niedziela, 15 września 2013

74




   - Skopię ci dupę, jak stąd wyjdziemy! – krzyknąłem, mocno trzymając Kate za rękę. Jej dłoń była zimna niczym lód. Dziewczyna trzęsła się ze strachu. Ciemność przed oczami odbierała mi wiele pewności siebie, ale byłem zdesperowany by zrobić wszystko, co w mojej mocy, by ją ochronić. Nie widziałem jej, czułem tylko jak kurczowo się mnie trzymała. Cały czas zastanawiałem się, czy ją skrzywdził. Bałem się tego, jak wyglądała. Wiedząc, do czego ten potwór był zdolny, widok był na pewno jeszcze bardziej przerażający, niż te wszystkie wyobrażenia i czarne scenariusze, które powstawały w mojej głowie. Szybko pożałowałem gróźb posyłanych w kierunku faceta. Silne uderzenie w sam środek klatki piersiowej wydarło mi z płuc całe powietrze. Skuliłem się z bólu, wypluwając ślinę połączoną ze szkarłatnym płynem, którego metaliczny smak poczułem w ustach.
   - Nie! Proszę… – krzyczała Kate, która była o wiele dalej niż jeszcze przed chwilą. Nie czułem jej ciała przy swoim. Boże, nie pozwól jej skrzywdzić...
   - Ty mała kurwo! Jak śmiesz?!? – usłyszałem jak jego ręka zatrzymuje się na jej policzku. Nie miałem pojęcia, czym go tak rozgniewała, ale byłem pewny jednego, na sto procent walczyła jak lwica. Ta dziewczyna łatwo się nie poddawała.
   - Nie dotykaj jej! – warknąłem, z trudem łapiąc oddech. Moja klatka piersiowa nie współpracowała ze mną. Obrażenia spowodowane licznymi uderzeniami sprawiły, że podnosiła się ciężko i opadała za szybko, a co gorsze ból, który temu towarzyszył, był nie do wytrzymania. Usłyszałem kroki i po chwili mocne szarpnięcie za koszulkę, uniosło mnie do góry. Mężczyzna przyparł mnie do ściany. A właściwie prawie mnie w nią wbił, wydzierając mi te resztki powietrza, które zdołały przedostać się do płuc. Moje plecy zmierzyły się z twardą strukturą. Przez siłę uderzenia kręgosłup automatycznie się wygiął i naparł na żebra, które sponiewierane sprzeciwiły się kolejnemu ciosowi, powodując nieznośny ból. Walczyłem o oddech z własnym ciałem.
   - Chcesz zobaczyć jak ją dotykam? – usłyszałem głos tego szaleńca, a jego śmierdzący oddech owionął moją twarz. Taśma, którą miałem na oczach, została zerwana gwałtownym ruchem. – Mógłbym to zrobić... Mógłbym bawić się nią na twoich oczach... – mówił z przerażającą radością. Był to głos szaleńca. –  Spodobałoby ci się to... Jednak jeszcze nie teraz – po tych słowach rzucił mną, jak psem, o ziemię. Upadłem na twarz, zdzierając policzek. Skrępowane ręce nie mogły zamortyzować mojego spotkania z drewnianą podłogą. Mocny sznur skutecznie uniemożliwiał jakikolwiek ruch, a także przepływ krwi... Czułem jak moje dłonie sinieją i tracę nad nimi chociażby tę drobną władzę, jaką jest ruszanie palcami.
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do światła. Jak przez mgłę widziałem, jak to bydlę ciągnie Kate za włosy, odchylając jej drobną głowę do tyłu. Miałem wrażenie, że wiele nie brakowało, by złamał jej kark.
   - Myślałaś, że mi uciekniesz, dziwko? – dosłownie wysyczał jej te słowa prosto w twarz. Z jego ust wylatywały resztki śliny, opadając na skórę dziewczyny. Był jak rozwścieczone zwierzę. – Nic z tego – warknął. – Nigdy się mnie nie pozbędziesz... – złapał ją za szczękę. – Nigdy. Ty i ja. Tak miało być od początku. Ty i ja.
   Kate splunęła mu prosto w twarz, a on w ramach rekompensaty z całej siły zamachnął się, by zostawić na jej policzku jeszcze jeden palący ślad. Zanim złapałem oddech, by krzyknąć, jakoś zareagować, było już za późno... Widziałem już tylko jak po raz kolejny jej kruche ciało uderza o ziemie. Wściekłość wypełniła mnie całego. Byłem bezsilny, a połączenie tych dwóch uczuć, było jedną z najgorszych rzeczy jaka mnie spotkała w całym dotychczasowym życiu. Nie mogłem nic zrobić. Tylko patrzeć...


   Chcę pokonać niemoc.


   Ostrość mojego widzenia stopniowo się poprawiała. Oczy w końcu zaczęły spełniać swoją rolę. Kolejny raz przeszło mi przez myśl, jak bardzo polegam na zmyśle wzroku. W pomieszczeniu świeciły się tylko dwie żarówki, które dawały lekką, żółtą poświatę. Mrugały co jakiś czas, jakby strasząc zgaśnięciem. W ich słabym świetle mogłem jedynie dostrzec ruiny opuszczonego budynku. Nie miałem pojęcia, gdzie byliśmy. Gdy ostatecznie moje gałki oczne przyzwyczaiły się do widoku brutalnego świata, zauważyłem jak dziewczyna na obdartych, zakrwawionych kolanach, ze skrępowanymi rękoma, przybliża się do mnie. Widziałem jak każdy ruch sprawia jej ból i chciałem prosić, by przestała, ale jednocześnie błagać, by kontynuowała.
   - Idziesz do niego? Ty mała kurwo... – chciałem się podnieść, by go powstrzymać. By wziąć te ciosy na siebie. Próbowałem podciągnąć się na skrępowanych nogach, jednak przyniosło to tylko więcej bólu, a także kolejne stróżki krwi, spływające po mojej twarzy. Głowa uderzyła ponownie o ziemie, gdyż nie miałem siły, by ją utrzymać.
   - Dość! – ktoś złapał mężczyznę za rękę, broniąc tego małego, zakrwawionego elfa przed kolejnym ciosem. –  Ona na to nie zasłużyła! Nie na tyle!
   „To niemożliwe powiedziałem do siebie w myślach, słysząc tak dobrze mi znany głos. Przez chwilę wydawało mi się, że ból tak mnie otumanił, że straciłem kontakt z rzeczywistością. Może spowodował, że mój mózg nie przetwarzał wiadomości tak jak kiedyś. A może mam zwidy... Może poza krwią, traciłem również słuch? Bardzo chciałem, żeby tak było. Przerażała mnie perspektywa tego, że to, co usłyszałem, mogło być prawdą.
   - Eleanor... – szepnęła Kate, z trudem kontynuując bolesną wędrówkę do mnie. Teraz wiedziałem, że się nie myliłem.
   - Eleanor – powtórzyłem za tym małym elfem, kulącym się już przy moim ciele, do którego z ledwością dotarła, znacząc brudną podłogę własną krwią. – Eleanor! – krzyknąłem. Byłem wręcz oślepiony wściekłością. – Współpracujesz z tym skurwielem?!? – darłem się, plując o ziemie, gdyż nie mogłem podnieść głowy wyżej. – Zrób coś, kurwa! Jak możesz na to patrzeć?!? JAK MOŻESZ, KURWA!!!
   Gdy wyrzuciłem z siebie ostatnie słowo, ciało brunetki spięło się, a jej ręka zaczęła drżeć razem z ręką oprawcy, którego cios zatrzymała. Wydawało mi się, że jej drżała z przerażenia, jego, bo znowu chciał mnie uderzyć. Dziewczyna patrzyła na mnie szklanymi oczami. Jednak nie wiedziałem, czy znowu mam jakieś zwidy, czy rzeczywiście bała się człowieka, któremu najwyraźniej pomagała.
   - Współpracuję – powiedziała głośno, a w jej głosie wyczułem udawaną pewność. Ponownie zatrzymała naszego oprawcę, stając mu na drodze, gdy jeszcze raz ruszył w naszym kierunku. O dziwo, zatrzymał się. – Tobie też radziłabym zacząć... – skierowała słowa w moją stronę, ale nie potrafiła spojrzeć mi w oczy. Obserwowała przestrzeń za mną unikając jakiegokolwiek kontaktu. – Bo inaczej Perrie nigdy więcej może cię nie zobaczyć, Zayn...




