspomnienie. Zrobiło mi się nieznośnie gorąco. A może to złe określenie? I znów ten ucisk w dole brzucha... – O nie... Teraz to musisz mi powiedzieć. Proszę...
   - Lou... – jego imię wraz z cichym jękiem wydostało się z moich ust. – Po prostu lubię jak mnie dotykasz... – wyszeptałam. I kolejny rekord czerwienienia się pobity.
   - Uczę się tego od ciebie skarbie – poczułam jego usta skroni. – Twoje palce sunące po mnie doprowadzają mnie do szaleństwa...
   - Naprawdę? – zaśmiałam się, a on w odpowiedzi tylko zamruczał mi wprost do ucha po czym przygryzł je delikatnie. – Niesamowite... – westchnęłam. Chciałam się podnieść, by sprawdzić kolejny pomysł, który zrodził się w mojej głowie, ale w tej samej chwili ostry ból sprawił, że zgięło mnie w pół, a z oczu pociekły łzy.
   - Kate? – usłyszałam zmartwiony głos, ale nie miałam już siły zapewniać, że wszystko dobrze. – Połóż się jak wcześniej kochanie – gorące dłonie delikatnie ułożyły mnie na lewym boku. Przyciągnęłam kolana do siebie modląc się w duchu, by ten ból zaraz zelżał. – Weź tabletkę skarbie – włożył mi w dłoń pastylkę i podał wodę. Po chwili ułożył się za mną wsuwając mi ramię pod głowę. Czułam jego obecność ciepłem rozchodzącą się we mnie. Gorąca dłoń nakryła moje kolano, by po chwili masować nogę poniżej niego. Jego oddech rozwiewał mi włosy, w których co chwilę składał delikatnie pocałunki. I nic nie mówił. Po prostu był. „Całe szczęście...
   Miedzy jedną a drugą modlitwą Harry wyszedł z łazienki. Chyba pierwszy raz nic nie powiedział. Albo pomyślał, że śpię, albo Lou posłał mu wymowne spojrzenie. Kroki... „Dlaczego podszedł do naszego łóżka?” Leżałam z zaciśniętymi powiekami, ale nawet to nie powstrzymywało łez. Jakieś dźwięki, których nie mogłam zidentyfikować i ręka Lou powoli przesuwająca się po moim udzie, by ostatecznie zatrzymać się na brzuchu. Przycisnęłam nogi mocniej więżąc jego palce. Ale już po chwili zrozumiałam... Poczułam jak jego dłoń rozgrzewa bolące miejsce delikatnie je masując. Nakryłam ją swoją przesuwając trochę niżej...
   Nie wiem, czy to w końcu za sprawą tabletki, czy kojącego dotyku Louisa, ale ból jakby zelżał i moje ciało zaczęło się rozluźniać. Usłyszałam jeszcze jak Lou mruczy coś o jakimś pomniku dla Harry’ego, ale już nie zdążyłam o to zapytać. Zasnęłam. Z uśmiechem na ustach...


   Wyciągnąłem rękę na oślep w poszukiwaniu komórki. „Gdzieś tam musi być...” Już miałem się poddać i otworzyć oczy, gdy moje palce natrafiły na pożądany przedmiot. Podświetliłem ekran i nieznacznie unosząc jedną powiekę spojrzałem na godzinę. „O Boże... Znowu...” jęknąłem w myślach. Czwarta nad ranem, a ja znów nie mogę spać. Wsłuchiwałem się w pochrapywanie Horana, ale dziś jakoś bardziej mi ono przeszkadzało. Może dlatego, że zazdrościłem mu, iż nie ma takich problemów jak ja... „Może papieros załatwi sprawę?” Oszukiwałem sam siebie, ale każdy pretekst dobry, żeby zapalić. Założyłem czarne, dresowe spodnie i boso wyszedłem z pokoju zgarniając jeszcze po drodze nową paczkę fajek oraz zapalniczkę. Upchałem wszystko w kieszeni razem z komórką. Cisza. Otaczała mnie z każdej strony. Zarówno z pokoju Liama jak i Louisa nie dochodziły żadne dźwięki. Uśmiechnąłem się pod nosem mijając sypialnie, w której spała ona...
