niedziela, 10 listopada 2013

81





   - Gotowa? – usłyszałam od strony drzwi i po prostu nie mogłam się nie uśmiechnąć. Louis. „I wszystko jasne...” miałam wręcz wrażenie, że moje drugie ja teatralnie przewraca oczami. „To więcej niż pewne...” Ale czy ja coś mogłam poradzić na to, że najzwyczajniej w świecie się zakochałam i wystarczył sam dźwięk jego głosu bym czuła te słynne motylki w brzuchu? „A może po prostu jesteś głodna?
   - Prawie – usiłowałam zawiązać trampki, krzywiąc się, gdy plecy przeszył mi ból. Zdecydowanie nie było tak kolorowo, jak to sobie wyobrażałam. Leki bardzo pomagały, ale nawet one nie mogły zdziałać cudu. „Swoje będzie trzeba wycierpieć...” westchnęłam. Usłyszałam ciche kroki i po chwili palce mojego chłopaka sprawnie poradziły sobie ze sznurówkami. – Dziękuję...
   - Nie ma za co, skarbie – poczułam jego usta na czole. – Na pewno wszystko dobrze? – ogromna troska przebrzmiewała z każdego słowa. – Może to jednak za szybko...
   - Nie martw się tyle – powiedziałam cicho, unosząc rękę do jego twarzy. – Bywało gorzej, przecież wiesz... – wtulił policzek w moją dłoń, sprawiając mi tym wielką radość. – No i przecież lekarz się zgodził – dodałam, by już porzucić ten temat zupełnie. – Jedźmy do Alex...
   - W porządku... – westchnął, całując wnętrze mojej dłoni. – Ale pamiętasz o naszej umowie?
   - Jak mogłabym zapomnieć? – przewróciłam oczami, a przynajmniej miałam nadzieję, że tak to wyglądało. – Kazałeś mi to obiecać co najmniej z tuzin razy...
   - Wcale nie aż tyle... – bąknął pod nosem.
   - No to może tylko jedenaście – zaśmiałam się. – Obiecuję mówić ci wszystko – położyłam dłoń na sercu. – Nawet jeżeli to będzie tylko ból głowy, czy obdarta pięta – zachichotałam. – Może być?
   - Chyba musi... – westchnął. – I już się tak nie podśmiechuj ze mnie – pomógł mi zeskoczyć z łóżka. – To twoja wina. Zawsze wszystko trzymasz w sobie i cierpisz... Gdyby nie to, nie musiałbym stosować takich drastycznych środków. Gdzie masz bluzę, skarbie?
   - W torbie...
   - Lepiej ją załóż – usłyszałam dźwięk rozpinanego zamka. – Jest chłodno i zanosi się na deszcz...
Rozległo się pukanie do drzwi.
   - Cześć, Mała – usłyszałam wesoły głos Adama. „Jeszcze jeden?” jęknęłam w duchu, słysząc to popularne ostatnio określenie. „Wcale nie jestem taka mała...” Miałam wrażenie, że moje drugie ja o mało się nie udusiło ze śmiechu na te moje mądrości. – Jesteście gotowi?


   - Masz szczęście, że cię kocham – westchnął Louis, gdy zatrzymaliśmy się na parkingu przed McDonald's.
   - Wiem o tym... – ścisnęłam jego dłoń. – Ja też cię kocham... – kolejny raz głośno odezwał się mój żołądek. Usłyszałam śmiech Adama. „No teraz to przebiłam nawet Nialla...” – Słyszysz? – wskazałam na mój brzuch.
   - Ciężko nie usłyszeć – parsknął rozbawiony ochroniarz. – Zaczynam wierzyć, że jednak macie jakieś wspólne geny z pewnym Irlandczykiem...
   - Wciąż twierdzę, że powinnaś zostać w samochodzie... – westchnął Louis, wysiadając. Powiew świeżego powietrza owionął moją twarz. Odetchnęłam głęboko. Poczułam silne palce splatające się z moimi i po chwili kroczyłam zadowolona przez skąpany w deszczu parking. „Cudowne uczucie, po tych dniach w spędzonych w szpitalnym łóżku...” – Całe szczęście, że jest w miarę pusto – usłyszałam po chwili. „Zdecydowanie za dużo się martwi...” – To idę po te twoje upragnione frytki...
   Usiedliśmy z Adamem przy jednym z wolnych stolików i grzecznie czekaliśmy na nasze pyszności. Rzeczywiście lokal wydawał się prawie pusty. Gdy ostatnim razem byłam w McDonald’s było tak głośno, że ledwie słyszałam swoje myśli, a teraz mogłam usłyszeć głos Louisa, składającego całkiem niemałe zamówienie. Uśmiechnęłam się rozmarzona...
   - Przysięgam – usłyszałam głos, który wydawał mi się znajomy. – Jesteś chyba jedyną osobą na świecie, która w lokalach z fast foodami zamawia sałatki – zachichotałam, przypominając sobie, skąd znam dziewczynę. „No, powiedzmy, że znam...” poprawiłam się. – Widziałaś jak się ten koleś na mnie gapił? Jakby mi nagle druga głowa wyrosła...
   - Gapił się tak na ciebie, bo nie mógł uwierzyć, że masz zamiar pożreć porcję wielką jak dla wojska... – najwyraźniej dziewczyny powtarzały podobną rozmowę za każdym razem, gdy odwiedzały przybytki takie jak ten. Przypomniałam sobie rozmowę z Niallem na temat, jak to on określił, jego wymarzonej dziewczyny.
   - Wcale nie zamówiłam tak dużo – oburzyła się. – I zrezygnowałam z deseru, żeby cię nie kusić w tej twojej głupiej diecie... – Czyżbym słyszała smutek w jej głosie? „Wypisz wymaluj Niall...” zachichotałam.
   - Co za poświęcenie z twojej strony. Nie wiem, jak ty to przeżyjesz... – musiałam przygryźć wargę, by nie zdradzić się z podsłuchiwaniem, ale naprawdę niewiele mi brakowało, by wybuchnąć śmiechem. – I ta dieta wcale nie jest głupia. A tak przy okazji, to zamiast marudzić, powinnaś mnie na rękach nosić. Już zapomniałaś, że kryłam twoją spóźnialską dupę przed szefem? – jako odpowiedź usłyszałam serię bliżej niezrozumiałych dźwięków. – Boże... Przestań, bo mi się w żołądku przewraca. Mama ci nie mówiła, że nie mówi się z pełną gębą? Nie odpowiadaj! – dodała szybko. Usłyszałam głośne przełknięcie.
   - Może i mówiła, ale jak jem, to czasami mam problemy ze słuchem...
   - To dlaczego cię nie było?
   - Zaspałam...
   - Znowu?
   - No tak jakoś wyszło... Obudziłam się, była szósta. Dosłownie raz mrugnęłam i zrobiła się ósma...
   Po tych słowach już nie mogłam zapanować nad śmiechem. „Boże, oni naprawdę są dla siebie stworzeni...” Odwróciłam się do dziewczyn, by przeprosić za podsłuchiwanie i może dowiedzieć się czegoś więcej o tej wymarzonej dziewczynie przyjaciela.


   Leżałam obok przyjaciółki, wsłuchując się w jej chrapanie i cierpliwie czekając, aż się obudzi. W głowie odtwarzałam to wszystko, czego dowiedziałam się od Gemmy i najzwyczajniej w świecie byłam zła. Na siebie, na niego, na tą całą sytuację. Czułam, że zawiodłam jako przyjaciółka... Tak byłam skupiona na sobie i swoich problemach, że przegapiłam moment, w którym byłam jej potrzebna. Przecież wiedziałam, że z Harrym zbliżyli się do siebie. Westchnęłam ciężko. „Powinnam to przewidzieć i porozmawiać z nią zawczasu...
Usłyszałam ciche pukanie i drzwi otworzyły się prawie bezszelestnie.
   - Skarbie? – uśmiechnęłam się, słysząc ten ukochany przeze mnie głos. – Wyskoczę na chwilę coś załatwić – powiedział cicho, chociaż zupełnie niepotrzebnie, bo chrapanie Alex zdecydowanie było o wiele głośniejsze, a jakoś jej nie przeszkadzało w spaniu. – Adam z wami zostanie...
   - Dobrze... – uśmiechnęłam się. „Zakład o wszystko, że zgadnę co teraz powie?
   - Nie schodź sama po schodach... – dodał po chwili. „A nie mówiłam?” Kiwnęłam głową. W tej chwili i tak się nigdzie nie wybierałam. – Powinienem być z powrotem do godziny – poczułam jego gorące wargi na swoich. – Bądź grzeczna...
   - Postaram się... – musnęłam jego policzek palcami, czując pod nimi szorstki zarost. – Ale nie obiecuję – puściłam mu oczko, przyciągając do jeszcze jednego pocałunku.
   - Niedługo wracam – powiedział i po chwili zamykał za sobą drzwi.
   - Jesteś szczęśliwa... – usłyszałam zaspany głos przyjaciółki. Nie było to pytanie. Znała mnie lepiej niż ktokolwiek, choć nawet ona nie wiedziała wszystkiego. „Tylko Louis...
   - Jestem... – uśmiechnęłam się, obracając się delikatnie w jej stronę tak, by nie rozerwać szwów. – Jak jeszcze nigdy w życiu – powiedziałam, wyciągając do niej rękę. – Chciałabym żebyś ty też była...
   - Już wiesz? – westchnęła, pociągając nosem i bawiąc się moimi palcami. Zawsze to robiła. Unikała wtedy patrzenia mi w oczy, choć wiedziała, że przecież i tak nie mogę spojrzeć w jej.
   - Podobno jutro wracasz do domu.. – powiedziałam cicho. – Dlaczego to robisz? Przecież wiem, że nie chcesz jechać...
   - Złapali go... Już nie muszę tu siedzieć...
   - Nie o to pytam, Alex – wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale wiedziałam też, skąd wziął się ten strach. – Harry to nie Dave... – dodałam cicho. Usłyszałam jak gwałtownie wciąga powietrze. Mogłam się tego spodziewać, wymawiając zakazane imię. – Nigdy by cię tak nie potraktował...
   - Może nie teraz, ale później... – zaczęła, ale nie mogłam dać jej skończyć.
   - Ani teraz, ani nigdy – powiedziałam, święcie przekonana, że mam rację. – Przecież poznałaś go nie gorzej niż ja. On ma swój własny świat i swoje wartości, którymi kieruje się w życiu. Zakochał się w tobie takiej, jaka jesteś i ani przez chwilę nie próbował cię zmienić. Dlaczego myślisz, że to się stanie? To, że Dave był idiotą, to jeszcze nie znaczy, że Harry też taki będzie... – usłyszałam chiche parsknięcie i przypomniałam sobie, że akurat tym określeniem przyjaciółka często komplementowała Harry’ego. Postanowiłam spróbować z innej strony. – Zawsze mi powtarzałaś, że wszystkiego w życiu trzeba spróbować, by z całą pewnością wiedzieć, że to nie to...
   - Spróbowałam... – w końcu się odezwała. „A więc jeszcze nie jestem bez szans...
   - Wiem... – ścisnęłam jej dłoń w pokrzepiającym geście. – I spodobało ci się...
   - To prawda – powiedziała, wzdychając. – Ja po prostu... On... Ja... – plątała się, próbując ubrać swoje odczucia w słowa.
   - Co się stało z moją przyjaciółką, która miała w głębokim poważaniu to, co myślą inni? – postanowiłam ją trochę przycisnąć. – Poddasz się tak bez walki? Pojedziesz do domu i będziesz go nieszczęśliwie kochała, płacząc nad tym, co mogłabyś mieć, gdybyś tylko zaryzykowała?
   - Nie kocham go... – szepnęła, ale nie trzeba było wykrywacza kłamstw, by wiedzieć, że nie jest to prawdą.
   - Alex – zmusiłam ją, by na mnie spojrzała. – Ja jestem ślepa, nie głupia.
   - Kocham go... – powiedziała łamiącym się głosem i przytuliła mnie do siebie.
   - Może powinnaś mu to powiedzieć? – dodałam cicho.
   - Już za późno...
   - Nieprawda – powiedziałam, całkowicie przekonana, że mam rację.
   - Nie widziałaś go, Kate... – pociągnęła nosem. – Zraniłam go... Bardzo...
   - On zrozumie, gdy wyznasz mu prawdę... – głaskałam ją po plecach, czując jak jej łzy moczyły mi bluzę.
   - Nie mogę... – jęknęła. – Sama wiesz najlepiej, że to nie jest takie proste...
   - Opowiedziałam wszystko Louisowi...
   - Co? – usłyszałam po chwili jej zdumiony głos. Odsunęła mnie od siebie na wyciągnięcie rąk. – Naprawdę to zrobiłaś... – powiedziała, a w jej głosie słyszałam to, jak bardzo jest ze mnie dumna. – Jesteś niesamowita... – przyciągnęła mnie do siebie i zamknęła w mocnym uścisku. – Mówiłam ci, że pewnego dnia... – teraz już nie byłam pewna, z jakiego powodu płacze.
   - Miałaś rację – uśmiechnęłam się. – Teraz ja ją mam...