   - Jak to, nic nie możemy zrobić?!? – krzyczałem. Złość i rozpacz wzięły mnie we władanie. Uderzyłem ręką o drewniany stół. Zachwiał się niebezpiecznie po spotkaniu z moją pięścią. Ból w dłoni przyniósł mi ukojenie na jakąś sekundę. Poczułem palce Liama zaciskające się na moim ramieniu. Przyjaciel próbował powstrzymać mnie przed kolejnym uderzeniem, do którego już się zabierałem. Chciałem poczuć ból. Potrzebowałem cierpieć. Zasługiwałem na to...
   - Louis, musisz się uspokoić... – powiedział cicho Payne. Powtarzał to przez ostatnie pięć minut. Jak jakąś pieprzoną mantrę. Tylko szkoda, że nie wiedział, jak niby miałbym to zrobić... Nikt z nas nie radził sobie z tą sytuacją. Wszyscy byliśmy fizycznie i psychicznie wykończeni. Zmartwienie, strach i zgryzota opętały nas na dobre. Wściekłość wypełniała moje żyły. Musiałem być zły. Bo inaczej jedyne co mógłbym zrobić, to usiąść w kącie i płakać.
   - Nie. Będę. Kurwa. Spokojny – wycedziłem przez zęby, patrząc mu prosto w oczy. – Moja dziewczyna i najlepszy przyjaciel są więzieni przez tego skurwysyna, a ty mi mówisz, że mam być spokojny?
   Wyszarpałem się z jego uścisku ze złością i odwróciłem się ponownie w stronę inspektora Cordona. Oprócz Liama, nikt już nie zwracał uwagi na moje zachowanie. Wszyscy byli do niego przyzwyczajeni. W końcu szalałem z bezsilności, wyładowując się przy tym, na czym i na kim tylko mogłem. Nie potrafiłem znieść myśli, że nie mam wpływu na to, co się dzieje. Moja ukochana była gdzieś tam, a ja nie miałem zielonego pojęcia, co się z nią dzieje. Mogłem mieć tylko nadzieję, że Zayn się nią opiekuje...
   Wszyscy moi przyjaciele byli tutaj i razem oczekiwaliśmy na jakąś wiadomość, znak, cokolwiek, co dałoby nam nadzieję i jakiś punkt zaczepienia. Musieliśmy ich odnaleźć. Całych i zdrowych. W pomieszczeniu nie było jedynie mojej rodziny, mimo iż bardzo chcieli przyjechać. Mama opiekowała się dziewczynkami, dzwoniąc do nas co piętnaście minut. Odpowiedź za każdym razem była taka sama. Wciąż nic... Nie chciałem, by tu przyjeżdżała. Nie chciałem, by moje siostry patrzyły na to wszystko.. Na mnie, szalejącego z rozpaczy i złości. Bałem się również spojrzeć im w oczy. Jestem takim tchórzem...Paraliżowało mnie to, że mógłbym odnaleźć w oczach najbliższych  rozczarowanie. Nie ochroniłem jej...
   Rozejrzałem się dookoła, oddychając ciężko i starając się trochę uspokoić. Moi przyjaciele wypełniali pokój, każdy odszukując swój własny kąt. Niebieskooki blondyn siedział ze spuszczoną głową pod ścianą, kurczowo ściskając w dłoni telefon. Kostki na jego palcach uwydatniły się i zsiniały, gdyż zaciskał je zbyt mocno. Co jakiś czas było słychać skrzypienie plastiku. Niall złudnie myślał, że w jakikolwiek sposób pomoże mu to w wyładowaniu przepełniającego go bólu i cierpienia. Nic z tego... Harry głaskał po głowie Alex, która chyba pierwszy raz w życiu nie uśmiechała się i była wręcz... szara... Jej twarz, przepełniona bólem, była doskonałym odzwierciedleniem tego, co działo się w jej wnętrzu. Cierpiała...Wszystko z niej wyparowało. Jakby wraz z porwaniem Kate, ktoś wyszarpał jej duszę z ciała, pozostawiając krwawiące serce, które przy każdym uderzeniu przypominało ból i brak najważniejszej cząstki człowieczeństwa... Bo przecież przyjaciel to jedna dusza w dwóch ciałach. Jej dusza została wyrwana wraz z porwaniem Kate. Tak jak moja... Jak moje wszystko... Łzy dziewczyny spływały na czarne spodnie Harry'ego. Chłopak stukał palcami o oparcie kanapy i uparcie nad czymś się zastanawiał. Wiedziałem, że starał się wymyślić coś, co mogłoby pomóc. Chciał odszukać jakiś trop, odnaleźć drogę, jaką moglibyśmy podążyć, żeby odnaleźć najbliższych... Widziałem moment, w którym zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie nic zrobić. Harry nigdy się nie poddawał, ale teraz był bezradny, jak my wszyscy. Uderzył zaciśniętą dłonią w oparcie kanapy, by zaraz potem schylić się nad niegdyś kolorową dziewczyną i musnąć jej policzek. Tylko ona go uspokajała.


   Bezsilność...


   Danielle jako jedyna jakoś funkcjonowała. Ta dziewczyna była nie do zdarcia. Donosiła nam kolejne filiżanki okropnej kawy i wręczała każdemu do rąk własnych. Początkowo nikt nie chciał jej tknąć, jednak gdy zdaliśmy sobie sprawę, że dzięki niej będziemy w stanie utrzymać się na nogach o wiele dłużej, pochłanialiśmy ciemny płyn w zadziwiająco szybkim tempie. Sam już nie wiem, ile kofeiny w siebie wlałem... Kolejny raz powiodłem wzrokiem po przyjaciołach zebranych w pokoju. Podjąłem decyzję.
   - Chcę się z nim zamienić – powiedziałem, stając przed detektywem. Wiedziałem, że wszystkie oczy podniosły się do góry i spojrzały na mnie z przerażeniem. Czułem na sobie ich wzrok, ale to było jedyne co mogłem zrobić. Jedyne co, potrzebowałem zrobić... – Niech wymieni Zayna na mnie. To o mnie mu chodziło – mówiłem głosem wypranym z emocji, a przynajmniej tak powinien brzmieć. – To mnie chce.
   - Panie Tomlinson, nie uważam, żeby to był dobry pomysł... – opanowanym tonem odrzekł inspektor, który siedział z nami i resztą ekipy śledczej, oczekując na jakikolwiek sygnał od tego bydlaka. –  Dzięki wiadomości od pana Malika jesteśmy na najlepszej drodze, by ich odnaleźć... Nie psujmy tego. Ponadto, targowanie się z przestępcą nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Dla nikogo... – tłumaczył mi spokojnie, posyłając przy tym smutne spojrzenie. – Porywacz dzwonił na ten telefon już wcześniej, co udało nam się ustalić i teraz trzeba czekać, aż zrobi to ponownie... – przerwał na chwilę, by złapać głęboki oddech. – Poza tym ci bandyci musieli popełnić jeszcze więcej błędów... Znajdziemy je...
   - Nic nie musieli! – wydarłem się. – Mówi tak pan od dwóch dni! Dwóch! I nadal nic się nie dzieje... Nie mogę tak czekać! Chce z nim rozmawiać... Dzwońcie do tego skurwiela! Teraz!
   - Louis, nie możesz... – Liam kolejny raz próbował mnie odwieść od podjętej decyzji. – Nie oddawaj mu się… Tak im nie pomożesz...
   - Co ty byś zrobił? – spojrzałem na niego. Musiałem zacisnąć zęby z całej siły, żeby powstrzymać łzy. – Co byś zrobił gdyby to Danielle była na miejscu Kate, a ja Zayna? Co byś, kurwa, zrobił? Zostawiłbyś ją? Mnie? – przyjaciel popatrzył na mnie rozszerzonymi z przerażenia tęczówkami, ale nie potrafił podać mi żadnego argumentu. Wiedziałem, że chodzi mu o to, by już nikogo więcej nie stracić. Zdawałem sobie z tego sprawę. Ale ja nie potrafiłem przyjąć do wiadomości, że mógłbym stracić Kate i Zayna... Ta sytuacja nie miała żadnego dobrego rozwiązania. Wszystkie drogi prowadziły do cierpienia. Liam popatrzył ze strachem po twarzach innych, mając nadzieję, że oni mają w głowie jakieś genialne pomysły, na które on jeszcze nie wpadł. Jednak ich twarze były jeszcze bardziej przerażone. Patrzyli na nas, a ich wzrok wypełniała bezsilność...
   - Ja tam pójdę... O ile mnie zechcą... –  odezwał się Mark, wstając z miejsca. – To moja wina. To przeze mnie oni zostali porwani – złapał się za głowę, którą pokrywał biały opatrunek i opadł ciężko na kanapę, patrząc w podłogę. – Przepraszam... Ja naprawdę nie wiem, jak to się stało... Kiedy oni zauważyli, że zostałem z nią tylko ja... – nabrał gwałtownie powietrza. – Nie wiem... Ten prąd został odłączony, a ktoś uderzył mnie z tyłu... a ja nie wiedziałem... Louis, kurwa, przepraszam…
   Ochroniarz siedział, kręcąc głową z bezradności i po raz kolejny próbował wytłumaczyć, co się stało. Jego serce przepełnione było poczuciem winy, a słowa nieopisanym bólem. Jednak nie tylko jego gryzły wyrzuty sumienia. Myślę, że każda osoba znajdująca się w tym pokoju, miała podobne odczucia, co on... Nawaliliśmy. Każdy z nas żałował tego, że poszliśmy na tę imprezę. Alkohol dał się nam we znaki zbyt szybko, a świat zawirował w mgnieniu oka. Umysły, nie wiedząc kiedy, zapominały o tym, gdzie się znajdują, a życie wydawało się piękne. To wszystko trwało do czasu, gdy okazało się, że zabrakło dwóch osób między nimi. Nikt nie wiedział, gdzie są, co się stało, a prawda, którą szykowało dla nas życie, okazała się być bardziej brutalna niż ktokolwiek sądził. Zawiedliśmy...
   - Przestańcie! – krzyknąłem, gdy każdy nagle chciał zamiast mnie być kartą przetargową. Danielle siedziała przerażona, gdy jej chłopak podniósł się, by powiedzieć, że pójdzie do paszczy lwa, zamiast mnie. Złapała go za ramię, a oddech zatrzymał się jej w klatce piersiowej. Chciała odzyskać przyjaciół, jednak bała się, że może stracić jego. Osobę, która była dla niej najcenniejszym darem od Boga. – To nie jest wasza wina – powiedziałem. – Mark, twoja też nie – bezpośrednio zwróciłem się do przyjaciela, który nie przyjmował moich słów do wiadomości. – To ja zawaliłem. Obiecałem jej, że będę ją chronił. Obiecałem jej to... – w moich oczach zagnieździły się łzy. – Inspektorze – zwróciłem się do mężczyzny, który obserwował nas wszystkich w milczeniu – Proszę podłączyć podsłuch. Dzwonimy.