   Machnąłem od niechcenia ręką, by zapalić światło w salonie i kolejny raz w ostatnich dniach miałem wrażenie, że po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz strachu. Kate siedziała w kącie kanapy z głową opartą na kolanach. Przed sobą miała otwartą książkę, która częściowo leżała na jej stopach. „A więc jednak da się czytać po ciemku...” jakże inteligentna myśl pojawiła się w mojej głowie.
   - Dlaczego nie śpisz? – ledwo to wykrztusiłem, a i tak powinienem być dumny z tego, że w ogóle udało mi się powiedzieć coś sensownego. – Źle się czujesz?
   - Cześć Zayn – uśmiechnęła się z wyraźnym trudem i tylko wzruszyła ramionami.
   - Mam obudzić Lou? – podszedłem bliżej szukając na jej twarzy jakichś odpowiedzi.
   - Nie – „spojrzała” na mnie tymi niesamowitymi oczami, a ja poczułem się jakbym właśnie dostał czymś ciężkim w głowę. – Nie budź go, proszę. Już i tak się przeze mnie nie wysypia...
   - Co się dzieje, Mała? – usiadłem obok niej odkładając książkę na stolik. Mój wzrok od razu spoczął na jej bosych stopach i pierwsze co zauważyłem, to blednący siniak. Dosłownie w ostatniej chwili powstrzymałem się przed przejechaniem po nim palcem. „Co ja odpierdalam?” Zimny pot oblał moje plecy.
   - Nie mogę zasnąć, a nie chciałam się wiercić w łóżku, by ich nie pobudzić... – ponownie oparła brodę na kolanach.
   - A nie możesz spać, bo coś cię boli, tak? – dopytywałem. Po rumieńcu, który pojawił się na jej policzkach, byłem więcej jak pewny, że mam rację. – Wzięłaś tabletki? – pokręciła głową. – Dlaczego nie? Chyba po to je dostałaś, prawda?
   - Nie mogłam ich znaleźć – powiedziała cicho, jakby do siebie. – Lou musiał je gdzieś przełożyć...
   - Zaraz ci przyniosę – obróciłem się na pięcie i starając się nie hałasować wśliznąłem się do sypialni chłopaków. Światło z korytarza ułatwiało sprawę. Harry spał na brzuchu śliniąc się niemiłosiernie i jak zwykle świecił gołym tyłkiem. Lou tulił do siebie poduszkę i uśmiechał się przez sen. „Ten to nawet gdy śpi to się cieszy...” pomyślałem rozglądając się dookoła. Od razu namierzyłem rozpoczęte opakowanie. I nawet udało mi się wyjść bez obudzenia chłopaków. „Normalnie sukces!” Chwyciłem butelkę z wodą. – Proszę.
   - Dziękuję ci – uśmiechnęła się do mnie z widocznym wysiłkiem, a jej twarz zdobił grymas bólu. Gdy już odłożyła wszystko na stolik i ponownie objęła nogi ramionami opierając policzek na kolanach. Kołysała się delikatnie jak ktoś z chorobą sierocą... Nawet otwarcie oczu wydawało się ponad jej siły.
   - Zawsze tak masz? – przysiadłem na oparciu kanapy. – Bo wydajesz się pogodzona z tym bólem...
   - Można przywyknąć – wyszeptała.
   - A byłaś z tym u lekarza? Bo to chyba nienormalne żeby tak... – machałem rękoma chcąc zarysować sytuację i dopiero po chwili uświadamiając sobie, że to niepotrzebne. Kolejne wzruszenie ramion. „Czy ja powinienem rozumieć tą jej mowę ciała?” zastanawiałem się, ale rzeczywiście miałem wrażenie, że to znaczyło „tak”.
   - Chciałeś wyjść na taras... – usłyszałem cichy szept.