   Wpatrywałem się w schody prowadzące na pokład i po prostu wiedziałem, że nie mogę tego zrobić. „Nie tak. Nie w ten sposób.
   - Teraz ty czekasz na specjalne zaproszenie? – zaśmiał się Niall, mijając mnie. Patrzyłem za nim i po prostu nie mogłem się zmusić, by wejść na pokład. Cofnąłem się do tyłu, wpadając na Liama.
   - Co ty wyprawiasz? Wchodź... – pchnął mnie do przodu, ale ja byłem jak przyrośnięty do betonu. Kręciłem głową. „Nie mogę tego zrobić...” – Harry?
   - Muszę wrócić... – powiedziałem bardziej do siebie niż do niego. – Muszę po nią wrócić...
   - Boże, co znowu? – głos Paula na chwilę mnie otrzeźwił. – Dlaczego nie wsiadacie?
   - Muszę wrócić do domu – mierzyłem się z nim wzrokiem, oddając swoją torbę Liamowi. – Muszę pojechać do domu. Dosłownie na pięć minut.
   - Harry... – w głosie menadżera pobrzmiewała groźna nuta. – Co się z tobą dzieje, do cholery?
   - Nie mogę lecieć – powiedziałem. – Nie mogę tego tak zostawić – próbowałem ominąć go łukiem, ale dłoń Liama, zaciskająca się na moim ramieniu, skutecznie mi to uniemożliwiła. – Puszczaj! – warknąłem. – Nigdzie nie lecę. Nie teraz – wyrwałem się i pognałem w stronę, z której dopiero co przyszliśmy. – Zarezerwuj mi najbliższy lot! – zawołałem, nie oglądając się za siebie. Przed lotniskiem wskoczyłem do pierwszej taksówki, nic sobie nie robiąc z tego, że zgarnąłem ją sprzed nosa starszej kobiecie. Paul dobijał mi się na komórkę, ale nie miałem teraz nastroju na rozmowy i słuchanie jego gróźb i pretensji.
   Wpadłem do domu, prawie wyrywając drzwi z zawiasów i przyprawiając Gemmę o niemały zawał. Rozejrzałem się dookoła.
   - Jest na górze – siostra posłała mi rozbawione spojrzenie. – Wiedziałam, że długo bez niej nie wytrzymasz, ale takiego wyniku, to nawet ja się nie spodziewałam – zaśmiała się. Coś tam jeszcze mówiła, ale ja już jej nie słuchałem. Pokonywałem po dwa schody na raz, byle tylko szybciej znaleźć się w sypialni.
   Otworzyłem drzwi, z hukiem wpadając do pokoju. Pierwsze co zauważyłem, to zapłakana twarz Alex i jej oczy, rozszerzające się ze zdziwienia.
   - Harry? – wyszeptała, wpatrując się we mnie, jakby nie wierzyła, że naprawdę przed nią stoję.
   - Nie mogę lecieć bez ciebie – powiedziałem, podchodząc do łóżka i zgarniając ją w ramiona. – To nie może się tak skończyć, rozumiesz? Nie tak, jakby to nigdy nic nie znaczyło...
   - Boże, Harry, co ty zrobiłeś? – patrzyła mi w oczy z przerażeniem, szukając w mojej twarzy odpowiedzi.
   - Uciekłem z lotniska – powiedziałem, ścierając kciukiem łzy z jej policzków. – Paul mnie zabije – uśmiechnąłem się. – Ale nie mogłem pozwolić, byś wyjechała. Nie teraz. Nie tak. Kocham cię, czy ty tego nie rozumiesz?
   - Ty idioto... – wyszeptała, wpatrując się we mnie, jakby wciąż nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę.
   - Oczywiście, że jestem idiotą – spojrzałem jej w oczy. – W końcu zakochałem się w wariatce... – zauważyłem delikatnie drżenie jej warg, jakby starała się nie uśmiechnąć. – Nie chcesz ze mną lecieć? W porządku. Nie chcesz tu zostać? Też dobrze. Jedź do domu. Zrób cokolwiek tylko chcesz, ale nie udawaj, że my nic nie znaczyliśmy... że ja nic nie znaczyłem... – kolejne łzy zalśniły w jej oczach. – Czy naprawdę nie możesz choć spróbować mnie pokochać?
   - Harry... – westchnęła i ukryła twarz w mojej koszuli.
   - Proszę, zostań ze mną... – łkała w moich ramionach tak, że cały się trząsłem.
   - Harry? Harry... – wpatrywałem się w nią i byłem coraz bardziej przerażony tym, że stopniowo zaczęła blednąć. – Hazz! – uderzenie w ramię przywróciło mnie do rzeczywistości. Gy ujrzałem przed sobą twarz Liama, autentycznie miałem ochotę się rozpłakać. – Harry?
   - Czego? – warknąłem na niego ze złością, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że to nie on jest winny temu, że się poddałem i nie wróciłem po nią, gdy jeszcze mogłem to zrobić...
   - Dojechaliśmy... – spojrzał na mnie z troską w oczach i zrobiło mi się jeszcze gorzej. Nie chciałem ich troski. Nie chciałem nic od nikogo. Chciałem tylko Alex. „I spieprzyłem to na całej linii, zostawiając ją... Jestem takim idiotą, że szkoda gadać...




   Kolejny wywiad. Siedzieliśmy ściśnięci na czerwonej kanapie, wpatrując się w parę przed nami. Wsłuchiwałem się w mężczyznę i sam już nie wiem, który raz, odkąd przylecieliśmy, żałowałem, że nie znam francuskiego. Kobieta cicho tłumaczyła nam wszystko, co mówi jej kolega.
   Spojrzałem na chłopaków i odetchnąłem z ulgą, że to nie jest wywiad dla telewizji. Wyglądaliśmy tak, że szkoda gadać. Brakowało nam Louisa i jego wiecznego optymizmu, niecierpliwego kręcenia się i ogólnie jego wesołej i głośnej osobowości. Czułem się dziwnie bez niego obok. I sądząc po minach pozostałych, oni myśleli podobnie. Bez Lou nie byliśmy sobą.
   Po standardowym powitaniu i wymianie uprzejmości, mogliśmy przejść do zadawania pytań i chyba nikogo nie zdziwił fakt, że pierwsze dotyczyło właśnie Louisa i jego nieobecności.
   - Na waszej stronie internetowej można przeczytać, że Lou z przyczyn osobistych dołączy do was później – tłumaczyła kobieta. – Czy możecie nam powiedzieć, co się stało?
   - Nie jest żadną tajemnicą, że Kate, dziewczyna Louisa, była w szpitalu – powiedziałem. – Cała sprawa wyglądała dość groźnie i doszliśmy do wniosku, że nie możemy go zmuszać, by ją zostawił w takim momencie. Nie chcieliśmy rozczarować fanów odwoływaniem przyjazdu, czy choćby przesuwaniem terminów i postanowiliśmy, że Louis dołączy do nas, gdy tylko Kate poczuje się lepiej.
   - Dziś rano z nim rozmawialiśmy i spodziewamy się ich w najbliższych dniach – dodał Zayn.
   - Czyli wszystko skończyło się dobrze?
   - Tak, na to wygląda – uśmiechnął się Niall, sięgając po wodę. – Katy czuje się już o niebo lepiej i lekarz zgodził się ją wypisać ze szpitala. Teraz to tylko kwestia czasu, kiedy przylecą do Francji...
   - Zayn, słyszeliśmy, że i ty wylądowałeś na ostrym dyżurze... Wszystko w porządku?
   - Tak, dzięki – wszyscy kręciliśmy się na kanapie, marząc, by to się jak najszybciej skończyło. – Miałem mały wypadek, ale obyło się bez poważnych obrażeń. Na szczęście mogłem przylecieć do Paryża z chłopakami.
   „Czy tylko mi się wydaje, że to najgorszy wywiad jak na razie w naszej krótkiej karierze?” westchnąłem zrezygnowany. Bez Louisa byliśmy ledwo cieniami samych siebie. I mimo iż już wiedzieliśmy, że nie mamy powodów do zmartwień, to jednak każdy z nas odetchnie z ulgą, gdy już będziemy w komplecie.
   Starałem się nadrabiać miną i odpowiadać jak najlepiej i najciekawiej na wszystkie pytania. Dzięki Bogu Niall i Zayn dzielnie mnie w tym wspierali.  Miałem nadzieję, że w trójkę udało nam się zamaskować fakt, że Harry nie odezwał się ani słowem, odkąd usiadł na tej kanapie. Wyglądało na to, że on też pozostał w Londynie. Przynajmniej duchem. „A już na pewno sercem...” dodałem, przypominając sobie moją ostatnią rozmowę z Danielle i jej rewelacje. Nie mogłem uwierzyć, że nie zauważyłem wcześniej tego, że Hazz zakochał się w Alex. Teraz to wydawało się takie oczywiste. Tylko jedno mi się nie zgadzało. Zdaniem Danielle, oboje wpatrywali się w siebie jak w obrazek, więc niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego on wygląda, jakby przepuszczono mu serce przez wyżymaczkę. „Czyżby dała mu kosza?




   - Wciąż nie mogę uwierzyć, że przyjechałeś aż do Londynu – powiedziała Kate, mocno zaciskając palce na mojej dłoni. Wiedziałem, że ją boli, ale dzielnie się trzymała. Zerknąłem na Alex. Myślami była chyba daleko stąd. W ogóle nie przypominała głośnej i wesołej dziewczyny, którą była jeszcze nie tak dawno. Nawet jej kolory wydawały się jakieś blade...
   - Przecież obiecałem ci twój pierwszy tatuaż – zaśmiał się Adam, pokrywając czarnym tuszem delikatną skórę Kate. Krzywiłem się za każdym razem, gdy pojawiała się krew. Chyba przeżywałem to bardziej niż ona. – I tak planowałem odwiedzić rodzinę, więc całkiem dobrze się złożyło, że Harry zadzwonił...
   - Strasznie się cieszę, że to akurat ty... – „No nie przesadzajmy...” spojrzałem na mężczyznę, który wydawał się bardziej niż zadowolony ze słów dziewczyny. „Jeszcze chwila i będę o niego zazdrosny...” objąłem Kate ramieniem w pasie, przypominając o swojej obecności. „Jesteś tak obrzydliwie oczywisty, stary...
   - Ja też się cieszę – „Przysięgam, że jeśli powie coś o byciu jej pierwszym, to dam mu po mordzie i nic mnie nie będzie obchodzić, że zrobił nam przysługę...” – że mogę zrobić twój pierwszy tatuaż. – „Idiota” podsumowało mnie moje drugie ja. – Zwłaszcza, gdy mi powiedziałaś, co on dla ciebie znaczy...
   - Powiedziała ci? – zdziwiłem się. – Dlaczego mi nie chciałaś...
   - Ty dowiesz się później – posłała mi jeden z tych swoich uśmiechów, od których miękły mi kolana i nic więcej nie potrzebowałem wiedzieć. „Przynajmniej w tym momencie.” Choć zżerało mnie z ciekawości. Już gdy zobaczyłem odbity wzór na jej skórze zastanawiałem się dlaczego postanowiła wytatuować sobie nie tylko motylka mamy, ale i dwa inne. Spojrzałem na Alex.
   - Tobie powiedziała? – zapytałem i wcale nie byłem zdziwiony, gdy pokiwała głową w potwierdzeniu. – Czy tylko ja nie wiem? – Zadowolone miny pozostałych mówiły same za siebie. – To niesprawiedliwe...




   - To była kompletna katastrofa – odezwał się Paul, gdy tylko zamknęły się drzwi za kolejnym dziennikarzem. – Co wy wyprawiacie? Wykrzesałbym więcej energii ze stuletnich staruszków! – Niall prychnął pod nosem, ale szybko mu przeszła wesołość pod twardym spojrzeniem menadżera. Ja nie miałem nawet siły się zaśmiać.
   - Przepraszamy – Liam, jak zawsze próbował wszystko naprawić. – Nie jesteśmy sobą...
   - Co ty nie powiesz? – zakpił mężczyzna. – Ja rozumiem, że jeszcze wczoraj martwiliście się o Kate i Louisa, ale dzisiaj?
   - Dziwnie tak bez niego... – odezwałem się, wzruszając ramionami.
   - To nie jest przedszkole, Zayn – Paul spojrzał na nas wymownie i było widać, że próbuje się uspokoić. – Macie swoje obowiązki. Z Louisem, czy bez, musicie je wykonywać.
   - Staramy się – bąknął Niall.
   - Właśnie widziałem, jak się staraliście. Zdziwiło mnie tylko, że facet nie sprawdził wam pulsu, tacy byliście żywi podczas rozmowy z nim – westchnął, zerkając na zegarek. – Zbierajcie się. Za godzinę musimy być na spotkaniu z fanami i lepiej żebyście wykrzesali z siebie więcej energii – spojrzał na Stylesa. – Harry, jestem pewien, że nie zabije cię, jeśli odezwiesz się od czasu do czasu...
   - Taaa... Jasne... – mruknął pod nosem Styles i powlókł się do samochodu, nie oglądając się na nikogo. Niall deptał mu po piętach, jakby po prostu chciał stąd jak najszybciej uciec.
   - Co mu się stało? – zwrócił się do nas Paul. Spojrzałem na Liama, szukając pomocy.
   - Alex... – przyjaciel wzruszył ramionami i poszedł za Harrym. Wymieniłem z menadżerem nic nie rozumiejące spojrzenie i poszedłem za resztą.