   - Kate... Mała…. – pogładziłem ją delikatnie po twarzy, zapominając, że jest cała obolała od uderzenia. – Boże, przepraszam... – złożyłem delikatny pocałunek w jej włosach. Nienawidziłem się za to, że sprawiłem jej choćby najmniejszy ból.
   - Jak się tu znalazłeś, Zayn? – jej drżące wargi wyrzuciły niespokojne i przerażone słowa. Mieliśmy chwilę czasu, by porozmawiać. Nastała prawdopodobnie noc. Choć nie miałem co do tego pewności. Nie wiedziałem ile tutaj jesteśmy. Dla mnie była to niekończąca się i przesiąknięta bólem wieczność. Popatrzyłem na porywacza, który drzemał, siedząc przy stole. Gdybym tylko mógł się ruszyć, już by nie żył.
   - Byłem niedaleko ciebie i Marka przed tym, gdy zgasło światło... – zacząłem opowiadać szeptem, co doprowadziło do tego, że tutaj byłem. Zadrżałem, gdy w głowie pojawiła się myśl, co by było, gdybym nie zorientował się, co się dzieje... Kate byłaby tu zupełnie sama...” – Nie piłem dużo – kontynuowałem. – Powiedziałem sobie stop po tym, jak po rozstaniu z Perrie obciążyłem sobą biednego Nialla – mówiłem, opierając głowę o jej włosy. Chciałem ją jakoś wesprzeć, sprawić by choć trochę czuła się bezpieczna. – Zauważyłem, że paru podejrzanych gości zbliża się do was – tłumaczyłem. – Właściwie to, co było w nich dziwne to fakt, że jako jedyni nie chwiali się na nogach i szli pewnie przez tłum, co jakiś czas przystając pod ścianą i patrząc w waszym kierunku – złapałem ciężko oddech, gdy Kate się poprawiła i oparła o mnie. Starałem się to zamaskować i po prostu udawałem, że się trochę podnoszę, by wygodniej się ułożyć. Prawda była jednak taka, że każdy ruch bolał jak cholera. – Chciałem po kogoś pójść i powiedzieć, co się dzieje, ale... Spostrzegłem Louisa, który kupował dla was drinki, ale był zbyt daleko, by go wołać... Poza tym grała ogłuszająca muzyka, a masa ludzi tańczyła, śmiejąc się głośno... Zacząłem więc przeciskać się do ciebie i Marka. Potem, gdy światła lamp niebezpiecznie zaczęły skwierczeć i gasnąć, wiedziałem, że coś jest nie tak. Tłum  nagle się strasznie zbił, przestraszony tym, co się działo dookoła. Jednak ja szybko przepchałem się i byłem już krok od ciebie, gdy w ostatniej smudze światła zobaczyłem, jak ktoś uderza Marka w tył głowy, wykorzystując całe to zamieszanie... Potem, gdy zaczęli cię wyciągać z klubu, szybko przywaliłem jednemu z nich, ale nie miałem szans, gdy jego kolesie przyszli mu na pomoc... Szarpaliśmy się trochę i udało mi się zerwać jednemu z nich kominiarkę... Gdy zauważyli, że widziałem jak wygląda, przyłożyli mi siłą jakąś szmatę do twarzy, a potem zaczęli kopać, gdy upadłem odurzony. Pewnie to był chloroform... Jednak tamten musiał być wciąż, zbyt przerażony, że go rozpoznam i kazał im mnie wziąć ze sobą. Zanim całkowicie odpłynąłem zapamiętałam rejestrację tego wozu. Całe szczęście, że mój mózg był bardziej wytrzymały niż ciało. Nagle w klubie zawył alarm, więc w pośpiechu wrzucili mnie do bagażnika. Zapomnieli mnie przeszukać i dlatego zdążyłem wysłać tego jednego sms'a... Nigdy palce nie wydawały mi się takie ciężkie jak wtedy... – westchnąłem. – No a potem odpłynąłem i obudziłem się tutaj...
   Gdy skończyłem opowieść zadzwonił telefon. Zastygliśmy w oczekiwaniu. Mężczyzna ocknął się i podniósł słuchawkę, wychodząc do innego pokoju. Gdy po paru minutach to bydle zaczęło do nas podchodzić, przyciągnąłem ciało Kate do siebie, chcąc ją jakoś ochronić. Bałem się, że ją zabierze, zrobi krzywdę... Jednak tym razem on nie chciał jej. Chciał mnie.
   - No, piękny... – złapał mnie za twarz. – Wiesz co zaproponował mi jej chłopaczek? Louis, tak? – jego ohydny oddech wypełniał mój nos. Kate spięła się automatycznie, gdy usłyszała imię swojego ukochanego. – Chce tu przyjść zamiast ciebie... – zaśmiał się, jakby cierpienie widoczne na twarzy dziewczyny sprawiało mu ogromną radość. – Nie był tak naiwny, by prosić o to, bym oboje was wypuścił... – poklepał mnie dłonią w twarz, która płonęła z wściekłości, że nie mogę mu przywalić. – Kochanie, myślisz, że powinienem to zrobić? – zwrócił się do Kate, skulonej obok mnie. – Powinienem dokonać wymiany na twojego chłoptasia?
   - Zostaw ich w spokoju... – jej głos wydobywający się z kruchego organizmu, po raz pierwszy był naprawdę pewny i silny, przynajmniej początkowo... Potem było już tylko gorzej. – To o mnie ci przecież chodzi, nie o nich... – prawie płakała. – Błagam, weź mnie... Zrobię wszystko, tylko wypuść Zayna... Zrobię wszystko... – powtórzyła.
   - Przestań, Kate – powstrzymałem ją od wypowiadania kolejnych słów, które bolały mnie bardziej niż ciosy. Nie mogłem jej zostawić. Kiedy on wyciągnął rękę w jej stronę, zapłonąłem z wściekłości.... – Nie waż się jej tknąć! – i zanim ponownie mnie uderzył, posłałem mu twarde spojrzenie. – Powiedz Louisowi, że nigdzie się stąd nie wybieram – oświadczyłem stanowczo, a w tym momencie z ust Kate wydobył się jęk bólu. – Pożałujesz tego, sukinsynu! – splunąłem mu w twarz, by zaraz potem stracić przytomność z nadmiaru bólu, który zgromadził się ponownie w mojej klatce piersiowej. Ale przynajmniej już jej nie dotykał...


   Dwa dni później.


   - Dlaczego on to zrobił?!? Dlaczego odmówił?!? Dlaczego bawi się, kurwa, w pieprzonego bohatera?!? – krzyczałem, wyrywając sobie włosy z głowy i tylko szukając wzrokiem, co by tu rozwalić. W tym momencie mógłbym nawet zabić.
   - Bo ją kocha... – usłyszałem szept od strony drzwi. Spojrzałem zdziwiony na dziewczynę, która weszła do środka. Jej głos był nowością. Nie tylko dlatego, że w ostatnich dniach go nie słyszałem, ale dlatego, że od dawna nikt się już nie odzywał.
   - Perrie... – wyszeptałem, zastanawiając się, co ona tutaj robi. Blondynka zrobiła dwa kroki w moją stronę, ale później jakby zmieniła zdanie... Jej twarz była chorobliwie blada i pozbawiona życia. Oczy czerwone i przemęczone, świadczyły o ilości wylanych łez. Trzymała w ręku jakąś teczkę i nie zwracając na nikogo uwagi, skierowała się bezpośrednio w stronę inspektora. – Panie Cordon – zwróciła się do niego, czytając nazwisko z tabliczki jaką miał powieszoną na smyczy – proszę odwołać swoich ludzi z klubu, w którym było porwanie. Nic poza nagraniami tam nie znajdziecie – powiedziała, pewnie patrząc mężczyźnie w oczy. Był on w nie mniejszym szoku niż my. – Nie szukajcie również tego bydlaka. Jest zbyt sprytny i nawet jeśli zostawił jakieś ślady, to za dużo czasu zajmie wam to, by je odnaleźć, a my nie mamy wiele czasu... – dodała. W tym momencie chyba nie tylko ja myślałem, że się przesłyszałem.
   - Pani chyba coś się pomyliło, wiem jak mam wykonywać swoje obowiązki – rozzłościł się policjant. Zdecydowanie nie podobało mu się to, że ktoś podważa jego autorytet. – To w takim razie, kogo mamy szukać, żeby ich odnaleźć? – zapytał z pogardą, gdy Perrie nie ustępowała i mierzyła się z nim spojrzeniem.
   - Eleanor Calder – nie spuszczała z mężczyzny wzroku. Nawet nie mrugnęła, gdy podawał nazwisko swojej przyjaciółki. Za to ja wstrzymałem oddech, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszałem. – W tej teczce jest wszystko... – rzuciła papierowy przedmiot na blat biurka, a huk odbił się echem w naszych przerażonych sercach. – Tylko to może uratować Kate i… – zatrzymała się, łapiąc ciężko oddech – Zayna... – po jej policzku spłynęła samotna łza. Kochała go. Mocno. Bezgranicznie.


   Zayn, proszę, wróć...