   - Tak. Zapalić – otworzyłem drzwi i zimne powietrze wdarło się do środka. Zrobiłem krok na zewnątrz, gdy zauważyłem, że Kate się podnosi i kieruje do kuchni. Zatrzymałem się wpatrując w ostrożnie stąpającą dziewczynę. Lekko pochyloną. Wyglądało to jakby ktoś przywalił jej w brzuch. Przynajmniej ja bym tak wyglądał gdybym oberwał... Sięgnęła dłonią klamki i... I nic. Zastygła w bezruchu. Zacisnęła palce tak mocno, że aż zbielały i zamiast otworzyć drzwi zaczęła kucać... Doskoczyłem do niej, prędkością zadziwiając sam siebie. – Co się dzieje?
   - Nic – cichy jęk bólu wydobył się z jej ust. – Zaraz przejdzie...
   - Puść klamkę – powiedziałem biorąc ją na ręce. Wyczułem, że odruchowo przyciąga kolana do siebie. Łzy płynęły jej po policzkach... A ja stałem jak jakiś idiota i nie wiedziałem co robić. Nagle przed oczami stanęły mi poranione plecy dziewczyny i przeraziłem się nie na żarty, że znów rozerwie przeze mnie szwy. „Nie mogę jej tak trzymać!” Miałem wrażenie, że obejmującym ją ramieniem rozrywam jej rany... Usiadłem na najbliższym fotelu starając się wymyślić, co teraz. Czułem jak jej łzy spływają po mojej piersi. Panikowałem. Nie miałem zielonego pojęcia co powinienem zrobić. „Jak Lou sobie z tym poradził?” Otoczyłem ją ostrożnie ramionami i zacząłem się kołysać szepcząc jakieś bezsensowne słowa, który miały ją uspokoić. „Albo mnie.” Ta druga opcja była bardziej prawdopodobna. Trwało to całą wieczność, ale w końcu Kate rozluźniła się w moich objęciach. Już chciałem zapytać, czy tabletka zaczęła działać, gdy jej głowa oparła się na moim obojczyku. Poczułem jej spokojny oddech na skórze i już nie musiałem pytać. Zasnęła... „I co teraz?
   Spędziłem długie minuty na zastanawianiu się, czy powinienem ją zanieść do łóżka. Dlaczego usiadłem na tym fotelu? Miałem tyle innych miejsc do wyboru, a musiałem wybrać to jedno, z którego nie mogłem dojrzeć zegara. Kolejne kilka minut zajęło mi rozpatrywanie, czy uda mi się wyjąć komórkę z kieszeni bez obudzenia Kate... Sam nie wiem ile to trwało, ale w końcu zdałem sobie sprawę z trzech rzeczy. Po pierwsze, nie uda mi się jej przenieść bez obudzenia jej. Po drugie - nie dam rady zadzwonić po pomoc bez obudzenia jej. A po trzecie... wcale nie mam ochoty nigdzie jej przenosić, ani tym bardziej budzić... Siedziałem w fotelu Liama z wymęczoną dziewczyną na kolanach i było mi z tym dobrze. I sam siebie za to nienawidziłem. Wyglądała tak delikatnie i bezbronnie w moich ramionach. Czułem wręcz bolesną potrzebę ratowania jej przed całym złem tego świata. Tylko, że ona miała już swojego obrońcę... Zastanawiałem się, czy gdybym tamtego dnia zdobył się na to, by zejść na tą plażę, to teraz ona mnie obdarzyłaby takim uczuciem... Wiedziałem, że go kocha. Boże, to było takie oczywiste, gdy się na nich patrzyło. Te ich gesty... Jakby byli dwoma elementami tej samej układanki... „A kim ja dla niej byłem?” Przyjacielem? Znajomym? Kumplem jej chłopaka? „A kim chciałbyś być?” Ten głos w mojej głowie zawsze sprawiał, że czułem wyrzuty sumienia. Wobec tylu osób, że aż mi było wstyd...


   Jak to możliwe, że nawet stłumiony szum wody działa na mnie jak budzik? „A mógłbym jeszcze pospać...” Spojrzałem na zegarek. „Nie, nie mógłbym...” zaśmiałem się i w tym momencie odezwał się alarm w komórce. Skierowałem się do kuchni przeciągając się po drodze. W głowie powoli odtwarzałem plan na dziś. „Ale najpierw śniadanie...