   - Powiedz mi... – zamknąłem drzwi i włączyłem alarm. Kate powoli wspinała się po schodach, uśmiechając się sennie. Marudziłem jej tak całą drogę do domu. „Albo i dłużej...” wtrąciło moje gorsze ja. Za każdym razem słyszałem to samo.
   - Za chwilę... – posłała mi zmęczony uśmiech, ale jednocześnie zatrzymała się, czekając aż do niej dołączę. Z lekką obawą wkroczyłem do sypialni, pamiętając w jakim stanie ją zostawiłem rano, ale na szczęście wszystko było już posprzątane i po niedawnym pobojowisku nie było już śladu. „Zdecydowanie komuś należy się premia...
   - Kiedy będzie to „za chwilę”? – marudziłem dalej, pomagając jej ściągnąć czarną bluzę. Skrzywiłem się widząc grymas bólu na twarzy Kate.
   - Za chwilę – powiedziała i skierowała się do łazienki, rozpinając po drodze dżinsy.
   - Będę mieć koszmary z tymi słowami w roli głównej! – krzyknąłem do przymkniętych drzwi. Jedyne co usłyszałem w odpowiedzi, to jej cichy śmiech. „Normalnie zaraz nie wytrzymam...” Rozebrałem się szybko do bokserek i ruszyłem do łazienki. – No powiedz...
   - Za chwilę – powiedziała, myjąc zęby. Choć mogłem się tego tylko domyślić, bo brzmiało to bardziej jak „za chłiłe”. Stanąłem za nią, przyglądając się jej odbiciu w lustrze. Była zmęczona, ale wcale mnie to nie dziwiło po takim dniu. Zdecydowanie potrzeba jej więcej odpoczynku, by doszła do siebie po ostatnich wydarzeniach. Była boso. Ubrana w krótką podkoszulkę. Chwyciłem za brzeg bluzki i podciągnąłem do góry. Tak, że po chwili musiała zrobić przerwę w szczotkowaniu zębów, bym mógł ją z niej rozebrać. Uroczy rumieniec pojawił się na jej policzkach powoli rozprzestrzeniając się na szyję i dekolt. – Lou... – szepnęła, a jej oczy „wpatrywały” się we mnie z lustra.
   - Powiedz mi... – musnąłem ustami skórę na jej karku. Biały opatrunek na plecach skrywał kolejną bliznę, którą miałem nadzieję, uda się zlikwidować tak, jak te wcześniejsze. Wpatrywałem się w tatuaż na jej barku. – Dlaczego trzy? – zapytałem ponownie. Jeden był idealną kopią tatuażu jej mamy, ale dwa kolejne były całkiem inne. Razem, o dziwo, tworzyły całkiem ładną całość. Rysunek był bardzo delikatny. Taki typowo dziewczęcy. „Zdecydowanie ładniejszy niż mój pierwszy tatuaż” zaśmiałem się pod nosem. Kate odwróciła się do mnie przodem, a moja uwaga natychmiast przeniosła się z jej pleców na piersi. Stanęła na palcach i przyciągnęła mnie do pocałunku.
   - Za chwilę – wyszeptała prosto w moje usta i wymaszerowała z łazienki, kręcąc tyłeczkiem, okrytym tylko koronkową bielizną. „I oczywiście nie mogło zabraknąć tych przeklętych kokardek” odetchnąłem głęboko, bo temperatura nagle jakby podskoczyła o kilka stopni. Umyłem szybko zęby i pognałem do sypialni.
   - Jesteś niemożliwa... – rzuciłem się na łózko i od razu przyciągnąłem ją do siebie, uważając, by nie zrobić jej krzywdy. – Już jest potem, później, za chwilę, zaraz i co tylko jeszcze... No powiedz w końcu... – jęczałem jak stara baba, ale po prostu aż skręcało mnie z ciekawości. Wtuliła się we mnie, przykładając ucho do mojej piersi. Uśmiechnąłem się. Uwielbiałem, gdy tak robiła. I wiedziałem, że teraz i ona się uśmiecha. – To nie fair...
   - Przepraszam... Po prostu chciałam już znaleźć się w domu... – powiedziała cicho. – A poza tym jesteś uroczy, gdy tak cię skręca z ciekawości – zaśmiała się. – Zachowujesz się wtedy jak Phoebe.
   - Ej! – oburzyłem się na to porównanie do najmłodszej siostry. – Wcale, że nie!
   - Trochę tak – zachichotała. – I ona dokładnie tak samo zaprzecza... To słodkie...
   - Jeszcze odszczekasz te słowa – powiedziałem, układając ją na plecach i pochylając się nad nią. Cienka, sprana koszulka delikatnie otulała jej piersi, nie zostawiając wiele dla wyobraźni. Muskałem ustami jej jedwabiste wargi, drażniąc ją, by ostatecznie przerodzić to w prawdziwy pocałunek. Pożądanie uderzyło we mnie niczym prawdziwy huragan, uświadamiając mi, co mogło się stać. Przez chwilę miałem wrażenie, że się duszę. Coś ścisnęło moje płuca nie pozwalając mi oddychać. Oparłem głowę na jej ramieniu, próbując dojść do siebie. Czułem drobne palce Kate, przeczesujące moje włosy, podczas gdy druga dłoń uspokajająco gładziła mnie po plecach.
   - Już dobrze... Już jesteśmy bezpieczni... – szeptała mi do ucha. „Znowu kradnie twoje teksty...” zabrzmiało w mojej głowie, ale odgoniłem tą myśl. Nie byłem w nastroju na żarty. Strach chwycił mnie za serce i czułem się, jakby to był zawał.
   - Boże... – jęknąłem, unosząc głowę, by spojrzeć w jej oczy. – Mogłem się stracić... Naprawdę mogłem cię stracić... – powiedziałem drżącym głosem, z trudem łapiąc powietrze. Przyciągnęła mnie do siebie i po chwili tuliliśmy się, jakby od tego zależało nasze życie. Czułem łzy na swoich policzkach, ale sam już nie wiem, czy to były moje, czy Kate. Serce waliło mi jak szalone i po prostu wiedziałem, że ona słyszy to głośno i wyraźnie. – Kocham cię, skarbie – wyszeptałem.
   - Ja ciebie też kocham, Lou... – ułożyła głowę na mojej piersi jakby wiedziała, że w ten sposób pomoże mi się uspokoić. Sam nie wiem ile tak leżeliśmy, ale w końcu moje serce wróciło do normalnego rytmu, a płuca znów pracowały bez zarzutu. Odetchnąłem głęboko. – To chcesz wiedzieć, co dla mnie znaczy ten tatuaż?


niedziela, 3 listopada 2013

80





   Kiwałem głową na powitanie mijanym pielęgniarkom, które posyłały mi przyjazne uśmiechy i przewracały oczyma, gdy pędziłem korytarzem w tak dobrze mi znanym kierunku. „Obładowany niczym wielbłąd.” Po chwili jeden z dwóch policjantów otwierał mi drzwi do pokoju Kate. Zamarłem w progu, widząc lekarza pochylającego się nad moją dziewczyną. Jej gołe nogi zwisały z łóżka. Nie mogłem nie zauważyć świeżych siniaków i zadrapań. „Żegnajcie miniówki...” zaśpiewało tęsknie moje wredne ja. „Naprawdę przydałby mi się sposób, by je uciszyć...
   - Można? – zapytałem, nie spuszczając wzroku z twarzy Kate. Malował się na niej tak dobrze mi znany upór. „Co tu się dzieje?
   - Całe szczęście, że pan jest – lekarz posłał mi wielce wymowne spojrzenie. – Może panu się uda przemówić narzeczonej do rozsądku. Powinna odpoczywać w łóżku, a nie szwendać się po korytarzach...
   Kate siedziała ze spuszczoną głową, zaciskając palce na szpitalnej koszulce i przygryzała wargę zawstydzona. Na policzkach jak zwykle w takich sytuacjach gościł dorodny rumieniec.
   - Jest pan pewien, że mówi pan o mojej dziewczynie? – uśmiechnąłem się, odkładając torby na fotel. – Moja Kate nigdy, przenigdy nie kłóciłaby się z lekarzem. Zresztą z nikim by się nie kłóciła. Jest najbardziej rozsądną osobą jaką znam... – zbliżyłem się do nich, objąłem mojego elfa ramieniem i ucałowałem w skroń. – A już na pewno nie urządzałaby sobie zakazanych wycieczek...
   - Chciałabym odwiedzić Marka... – powiedziała cicho. „I wszystko jasne...” westchnąłem. – Choćby na chwilę. Proszę...
   - Jest też najbardziej kochaną osobą jaką znam i zawsze troszczy się o przyjaciół – wzruszyłem ramionami i spojrzałem na lekarza. – I w takich wypadkach również bardzo upartą. Nie ma żadnej możliwości, by go odwiedzić? Mogę ją zanieść, jeśli nie wolno jej chodzić – zaofiarowałem się szybko. Wszystko, byle tylko sprawić przyjemność mojemu skarbowi.
   - Może chodzić – westchnął mężczyzna i widać było, że przegrywa tą batalię. – Choć wolałbym, by została w łóżku. Minęła dopiero doba, odkąd odzyskałaś przytomność – zerknął na Kate. – To nie czas na spacery...
   - Powiedział pan, że nic mi nie jest – upierała się Kate. Uśmiechnąłem się. Facet nie zdawał sobie sprawy, że jest na przegranej pozycji. Prawdę mówiąc byłem pod wrażeniem, że już wcześniej nie zażądała widzenia z Markiem. – Lou, proszę...
   - A miałem panią za taką potulną, cichą myszkę – widziałem kapitulację w oczach lekarza. – Żadnych spacerów – spojrzał na mnie. – Powiem pielęgniarce, by udostępniła wam wózek. I to ma być krótka wizyta. Zarówno wasz przyjaciel, jak i pani potrzebujecie odpoczynku.
   - Dobrze – Kate posłała mu przepiękny uśmiech, a on tylko pokręcił głową, pewnie wciąż nie wierząc, że dał się pokonać takiej drobnej osóbce.
   - Zajrzę do was później – po jego minie widziałem, że bardzo się stara zachować powagę, ale radość na twarzy Kate była zdecydowanie zaraźliwa. Wychodząc, szczerzył się niemiłosiernie i mamrotał coś pod nosem na temat upartych, małych pcheł...
   - Dzień dobry, kochanie – stanąłem przed nią i uniosłem jej twarz do pocałunku. Poczułem jak obejmuje mnie ramionami i przytula się z całej siły. – Tęskniłaś?
   - Bardzo...
   - Sama mnie wygoniłaś – przypomniałem jej o wcześniejszej rozmowie, która o mało nie zakończyłaby się naszą pierwszą kłótnią. Na szczęście chłopaki uratowali sytuację.
   - Wiem... – powiedziała cicho, delikatnie wzruszając ramionami. – Mieliście przecież wywiad. A skoro nie lecisz dzisiaj ze wszystkimi...
   - Nie musiałem... – przerwała mi, kładąc palce na moich ustach i posyłając mi delikatny uśmiech. „Znów się nakręciłem...” Odetchnąłem głęboko. – Dobra. Nie rozmawiajmy już o tym – zadecydowałem. – Przyniosłem te rzeczy, o które prosiłaś – złapałem ją za dłonie i przeraziłem się tym, jakie były lodowate. – Dlaczego nie mówisz, że ci zimno? Wskakuj pod kołdrę.
   - Ale...
   - Pójdziemy do Marka, jak nam pielęgniarka ten wózek przyprowadzi – powiedziałem, od razu domyślając się, co chce powiedzieć. – Ale nie musisz marznąć, czekając na niego – pomogłem jej ułożyć się na poduszkach. Widziałem grymas bólu na jej twarzy i musiałem zacisnąć zęby, by nie wyć ze złości. Wyjąłem z torby ciepłą bluzę i pomogłem jej się ubrać, uważając na ranę na plecach. – Te szpitalne piżamki są niczego sobie – zagwizdałem pod nosem, wpatrując się w rozcięcie z tyłu. Nie mogłem się powstrzymać, by nie wsunąć dłoni w takie jedno, które znajdowało się całkiem nisko. – Co my tu mamy... – szepnąłem jej do ucha. – A raczej czego nie mamy...
   - Louis! – Kate spłonęła rumieńcem, ale wesołe błyski w jej oczach były nad wyraz wymowne. Uśmiech rozświetlał jej zmęczoną twarz.
   - No już dobrze, dobrze... – poprawiłem jej bluzę na plecach. – Będę grzeczny. Na razie – dodałem uczciwie. – Przyniosłem ci herbatę i rogaliki na śniadanie.
   - Jesteś kochany... – szukałem w torbach wspomnianych smakołyków. Zerknąłem na dziewczynę przez ramię i szczerzyłem się jak głupi widząc, jak chowa nos w mojej bluzie i zaciąga się jej zapachem. „Boże, jak ja cię kocham, maleńka...