   - Dlaczego nie pozwoliłeś Louisowi tu przyjść? – zapytała Kate. Wiedziałem, że nie chodzi jej o to, dlaczego mój przyjaciel nie jest tutaj zamiast mnie, ale o to że ktokolwiek z nas znajduje się w tym piekle... Moje serce zalała fala smutku, ale również determinacji do dalszej walki. Gdy usłyszałem jak Kate modli się do w nocy do Boga, prosząc tylko o to, by nie pozwolił skrzywdzić Louisa, chłopaków czy osób bliskich jej sercu. Prosiła, żeby uratował mnie i zabrał stąd jak najdalej. Skrzywdź mnie, ale ich zostaw... Błagam... szeptała cicho, nie zdając sobie sprawy, że moje serce pękało z każdym jej słowem. Nie pragnęła niczego więcej, poza tym, byśmy byli bezpieczni. Nie byłem Bogiem, ale jedną z jej próśb mogłem spełnić. Nie pozwolę temu psychopacie skrzywdzić Louisa, ani nikogo z naszych przyjaciół. Drugą rzeczą, była moja własna, prywatna modlitwa... Nie pozwolę nikomu skrzywdzić jej...
   - Ja jestem mniej wart niż on... – wyszeptałem, a gdy chciała mi przerwać, kontynuowałem. – Kate, nigdy nie pozwoliłbym, żeby ten sukinsyn skrzywdził, któregoś z moich przyjaciół – wyznałem. – Wyjdziesz stąd, a Louis powita cię z otwartymi ramionami, rozumiesz? – czułem jak płacze w moje ramię. – On cię kocha i niedługo nas znajdą. Wiem to. Będzie tak jak kiedyś, zobaczysz. Znowu będziesz się uśmiechać... Tak pięknie jak zawsze... – przycisnąłem ją mocniej do swojego ciała. – Zabiję skurwiela, który zgotował tobie to piekło... – powiedziałem, zaciskając zęby z całej siły.
   - Ty teraz też w nim jesteś... – wyszeptała, zanosząc się płaczem.
   - Bóg świadkiem, że gdy tylko stąd wyjdziemy, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ten sukinsyn poznał, co to prawdziwe piekło... Gorsze dni zacznie liczyć w tysiącach, zobaczysz... – wysyczałem. – A jeżeli ja tego nie zrobię, to Louis i chłopaki zrobią to za mnie. Jeszcze nas popamięta... – gdy tylko skończyłem mówić, w przestrzeni dało się słyszeć echo, które niosło nadzieję.
   - Jesteście otoczeni! – krzyczał ktoś przez megafon. Na zewnątrz budynku dało się słyszeć policyjne syreny. Widziałem jak Eleanor z przerażeniem patrzy na naszego oprawcę.
   - Niemożliwe... – powiedział mężczyzna do siebie, a potem podniósł się gwałtownie podchodząc do brunetki, o której wcześniej jakby nie pamiętał. – Dałaś im sygnał, tak? – złapał ją brutalnie za szyje, przyciskając do ściany.
   - Nieee... – wyszeptała, ledwo łapiąc oddech, którego powoli jej brakowało. Spojrzał w jej oczy, wyłupiając swoje maksymalnie. Wsunął dłoń do kieszeni jej spodni i wyjął telefon. Pchnął ją o ścianę, a ona złapała się za szyję, kuląc się i krztusząc. Palce mężczyzny stukały po ekranie i gdy jego twarz poczerwieniała, wiedziałem, że to już jej koniec.
   - Co to jest, kurwa?!? Miałaś mieć wyłączony telefon! – chwycił ją za włosy i pociągnął ku górze. – Co to jest!!! – przystawił jej twarz do ekranu.
   - Nie wiem... – przełknęła głośno ślinę.
   - Kto to jest Perrie? – wyjął pistolet zza paska i przystawił jej go do gardła, unosząc jej twarz ku górze. Zadrżałem, gdy usłyszałem imię mojej byłej dziewczyny, która była bliska mojemu sercu, jak jeszcze nikt inny wcześniej. – Zadałem ci pytanie! – wpatrywał się w nią w oczekiwaniu, ale jej ciemne oczy pokierowały się w moją stronę, szukając pomocy.
   - To moja dziewczyna – powiedziałem, wiedząc, że i tak zaraz by to ze mnie wyciągnął. – Ona tu nie ma nic do rzeczy! – zdenerwowałem się, co nie było najrozsądniejsze w tej sytuacji. Tylko spokój pomagał mi myśleć.
   - Ty suko! – uderzył Eleanor w twarz metalowym pistoletem. Dziewczyna przewróciła się z hukiem na ziemie, łapiąc się za nos. Z pomiędzy jej palców wyciekał szkarłatny płyn. Lufa została skierowany w naszą stronę. Niedobrze...” przełknąłem głośno ślinę.
   - Nie ma nic do rzeczy? – zaśmiał się szyderczo. – To posłuchaj, chłoptasiu... Eleanor, gdzie jesteś? Pierwszy sms – czytał. – Eleanor, co się z tobą dzieje? Drugi – wyliczał, a jego gniew narastał. Pistolet niebezpiecznie drgał w dłoni. – Elenor, wiem, co zrobiłaś Kolejny... – czytał. – A teraz najlepsze... Możesz się jeszcze wycofać. Wszystko da się naprawić. Gdzie jesteś? – parodiował damski głos i nagle odwrócił się w stronę brunetki. Był nieobliczalny... – A ty co odpisałaś… – wysyczał. – Nie mogę się wycofać. To koniec. On mnie zabije, jeśli coś zrobię – przeczytał. – Masz rację! Zabiję cię! – uderzył ją ponownie, kopiąc w żebra. – Przez twoje smsy nas znaleźli! – ponownie chciał się zamachnąć i zostawić bolesny cios na jej ciele.
   - Zostaw ją! – krzyknąłem, zasłaniając Kate oczy. W przypływie strachu, który sam czułem zapomniałem o tym, że to kompletnie bez sensu. Dziewczyna nic nie widziała, dlatego o połowę mniej zdawała sobie sprawę z tego, jak tragicznie prezentuje się teraz nasza sytuacja. Bałem się, że zabije Eleanor na moich oczach. I choć darzyłem ją nienawiścią, jakaś część mnie nie potrafiła się temu spokojnie przyglądać. Jednak dobroć była moją zgubą, nasz oprawca z agresją w oczach, skierował pistolet w moim kierunku, palce kładąc na spuście. Gdyby nie to, że komunikat ponownie dał o sobie znać, za sekundę mógłbym mieć jeszcze gorsze rany niż Eleanor.
   - Jesteście otoczeni! – do drzwi zaczął się ktoś dobijać, a mężczyźni, którzy przeprowadzili porwanie mnie i Kate w klubie, nagle wybiegli z pomieszczenia, które do tej pory uważałem za puste. Musieli zajmować się ochroną i patrolowaniem terenu, na którym się znajdowaliśmy, bo nie widziałem ich od czasu, gdy straciłem przytomność. Zaczęli uciekać przed siebie, a ten sukinsyn krzyczał za nimi z pogardą.
   - Uciekacie, jak przestraszone kundle! – darł się szyderczo. Jego oczy błądziły po pomieszczeniu. Oszalał, stracił resztki rozumu, nie było w nim nic z człowieka.
   - Tobie też radzimy zrobić podobnie, jesteśmy otoczeni, do kurwy nędzy! – wykrzyczał jeden w jego stronę, biegnąc za innymi do korytarza. Najwyraźniej to był jedyny sposób, by się stąd wydostać. Jednak popełnił największy, a zarazem ostatni błąd w swoim życiu, ponieważ pocisk z pistoletu, który trzymał ten skurwiel, utkwił mu karku. Nie podważa się zdania psychopaty. Chłopak upadł na ziemię niedaleko mnie i Kate. Dławił się krwią, a po koszulce spływała gęsta ciesz. Jego oczy skupiły się na mnie i zanim wydobył z siebie ostatnie tchnienie, zorientowałem się, że to jemu zerwałem kominiarkę. Eleanor i Kate zaczęły piszczeć przerażone rozwojem wydarzeń, a ja nie potrafiłem wydać z siebie żadnego dźwięku. Wiedziałem tylko, że muszę działać. Gdy nasz oprawca, podbiegł do Eleanor grożąc jej ponownie bronią, odwracają się do nas plecami i zapominając o tym, co chciał zrobić mi przed chwilą, postanowiłem zaryzykować. Jeżeli nie teraz to nigdy. Dasz radę, Zayn. Pokonując w sobie ból, który rozprzestrzenił się na całym moim ciele, wysunąłem nogi, by przyciągnąć scyzoryk, który wyleciał z małej torby przyczepionej na biodrach zabitego porywacza. Skupiłem, swój wzrok tylko na czerwono-srebrnym przedmiocie. Odciągając gałki oczne od mężczyzny, który leżał zakrwawiony na ziemi. Jego martwe oczy wciąż na mnie patrzyły, a szkarłatna ciesz spływała po plecach, plamiąc podłogę. Na szczęście udało mi się szybko podciągnąć naszą ostatnią deskę ratunku do siebie. Złapałem scyzoryk w skrępowane dłonie i zacząłem przecinać więzy. Mężczyzna wciąż krzyczał coś do Eleanor, a ona kuliła się, przyjmując co jakiś czas uderzenia.
   - Ciii... – wyszeptałem do Kate, próbując pozbawić ją sznurów, od których powstały fioletowe, zakrwawione ślady na jej rękach.
   - Co to za szepty? – facet odwrócił głowę w naszą stronę. Gdy zobaczy, co mam w dłoniach zginiemy...
   Nim zrobił krok w naszym kierunku, rozległ się wielki huk, drzwi do pomieszczenia zostały wyważone, a coraz głośniejszy stukot stóp świadczył o tym, że policjanci wchodzą na teren opustoszałego magazynu. Porywacz przestraszony ostatni raz popatrzył w naszym kierunku, a potem wiedząc, że ma na decyzję jedynie parę sekund, podniósł Eleanor za włosy przystawiając jej lufę do skroni. Do pomieszczenia wbiegło dwóch policjantów, a gdy zobaczyli, co się dzieje, zatrzymali się w pół kroku.
   - Jeżeli zrobicie jakiś ruch, to odstrzelę jej łeb! – krzyknął, zasłaniając się dziewczyną.
   - Jesteś otoczy – powiedział jeden z mężczyzn, patrząc w oczy naszego prześladowcy, a ja podniosłem wzrok do góry, widząc snajperów ustawionych z karabinami w jego kierunku. – Nie uciekniesz.
   - Chcesz się założyć? – zaczął iść do tyłu w stronę drzwi, przez które uciekali wcześniej wynajęci przez niego ludzie. – Jego zabiłem – kopnął ciało mężczyzny – to ją też mogę – odsuwał się do tyłu, a po policzkach brunetki spływały łzy. Nagle ni stąd ni zowąd pchnął Eleanor do przodu i sam natychmiast wbiegł do korytarza, zamykając za sobą metalowe drzwi i kneblując je czymś. Dało się słyszeć parę strzałów, ale nic one nie dały. Nagle jeden z policjantów podbiegł do nas i rozciął resztę sznurów, których nie zdążyłem się pozbyć. Pozostali rozbiegli się po całym budynku poszukując uciekającego mężczyzny. Facet, stojący przy nas kazał nam się podnieść. Jednak, moje poobijane ciało nie współpracowało ze mną.
   - Weź najpierw ją – powiedziałem wciągając głęboko oddech, gdy po raz kolejny nie potrafiłem stanąć na nogach.
   - Nie zostawię cię – oznajmiła drżącym głosem Kate i wczepiła palce w mój łokieć. Gdy zobaczyłem jak bardzo opętana jest strachem, postanowiłem zebrać w sobie resztki sił jakie mi pozostały. Ten ostatni raz... Przy pomocy mężczyzny, podniosłem się, ale moje ciało pulsowało w każdym miejscu. Stawiałem powolne kroki i mocno przycisnąłem drobne ciało dziewczyny do siebie. Ściskałem jej ramię mocniej niż sobie to zamierzyłem, ale ból na żebrach był tak silny, że musiałem coś ścisnąć, inaczej bym nie wytrzymał. Przepraszam, Kate... Dziewczyna złapała się kruchymi, poharatanymi dłońmi mojej koszuli, a na białym materiale pozostały lepkie ślady krwi po jej ranach. Patrzyłem na drzwi w kierunku, których szliśmy i modliłem się, by Bóg pozwolił mi do nich dotrzeć.