   - Cześć Li... – głoś Zayna zatrzymał mnie w miejscu. Zamrugałem kilka razy, bo nie do końca byłem pewien... – Znalazłem ją tu koło czwartej – dodał cicho.
   - Mam obudzić Louisa? Czy może... – zastanawiałem się co robić. – Zaraz... Siedzisz tu od czwartej?
   - Coś w tym stylu... – mruknął spuszczając wzrok na Kate. – Chyba spanikowałem. Nie wiedziałem co powinienem zrobić...
   - Musisz się zacząć szykować, więc chyba... – zauważyłem tabletki leżące na stole.
   - Co tak stoisz? – Mark klepnął mnie w ramię. – Zayn? Co...
   - Dobra – w mojej głowie powoli zaczynał się kształtować jakiś plan. – Idę zamówić śniadanie. Mark, ty obudzisz Louisa i Harry’ego. Niech Lou zadecyduje, ale ja bym ją jakoś przeniósł... Chociaż nie wiem. Te plecy... Ale mają się pospieszyć. Zayn...
   - Wiem... – westchnął. – I obudzę Nialla.
   Zamawiałem śniadanie kątem oka obserwując co się dzieje w salonie. Po minie Louisa widziałem, że nie był dumny z tego, iż nie zauważył kiedy ona wyszła z sypialni. Za bardzo bierze wszystko do siebie. „Nie jesteś żadnym supermenem przyjacielu...” Zayn zaniósł dziewczynę do pokoju akurat w momencie, gdy odkładałem telefon. Pół godziny. Teraz ja powinienem się pospieszyć...
   Kończyłem się ubierać, gdy przyszedł mi do głowy kolejny pomysł. Dla odmiany genialny. Plus, był to dobry pretekst, by zadzwonić. „Jakbym potrzebował pretekstów” zaśmiałem się.
   - Dzień dobry, kochanie – zakładałem buty z komórką przy uchu. Wyjaśnienie Danielle, co się u nas dzieje zajęło mi jakieś trzy sekundy... Dosłownie. Przerwała mi ledwo zacząłem mówić i zrobiła wykład jakiego nie powstydziłaby się moja nauczycielka biologii. „Czy nie powinienem być mądrzejszy jeśli chodzi o te tematy? Przecież dorastałem w domu pełnym kobiet...
   Wysłanie Marka na ochotnika do sklepu tłumacząc mu po co zajęło mi kolejną minutę. Gdy przyjechało śniadanie wciąż nikogo nie było w kuchni. Ten poranek zdecydowanie był dziwny i sam nie wiem dlaczego... I jakby na potwierdzenie moich słów pierwszą osobą, która usiadła przy stole i sięgnęła po kubek był Zayn. Ten, który zawsze był ostatni...
   - Już? – zdziwiłem się siadając na swoim miejscu. – Niall cię z łazienki wywalił?
   - Nie... – mruknął biorąc łyk kawy. – A co się będę szykował na próbę... I tak będą nas przebierać.
   - Też fakt. Wszystko dobrze? – wyglądał jakoś bardziej pochmurnie niż zazwyczaj. Zayn z reguły nie jest zbyt rozmowny z rana, ale dzisiaj wyglądał jak siedem nieszczęść. – Wyglądałeś lepiej, gdy byłeś skacowany – jeżeli ledwodostrzegalne uniesienie kącika ust można uznać za uśmiech, to żart mi się udał.
   - Nie wyspałem się. Najadłem się strachu w nocy i cholernie chcę mi się palić, a moja ostatnia paczka fajek leży gdzieś teraz pod Kate...
   - Gdzie?
   - Musiała mi wylecieć z kieszeni jak ją kładłem, bo szukałem wszędzie i nic, a zapalniczkę znalazłem obok jej łóżka.
   - To zadzwoń do Marka...