   Z trudem otworzyłem oczy. Powieki wydawały mi się ciężkie, niczym z ołowiu. Na szczęście widok zdecydowanie wynagradzał ten trud. Nie mogłem się nie uśmiechnąć na ten obrazek przede mną. Judy siedziała obok łóżka i w zamyśleniu bawiła się pierścionkiem zaręczynowym. Znałem ten gest bardzo dobrze. „Martwiła się...” Na jej twarzy widać było ogromne zmęczenie. Nie tylko mi wydarzenia ostatnich dni dały się we znaki. Telefon zawibrował. Jak zawsze z niedowierzaniem wpatrywałem się w jej smukłe palce, śmigające po klawiaturze komórki. „Co najmniej z prędkością światła...” uśmiechnąłem się pod nosem.
   - Z kim tak zawzięcie piszesz? – postanowiłem przerwać ciszę. Mój głos bardziej przypominał jakiś dziwny skrzek, niż to do czego byłem przyzwyczajony. Gardło piekło niemiłosiernie. „Jak jeszcze mnie jakieś przeziębienie dopadnie, to chyba się załamię...” jęknąłem.
   - Obudziłeś się! Nareszcie... – skoczyła na równe nogi i pochyliła się nade mną, muskając moje usta swoimi. W jej głosie było słychać ogromną ulgę. – Twoi rodzice chcą być na bieżąco – pomachała telefonem i schowała go do kieszeni dżinsów. – Jak się czujesz? Chcesz pić? – pokiwałem głową, wręcz marząc o czymś mokrym. – Zawołać pielęgniarkę?
   - Po co mi pielęgniarka, skoro mam ciebie? – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, odbierając kubek z wodą.
   - Wczoraj inaczej śpiewałeś? – trzepnęła mnie w ucho.
   - Za co to?! – oburzyłem się, choć wiedziałem, że z jej strony to tylko żarty.
   - Za to, że się wczoraj oświadczyłeś dwóm osobom za dużo...
   - Serio? – zaśmiałem się rozbawiony. – A chociaż jakieś fajne były, bo tak jakby nie pamiętam?
   - Lepiej dla ciebie, że nie pamiętasz – przytuliła się do mojego zdrowego boku. – Oświadczyłeś się swojej lekarce i temu dużemu pielęgniarzowi...
   - Facetowi? – spojrzałem na nią przerażony. Pokiwała głową, śmiejąc się ze mnie na całego. – Byłem naćpany. To się nie liczy – odetchnąłem z ulgą, gdy znalazłem dobre wytłumaczenie na wszystko. – Poza tym tylko pierwsze oświadczyny się liczą – uszczypnąłem ją w pośladek i śmiałem się z jej pisku.
   - No nie wiem, kochanie... – puściła mi oczko. – On wyglądał na całkiem zainteresowanego tą twoją propozycją...
   - Boże... – popisywałem się nadal moją grą aktorska. – Załatw mi wypis. Uciekamy, bo jeszcze obudzę się następnym razem w Vegas w różowym stroju Elvisa.
   - To by był widok – parsknęła śmiechem, przeczesując moje włosy palcami. – Chciałabym to zobaczyć – powiedziała. – Właściwie nawet zapłaciłabym, żeby to zobaczyć...
   - Ej! – oburzyłem się.
   - Cieszę się, że jesteś cały, skarbie – dodała po chwili już poważnym tonem.
   - Ja też się cieszę... Przepraszam, że cię wystraszyłem... – przyciągnąłem ją, zamykając jej usta pocałunkiem. Pukanie do drzwi oderwało nas od siebie. Policjant kiwnął głową przepraszająco i odsunął się, by kogoś przepuścić. Uśmiechnąłem się z ulgą, widząc Kate i Louisa.
   - Możemy wam chwilę poprzeszkadzać? – Lou wyglądał na szczęśliwego, choć zdecydowanie przemęczonego. Ciemne cienie pod oczyma bardzo przypominały mi te, które widziałem u Judy.
   - Jasne – wyszczerzyłem się, przenosząc spojrzenie na Kate. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że siedzi na wózku inwalidzkim. – Boże... – chyba właśnie serce mi stanęło. – Paul powiedział...
   - Nic mi nie jest, Mark – uśmiechnęła się nieśmiało i jakby na potwierdzenie, pomachała stopami w powietrzu. – Martwiliśmy się o ciebie...
   - Na pewno nic ci nie jest? – szukałem odpowiedzi na to pytanie lustrując ją z góry na dół, ale w za dużej bluzie i spodniach od piżamy, trudno było cokolwiek dostrzec. Dopiero, gdy Louis pokiwał głową, pozwoliłem sobie, by odetchnąć z ulgą. Oczywiście widziałem świeże siniaki i otarcia na jej twarzy i dłoniach, ale wiedziałem, że na plecach ma gorszą ranę.
   - Na pewno – powiedziała. – Choć nie pozwalają mi wychodzić z łóżka...
   - To tak jak mi – uśmiechnąłem się. – Oszaleć można...
   - Dokładnie.
   - Kate, musisz kogoś poznać – spojrzałem na narzeczoną. – To moja Judy.
   - Bardzo mi miło – dziewczyna ufnie wyciągnęła dłoń. Wprost nie mogłem uwierzyć, że to ta sama osoba, która trzęsła się ze strachu przy obcych. – Wiele o tobie słyszałam...
   - Cześć, Kate. Ja też o tobie tyle słyszałam, że mam wrażenie, iż znam cię od bardzo dawna...
   Nie minęły dwie minuty, a panie odkryły w sobie zamiłowanie do książek i pogrążyły się w rozmowie. Powinienem czuć się opuszczony, ale o dziwo sprawiło mi to wielką radość. Spojrzałem na Louisa, który wpatrywał się w Kate z miłością wymalowaną na twarzy. „Wpadł po uszy...
   - Na pewno wszystko w porządku? – spytałem go cicho, nie chcąc przeszkadzać naszym paniom. Kiwnął głową i przeniósł wzrok na mnie. – Mieliśmy dużo szczęścia. Oboje – powiedziałem, wzdychając. – Paul mówił, że dzisiaj wylatują do Francji. A kiedy ty lecisz?
   - Jeszcze nie wiem – wzruszył ramionami. – Mamy później rozmawiać z lekarzem. Zobaczymy co on powie... A co z tobą? Długo będą cię tu trzymać?
   - Wypiszą mnie za kilka dni, ale najpierw powiedzą mi co i jak z tą cała rehabilitacją. Zapowiada się ciekawie... Choć bez was będzie trochę nudno – spojrzałem na Kate. – Będzie mi brakowało takiego jednego małego elfa...
   - Odpoczniesz sobie od ciągłego niańczenia mnie – uśmiechnęła się dziewczyna. – Choć myślałam, że ty tylko tak straszyłeś z tym chorobowym. Gdybym wiedziała, że to tak na poważnie, to nie pozwoliłabym Danielle tak się nad tobą znęcać.
   - Już ci wierzę – parsknąłem, ściskając jej dłoń. – Nim się obejrzysz, będę zdrów jak ryba.
   - Mam nadzieję – wtrąciła się Judy, przysiadając na brzegu łóżka i splatając nasze dłonie.




   Nie mogłam oderwać on niego oczu. Najchętniej to uciekłabym jak najdalej stąd, by nie musieć patrzeć na to, jak odchodzi. „Beze mnie...” westchnęłam. „Dokładnie tak, jak sobie tego życzyłam, nieprawdaż?” Podziwiałam grę mięśni na jego plecach, gdy pochylał się nad torbą, pakując do niej ostatnie drobiazgi. „Tylko dlaczego to tak boli?” Wyprostował się i odwrócił w moją stronę. Ten błysk w jego zielonych oczach... Czułam, że robi mi się gorąco. „Na miłość boską, on tylko na ciebie spojrzał, idiotko.
   - Nie będziesz ciężarem, Alex... – powiedział, sama nie wiem, który już raz. Od wczoraj prowadzimy tą bezsensowną wymianę zdań, gdzie żadne z nas nie chce ustąpić. Tak bardzo chciałabym odpowiedzieć „tak” na wszystkie jego pytania i rzucić mu się w ramiona, jak w jakiejś dennej komedii romantycznej. „A potem żyli długo i szczęśliwie...” westchnęłam ciężko, bo wszystko co mówiłam, było tym, czego nie chciałam. „Dlaczego to takie trudne?” Spojrzałam mu w oczy i widziałam w nich nadzieję i nienawidziłam się za to, co zamierzałam z nią zrobić. „A może tym razem... Nie. Nie będzie kolejnego razu” obiecałam sobie chyba milionowy raz. „Wystarczy, że kolejny raz będę sklejać swoje serce” poczułam łzy pod powiekami i zamrugałam szybko, by je przepędzić. „Nie chcę sklejać również życia...
   - Nie chcę już o tym rozmawiać, Harry – westchnęłam. – Podjęłam już decyzję. Zajmijcie się lepiej Kate, jak już do was dojadą z Louisem. Żebyście jej przypadkiem nie zgubili w tej całej Europie – próbowałam żartować, ale wiedziałam, że nikogo to nie śmieszy. „Jak można się śmiać, gdy depcze się swoje uczucia?” – Jest już bezpiecznie – spojrzałam mu w oczy i marzyłam tylko o tym, by mnie przytulił. – Mogę wrócić do domu... – „Choć już sama nie wiem, gdzie jest mój dom...
   - Nie chcę żebyś wracała – podszedł do mnie i usiadł obok. Poczułam ciepło jego dłoni na swoich i chciałam tak siedzieć całe życie. – Proszę, zostań ze mną... Chociaż spróbuj. Pozwól mi sobie udowodnić, że może nam się udać...
   Wiedziałam, że mówi szczerze. Każde jego słowo było zabarwione tymi wszystkimi uczuciami, które miał dosłownie wymalowane na twarzy. Siedział przede mną z sercem na dłoni i ofiarowywał mi je w prezencie. A ja je deptałam, choć niczego bardziej nie pragnęłam. „Wybacz mi, Harry...
   - Przykro mi... – powiedziałam cicho. Patrzyłam na nasze splecione dłonie, bo bałam się spojrzeć mu w twarz. Bałam się, że zobaczę w niej miłość i zmienię zdanie. A przecież nie mogłam tego zrobić. – Przepraszam...
   - Ja też... – dodał po chwili, gdy cisza wręcz dzwoniła w uszach. Kciukiem muskał moją dłoń. Zebrałam się na odwagę, by na niego spojrzeć, ale tym razem to on opuścił wzrok. „Złamałam go, choć tak bardzo go kocham...” Zbierało mi się na płacz, a nie mogłam stąd uciec, by zaszyć się gdzieś i zalać się łzami. „Jestem żałosna...” – Przynajmniej zostań tutaj... Jeszcze na jakiś czas...
   - Chcę wrócić do domu – powiedziałam cicho. Miałam wrażenie, że kłamstwo w moim głosie jest widoczne, niczym olbrzymi neon nocą.
   - Ale... – spojrzał na mnie. Raniłam go, a on wciąż się o mnie martwił. „Nie zasługuję na niego...” – Jak sobie poradzisz? Ta noga...
   - Dam sobie radę. Coraz lepiej mi idzie z tymi kulami...
   - Nie zmienisz zdania, prawda? – wydawało mi się, że myślami jest daleko stąd. Tak jak ja. W takim lepszym świecie, gdzie nie bałabym się zaufać miłości i gdzie nie groziłoby mi złamane serce. Gdzie nikt nie powie mi, że muszę się zmienić, by pasować... „By mnie kochać...” Pokręciłam głową, bo słowa nie chciały mi przejść przez usta. Westchnął zrezygnowany. Poddał się, a wszystko we mnie wyrywało się do niego, krzycząc, by tego nie robił, by walczył do końca, by nie spisywał mnie na straty. Przecież ostatecznie chciałabym przegrać tą walkę... „Jestem popieprzona...” – Niech chociaż Gemma cię zawiezie – powiedział cicho. – Proszę...




   I znowu te słowa rozbrzmiały w mojej głowie sprawiając, że zamarłam przerażona. Było mi przeraźliwie zimno i cała trzęsłam się ze strachu.
   - Widzę cię...
   - Nie!!! – rzuciłam się do ucieczki. „Boże, to nie może być prawda.” Poczułam jak zaciska dłonie na moich nadgarstkach. – Nie!
   - Kate? Kochanie... Jesteś bezpieczna – usłyszałam głos Louisa i nagle to do mnie dotarło. „To tylko zły sen...” Rozpłakałam się z tej olbrzymiej ulgi, którą poczułam. – To tylko zły sen, skarbie. Jestem tu z tobą... Ciii... – usiadł na łóżku i przyciągnął mnie do siebie. – Jestem tu... Już wszystko dobrze...
   - Boże... – załkałam, pociągając nosem. – Myślałam, że on...
   - Wiem... – powiedział cicho, nie przestając głaskać mnie uspokajająco po plecach. – On już nic ci nie zrobi. Teraz już wszystko będzie dobrze...
   Trzęsłam się jak galareta. Non stop zadawałam sobie pytanie dlaczego, skoro już go złapali, te sny się nie mogą skończyć. Co gorsza, teraz nawiedzają mnie za każdym razem, gdy zamykam oczy. Wtuliłam się w Louisa, wdychając jego cudowny zapach i pozwalając, by jego ciepło wniknęło we mnie. „Z nim byłam bezpieczna...” powtarzałam sobie raz po raz. „Wszystko będzie dobrze...
   - Lou? – wyszeptałam z twarzą ukrytą w jego koszuli.
   - Tak?
   - Myślisz, że to już naprawdę koniec? – niby wiedziałam, że go złapali i ranny daleko nie ucieknie nawet gdyby próbował, ale mimo to potrzebowałam usłyszeć te słowa z ust człowieka, któremu bezgranicznie ufałam. Przez chwilę nie odpowiadał. Wiedziałam, że stara się ubrać myśli w słowa.
   - Już jesteś bezpieczna – powiedział w końcu. – Już nic nie może nikomu zrobić. Ale nie wiem, czy to już koniec, skarbie... Na pewno stanie przed sądem za to wszystko co zrobił, ale nie mogę ci obiecać, że nie będą chcieli z nami porozmawiać na jego temat...
   - O Lily... – wyszeptałam, a coś dosłownie ścisnęło mnie za serce.
   - I o tobie – dodał, odgarniając mi włosy z twarzy. – I o Alex... I o tym, co się wydarzyło w szpitalu... Ale mogę ci obiecać, że zrobię wszystko co w mojej mocy, byś już nigdy więcej nie musiała przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.
   - Dziękuję – wtuliłam się w poszukiwaniu ciepła. – Poleżysz ze mną?
   - Pielęgniarkom się to raczej nie spodoba... – zaśmiał się pod nosem, ostrożnie kładąc się na poduszce i przyciągając mnie do siebie. – Ale co to za życie bez odrobiny ryzyka...
   - Mój ty odważny chłopaku – zamruczałam pod nosem, układając głowę na jego piersi.
   - Tak, to właśnie ja – poczułam jego palce na twarzy, zakładające mi włosy za ucho. – Spróbujesz jeszcze trochę pospać?
   - Nie mogę spać – zadrżałam na samą myśl o kolejnym koszmarze, który pewnie stałby się moim udziałem.
   - To przez te sny, tak? – ujął moją dłoń i położył ją sobie na sercu. Czułam pod palcami, jak bije równym, mocnym rytmem.
   - Ostatnio ciągle go widzę – powiedziałam to tak cicho, że byłam prawie pewna, iż nie usłyszał. Ale gdy poczułam jego usta w moich włosach wiedziałam, że było inaczej. – Wystarczy, że zamkną oczy...
   - Czy... – usłyszałam, jak jego serce przyspieszyło. – Może chcesz o tym opowiedzieć? Może to coś da? Ostatnio chyba podziałało... – Denerwował się, a może po prostu bał się tego, co mogę powiedzieć...
   Zamarłam z „nie” na ustach. Bo w sumie... „Ja naprawdę się nad tym zastanawiam?” Obiecałam sobie i Alex, że opowiem mu wszystko pewnego dnia. „Ale...” Może to dobra okazja, by powiedzieć mu wszystko i zacząć od nowa? „Spróbować zapomnieć...” Leżeliśmy w ciszy. Louis, jakby wiedział, że nie potrzebuję kolejnych słów. Nie trzeba mi kolejnych zapewnień, bo sama jego obecność dawała to wszystko i o wiele więcej. Czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że jestem bezpieczna. Wszyscy moi bliscy mogli odetchnąć z ulgą, bo potwór został złapany. „Może to rzeczywiście najwyższy czas, by pożegnać się z przeszłością?