   - Widzę cię... – nagle z głośników usłyszeliśmy ten głos. Jego głos...
   - Kate... – powiedziałem szeptem, chcąc odwrócić jej uwagę – Lou... – dodałem, gdy ujrzałem przyjaciela, wyciągającego rękę w naszą stronę. – Jest parę kroków od nas idź do niego! Szybko! – ponaglałem, jednak ona nie chciała mnie opuścić. Chciałem żeby mnie zostawiła i pobiegła. Czułem, że niebezpieczeństwo jest jeszcze większe niż wcześniej. Popatrzyłem na mojego przyjaciela z prośbą o pomoc.
   - Kate, kochanie, jeszcze trochę! – szeptał i wiedziałem, że jego głos pomaga jej w opanowaniu strachu.
   - Widzę cię – ponownie głos wydobył się z głośników. Nagle dziewczyna stanęła jak wryta i nie potrafiła stawiać kroków do przodu. Była sparaliżowana strachem.
   - Proszę, chodź... – prosiłem ją. –  Błagam... – nie miałem siły, by ją podnieść, a ona ani drgnęła. Nie potrafiła stawiać kroków. Była przerażona i wyniszczona. – Jeszcze trochę, Kate – ponownie spojrzałem bezradnie na Louisa. Chłopak, nie zważając już dłużej, na powstrzymującego go policjanta, wybiegł w naszym kierunku.
   - Louis, nie! – krzyknął za nim mężczyzna, ale on był już przy nas.
   - Weź ją! – oderwałem dziewczynę siłą od siebie. – Dam sobie radę – mój przyjaciel nie był pewny moich słów, ale nie miał wyjścia, gdy pchnąłem Kate w jego kierunku, chcąc by najpierw ratował ją. Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem i podniósł ją niczym piórko. Jej oczy były nieobecne i drżały razem z nią. Wciąż nie miała kontaktu z rzeczywistością, zbyt przerażona, by wiedzieć, co się dzieje. Wpatrywałem się w plecy Louisa, które były napięte bardziej ze zdenerwowania niż od ciężaru jego dziewczyny. Nagle usłyszałem szyderczy śmiech.
   - A jednak cierpliwość popłaca... – zaśmiał się porywacz, wychodząc nagle z jakiegoś ciemnego kąta. Wycelował lufę pistoletu w plecy mojego przyjaciela i Kate. Nie zastanawiając się nad niczym, odepchnąłem nogi od ziemi i skoczyłem w ich kierunku, ciągnąc za sobą podtrzymującego mnie policjanta. Ból, cierpienie, połamane kości, nic w tym momencie nie miało znaczenia. Włożyłem w ten ruch, każdą siłę jaką odszukałem, doskoczyłem do nich i okryłem własnym ciałem. Ścisnąłem ręce mocno przyciskając jak najbliżej siebie moich przyjaciół. Nagle poczułem jak coś z wielką siłą uderza w moje ciało, powodując katusze jakich nikt nie jest wstanie sobie wyobrazić. Kolejna kula, która przed chwilą odbyła lot w przestrzeni przedziurawiła moje ciało. A potem kolejna. Zarzucało mną, a strumień krwi wypłynął z ust. Straciłem kontrolę nad moim ciałem... Usłyszałem tylko jak padają kolejne serie strzałów, jednak tym razem celem nie byłem ja, ale on. Mój zabójca. Jeszcze chwile ściskałem Louisa i Kate przy swoim sercu, chcąc mieć pewność, że nic im nie będzie, że ocaleją, będą żyć. Muszą żyć. Niczym u marionetki, u której przecięto bez ostrzeżenia sznurki, moje ciało stoczyło się bezwładnie na ziemię.
   - ZAYN! – krzyknął głosem pełnym rozpaczy Louis. Położył ostrożnie nieprzytomną Kate na ziemi niedaleko mnie. Jedyne co udało mi się dostrzec to to, że oddychała. Uśmiechnąłem się... – Trzymaj się stary! Nic ci nie będzie! – mówił, miotając drżącymi dłońmi nad moją klatką piersiową, pokrytą krwią. Chciał mi pomóc, ale nie wiedział jak. Próbował dotknąć ran, jednak wycofywał się po sekundzie, wiedząc, że to sprawi mi ból. Nie mógł mi pomóc. Nikt już nie mógł.
   - Posłuchaj Louis – złapałem go za rękę. Musiałem jakoś utrzymać łączność. Robić wszystko, by zostać przy życiu jak najdłużej. – To koniec... – ścisnąłem jego palce.
   - Co ty pierdolisz, Zayn?!? – darł się, a jego głos był pełen boleści. – Kurwa, nic ci nie będzie rozumiesz?!? – krzyczał mi nad uchem. – Wyliżesz się! Zawsze się wylizujesz...
   - Wysłuchaj mnie, Lou – czułem jak moje ciało pulsuje. Ból był wciąż okropny, jednak on świadczył o tym, że miałem jeszcze trochę czasu. Czasu, aby się pożegnać...
   - Chciałbym, żebyś powiedział... – zachłysnąłem się własną krwią, której zebrało się nagle więcej w ustach. Jednak wyplułem ją, kaszląc tak, aby przestała mi blokować usta. – Powiedział... – powtórzyłem z trudem – moim siostrom i rodzicom... że ich kocham... Ponad wszystko – dodałem. –  Kocham najbardziej na świecie – ścisnąłem palce Louisa jeszcze mocniej, jednak nie czułem już swoich. – Podziękuj mojej mamie... za wszystko... a przede wszystkim za to, że wysłała mnie do x factor... Dzięki niej mam was... Najwspanialszą rzecz jaka w życiu mnie spotkała...
   - Zayn, nie umrzesz! – płakał mój przyjaciel, którego widziałem ostatni raz.Wiedziałem to i chyba pogodziłem się z tym. W końcu udało mi się zrobić coś dobrego. Ilu ludzi może pochwalić się czymś takim?
   - Powiedz tacie... – kontynuowałem, wiedząc że nie mam czasu na postój – że przepraszam go za to, że nie zostałem pilotem, tak jak marzył... Zawsze starałem się być najlepszym synem, jakim tylko potrafiłem. Jeśli zawiodłem... Przepraszam... – nie kontrolując  swojego ciała, ponownie się zachłysnąłem szkarłatnym płynem, który tym razem spłynął mi wzdłuż ust. – I przekaż mamie... – doszedłem do siebie –  że chciałabym... – ręka zdrętwiała mi już do łokcia – że chciałbym być pochowany obok dziadka, którego imię mam wytatuowane...
   - Ty. Nie. Umierasz... – syczał Lou. Nie słuchałem go, wiedząc, że koniec jest bliski. Bóg nie podarował mi kamizelki kuloodpornej, ale podarował mi dodatkową garstkę czasu i trochę siły. Pragnąłem to teraz wykorzystać.
   - Przekaż chłopakom, że są cudowni – zdecydowałem popatrzeć się Louisowi ten ostatni raz w oczy. – Nigdy nie sądziłem, że na was zasługuję... – szepnąłem.
   - Co ty pierdolisz… – mówił przez łzy Lou.
   - Przekaż Liamowi, żeby opiekował się wami, gdy mnie nie będzie dobrze? – nie potrafiłem już ruszać palcami u stóp. Ciało powoli przechodziło na drugą stronę. Dusza i umysł pozostawały jeszcze na swoim miejscu. – Harry niech powie Alex, co do niej czuje. Niech nie zwleka... Ona go kocha, a on kocha ją. Nie warto czekać, jeżeli w grę wchodzi miłość. Tak mało czasu, mamy w życiu… – poczułem jak moja klatka piersiowa porusza się coraz wolniej. – Niech Niall znajdzie sobie kogoś wyjątkowego. Jest cudowny. Zasługuje na miłość. 
   - Masz rację – pociągnął nosem Louis. – Poszukamy mu kogoś razem, dobrze? Zayn, proszę... – szeptał łkając.
   - Louis, przepraszam stary... Przepraszam, że pocałowałem Kate... że ci to zrobiłem... nie powinienem się nazywać twoim przyjacielem…
   - To nieprawda. Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego mogłem sobie w życiu wymarzyć... – jego łzy uderzały o moje ciało. – Najlepszym…
   - Opiekuj się nią, Louis. Opiekuj się Kate. Nie zgub jej. Bądź dużym chłopcem... – uśmiechnąłem się przy słowie ‘chłopiec’ przewijając w głowie wspomnienia, w których Louis zawsze się wygłupiał, śmiał, żył pełnią życia, szalał... Ja nigdy tego nie potrafiłem... – Zasługujesz na nią w pełni. Jesteś jednym z najsilniejszych ludzi, jakich spotkałem w swoich życiu. Nigdy się nie poddajesz i potrafisz walczyć o to, co dla ciebie ważne. Zawsze ci tego zazdrościłem... – złapałem gwałtownie oddech, prosząc Boga o tę ostatnią minutę. –  I przekaż jej... Kate... że zmieniła moje życie... Dzięki niej nauczyłem się patrzeć…
   - Sam jej to powiesz! Już niedługo ją zobaczysz! Ona jest tutaj z nami. Zaraz się obudzi, a ty znowu ją przytulisz... – uśmiechnąłem się na myśl o jej kruchych dłoniach i nieśmiałym uśmiechu. Jednak gdy poczułem, że moje ciało jest sztywne, wiedziałem, że to już koniec.
   - Perrie... – wyszeptałem – Powiedz jej, że przepraszam ją za wszystko... Zasłużyła na kogoś lepszego niż ja... – po moim policzku spłynęła łza. – Przekaż jej, że ją kocham. Kocham całym sercem, każdą komórką, centymetrem mojego ciała... Gdy umrę, moja dusza wciąż będzie należeć do niej…
   - Zayn… – szarpał mnie za koszulkę Louis. – Zayn kurwa, nie zamykaj oczu! – krzyczał.
   - Dziękuję wam... – zobaczyłem przed oczami urywki, mojego życia. Widziałem mamę, która głaszczę mnie po głowię i całuje w policzek, mówiąc, że gdy tylko wyjdę ze szkoły po pierwszym dniu, ona będzie na mnie czekać. Widzę tatę, który specjalnie daje mi strzelić pierwszego gola, gdy jestem tak mały, że nie wiem jeszcze jaki dokładnie kształt ma piłka. Widzę moje siostry, które wskakują mi na plecy, przytulają, całują, gdy wracam z trasy. Widzę Kate, posyłającą mi ten swój niesamowicie piękny uśmiech... Perrie, całującą moje usta z czułością i miłością w oczach. Nawet teraz pamiętam smak jej warg... I wreszcie widzę chłopaków... Chwile, gdy nagrywaliśmy razem teledyski, piosenki zawsze śmiejąc się przy tym do rozpuku. Oblewaliśmy się wodą, na koncertach, nie zważając na żadne zasady. Momenty, gdy jedliśmy chipsy przed telewizorem podczas kolejnego turnieju w fifę. Chwile, gdy stawaliśmy się zespołem. Gdy stawaliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Wciąż jest w nas coś z tych chłopaków ze schodów...  zaśmiałem się w głowie. Chociaż minęło tyle czasu...
   Gdy czułem, jak powieki są coraz cięższe i opadają, przed oczami pojawił się ostatni obraz. Moment gdy spędzaliśmy wspólnie czas przy ognisku w domku ojczyma Harrego, mówiąc o czym marzymy. Ja marzyłem tylko o jednym. By znaleźć przyjaciół. Spełniło się...
   - Dziękuje wam – uśmiechnąłem się ostatni raz, nie czując już żadnego bólu, jedynie ukojenie. – Dziękuję, że pozwoliliście mi być częścią waszego życia. Kocham was wszystkich – szepnąłem w stronę Louisa.