   - Po co chcecie do mnie dzwonić? – „O wilku mowa...” – Mam wszystko. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest tego taki wybór. Musiałem prosić babkę o pomoc, bo za Chiny nie mogłem tego ogarnąć, a moja nie odbierała...
   Zabrał się za jedzenie, a ja wyłożyłem na stół zakupy. Zauważyłem, że Zaynowi przeszło marudzenie, bo z zaciekawieniem przyglądał się rzeczom przede mną. W międzyczasie zeszli się pozostali i widząc przedmioty na stole jakoś nikt nie był rozmowny. Gdyby nie to, że „ten” temat i mnie krępował, to miałem ochotę się roześmiać. Sześciu dorosłych facetów, a wystarczy powiedzieć słowo „okres” i zachowujemy się jak banda niedorozwiniętych dzieci. Lou spojrzał na mnie zaciekawiony, ale i zdziwiony...
   - Danielle... – jedno słowo tłumaczyło nagły przypływ mojej wiedzy.
   - Co robisz? – Harry przerwał tą dziwną ciszę gapiąc się na Horana, który najwyraźniej miał zamiar jeść z dwóch talerzy. Ewentualnie szykował sobie wałówkę na drogę.
   - Odkładam dla Katy te z pomidorem, a co? – nawet nie zadał sobie trudu, by na nas spojrzeć zajęty swoim zadaniem.
   - Ona tyle nie zje... – mruknął Zayn uśmiechając się pod nosem.
   - To ja dokończę jak wrócę – dodał jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. „I chyba była” zaśmiałem się.
   - Niall – zacząłem. – Ona już nie zostaje sama. Mark miał coś dla niej zamówić, gdy się obudzi...
   - Aaa... – spojrzał na mnie z miną wyrażającą ogromne skupienie. – No, ale może będzie zbyt głodna, żeby czekać?
   Z tym chyba nie wypadało dyskutować. Zresztą Horan dzielący się jedzeniem, to widok tak rzadki, że dla odmiany warto było na to popatrzeć. Kończyliśmy śniadanie wciąż nie rozmawiając za wiele. Tym razem ciszę przerwał Paul oznajmiając nam, że mamy piętnaście minut, by zjawić się na dole. Spojrzałem na Zayna, który wyglądał jak po całonocnej imprezie i na Lou, który jeszcze nie wyszedł, a już się martwił i wiedziałem, że będzie nieciekawie. „Zapowiada się ciężki dzień...


   Siedziałam na kanapie zawinięta w miękki koc i rozkoszowałam się ciepłem, które mi dostarczał. Po tych wszystkich tabletkach przeciwbólowych nawet znośnie się czułam, chociaż wciąż wolałam sie nie ruszać. Uśmiechałam się pod nosem słysząc, jak Mark dyskutuje sam ze sobą... A właściwie to z grą, bo właśnie przechodził kolejną misję.
   - No w mordę, no! – wycedził przez zęby. – Masz mi pomagać kretynie...
   Już dawno zapomniałam o książce, która wciąż leżała na moich kolanach. Gdybym wiedziała, że przysłuchiwanie się jak Mark zabija kolejnych wrogów jest takie wciągające, to pewnie w ogóle bym jej nie brała.
   - No wstawaj, pacanie! – jęknął. – Nie z takimi ranami sobie radziłem... No dalej... – mruczał pod nosem. – Nie wierzę!
   - Co się stało? – zapytałam z góry wiedząc, że będzie jeszcze zabawniej.
   - Po prostu wziął i umarł – warknął. – Od czegoś takiego? No ja cię proszę... To było tylko draśnięcie...
   - Postrzelili go? – śmiałam się pod nosem.
   - No, zrobili mu dziurę w brzuchu... – dodał, pewnie nawet nie zwracając na mnie większej uwagi. – No dajesz, dajesz maleńki... No idź! – powiedzieć, że gra była emocjonująca, to za mało.
   - Ta dziura, to pewnie na wylot była... – powiedziałam ledwo powstrzymując się od śmiechu.