   Leżałem na plecach uparcie wpatrując się w biały sufit. Po godzinie mogłem odtworzyć każdą jego niedoskonałość. Wiedziałem już wszystko. Każdy obrzydliwy szczegół. Każdą myśl, wwiercającą się w moją głowę i rozdzierającą moje serce. Miałem wrażenie, że mogłem wręcz dotknąć ten strach i cierpienie. Opowieść Kate była przerażająca i sprawiła, że musiałem naprawdę mocno walczyć ze sobą, by nie wstać i nie ruszyć na poszukiwania tego zwyrodnialca. Miałem wielką ochotę zatłuc go na śmierć. Gołymi rękoma. To wszystko co zrobił... „Boże...” Za to nie było adekwatnej kary. Śmierć w takim wypadku wydawała się wręcz nagrodą. Przetarłem spuchnięte oczy. Piekły niemiłosiernie. Ze zmęczenia i od łez... Chyba nie da się obojętnie słuchać tej makabrycznej historii. Odetchnąłem głęboko, by się trochę uspokoić. „Gdyby jeszcze zadziałało...” Byłem przerażony faktem, że znam wszystkie tajemnice z przeszłości Kate i dumny, że postanowiła mi je zdradzić. „Tylko czy znajdę w sobie dość siły, by opowiedzieć to wszystko pozostałym?” Łzy spływały mi po twarzy, tworząc prawdziwy wodospad.
   - Lou? – głos Kate wyrwał mnie z objęć okropnych myśli.
   - Tak, skarbie?
   - Wszystko będzie dobrze... – uśmiechnąłem się, słysząc te słowa. „Jak ktoś może mieć w sobie tyle siły?
   - Znów kradniesz moje teksty, kochanie? – zachichotała, wtulając się w mój bok. – Już się wyspałaś?
   - Na razie... – mruknęła, ziewając. – Nie mogę uwierzyć, że to już koniec... – powiedziała po chwili. – Że już tu nie przyjdzie...
   Drzwi otworzyły się, poprzedzone cichym pukaniem. Ujrzałem lekarza, który uśmiechnął się pod nosem na nasz widok. „Cóż... te łóżka raczej nie są dwuosobowe...
   - Witam ponownie – podszedł do nas i odłożył jakąś kopertę na stolik. – Jak się czujesz, Kate?
   - Całkiem dobrze – chciałem się podnieść, ale od razu poczułem, jak drobne palce zaciskają się na mojej dłoni. W jej „spojrzeniu” czaił się strach. – Proszę, nie idź...
   - Nigdzie się nie wybieram, kochanie – uspokoiłem ją natychmiast i opadłem na poduszki, posyłając lekarzowi przepraszające spojrzenie. Pokiwał głową ze zrozumieniem i na szczęście powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarza.
   - Pozwolisz, że obejrzę ranę?
   Pomogłem zdjąć bluzę i wpatrywałem się w mężczyznę, prawie nie mrugając. W tej chwili naprawdę chciałbym wiedzieć, o czym myśli. Niestety nie mogłem nic wyczytać z jego twarzy.
   - Kiedy będę mogła iść do domu?
   - Aż tak ci się spieszy? – uśmiechnął się i zapisał coś w karce wiszącej w nogach łóżka. – Wszystko wygląda dobrze... Jeżeli przez noc nic się nie zmieni i obiecasz uważać na szwy, a także zmieniać opatrunki, to kto wie? Może całkiem niedługo cię wypuścimy?
   - Jutro? – dopytywała się Kate. – Czuję się dobrze. Naprawdę. A Louis ma ogromne doświadczenie w zmienianiu opatrunków...
   - Jedyne co mogę ci obiecać, to że porozmawiamy o tym jutro rano, dobrze? – poklepał ją po dłoni. – Młodzi... Zawsze wam tak śpieszno. Nie będę cię tu trzymał wbrew twojej woli, ale jeszcze jedną noc koniecznie musisz zostać. Wszystko wydaje się w porządku, ale wolę dmuchać na zimne, niż później pluć sobie w twarz, że coś zaniedbałem... Jutro zadecydujemy, dobrze?
   - Dobrze... – powiedziała cicho. – Dziękuję...
   - Właściwie to przyszedłem w innej sprawie – spojrzał na nas wymownie i sięgnął po tajemniczą kopertę. – Są wyniki badań, na które czekaliśmy... – poczułem, że Kate zadrżała i wtuliła się mocniej w mój bok. Nakryłem jej dłoń swoją, dając do zrozumienia, że nie ma się czego bać. Najważniejsze, że jesteśmy razem. – Niestety nie są dla mnie jednoznaczne...
   - Co to znaczy? – zapytałem wiedząc, że Kate raczej się nie odezwie.
   - To znaczy, że nie potrafię powiedzieć, czy da się coś zrobić, a jedynie, że jest szansa... – westchnął. – Czyli dokładnie tyle, ile mogłem powiedzieć, przed ich przeprowadzeniem... Jeżeli się zgodzisz, Kate, to chciałbym je wysłać do Szwajcarii. Jest tam lekarz, który zajmuje się takimi przypadkami i mógłby przejrzeć te wyniki. Jego opinia byłaby na pewno rzetelniejsza. W końcu jest światowej sławy specjalistą. A kto wie? Jeśli zainteresuje go twój przypadek, to może podejmie się też leczenia?
   Mężczyzna umilkł czekając na odpowiedź. Tym razem nie wypadało mi się odezwać, choć jeżeli ode mnie by to zależało, zawiózłbym te papiery jeszcze dzisiaj do tej Szwajcarii i wręczyłbym je facetowi osobiście. A potem jeszcze zagroził, że się nie ruszę o krok dopóki ich nie przejrzy.
   - Może pan je wysłać – usłyszałem słowa Kate i uśmiechnąłem się zadowolony. Wprawdzie w jej głosie nie było radości, ale i tak cieszyłem się tą szansą. Wierzyłem, że się uda, bo nikt, tak jak ona, na to nie zasługiwał. „Mogłem wierzyć za nas oboje...
   - Rozmawiałem z panem Higginsem i powiedział, że niedługo będziecie w Szwajcarii... Bo mniemam, że jak tylko wypuszczę panią ze szpitala, to dołączycie do przyjaciół...
   - Najszybciej, jak się da – Kate posłała mu delikatny uśmiech.
   - O ile będziesz mogła odbyć tą podróż, skarbie – dodałem szybko, trochę studząc jej zapędy. Ja też wolałem chuchać na zimne.
   - Nie widzę przeszkód, ale wrócimy do tej rozmowy rano, bo jeszcze mi uciekniecie w nocy i co ja potem zrobię? W każdym razie napomknę mu o tym, że będziecie w okolicy... Być może będzie chciał zbadać cię osobiście – skierował się do drzwi. – Zaraz przyślę pielęgniarkę, by podała środki przeciwbólowe i coś na sen. Nie da się ukryć, że przydałoby się wam trochę pospać. Obojgu – uśmiechnął się i opuścił pokój.




   - Uważaj na siebie, Młody – przytuliłam go z całej siły. Czułam, że tego potrzebował, choć to raczej nie w moich ramionach chciałby się znaleźć. – I dbaj o siebie. Wyglądasz jak siedem nieszczęść...
   - Tylko siedem? Dziwne... – sięgnął po torbę i uśmiechnął się smutno. – Czuje się na co najmniej dziesięć...
   - Wszystko się jakoś ułoży... – próbowałam go pocieszyć, ale oboje dobrze wiedzieliśmy, że to tylko puste słowa. – Może jeszcze zmieni zdanie... – dodałam cicho.
   - Jest uparta jak...
   - Jak ty? – dokończyłam za niego.
   - Taaa... Coś w tym stylu... – mruknął pod nosem i spojrzał tęsknie na schody. – Spróbuj ją jeszcze jakoś namówić, by została – powiedział otwierając drzwi. – A jeśli się nie da... – westchnął, przeczesując nerwowo włosy. – To odwieź ją bezpiecznie do domu...
   - Zrobię co w mojej mocy, ale sam wiesz... – rozłożyłam ręce w geście rozpaczy. Jeśli on jej nie przekonał, to dlaczego mi by się miało udać. W końcu nie jestem dla niej nikim ważnym.
   - Wiem... – przytulił mnie ostatni raz. – Po prostu dbaj o nią. Zobaczymy się niedługo...
   Odprowadzałam go wzrokiem aż do samochodu. W ostatniej chwili odwrócił się i mogę się założyć o wszystko, że spojrzał w okna sypialni na górze. Smutek zagościł na jego twarzy. Szybko nasunął na nos ciemne okulary i zniknął we wnętrzu czarnej limuzyny. „To było pożegnanie...” przeszło mi przez myśl. „Boże, dlaczego muszą wszystko tak utrudniać?
   Zamknęłam drzwi i wolnym krokiem zaczęłam wspinać się po schodach. „Muszę ją jakoś przekonać.” Stanęłam przed sypialnią Harry'ego i dosłownie zastygłam z ręką na klamce. „Nie mogę tam wejść. Nie teraz.” Usiadłam na ostatnim schodku i oparłam głowę o zimną ścianę. Zza drzwiami Alex szlochała tak bardzo, że pękało mi serce. Po chwili słone łzy spływały po moich policzkach. „Dlaczego to musi być dla nich takie trudne?




   - Dziękuję, Niall. Za wszystko. Wspaniały z ciebie przyjaciel...
   - Nie ma sprawy – usłyszałam głos Paula gdzieś w tle. – Muszę się zbierać. Zaraz wylatujemy.
   - Rozumiem... – powiedziałam, wzdychając ciężko. – Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy.
   - Ma się rozumieć – uśmiechnęłam się na samo brzmienie jego głosu. Niall był jak opoka. Na jego dobry humor zawsze można było liczyć. – Mam mu coś przekazać?
   - Nie trzeba – powiedziałam smutno. „Że go kocham... że tęsknię... że nie potrafię bez niego żyć... że nie chcę bez niego żyć...” – Cieszę się, że nic mu nie jest. Uważaj na niego, dobrze?
   - Jasne – po prostu wiedziałam, że szeroko się uśmiecha. Czasami też bym tak chciała... – Horan zawsze na posterunku.
   - Niall, rusz dupę! – usłyszałam krzyk Harry’ego. – Czekasz na specjalne zaproszenie?
   - Czekam, aż mi rozwiniesz czerwony dywan!
   - Pieprz się!
   - Na pewno nie z tobą! – odpowiedział mu przyjaciel. – To nie będzie wesoła wyprawa, to na pewno – mruknął chyba bardziej do siebie niż do mnie. – Muszę kończyć. Będziemy w kontakcie. Pa...
   - Pa – powiedziałam, ale chyba już mnie nie usłyszał. Wyjrzałam przez okno. Przede mną roztaczał się przepiękny widok. Doskonale zadbane ogrody, rozświetlone dyskretnie rozmieszczonymi lampami. I bezkresna woda, mieniąca się wręcz magicznym blaskiem. „Istny raj...” westchnęłam, ocierając kolejne łzy. „Nawet w raju można być nieszczęśliwym...
   Oparłam czoło o chłodną szybę. „Jak mogłam tak wszystko popsuć?” kolejny raz zadawałam sobie to pytanie. „Co jeszcze mogłabym zrobić, by to naprawić?” to również pojawiało się w mojej głowie bardzo często. Tylko że już nie miałam żadnych pomysłów. Nie chciałam się pogodzić z porażką, bo nie wyobrażałam sobie życia bez jego obecności w nim, ale wszystko skłaniało się ku temu, że to...
   - Nie, to nie może się tak skończyć – powiedziałam do swojego odbicia w szkle, z całej siły starając się uwierzyć, że jeszcze mogę coś zrobić, by naprawić to, co zniszczyłam. „Boże, niech nawet sobie kocha Kate, byle tylko do mnie wrócił... Może ja też ją pokocham tak jak on i wtedy wszystko zrozumiem...
   - Gadasz sama ze sobą, Pers? – zadrżałam, słysząc tylko pozornie rozbawiony głos Jade. Tak naprawdę rozbrzmiewała w nim ogromna troska. Ostatnio wszystkie się o mnie martwiły. Zresztą nie ma co się dziwić, dałam im sporo powodów do zmartwień. Odwróciłam się w jej stronę, wzruszając smutno ramionami. „W końcu co mogłam powiedzieć...” – Już czas... – powiedziała, czekając na mnie w drzwiach. „Już czas...” powtórzyłam w myślach. „Tylko na co?