Kocham najbardziej na świecie...

niedziela, 8 września 2013

73




   Obudziłem się, czując przyjemne ciepło rozchodzące się po moim ciele. Było mi bardzo, ale to baaardzo dobrze... Alex wtulała się plecami we mnie. „A może to ja wtulałem się w nią?” Podniosłem się ostrożnie na łokciu i niechętnie otworzyłem jedno oko, by zerknąć, czy jej noga wciąż jest ułożona na podwyższeniu. „Jakim cudem wygodnie jej w tej pozycji?” zdziwiłem się, uśmiechając się pod nosem. W sypialni słychać było tylko jej chrapanie. Zdecydowanie ciche, jak na możliwości, jakimi dysponuje i które nie raz już zaprezentowała. Objąłem ją ramieniem w pasie chcąc wrócić w objęcia Morfeusza. W końcu nasze wczorajsze rozważania na temat Eleanor zakończyły się praktycznie nad ranem. Chciałem po prostu spać. Ziewnąłem, próbując ułożyć się wygodniej. Wtedy to zdałem sobie sprawę, że ocieram się o nią moim pobudzonym interesem, okrytym tylko cienkim materiałem bokserek. „Najwyraźniej mój mózg potrzebował chwili, by przetrawić dane...” Sen momentalnie poszedł w zapomnienie. „A więc to wcale nie jest niemożliwe...” dumałem nad właśnie odkrytą pozycją, pracując powoli biodrami. Przyjemne uczucie, które temu towarzyszyło narastało, powoli wypełniając mnie całego.
   - Harry? Co ty... – usłyszałem zaspany głos Alex. Zacisnąłem palce na jej biodrze, nie pozwalając jej się ode mnie odsunąć. – Harry... – westchnęła, odchylając głowę do tyłu. Uniosłem się na łokciu i pochyliłem, by sięgnąć do jej ust. – Dzień dobry... – mruknęła, gdy oderwaliśmy w końcu nasze wargi.
   - Dzień dobry... – uśmiechnąłem się, wsuwając dłoń pod jej koszulkę, która i tak podwinęła się zachęcająco. „Jakbym potrzebował zachęty...
   - Co ty znowu wymyśliłeś, Styles? – zauważyłem wesoły błysk w jej oczach, które momentalnie pociemniały, gdy moje palce objęły miękką pierś. Byłem twardy jak skała. Przycisnąłem mojego przyjaciela do jej pośladków. „To powinno starczyć za odpowiedź...” uśmiechnąłem się łobuzersko. Poczułem, że teraz to ona ociera się o mnie i miałem wrażenie, że mój penis zaraz rozerwie bokserki, byle tylko wydostać się na wolność. – Nie wiem, czy to się uda... – usłyszałem ciche westchnienie, któremu towarzyszył przyspieszony oddech. – Chyba...  Ja nie...
   - Ja też tego nie wiem... – szepnąłem jej do ucha, jednocześnie pieszcząc dłonią jej wrażliwe sutki, które momentalnie twardniały pod moim dotykiem. – Ale jestem bardziej niż chętny, by sprawdzić, dokąd nas to zaprowadzi... – zamknąłem jej usta swoimi, jęcząc z przyjemności, gdy poczułem jej sprawny język, zapraszający mój do wspólnego tańca. „A potrafiła nim zdziałać cuda...” Moja dłoń sunęła ku „ziemi obiecanej”, delikatnie pieszcząc wszystko na swojej drodze. Gdy wsunąłem palce pod gumkę jej bielizny, silny dreszcz wstrząsnął ciałem Alex. „Czy trzeba mi lepszego zaproszenia?” Zsunąłem jej majtki jak najdalej mogłem bez przerywania pocałunku. Poczułem jej dłoń na swojej, gdy kierowała mnie, bym zdjął i swoją bieliznę. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Po chwili bokserki znalazły się w okolicy kolan, a mój penis, bardziej niż chętnie, ocierał się o nagie pośladki dziewczyny.
   - Kurwa... – głośny jęk wyrwał się z moich ust, gdy poczułem jak dłoń Alex obejmuje mnie, pokrywając śliną. „To było cholernie gorące...” Krew zawrzała we mnie. Wgryzłem się w jej bark, chcąc wyciszyć kolejny, jeszcze głośniejszy jęk, jednocześnie wsuwając palce między jej uda. Była już wilgotna i tak niesamowicie gorąca, że wręcz musiałem zanurzyć się w jej wnętrzu.
   - Harry... – sapnęła, gdy moje palce powoli poruszały się w niej. – To nie...
   - Wiem... – sięgnąłem do jej ust, by znów ich posmakować. „To nie takie proste...” dokończyłem w myślach to, co próbowała mi przekazać. „Ten cholerny gips...” warknąłem, bo zdałem sobie sprawę, że to wcale nie jest taka fajna pozycja, jak myślałem jeszcze chwilę temu. Ale w tym momencie aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Jej dłoń poruszająca się na moim penisie, skutecznie odwracała moje myśli w dobrym kierunku. Czułem, że wiele mi nie trzeba, by moja poranna chwała zamieniła się w cudowny orgazm. Jedyne czego potrzebowałem, to by mój Motylek wzniósł się tam razem ze mną. Wsunąłem w nią kolejny palec, pracując nieprzerwanie. Przygryzła moją wargę, by po chwili zassać ją lekko. Spalałem się z ogromu przyjemności. Usłyszałem głośny jęk, gdy kciukiem pieściłem twardy wzgórek. Jej urywany oddech mówił mi, że podobają jej się moje działania...
   - Tak! – szarpnęła głową do tyłu, dysząc jak po szaleńczym biegu i przyspieszając na moim twardym przyjacielu.
   - Alex... ja... zaraz... zwolnij... – stękałem przy jej uchu, czując, że jestem już prawie u celu. – Chcę... nie... ty... ja... Kurwaaa! – warknąłem, gdy ścisnęła moje klejnoty, zaskakując mnie tym zupełnie. Przyspieszyłem ruch dłonią i w końcu poczułem jak jej gorące wnętrze zaczyna pulsować, zaciskając się na moich palcach, a z ust Alex wydostają się coraz głośniejsze westchnienia. Penis zadrżał w jej dłoni i przez moje ciało przetoczyła się obezwładniająca fala przyjemności. Doszedłem z jej imieniem na ustach, znacząc białymi śladami jej pośladki, a dosłownie sekundę później poczułem, jak orgazm, niczym potężne tsunami, porwał i ją w posiadanie.
   - Harry! Alex! – do moich uszu doleciał krzyk Louisa. „Normalnie, kurwa, nie wierzę...” Popatrzyliśmy z Alex na siebie, zastygając w bezruchu.
   - Zabiję go... – warknąłem, chowając twarz w ramieniu dziewczyny. „Za jakie, kurwa, grzechy...” Czułem, że w tym momencie mógłbym skrócić Tomlinsona o głowę.
   - Boże... – jęknęła dziewczyna, próbując uspokoić się po niedawnym orgazmie. – Powiedz, że nie zapomniałeś o zamku... On tu nie może wejść...
   - Nie wejdzie... – uśmiechnąłem się, przypominając sobie, że wieczorem zamknąłem drzwi na klucz. „Wielkie umysły myślą podobnie...” pochyliłem się, by zamknąć jej usta w kolejnym pocałunku.