   - No... – parsknęłam przypominając sobie, że wcześniej nazwał to draśnięciem. – Idziesz! Idziesz! O matko! Dajesz! – zakład w ciemno, że właśnie zerwał się z fotela i prawie wszedł w ekran. Słyszałam jak jego palce atakują przyciski na padzie. – Jeszcze kawałek... Powoli... Spokojnie... Jeszcze kroczek... Jesz... Dawaj! – „To jest po prostu fascynujące, jak dorosły mężczyzna zachowuje się, gdy dostanie w swoje ręce konsole.” – Jejku! Już prawie! Jeszcze jed... Kur... – dźwięk telefonu przerwał mu w pół zdania. – Cześć, co tam? – usłyszałam. – Jasne. Kate się ucieszy... – „Ucieszę się?” – No ja też ewentualnie – zaśmiał się. – Chociaż przerwałaś mi w bardzo ważnym momencie... – „Rzeczywiście...” śmiałam się nadal. – Co robiłem? Hmmm...
   - Powiedz, że ratowałeś świat – podpowiedziałam.
   - Ratowałem świat – powtórzył nawet się nad tym nie zastanawiając. – Ej! Czy ty się ze mnie nabijasz?
   - Kto? Ja? – udałam niewiniątko, ale długo nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. – Przepraszam... To wszystko przez te draśniecie...
   - Ale zabawne... – przedrzeźniał mnie, ale śmiał się ze mną. – Alex idzie do nas – powiedział. – Mówi, że mam otworzyć drzwi, bo nadciąga... – Sądząc po tym, że jego głos dochodził teraz z innej części pokoju zakładam, że stoi przy drzwiach i czeka na moją przyjaciółkę. Zresztą oni chyba też się zaprzyjaźnili po ostatniej imprezie.
   - Wciąż ją masz na telefonie? – zapytałam.
   - Tak – zaśmiał się. – Chcesz posłuchać jak stęka do słuchawki? A swoją drogą, to co ty tam robisz? Dziwnie to brzmi... – usłyszałam, że otwiera drzwi i dosłownie sekundę później wpadła przez nie zdyszana Alex.
   - Cześć wam – wysapała. – Co się śmiejecie? Nigdy nie twierdziłam, że mam zadatki na nindżę. Hej skarbie – przytuliła mnie ostrożnie i rozsiadła się obok szeleszcząc czymś. – Dostać się tu dzisiaj, to było nie lada wyzwanie...
   - Dlaczego? – zapytał Mark.
   - Bo możliwe, że szef się o coś wkurzył i mnie pilnował bardziej niż zazwyczaj...
   - Pozwól, że ci wyjaśnię – zaśmiałam się. – W wolnym tłumaczeniu to by znaczyło, że coś mu odpyskowała, bo pewnie ośmielił się zwrócić jej uwagę...
   - Tym razem to nie była moja wina – poczułam, że się opiera i wciąż szeleści jakimiś workami. – A poza tym byłam dla niego wyjątkowo miła. Muszę poplotkować z moją przyjaciółką, czy w ten jakże delikatny sposób mogę cię wyprosić z pokoju. Najlepiej do kuchni, bo oddałabym wszystko za kawę.
   - Wszystko? – zaśmiał się. – Bo mogę to później wyegzekwować...
   - Gdyby nie twoja piękna narzeczona, o której nie możesz przestać opowiadać, to byłabym skłonna ci się nawet oddać – nie mogłam powstrzymać śmiechu. – Oczywiście za kawę.
   - Oczywiście... – powiedział rozbawiony. – Ktoś ci już mówił, że jesteś nienormalna?
   - Dzisiaj?
   - Lepiej nie mów... Kate? Coś dla ciebie? – usłyszałam i już miałam podziękować...
   - Zrób jej gorącej herbaty – najwyraźniej Alex chyba lepiej wie na co mam ochotę. – I coś do jedzenia, bo mogę się założyć, że nic w nią nie wcisnąłeś.
   - Mówiła, że później zje... – usłyszałam. – To zostawiam was same moje panie – szuranie stopami i po chwili zamknął za sobą drzwi do kuchni. „Ratunku!