   Leżałam wtulona w Louisa i przyjemne ciepło otulało mnie całą. Moja głowa unosiła się wraz z każdym jego oddechem, a przy uchu mocno biło jego serce. „Bezpieczna przystań...” uśmiechnęłam się, nakrywając jego dłoń swoją. „Został ze mną...” Zrobiło mi się smutno na myśl, że przyjaciele są tak daleko. Nie lubię pożegnań, choć oni sprawili, że to było wyjątkowo zabawne. Uśmiechnęłam się na wspomnienie rozerwanych siatek Harry’ego i żartów chłopców, którzy nie pozostawili na nim suchej nitki. Nabijali się z jego jeszcze gdy Paul poganiał ich do wyjścia.
   - Z czego się śmiejesz? – usłyszałam zaspany głos mojego chłopaka i poczułam jak przyciąga mnie do siebie. Po chwili jego usta musnęły moje. Ten delikatny dotyk wystarczył, by moja krew zawrzała. – A w ogóle to dlaczego nie śpisz?
   - Nie mogę... – wtuliłam się w niego i odruchowo obrysowywałam palcem skórę na jego przedramieniu w miejscu, gdzie powinien być tatuaż.
   - Zawsze mnie zadziwiasz, gdy to robisz... – powiedział cicho, napinając rękę. – Jak to możliwe? Nawet ja pewnie bym nie potrafił spamiętać co do milimetra w którym miejscu mam tatuaże...
   - Lata wprawy – uśmiechnęłam się. – I kwestia motywacji. Uwielbiam twoje tatuaże i uwielbiam cię dotykać...
   - Podoba mi się ta odpowiedź – zamruczał mi do ucha. – I też uwielbiam cię dotykać... – szepnął, muskając ustami skórę na szyi. Czułam, że moje tętno przyspiesza, a oddech się zmienia...
   - Lou... – próbowałam zwrócić jego uwagę, ale chyba postanowił mi udowodnić to, jak bardzo lubi mnie dotykać. – Louis! – pisnęłam, gdy poczułam jego ręce pod bluzą.
   - Hmmm... – zamruczał.
   - Przestań – wyszeptałam, by po chwili przygryźć wargę. Jeszcze trochę i będę tu jęczeć z rozkoszy. „Jejku, o czym ja myślę?” – Ktoś może wejść...
   - Może... – powiedział wzdychając ciężko i opadając na poduszki. – Masz szczęście, że nie jesteśmy w domu...
   - Nie nazwałabym tego szczęściem... – zadrżałam na samą myśl tego, co moglibyśmy robić, będąc teraz w naszej sypialni. Poczułam gorąco na policzkach.
   - Przestań – zaśmiał się, cmokając mnie mocno w usta. – Czerwienisz się. A to znaczy, że myślisz dokładnie o tym, co ja i jeśli nie chcesz, by nas ktoś nakrył na nieprzyzwoitych rzeczach, to natychmiast przestań...
   - Ups... – próbowałam się nie szczerzyć, ale naprawdę nie było to łatwe. – Myślisz, że wyjdę stąd rano? – próbowałam odwrócić swoje myśli na inne tory.
   - Nie wiem... To trochę szybko... A jak się czujesz?
   - Dobrze – westchnęłam. – Choć to pewnie zasługa środków przeciwbólowych...
   - A plecy? – zapytał cicho.
   - Mam takie wrażenie, jakbym miała naciągnięty mięsień, ale sama nie wiem... – wtuliłam się w jego bok. – Prawdę mówiąc myślałam, że rany postrzałowe są gorsze...
   - Zazwyczaj są... – poczułam jak zadrżał i byłam prawie pewna tego, o czym pomyślał. – Miałaś wiele szczęścia...
   - To prawda... – wsłuchiwałam się w ciszę, rozmyślając o tym wszystkim, co się wydarzyło. „Co teraz będzie?” Jakoś nie potrafiłam dopuścić do świadomości myśli, że to już koniec. Złapali go. Już nie będę się musiała obawiać, że skrzywdzi kogoś, kto jest dla mnie ważny. „Będę mogła po prostu żyć... Przestać się bać...” Uśmiechnęłam się na tą myśl. Już nie pamiętam kiedy, nie musiałam się bać. W głowie pojawiło mi się rozmazane wspomnienie rodziców i poczułam łzy pod powiekami. „Dlaczego tak ciężko jest pamiętać te ważne rzeczy?
   - Hej... – poczułam na policzkach gorące dłonie Louisa. – Dlaczego płaczesz, skarbie? Wszystko będzie dobrze... – przywarłam do niego, jakby był źródłem mojej siły. „A może rzeczywiście nim był?” – Co się dzieje?
   - Lou? – pociągnęłam nosem, zdając sobie sprawę, że niepotrzebnie się rozklejam.
   - Tak? – słyszałam w tym jednym słowie miłość i troskę. „Nie jestem sama” odetchnęłam głęboko. „Mam jego, Alex, Zayna, Nialla i resztę...” próbowałam się uspokoić. „Otacza mnie tylu ludzi. Oni pomogą mi nie zapomnieć...
   - Chciałabym sobie zrobić ten tatuaż...

niedziela, 27 października 2013

79


!!! Konkurs !!!
BLOG MIESIĄCA WRZEŚNIA




   - Naprawdę nie chcesz mnie bardziej zdenerwować, Kate – w każdym wypowiedzianym przez niego słowie czaiła się realna groźba, ale ja po prostu nie mogłam tego zrobić. „Szybciej puszczę pawia...” – Wiesz przecież, co cię wtedy czeka, prawda? – zadrżałam na samą myśl o ostatniej karze, której skutki wciąż jeszcze odczuwałam. – Podejdź tu... – jego złowieszczy ton nie zwiastował niczego dobrego. Rozważałam wszystkie za i przeciw. Nie chciałam się zbliżać do tego potwora, ale naprawdę nie wiedziałam ile jeszcze jego chorych kar jestem w stanie wytrzymać. – Nie powtórzę kolejny raz... – wściekłość była wręcz namacalna. Odkąd tylko trzasnął drzwiami, jakieś pół godziny temu, wiedziałam, że coś się stało. Coś musiało pójść nie po jego myśli, bo chyba jeszcze nigdy nie wydawał się aż tak wytrącony z równowagi. „Tym gorzej dla ciebie...” moje drugie ja raczej nie dodawało mi odwagi. Najczęściej szczycił się tym, że panuje nad wszystkim, że każdy chodzi jak w zegarku pod jego rozkazami... Usłyszałam świst jego ulubionej zabawki i strach przed bólem pchnął mnie do przodu. „Wszystko we mnie wołało, by się do niego nie zbliżać, więc dlaczego stawiałam kolejne kroki?” zastanawiałam się. „Bo jesteś tchórzem?” rozległo się w mojej głowie. – Grzeczna dziewczynka... – pochwalił mnie, a ja czułam do siebie tylko wstręt. „Jak długo jeszcze będzie mnie tu trzymać?” – Dobrze... – poczułam jego dłoń na moim udzie i cała się spięłam gotowa do ucieczki. – Mam przez ciebie same kłopoty... – powiedział, przesuwając skórzaną szpicrutą po moim ciele. „Czekałam aż zada mi ból. Przecież do tego to wszystko zawsze się sprowadzało...” – Policjanci kręcą się po ośrodku i zadają mnóstwo pytań na temat Lilith – zadrżałam, słysząc imię przyjaciółki, a pod powiekami momentalnie poczułam łzy. – Chodzą słuchy, że mogą mnie zawiesić na czas prowadzenia śledztwa – prawie wypluł te słowa. – Mnie zawiesić? – powtórzył, ściskając z całych sił moją rękę i zmuszając do uklęknięcia przed nim. „Boże, tylko nie to...” błagałam, pamiętając, co stało się poprzednim razem. – Straciłem przez ciebie moją zabawkę, więc teraz ty musisz zająć jej miejsce. Wiesz, co masz robić.... – moja głowa odskoczyła do tyłu, gdy uderzył mnie w policzek pokrytym skórą prętem. Zrobiło mi się niedobrze, kiedy zdałam sobie sprawę, do czego ten zboczeniec zmuszał Lily. „Biedne dziecko...” – Naprawdę nie chcesz mnie dzisiaj bardziej zdenerwować, Kate... – „Nie mogę tego zrobić...” Było mi słabo na samą myśl o tym, czego on ode mnie oczekiwał. Nie mogłam się ruszyć, a przecież powinnam uciekać. Słyszałam koło ucha przeraźliwy świst narzędzia do zadawania bólu i tylko czekałam momentu, w którym przeszywające razy spadną na moje ciało. – Ogłuchłaś?!? – zacisnął palce na moim karku i przyciągnął mnie do siebie. Zawartość żołądka niebezpiecznie mi się podniosła, gdy poczułam, że moja twarz zatrzymała się na jego brzuchu. Próbowałam się od niego odepchnąć, gdy zdałam sobie sprawę, że siedział przede mną nagi. „Proszę, nie...” Jego dłoń trzymała mnie w żelaznym uścisku, zmuszając do wykonywania poleceń. „Ale ja naprawdę nie mogłam... Nie potrafiłam...” Mdliło mnie od samego jego smrodu i nie dopuszczałam do siebie myśli, że właśnie do tego zmuszał Lily. – Nie mam dziś nastroju na te twoje gierki, Kate... – warknął, smagając mnie po plecach swoją perwersyjną zabawką. – Podoba ci się, gdy muszę cię ukarać? To dlatego to robisz? Sprawia ci to przyjemność? Bo jeszcze chwila i właśnie to cię czeka... – miałam wrażenie, że strach wręcz odciął mi jakąkolwiek zdolność myślenia. Nie byłam w stanie nic zrobić. Klęczałam z głową przy jego podbrzuszu i trzęsłam się z przerażenia. Zapach jego spoconego ciała przyprawiał mnie o mdłości. Chwycił moją dłoń i zmusił mnie bym zacisnęła ją na jego penisie. Łzy płynęły po moich policzkach, ale przecież dla niego, to był tylko kolejny dowód na to, że wygrał. Gdy chciałam się odsunąć, tylko nakrył moje palce swoimi i już nie było ucieczki. Przesuwał naszymi dłońmi po swoim wzwodzie, ciężko dysząc nade mną. – O, tak... – westchnął. Poczułam jak jego dłoń przyspiesza, zmuszając moją do tego samego. Szarpnęłam się do tyłu, a jedyne co osiągnęłam, to okropny ból, gdy owinął sobie moje włosy wokół drugiej ręki i odchylił mi głowę do tyłu, prawie łamiąc mi kark. Poczułam jego oddech na twarzy. – A teraz wiesz, co dalej... – zaczęłam kręcić głową, zalewając się łzami. – Nie pogrywaj ze mną, Kate – zagroził. – Bądź grzeczna i rób co do ciebie należy... – uwolnił moją dłoń. Przez myśl mi przeszło, że teraz będę ją musiała odkazić po tym, jak go dotykałam. Prawie wyrwał mi włosy, przyciągając moją głowę do swojego podbrzusza. „Boże, nie potrafię... Nie dam rady...” łkałam wiedząc, że mu się to nie spodoba i najpewniej znów mi się za to oberwie.
   - Nie potrafię, przepraszam... – zalewałam się łzami, kręcąc głową i próbując się wyswobodzić z jego żelaznego uścisku. – Przepraszam... Nie umiem... Ja... Nie mogę...
   - Przestań skomleć!!! – krzyknął i wymierzył mi siarczysty policzek. – Liczę do trzech i albo się „naumiesz”, albo sam cię nauczę – usłyszałam świst i skórzana laska opadła na moje obolałe plecy. – Myślę, że jesteś na tyle mądra, iż wiesz która opcja będzie dla ciebie lepsza...
   - Nie mogę... – kręciłam głową, spinając się w oczekiwaniu na kolejne uderzenia. Nie nadeszły. Zamiast tego wściekłe szarpnięcie rzuciło mną na łóżko i nim zdołałam zorientować się, co się stało, on już na mnie leżał, wciskając mnie w materac. „Boże, nie!
   - W czym niby jesteś lepsza od Lilith, co? – warknął mi do ucha. – Wiesz co was tylko różni? Ona wiedziała, że nie ma wyjścia i pogodziła się z tym. Dość szybko, muszę dodać... – „Nieprawda! Nigdy w to nie uwierzę!” – Zrobiłaby wszystko, byle tylko mnie nie rozzłościć. Za to ty robisz wszystko, bym musiał cię ukarać... – boleśnie wgryzł mi się w ramię. – Tylko zapominasz o jednym... Twoje stawianie się sprawia, że pragnę cię jeszcze bardziej...
   - Nie... Proszę... – miałam wrażenie, że jego ręce są dosłownie wszędzie. Jakimś cudem był w stanie obmacywać mnie i trzymać, bym mu nie uciekła. Czułam, że to, co powiedział to prawda. Twardy dowód na to ocierał się o moje majtki. „Boże... Nie...” łkałam. Nie potrafiłam skupić się na tyle, by zacząć logicznie myśleć. Rządził mną strach, a jak wiadomo, to nigdy nie jest dobry doradca. – Przestań... Błagam...
   - Jeszcze... – wysapał mi do ucha. – Proś mnie jeszcze... Nawet sobie nie wyobrażasz jak to na mnie działa... – zacisnął dłoń na mojej piersi. – A może pokrzyczysz trochę dla mnie? – powiedział i boleśnie przygryzł sutek. Jęk bólu wypełnił pomieszczenie. – Jeszcze – zażądał i uderzył mnie w twarz. – Jeszcze!
   - Proszę, przestań... – załkałam, trzęsąc się ze strachu i obrzydzenia. Do niego. Do siebie. Nawet do Lily. Nienawidziłam go z całego serca, ale równie mocno nienawidziłam teraz jej i siebie. A potem było mi wstyd, bo obwiniałam dziewczynę, którą skrzywdził w najokrutniejszy ze znanych mi sposobów.
   - Sama tego chciałaś... – sapał mi nad uchem. – Proszę... Przestań... – naigrawał się ze mnie, parodiując moje błagania. – A co jeśli nie przestanę? – warknął, rozrywając cienką bluzkę, którą miałam na sobie. – Co mi takiego zrobisz, Kate? Utopisz mnie w swoich łzach? A może poskarżysz się mamusi? – boleśnie uszczypnął moją pierś. – A zapomniałem... Przecież ty nie masz się komu poskarżyć... Jesteś sama... – każde jego słowo raniło, ale to było nic w porównaniu z bólem, jaki zadawały jego zęby i dłonie. – Już nie prosisz? A zaczęło mi się to podobać... – zaciskałam uda z całej siły, by uniemożliwić mu zdjęcie ostatniego elementu mojej garderoby. Czułam, że przegrywam i nienawidziłam siebie za to. – Zaraz będziesz bardzo żałowała straconej szansy...
   - Zrobię to! – załkałam licząc, że przestanie. „Jesteś żałosna” powiedziało moje drugie ja. – Zrobię to... Proszę... Tylko przestań...
   - Co takiego zrobisz, Kate? – nie zamierzał mi niczego ułatwić. – Co dokładnie zamierzasz zrobić?
   - T-to, co chciałeś... – wyszeptałam, ciesząc się, że chwilowo przestał dobierać mi się do majtek. „Na jak długo?
   - Co takiego? – napawał się swoją wygraną. – Co takiego od ciebie chciałem?
   - B-bym... bym... – nie mogłam wydusić z siebie nic więcej. „Boże, nie przejdzie mi to przez gardło...” Przerażenie owinęło dookoła mnie swe ramiona. Nie potrafiłam dokończyć tego zdania. „Nie chciałam go dokończyć...” Jakby fakt, że nie wypowiem tego na głos miał sprawić, iż to będzie mniej prawdziwe. Sięgnęłam dłonią między jego uda, zaciskając z całej siły oczy i usta i modląc się, bym dała radę to zrobić. Objęłam jego przyrodzenie palcami i poruszałam po nim tak, jak robił to wcześniej. I chciałam umrzeć. Chciałam zamienić się z Lily. A gdy zdałam sobie sprawę, o czym właśnie myślałam, zrobiło mi się niedobrze. „Lily nie żyje i całkiem możliwe, że niedługo do niej dołączysz, głupia...
   - Nie tego chciałem, Kate... – powiedział po chwili, w towarzystwie cichych westchnień. Przewrócił się na plecy i pchnął mnie między swoje rozstawiona nogi. – Nie zgrywaj głupszej niż jesteś. Wiesz, czego chcę... No dalej... Przecież nie chcesz mnie zezłościć... – powietrze świsnęło mi koło ucha i po chwili skórzana laska ponownie boleśnie przywitała się z moją twarzą. – A może chcesz?
   - N-nie chcę, p-panie dyrektorze... – szepnęłam, połykając łzy i pochylając się nad nim. „Nie potrafię tego zrobić...” walczyłam sama ze sobą. „Potrafisz, od tego wszystko zależy...” Zrobiło mi się niedobrze na samą myśl, że miałabym to wziąć do buzi. „Przecież to jest obrzydliwe... On jest obrzydliwy...” Kolejne uderzenie wyrwało jęk bólu z moich ust. Ujęłam go w dłoń i pochyliłam się jeszcze niżej. Poczułam zapach jego ciała i zawartość żołądka przypomniała mi o sobie dość gwałtownie. „Boże, nie mogę...
   - Twoje usta, Kate. To one mnie interesują... – powiedział. – One i to, co z nimi zrobisz, gdy już otoczysz nimi mojego penisa, a twoja dłoń przyda się tutaj... – nakierował moje palce poniżej i już po chwili ściskałam w dłoni... – Delikatnie! – kolejne uderzenie. Tym razem w głowę. „Nie mogę...” poddałam się. „Możesz, inaczej on nas zabije...” odezwało się moje drugie ja. „Niech tak będzie...” westchnęłam. Nie miałam już siły z nim walczyć, ale nie mogłam tego zrobić. „Wolałabym umrzeć...” Walcząc z myślami, mimowolnie zacisnęłam dłoń na jego pomarszczonych klejnotach. – Mówiłem, delikatnie! – uderzył mnie jeszcze raz, ale ja jakbym nie słyszała, zaciskałam dłoń tylko mocniej i mocniej, trzęsąc się ze strachu i połykając łzy. Wiedziałam, co mnie czeka.
   - Nie potrafię... – kręciłam głową, a moje palce zaciskały się jeszcze bardziej.
   - Oszalałaś! Puszczaj! – kolejne uderzenia spadały na moja głowę i ramiona. W końcu udało mu się zepchnąć mnie z łóżka. Zaryłam twarzą w drewnianą podłogę, zdzierając skórę prawie do krwi. – Ty idiotko! Jesteś do niczego! – szpicruta świsnęła w powietrzu i spadła na moje nagie plecy. – Nawet do pieprzenia się nie nadajesz! Tak chcesz ze mną pogrywać? – kolejne razy orały mi skórę, paląc żywym ogniem. – Już ja cię nauczę, że ze mną się nie zadziera! – machał skórzaną laską tak szybko, że pomieszczenie wypełnił świst przecinanego powietrza i jego przyspieszony wysiłkiem oddech. Czułam jak coś spływa mi po bokach i po prostu wiedziałam, że to krew. Chciałam błagać, by przestał, ale z drugiej strony wolałam to, niż udział w jego chorych fantazjach. „Tak po prostu się poddasz?” moje drugie ja było zdecydowanie silniejsze ode mnie. Ja przecież już dawno się poddałam. Byłam tchórzem. – Zabiję cię za to, ty mała suko! – kopał mnie, nie przerywając okładania swoim ulubionym narzędziem tortur. Miałam wrażenie, że tnie moją skórę niczym nożem. – Zabiję...