   - Serio, ludzie, czy wy nie macie swoich domów? – odezwał się Harry, gdy tylko posadzili z Liamem Alex na kanapie. Spojrzał na nas rozbawiony. – Mówię wam... To się powoli robi przerażające...
   - A co dokładnie? – zapytał Payne, siadając ostrożnie obok dziewczyny.
   - To, że wszyscy, jak jeden mąż, wpadliście na ten sam, iście genialny pomysł, by tu przyjechać... – powiedział, posyłając Liamowi kpiące spojrzenie i układając poduszki pod gipsem Alex.
   - Tak właściwie... – odezwał się Lou. – Paul do mnie dzwonił rano... Miał spotkanie na komisariacie i powiedział, że po wszystkim wpadnie z informacjami...
   - No i co to ma wspólnego z waszą inwazją na mój dom? – Harry zajął miejsce obok „swojej dziewczyny” i objął ją ramieniem. „Wiedziałem, że tu się kroi coś więcej...” uśmiechnąłem się zadowolony, widząc jak ona opiera się o niego wygodnie. „Jestem genialny! Nic dodać, nic ująć...
   - A to – Lou posłał mu wymowne spojrzenie – że pomyślałem sobie, że może was z Alex zainteresować, co będzie miał do powiedzenia... Powiedziałem mu, żeby po wszystkim przyjechał prosto do ciebie i zadzwoniłem do chłopaków...
   - I efekt był łatwy do przewidzenia – zaśmiałem się głośno. – Nawet Zayn stwierdził, że dla takich newsów warto wyjść z łóżka...
   - Szkoda, że żaden z was, geniusze, nie wpadł na pomysł, by nam przywieźć jakieś śniadanie... – Styles chyba już się pogodził z nieuniknionym. Zresztą moim zdaniem Lou bardzo dobrze zrobił, dzwoniąc po nas. Ta sprawa dotyczy nas wszystkich.
   - Chyba raczej lunch – parsknął Liam, kiwając głową w stronę zegarka, wiszącego na ścianie.
   - Jak zwał, tak zwał... – Harry wzruszył ramionami. – Nie zmienia to faktu, że umieram z głodu, a nieproszeni goście powinni przychodzić z darami...
   - Ja mogę coś przyszykować – usłyszałem głos Katy i jeżeli mam być szczery, to naprawdę bardzo liczyłem na taką propozycję. – Jeżeli oczywiście...
   - Ja ci pomogę! – zerwałem się z kanapy, prawie zabijając się o wyciągnięte nogi Zayna. „Wcale nie jestem nadgorliwy, prawda?” – To znaczy... – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. – Jeżeli oczywiście Harry ma coś więcej w lodówce niż tylko światełko...
   - Boże, jesteś obrzydliwie oczywisty – parsknął Liam.
   - Też cię kocham... – posłałem mu całusa i pociągnąłem Katy za dłonie, by wyrwać ją z objęć Louisa. Dopiero teraz wszyscy mogliśmy zobaczyć ją w pełnej okazałości. Gdy przyszliśmy, oni już siedzieli na kanapie, a dziewczyna dodatkowo z nogami podkulonymi pod siebie. W życiu bym nie pomyślał, że będzie tak wyglądać... Usłyszałem gwizd Stylesa i w myślach mu wtórowałem.
   - Mała... – powiedział Harry z podziwem w głosie.
   - Ślicznie wyglądasz, kochanie... – Alex miała dosłownie łzy w oczach na widok przyjaciółki. Katy oblała się rumieńcem i uśmiechnęła nieśmiało, dziękując za komplementy. Musiałem przyznać, że w tej sukieneczce wyglądała bosko. „Wręcz miało się ochotę ją schrupać...” Zauważyłem dumne spojrzenie Louisa i naprawdę mu się nie dziwiłem. Jeszcze nie tak dawno nosiła głównie czerń i wręcz nie rozstawała się ze spodniami. A teraz? Biała, zwiewna sukienka na ramiączkach. „Z bardzo smacznym motywem” dodałem w myślach, czekając, aż Katy wsunie stopy w japonki. Po chwili ciągnąłem ją za sobą do kuchni, żegnany śmiechami przyjaciół, którzy oczywiście nie mogli się powstrzymać, by tego mojego zapału głośno nie skomentować.
   - Jak ja tęskniłem za naszym wspólnym gotowaniem – powiedziałem, okręcając się z dziewczyną w ramionach. Ucieszyłem się, słysząc jej radosny śmiech.
   - Zachowuj się tam, Horan! – krzyk Louisa tylko bardziej mnie rozbawił. Gdy otwierałem lodówkę, naprawdę szczerzyłem się jak jakiś wariat.