   - No to teraz opowiadaj – Alex aż podskoczyła na kanapie odwracając się w moją stronę. – I za długo się znamy, by ta mina zadziałała... Dajesz...
   - Ale ja naprawdę...
   - Wiesz, co chcę wiedzieć. Więc mów.
   - Alex... – jęknęłam.
   - Nie „alexuj” mi tu – znów zaszeleściła. – Mam tu dla ciebie spory zapas na miesięczne dolegliwości, bo nie byłam do końca pewna jak te dwa „agenty” sobie poradzili...
   - Całkiem dobrze – mruknęłam. – Myślałam, że przyślesz jakąś koleżankę...
   - To był pierwszy plan, ale akurat była na waszym piętrze największa plotkara z możliwych – powiedziała. – Nie chciałam ryzykować. A zresztą teraz za każdym razem jak jestem w sklepie i widzę podpaski, to śmieję się jak głupia wyobrażając sobie Harry’ego i Nialla. Normalnie żałuję, że nikt tego nie nagrał – śmiała się, a ja razem z nią, choć było mi trochę niezręcznie, gdy pomyślałam o chłopakach. – A więc wyjeżdżasz... Jak się z tym czujesz kochanie?
   - Jestem przerażona... – powiedziałam cicho. Przed nią nie muszę zgrywać bohaterki.
   - To normalne, że się boisz skarbie – ciepła dłoń Alex opadła na moje kolano ściskając je delikatnie. – Nowe miejsca, nowe osoby... Ale jeśli zapomnisz o strachu, może się to okazać największą przygodą w twoim życiu. Czy nie tego chciałaś jeszcze kilka lat temu? Podróżować? Poznawać ludzi? Pokonywać granice?
   - Niby tak – przyznałam cicho. – Ale od tamtego czasu wiele się zmieniło...
   - Czego tak naprawdę się boisz? – po tym pytaniu zapadła nieznośna cisza uświadamiająca mi, że muszę odpowiedzieć, by ją przerwać.
   - Boję się, że pewnego dnia będą żałować, że mnie zabrali... – szepnęłam spuszczając głowę. „Szkoda, że zaplotłam włosy i nie mogę się schować za ich zasłoną...
   - Oni wiedzą, że nie będzie łatwo... – powiedziała. – Są na to przygotowani, a Lou...
   - On... – zaczęłam. „Umrę, jeśli go rozczaruję...” – Nie zniosłabym, gdyby on zaczął tego żałować...
   - Och skarbie... – momentalnie znalazłam się w bezpiecznych objęciach przyjaciółki. – Czy ty mówisz o tym Louisie, który prawie mnie pobił, gdy powiedziałam, że nie da rady cię zabrać? A może o tym, który dla ciebie chciał odejść z zespołu? O, już wiem... Pewnie o tym, który kołysał cię w ramionach, gdy miałaś koszmary lub tym, który codziennie zmienia ci opatrunki...
   - Wystarczy... Proszę, przestań... – wyszeptałam, a fala miłości zalała mnie całą. „Och Lou...
   Rozległo się pukanie do drzwi.
   - Mam wasze zamówienie dziewczyny, ale nie wiem czy mogę wejść.
   - Nie krępuj się – zawołała Alex i po chwili Mark stawiał tacę na stole. – Jakie fikuśne kanapeczki zrobiłeś...
   - Niall zostawił dla Kate – mimowolnie się uśmiechnęłam na tą informację. – Specjalnie wszystkie z pomidorem wybrał.
   - Słyszysz? I ty nie chciałaś ich zjeść? A on się tak dla ciebie poświecił... – śmiała się. – Chociaż zostawił tego jak dla wojska, a to znaczy, że i ja się załapię.
   - To mam was zostawić same tak? – usłyszałam rozbawiony głos Marka.
   - Jakbyś mógł – Alex właśnie wciskała mi w dłonie kanapkę. – Niezręcznie obgadywać kogoś w jego obecności. Mi tam wszystko jedno, ale Kate...
   - Alex! My wcale nie... – zaczęłam się tłumaczyć.