   - Czego mi nie mówisz, Harry? – usłyszałem słowa Alex. „Od kiedy ta dziewczyna zna mnie lepiej niż inni?” – Musi być coś więcej...
   - Wciąż nic konkretnego... – westchnąłem, pocierając kark, jakby to miało odgonić zmęczenie. – Przewieźli Kate do sali pooperacyjnej. Lekarz powiedział, że wszystko przebiegło dobrze. Kula utknęła dość płytko i nie było żadnych komplikacji, ale najważniejsze, by się szybko obudziła...
   - O czym nie mówisz? – upierała się przy swoim.
   - Mieliśmy moment rodem z horroru, gdy pielęgniarka przyszła nas powiadomić o wyniku operacji i zaczęła słowami „przykro mi”...
   - Boże... – słyszałem jak gwałtownie wciąga powietrze.
   - Dokładnie – przytaknąłem. – Mało ducha nie wyzionąłem, a Louis chyba przeszedł zawał...
   - Chodziło o Marka? – zapytała z troską.
   - Nie – powiedziałem krótko. – O to, że było jej przykro, iż tak długo musieliśmy czekać na jakiekolwiek wiadomości... Dasz wiarę? Oni powinni mieć jakieś szkolenia z tego, jakich słów nie należy używać...
   - Ja pierdolę... – odetchnęła z ulgą. – Co za idiotka... A co z Markiem?
   - Wyliże się z tego, choć stracił sporo krwi – powtarzałem słowa kobiety. – Dostał w bark, ale kula przeszła na wylot. Z jej słów wynikało, że to chyba dobrze... Podobno czeka go długa rehabilitacja, ale jest już przytomny... Właśnie rozmawia z policją. Paul z nim jest. Może powie nam potem coś więcej. Teraz jeszcze tylko Kate musi się obudzić... – westchnąłem, ściszając głos, by niepotrzebnie nie dołować Louisa.
   - A on? – zapytała drżącym głosem.
   - Żyje – to słowo zabrzmiało w moich ustach niczym najgorsze przekleństwo. – Strzelanina w szpitalu i cała londyńska policja postawiona na nogi – zakpiłem. – Zaklinają się, że tym razem im się nie wymknie i jak tylko będzie można, przewiozą go do więziennego szpitala...
   - Oby jak najszybciej... – nie mogłem nie usłyszeć westchnienia ulgi w głosie przyjaciółki, a także potężnego ziewnięcia, które nastąpiło chwilę później.
   - Idź spać, Alex – powiedziałem miękko. – Zadzwonię, gdyby cokolwiek się zmieniło...
   - Poczekam na ciebie...
   - Nie musisz...
   - Wiem... – powiedziała i po chwili dodała cicho. – Ale chcę...




   - Dlaczego nie mogę do niej wejść? – Louis męczył tym pytaniem wszystkich dookoła. Zarówno nas, jak i personel szpitala. Na szczęście wszyscy mieliśmy dla niego dużo cierpliwości. – Przecież to bez sensu...
   - Lou, spróbuj się uspokoić – Harry otoczył go ramieniem i posłał przepraszające spojrzenie pielęgniarce, nad którą przed chwilą pastwił się Louis. – Zaraz do niej pójdziesz. Daj im się zatroszczyć o Kate. Słyszałeś co powiedział lekarz... – tłumaczył jak małemu, upartemu dziecku, ale o dziwo, przyniosło to pożądany efekt. – Jak już ją przeniosą do sali pooperacyjnej i zrobią te jakieś badania, to ktoś po ciebie przyjdzie...
   - Ale to było godzinę temu!
   Zerknąłem na zegarek wiszący na ścianie, ale darowałem sobie komentarz, że minął zaledwie kwadrans. Otoczyłem Danielle ramionami i próbowałem z całej siły nie zasnąć. Z każdą minutą robiło się to coraz trudniejsze.
   - Pan Tomlinson? – starsza pielęgniarka weszła do pokoju i spojrzała na Louisa, uśmiechając się ciepło. Przyjaciel zerwał się z krzesła tak szybko, że o mało nie przypłacił tego życiem, potykając się przy okazji o wyciągnięte nogi Harry’ego. – Może pan już wejść do narzeczonej...
   Lou uśmiechnął się do nas, pospiesznie wychodząc za kobietą. Wiedzieliśmy, że nikogo więcej do Kate nie wpuszczą. Przynajmniej dopóki jej stan nie ustabilizuje się na tyle, by przenieść ją na normalny oddział pourazowy. Przed nami długie czekanie...
   - Louis poszedł do Kate? – odezwał się Paul, ledwo stanął w drzwiach. – Powiedzieli coś jeszcze?
   - Na razie nie – westchnął Niall, przeciągając się i strzelając stawami. – A co z Markiem?
   - Całkiem nieźle się trzyma. Dali mu coś na sen, choć wyglądał jakby i bez tego mógł przespać z tydzień – menadżer zajął jedyny wolny fotel. – Policja spisała jego zeznania. Razem z tymi Zayna i z nagraniami z monitoringu mają wszystko, co im potrzeba. Przynajmniej tak twierdzą. Facet podobno wciąż jest nieprzytomny, ale na wszelki wypadek przykuli go do łóżka. Zarzekają się, że im nie ucieknie...
   - Oby – krótko skomentował Harry. – Zrobiła się z tego taka afera, że gdyby jakimś cudem im nawiał, to nie chciałbym być w ich skórze...
   - Dla nas tym lepiej – odezwała się Danielle, ściskając moją dłoń. – Teraz w końcu będzie można żyć normalnie... Trochę monotonii nie zaszkodzi.
   - A propos normalności... – Paul spojrzał na nas wymownie i już wiedziałem, czego będzie się tyczyć ta rozmowa. – Wiem, że to może nie najlepszy czas na to, ale musimy postanowić coś w sprawie trasy po Europie.
   - Louis nie pojedzie bez Kate – odezwał się cicho Harry. – A przynajmniej nie, dopóki nie będzie miał pewności, że nic jej nie grozi...
   - Wiem, ale lekarze są dobrej myśli i uważają, że ona szybko się obudzi... – Paul spojrzał na Zayna, który mimo tego, iż nie wyglądał najzdrowiej, to trzymał się chyba lepiej od nas. Pewnie dlatego, że jako jedyny przespał kilka godzin. – Myślę, że będziemy musieli wyjechać bez Lou, ale miejmy nadzieję, że szybko do nas dołączą z Kate. Pytanie, czy ty, Zayn, dasz radę z nami jechać, czy potrzebujesz kilka dni...
   - Polecę z wami – ziewnął, ale zaraz chwycił się za żebra. – Nie żebym już kiedyś nie był w takim stanie... Poradzę sobie. A skoro ma nie być Louisa, to chyba wypada, żebyśmy chociaż my trzymali się razem...
   - Kiedy musimy wyjechać? – zapytałem, przytulając moją dziewczynę. Nie chciałem się żegnać.
   - Pierwsze spotkanie macie w poniedziałek o dziesiątej – powiedział Paul. – Dzwoniłem na lotnisko. Możemy lecieć albo bardzo wcześnie rano, albo w niedzielę na wieczór...
   - Jak bardzo wcześnie rano? – Harry jak zwykle był zmartwiony wstawaniem o nieludzkich, według niego, godzinach.
   - Bardzo – menadżer posłał mu wesołe spojrzenie. – Za piętnaście szósta musielibyśmy już być na lotnisku...
   - Boże... – westchnął Hazz. – Trzeba było od razu powiedzieć, że to jeszcze noc...
   - No to już wiemy za czym ty głosujesz – zaśmiał się Niall. – Choć to zawsze kilka godzin więcej, które będziesz mógł spędzić z Alex – puścił mu oczko, a wszyscy spojrzeliśmy z zainteresowaniem na Harry’ego, ciekawi jego reakcji na te słowa. O dziwo, nic nie skomentował, a jedynie westchnął ciężko. „Co tam się dzieje między nim a Alex?” kolejny raz to pytanie zaświtało mi w głowie.
   - Musimy dzisiaj podjąć decyzję, by zdążyć wszystko zorganizować – Paul ponaglał nas do działania.
   - Dziwnie tak lecieć bez Louisa i Katy... – odezwał się Niall po chwili. – Łatwiej byłoby podjąć jakąkolwiek decyzję, gdybyśmy wiedzieli, że naprawdę już nic jej nie grozi...
   Horan idealnie ubrał w słowa moje myśli i widząc, jak pozostali kiwają głowami, nie tylko moje. Paul westchnął ciężko. Ostatnimi czasy nie miał z nami łatwo. Ale teraz w końcu wszystko zmierzało ku dobremu. „O ile tylko Kate naprawdę nic nie będzie...




   Sam nie wiem, ile już tu siedziałem, wpatrując się w Kate. Komórka padła mi już jakiś czas temu, a o dziwo, w sali nie było żadnego zegara. „Wygląda jakby spała...” zauważyłem, delikatnie odgarniając kilka kosmyków z jej policzka. Była nienaturalnie blada, ale czy nie zawsze tak jest w szpitalnym otoczeniu? Widziałem na jej ciele ślady, które zrobił jej ten psychopata i krew we mnie zawrzała. Starałem się nie myśleć o nim i o tym, co bym mu zrobił. Nie chciałem złych myśli obok niej. Chciałem mieć głowę wypełnioną tylko miłością do niej.
   - Tak bardzo cię kocham, skarbie... – wyszeptałem, ostrożnie sięgając po jej dłoń. Jej skóra była tak delikatna, jak zapamiętałem. Przymknąłem oczy, rozkoszując się wspomnieniami jej dotyku. – Obudź się, proszę... – powiedziałem, przyciskając usta do jej dłoni. Który to już raz siedziałem przy niej i modliłem się, by wszystko było dobrze? Mam nadzieję, że ten, tam na górze, nie ma żadnych limitów na cuda. „Teraz bardzo przydałby się jeden.” W pewnym momencie przyszła pielęgniarka i zaczęła się krzątać wokół Kate. Byłem jej wdzięczny, że nie kazała mi stąd wyjść. Nie wiem, czy dałbym radę się ruszyć. – Jestem przy tobie, kochanie... – wpatrywałem się w jej twarz i miałem dziwne wrażenie, że coś jej się śni. Coś niedobrego... – Jestem tutaj... – poczułem drżenie jej palców i gwałtownie zerwałem się z krzesła. – Kate? Słyszysz mnie? – ściskałem jej dłoń i szukałem w twarzy jakiejkolwiek reakcji. Pielęgniarka spojrzała na mnie z troską w oczach.
   - Obudzi się – powiedziała. – Musi tylko znaleźć drogę z powrotem...
   - Jestem pewien, że poruszyła palcami – wyszeptałem, wciąż nie spuszczając wzroku z mojej dziewczyny.
   - To całkiem możliwe – kobieta posłała mi delikatny uśmiech. – I to dobry znak. Na pewno się obudzi. Jest silna i z tego, co opowiadają pana koledzy, bardzo waleczna.
   - To prawda... – opadłem na krzesło. Byłem... sam nie wiem... „Trochę rozczarowany?” Tak bardzo bym chciał, by stał się ten cud. Po chwili zostałem sam z Kate. Po głowie chodziło mi tak wiele myśli, że gdybym chciał je wszystkie spisać, pewnie brakłoby mi życia. – Nigdy nie miałem kogoś takiego jak ty, skarbie – próbowałem ubrać niektóre moje uczucia w słowa. – Nigdy nie czułem się tak kochany. Przez kogokolwiek – dodałem, czując, że zbiera mi się na łzy. – I nigdy nikogo tak nie kochałem, wiesz? Jesteś niesamowita... – poczułem jak pierwsza kropla spływa mi po policzku. – Masz w sobie tyle ciepła i miłości, że nic dziwnego, iż przyciągasz do siebie wszystkich... Kto by nie chciał czuć się kochanym? Pierwszy raz mam kogoś, kto się mną opiekuje, kocha mnie takiego, jaki jestem i rozumie mnie bez słów – rysowałem na jej dłoni tajemnicze znaki, rozkoszując się tym, że mogę jej dotykać... że mogę tu z nią być. – Sprawiasz, że czuję się naprawdę ważny. Przy tobie... – pociągnąłem nosem. – Przy tobie jestem szczęśliwy. Mam wrażenie, że mógłbym zdobyć świat – westchnąłem, przypominając sobie niedawne zdarzenie. – Pamiętasz jak panikowałem, myśląc, że możesz być w ciąży? – uśmiechnąłem się na to wspomnienie. – Żałowałem, że to się nie stało... – dodałem po chwili. – Byłabyś cudowną mamą, a ja... przy tobie... byłbym najdumniejszym z ojców... – ucałowałem jej dłoń. – Pewnie Harry nabijałby się ze mnie do końca życia, ale jak go znam, to od razu przyznałby sobie tytuł najlepszego wujka – zaśmiałem się. – Ale byłoby warto. I miałbym niezły pretekst, by... – zapatrzyłem się na twarz Kate i pozwoliłem tej myśli rozwijać się w mojej głowie, rozkoszując się nią. „Właściwie niepotrzebny mi pretekst...” uśmiechnąłem się. – Przy tobie naprawdę łatwo podjąć te ważne decyzje... – wyszeptałem. – Boże, jest tyle powodów dla których nie tylko cię kocham, ale... ale zakochuję się w tobie wciąż i wciąż... Jestem tu skarbie – ścisnąłem delikatnie jej dłoń. – Jestem tu i czekam, by ci to wszystko powiedzieć jeszcze raz... Kocham cię, Kate...




   Całe moje ciało pulsowało z bólu. Kiedyś był on moim przyjacielem. Przypominał mi, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze wiele przede mną. Bo przecież gdy odczuwasz ból, to znaczy, że wciąż żyjesz... Czułam się otumaniona przez leki, ociężała... Jakbym unosiła się z jakiejś gęstej cieczy, skąd naprawdę trudno było wypłynąć na powierzchnię. „Dlaczego tak bardzo chciałam to zrobić?” Spróbowałam poruszyć ręką, ale momentalnie przeszył mnie niemożliwy do opisania ból. Coś jednak ciągnęło mnie ku górze. Głos. Czule otulający mnie całą. Rozkoszne gorąco. Promieniowało od mojej dłoni i rozgrzewało mnie od środka. I ten głos...
   - Jest tyle powodów dla których nie tylko cię kocham, ale... ale zakochuję się w tobie wciąż i wciąż... Jestem tu skarbie. Jestem tu i czekam, by ci to wszystko powiedzieć jeszcze raz... Kocham się, Kate.
   „Ja też cię kocham, Lou...” Byłam bezpieczna. Ból był nie ważny. Był do pokonania. Potrzeba tylko kogoś, kto sprawi, że to wszystko ma sens. Kogoś, dla kogo można walczyć. „Louis...” Rozkoszowałam się jego imieniem w mojej głowie. „Louis...” Już samo to sprawiło, że czułam, iż mogę to zrobić. Mogę wypłynąć na powierzchnię. Spróbowałam poruszyć ręką. „Boli...
   - Louis...
   - Kate? – słyszałam go wyraźniej, czułam bliżej. „Był tutaj...” – Kate... Słyszysz mnie, skarbie? – „Głośno i wyraźnie...” Chciałam go dotknąć. Potrzebowałam go dotknąć.
   - Lou... – kolejna próba poruszenia dłonią i efekt był tak łatwy do przewidzenia. – Boli...
   - Wiem, kochanie... – usłyszałam przy uchu. – Zaraz przestanie... – miałam wrażenie, że obok jest ktoś jeszcze. Czułam go, ale nie mogłam usłyszeć. – Wszystko będzie dobrze...
   - Z-Zayn?
   - Nic mu nie jest. Czeka z chłopakami w poczekalni...
   Wiedziałam, że jeszcze o coś powinnam zapytać, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co to miałoby być takiego. „Zayn jest cały...” jakby żelazna obręcz poluzowała uścisk na moim sercu. Czułam, że odpływam, choć tak bardzo tego nie chciałam...
   „Louis... Mój Louis...
   - Też cię kocham, Lou...




   Wśliznąłem się cicho do pokoju, nie chcąc nikogo obudzić. W końcu mogliśmy odetchnąć z ulgą. Po tych wszystkich godzinach niepewności, nareszcie zaświeciło słońce. „No, może jeszcze nie dosłownie...” zerknąłem w stronę okna, za którym rozciągało się granatowe niebo, rozjaśniane gdzieniegdzie światłami miasta.
   Rozejrzałem się dookoła, uśmiechając się pod nosem. Koniec zmartwień i powietrze z nas uszło. Danielle spała na fotelu, wtulona w Liama, który cicho pochrapywał. Niall przysnął na podłodze, opierając głowę o kolano Payne’a. Nawet Stylesa w końcu dopadło zmęczenie. Siedział na parapecie i opierając się o zimną szybę. „Z nieodłącznym telefonem w dłoni.” Spojrzałem na Louisa. „Nawet on...” uśmiechnąłem się widząc, że nie wypuścił dłoni Kate ani na moment. Pewnie później będzie połamany przez spanie w takiej pozycji, ale teraz nie czas się o to martwić. Okryłem go kurtką i sięgnąłem po wolne krzesło, by usiąść obok.
   - Zayn? – zamarłem z ręką na oparciu. Odwróciłem się powoli i napotkałem czujne „spojrzenie” brązowych oczu. Wpatrywałem się w nie oniemiały, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że przecież powinienem się odezwać.
   - Hej, Mała... – uśmiechnąłem się, widząc grymas na twarzy dziewczyny. Usiadłem ostrożnie obok Louisa. – Jak się czujesz? Zawołać pielęgniarkę?
   - Nie... Lou...
   - Śpi... – szepnąłem. Miałem przed sobą kolejny namacalny dowód, że tych dwoje jest dla siebie stworzonych. – Mogę go obudzić...
   - Niech śpi... – wyszeptała, gładząc kciukiem jego dłoń. Nagle zamarła w pół-ruchu. – Co z Markiem?
   - Wyliże się – powiedziałem, odsuwając jej z twarzy niesforne kosmyki. – Wszystko będzie dobrze. Martwiliśmy się tylko o ciebie...
   - Naprawdę nic wam nie jest?
   - Naprawdę... – uśmiechnąłem się. – Choć nie wiem, czy podoba mi się to, że skradłaś mi tytuł supermana...
   - On zawsze będzie do ciebie należał... – szepnęła. – Dziękuję, że przyszedłeś... Wtedy... Myślałam, że stracę was obu...
   - Nas obu? – powiedziałem cicho, nie wierząc, że jej głowy nie wypełniał wtedy tylko Louis.
   - Was obu... – powtórzyła, ocierając się policzkiem o moją dłoń, która jakimś cudem wciąż spoczywała na poduszce. – Dziwi cię to...
   - Trochę... Sam nie wiem dlaczego... – wzruszyłem ramionami, zapominając, że ona tego gestu nie może dojrzeć.
   - Jesteś moim przyjacielem...
   - Tak, to jest chyba najlepsze wyjaśnienie – uśmiechnąłem się. – Kocham cię, Kate... – „Nie wierzę, że to powiedziałem.” Zamarłem przerażony. Bałem się tego, co teraz powie, ale chciałem to wiedzieć. Potrzebowałem to wiedzieć, by móc dalej żyć.
   - Ja ciebie też – wyszeptała. – Ale... – „Oczywiście, że musi być jakieś ale...” – To zawsze był Lou. To zawsze będzie on – widziałem miłość w jej oczach i nie potrzebowałem żadnych słów, by wiedzieć, że oni są dla siebie stworzeni. „I zawsze byli...” – Uratowałeś mi życie... Dwa razy.
   - Ty uratowałaś moje... – powiedziałem cicho, kciukiem ścierając samotną łzę z jej skroni.
   - Może jesteś moim Aniołem Stróżem? – uśmiechnęła się delikatnie. Gubiłem się w głębi jej oczu i miałem wrażenie, że to ona jest moim aniołem. „Raczej Louisa...” poprawiłem się szybko.
   - Daleko mi do anioła... – przyznałem, a moją głowę wypełniły wszystkie „zbrodnie” jakie popełniłem w ostatnim czasie. „Skoro mamy taką chwilę szczerości...” – Pocałowałem cię... – powiedziałem to tak cicho, jakbym miał nadzieję, że tego nie usłyszy.
   - Wiem... – „Ale oczywiście usłyszała... Zaraz... Co?
   - Wiesz? – zdziwiłem się. Na jej twarzy nie znalazłem żadnych śladów tego, że brzydzi się tym co zrobiłem. Wydawała się spokojna i emanowała tym magicznym ciepłem i uczciwością. „Jak mogłem choć pomyśleć o tym, że ktoś taki jak ona, mógłby mnie pokochać?
   - Wiem...
   - Jak? Skąd? – wpatrywałem się w nią przerażony. Rozejrzałem się w panice dookoła, modląc się w duchu, by wszyscy smacznie spali. Nie potrzebowałem świadków tej rozmowy.
   - Niall opowiedział mi waszą wersję... – uśmiechnęła się. – Nie jestem głupia, Zayn. O sen nie byłoby tej całej afery...
   - Przepraszam... – powiedziałem po chwili, gdy cisza zaczęła mi dzwonić w uszach. „Co więcej mogłem zrobić? Co innego mogłem powiedzieć?
   - Jesteś moim przyjacielem i kocham cię, ale nie potrafiłabym pokochać cię tak jak jego... – spojrzałem na śpiącego przyjaciela i... wiedziałem, że tak ma być. Tym razem nie było zazdrości, a jedynie przekonanie, że oni mieli się odnaleźć. – On jest moim życiem... – dodała cicho, a kolejne łzy znikały w jej włosach. – Życiem, które uratowałeś...