   - Wiem, wiem – zaśmiał się. – To idę do sypialni. Zawołajcie jak będzie już można przyjść. Muszę w końcu uratować ten świat...
   Słyszałam jego kroki kierujące się do pokoju na końcu korytarza i po chwili delikatne trzaśnięcie oznajmiło mi, że zamknął za sobą drzwi.
   - Jedz skarbie – odezwała się Alex. – Patrząc na te opakowanie, to zapychałaś żołądek samymi tabletkami. Jak się czujesz?
   - Może być – zabrałam się za kanapkę. – Zdecydowanie lepiej niż w nocy...
   - To dlatego się martwisz? Myślisz, że kolejna nieprzespana noc sprawi, że Lou zmieni zdanie? Co znaczy ten rumieniec?
   - Zayn... – szepnęłam czerwieniąc się jeszcze bardziej.
   - Co Zayn? – zdziwiła się.
   - On ze mną siedział. Nie chciałam kolejny raz budzić Louisa... A Zayn akurat wstał na papierosa i tak jakoś został... Ze mną...
   - No i nic mu się nie stało, prawda? Nie umarł od tego. Nie martw się tyle kochanie. Ja wiem, że będzie trudno, ale nieważne jak ciężko będzie, zawsze będziesz miała ich przy sobie. Albo tego tam specjalistę od ratowania świata – zaśmiała się. – No, a chyba nie muszę ci mówić do czego jest zdolny zakochany facet... – „Skąd ona wie?” – Uwielbiam ciebie i te twoje miny – roześmiała się głośno. – Wiem, że od wczoraj to już oficjalne, ale to, że się kochacie było widać zdecydowanie wcześniej. Gdy na was patrzę, to prawie mogę poczuć to niesamowite przyciąganie między wami. Na początku myślałam, że on się tylko o ciebie troszczy, ale potem... Połączyło was coś pięknego i właśnie dlatego wiem, że wszystko się uda. Ty też w to uwierz...
   - Skąd wiesz... Miałam ci dzisiaj... Że jesteśmy razem... – zaplątałam się tak, że za nic nie mogłam sklecić normalnego zdania.
   - Mam swoje źródła – zaśmiała się. Po chwili dodała... – Harry.
   - Harry... – powiedziałam równo z nią i obie się zaśmiałyśmy. „Będzie mi jej tak strasznie brakowało...
   - Skarbie, zawsze będziesz mogła do mnie zadzwonić... Wiesz o tym, prawda? – pokiwałam głową. – To przestań łamać mi żebra – roześmiała się. – A może nawet uda mi się was odwiedzić, gdy będę miała urlop...
   - Byłoby fajnie – próbowałam się uśmiechnąć, ale chwilowo nie było to łatwe. Jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spokoju...
   - Po prostu zapytaj, Kate – „I to mnie nazywają czarownicą...” uśmiechnęłam się. – Jeśli właśnie nazwałaś mnie wiedźmą, to oberwiesz – śmiałyśmy się obie. – Powiedz to w końcu...
   - Ich zespół... – zaczęłam. – Oni są bardziej znani niż mi się wydaje, prawda?
   - A czy to ma znaczenie? To wciąż ci sami wariaci, których poznałaś... Ale odpowiadając na twoje pytanie, to tak. Jestem pewna, że są o wiele razy bardziej sławni niż w twojej głowie.
   - Czy mogą mieć jakieś problemy przeze mnie? – po prostu musiałam to wiedzieć, a przecież nie mogłam ich zapytać.
   - Myślisz, że pozwolono by im ciebie zabrać, gdyby miały być z tego kłopoty? Paul przecież martwił się tylko o to, czy sobie poradzisz. A ty sobie poradzisz – ścisnęła moją dłoń. – Jestem o tym przekonana.
   Uśmiechnęłam się do niej, ale w środku wciąż byłam przerażona. Bałam się tego nieznanego. Tych zmian, które mnie czekają. Bałam się i byłam na siebie zła z tego powodu. „Muszę sobie poradzić” przekonywałam sama siebie. „W końcu zapewniłam ich, że zrobię wszystko, by tak było...