   Uniosłam głowę znad talerza, słysząc, że drzwi wejściowe otwierają się powoli. „A więc to już...” westchnęłam, szykując się na to, czego zaraz mogłam się dowiedzieć. „Proszę, niech się okaże, że Perrie nie miała z tym nic wspólnego...” zaklinałam w myślach. Bardzo polubiłam dziewczynę Zayna, a co ważniejsze, pokochałam jego. Tak bardzo bym nie chciała, by musiał przez to przechodzić...
   - Ale zapachy... – odezwał się Paul, ledwo wszedł do środka. Przywitał się ze wszystkimi, wysłuchując szybkiego sprawozdania Andy’ego oraz Marka. Nagle straciłam apetyt. „To tylko nerwy... Wszystko będzie dobrze...” próbowałam przekonać samą siebie, ale jak na razie z mizernym skutkiem.
   - Tu naprawdę wszyscy wchodzą jak do siebie... – mruknął Harry pod nosem, ale na szczęście na tyle cicho, że menadżer tego nie usłyszał. Louis parsknął rozbawiony, mówiąc coś o sprawiedliwości i o tym, że teraz przyszła pora na Harry’ego. Uśmiechnęłam się, słysząc jak Alex oferuje mu część swojej porcji, a ten dziękuje jej zadowolony. „Normalnie miłość...” westchnęłam, próbując przegonić zdenerwowanie dobrymi myślami.
   - Zdążyłeś w sam raz – powiedział Liam, idąc do kuchni, by przynieść talerz dla Paula. – Placki wciąż są ciepłe. Jeszcze chwila i raczej nie powstrzymalibyśmy Nialla przed zjedzeniem twojej części...
   - To wspaniale, bo umieram z głodu...
   - Dla kogo wspaniale i w sam raz, dla tego w sam raz... – usłyszałam rozczarowane westchnienie przyjaciela i nie mogłam się nie roześmiać na jego słowa. Menadżer usiadł ostrożnie obok Alex i ochoczo zabrał się za opróżnianie talerza, zachwycając się potrawą. „I kto by pomyślał, że takie nic, aż tak im posmakuje...
   Nagle wesołe rozmowy ucichły i każdy w milczeniu kończył swoją porcję. No, oprócz Nialla, bo on już dawno zdążył zapomnieć o tym, że miał coś na talerzu. Dotknęłam łokcia Louisa, posyłając mu pytające „spojrzenie” i wskazując na moją prawie nietkniętą porcję.
   - Nie dam rady... – powiedział, klepiąc się głośno po brzuchu. Od razu wiedziałam, jak to się skończy.
   - Ja dam! – zawołał uradowany przyjaciel i wręcz rzucił się na wyciągnięty w jego stronę talerz. „Jakby nie jadł od tygodnia...” uśmiechnęłam, słysząc dookoła rozbawione parsknięcia. Zsunęłam ze stóp japonki i podciągnęłam nogi pod siebie, poprawiając sukienkę i wtulając się w bok Louisa. Od razu otoczył mnie ramieniem, sięgając po moją dłoń. Czekaliśmy. Wprawdzie Liam próbował zabawiać wszystkich rozmową, ale nie całkiem mu się to udawało. W powietrzu dało się wyczuć napięcie. Wszyscy byliśmy ciekawi, czego dowiedział się Paul. Przecież każdy z nas niczego bardziej nie pragnął, niż zakończenia tego horroru.
   - Nie wiem, czy pamiętacie – usłyszałam głos Paula – ale obiecaliście dzisiaj pojawić się na otwarciu tego nowego klubu...
   - Co? – okrzyk zdziwienia padł z wielu stron jednocześnie.
   - No tak! – sądząc po dźwięku, Harry musiał właśnie uderzyć w coś dłonią. „Prawdopodobnie w swoje czoło” uśmiechnęłam się, na samo wyobrażenie takiego gestu. – To o to chodziło w tej wiadomości od Nicka...
   - Ale jak to dzisiaj? – Louisowi chyba nie za bardzo spodobał się ten pomysł. Zresztą jeśli mam być szczera, to i mi jakoś nie uśmiechało się wychodzenie na kolejna imprezę. Może tym razem uda mi się go przekonać, bym została w domu z Markiem. „Marne szanse...” szepnęło moje drugie ja i pewnie miało rację.
   - Musimy tam pokazać się tylko na chwile – powiedział Harry i coś mi się wydaje, że chyba to on złożył tą obietnicę. – Pokręcimy się trochę i wyjdziemy... – westchnął. – Kompletnie o tym zapomniałem. Wspominałem wam o tym znajomym Nicka... Prosił mnie o przysługę. Gdybym wiedział...
   - Czyli szykować wam transport na wieczór? – upewnił się Paul.
   - Na to wygląda... – mruknął Zayn i on chyba też nie był zadowolony. – O której jest to otwarcie?
   - O dziesiątej...
   Słuchałam jak dopinają wszystko na ostatni guzik i ustalają z Paulem szczegóły. Sądząc po ich nastawieniu, raczej nikt nie był zachwycony tym niespodziewanym wyjściem. Miałam jakieś dziwne przeczucie, że może w takim razie nie powinniśmy iść, ale szybko je w sobie zdusiłam. W końcu złożyli komuś obietnicę i jak by to o nich świadczyło, gdyby jej nie dotrzymali... „A może właśnie będziemy się dobrze bawić?” próbowałam wykrzesać z siebie choć trochę pozytywnych myśli, ale to dziwne przeczucie nie dawało się przegonić. „Może to ja nie powinnam iść?” Poczułam się ciut lepiej z tym pomysłem, ale nim zdążyłam szepnąć choć słówko Louisowi, poczułam jak jego kciuk rysuje tajemnicze znaki we wnętrzu mojej dłoni i już wiedziałam, że nie zrobię mu tego kolejny raz. „Skoro oni mogą się przemęczyć, to i ja nie powinnam narzekać...” Posłałam mojemu chłopakowi czuły uśmiech i wtuliłam się w niego. Dotyk jego ust na mojej skroni, potrafił przegonić wszelkie wątpliwości...




   Słuchałem sprawozdania menadżera z wizyty na policji i z każdym jego słowem, trudniej mi było to wszystko pojąć. Zresztą gdybym miał zgadywać, to twarze przyjaciół wyrażały dokładnie to samo zdezorientowanie, które czułem. Z kilkoma wyjątkami... Mark opierał się niedbale o ścianę na przeciw mnie i prawdę mówiąc, wyglądał jakby to, co przed chwilą usłyszał, nie zrobiło na nim większego wrażenia. Podobnie Alex, ale akurat ją mogłem zrozumieć. W końcu nie znała osobiście ani Perrie, ani Eleanor. Dla niej były to obce dziewczyny, dla nas, ktoś kogo znaliśmy bardzo dobrze... A przynajmniej tak nam się wydawało jeszcze pół godziny temu... Kate siedziała sztywno, ściskając moją dłoń. Jakby bala się wręcz oddychać. I tak było od momentu, gdy Paul wspomniał o Pers i o tym, że to ona opowiedziała policji o El. Wiedziałem, że Kate bardzo polubiła dziewczynę Zayna i jej udział w tych kilku wydarzeniach, musiał ją zaboleć. Choć znając moją ukochaną, wcale bym się nie zdziwił, gdyby właśnie zamartwiała się o Malika...
   Musiałem przyznać, że byłem pod wielkim wrażeniem wystąpienia Nialla, który całym sobą, próbował nas przekonać, by nie wyciągać pochopnych wniosków odnośnie Perrie i nie skreślać jej, bo przecież nikt z nas nie dał dziewczynie okazji się wytłumaczyć, a przecież mogła być tylko marionetką w rękach swojej „przyjaciółki”. Początkowo złość nie pozwalała mi się z nim zgodzić. W ogóle nie chciałem tego słuchać. Dopiero gdy Liam go poparł i ja zacząłem dopuszczać taką możliwość. A gdy poczułem, że Kate wzdycha z ulgą i przytula się do mojego boku wiedziałem, że nie tylko mnie to przekonało.
   Tylko Zayn wciąż siedział ze spuszczona głową i zaciskał szczęki tak mocno, że to chyba cud, że mu jeszcze nie strzeliły. Ale wcale mu się nie dziwiłem. Zachowanie Perrie musiało go bardzo zranić i nawet jeżeli pomagała Eleanor, nie będąc tego całkiem świadoma, to i tak nie była do końca szczera względem niego. Ostatecznie wszyscy próbowaliśmy go przekonać, by rzeczywiście dał jej szansę się wytłumaczyć. W końcu rozmowa to najlepsze, co można w tej sytuacji zrobić. Ale Zayn, to... Zayn. Jest uparty jak osioł. „A do tego zraniony osioł.” Patrząc na niego czułem, że jest coś więcej... że zachowanie Perrie zraniło go bardziej, niż to okazuje, a widząc zatroskane spojrzenie Nialla, mogłem być tego wręcz pewny.
   - I ja myślę, że powinniście porozmawiać... Perrie zasługuje, by dać jej szansę. Oboje na to zasługujecie. Przecież ją kochasz...
   Cichy głos Kate sprawił, że wszyscy umilkliśmy i wpatrywaliśmy się teraz na przemian, to w nią, to w Zayna. Czułem się jak na jakimś meczu tenisa, przeskakując spojrzeniem z przyjaciela na dziewczynę. I gdy już wydawało się, że on i na te słowa nie zareaguje, postanowił się odezwać, choć nie była to jeszcze żadna deklaracja z jego strony.
   - Może i powinniśmy porozmawiać...


   - Szkoda, że jej nie aresztowali – westchnął Harry, posyłając mi niepewne spojrzenie, jakby bał się mnie urazić tymi słowami. Ale ja mogłem tylko wzruszyć ramionami, bo tak naprawdę zachowanie Eleanor w ostatnim czasie przekreśliło moje wszystkie dobre wspomnienia z nią związane i było mi wszystko jedno, co się z nią stanie. Dla mnie mogła nawet gnić w więzieniu. Chciałem tylko, by już nie zbliżyła się do Kate, ale tego miałem zamiar dopilnować osobiście. „Będziemy pilnować Kate osobiście? Co ty na to, by zamknąć ją w sypialni? Najlepiej w łóżku. Nagą...” moje drugie ja właśnie podsyłało mi coraz to gorętsze pomysły.
   - No, szkoda... – zgodził się Niall, a ja z wielkim trudem usiłowałem skoncentrować się na jego wypowiedzi. W głowie miałem rozpaloną dziewczynę, prężącą się na łóżku. Moje wszystko „skupiało się” teraz gdzie indziej i czułem, że robi mi się ciasno w spodniach. – Ale może sam fakt, że była przesłuchiwana, przestraszy ją na tyle, że się w końcu opamięta...
   - Oby... – westchnął Zayn. Chciał coś jeszcze dodać, ale pojawienie się Kate sprawiło, że zmienił zdanie.
   - I jak tam mój Motylek? – Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu, śledząc wzrokiem moja dziewczynę.
   - Zasnęła, ledwo ułożyła głowę na poduszce – powiedziała Kate, podchodząc ostrożnie do mnie i siadając na swoim poprzednim miejscu. Moje drugie ja już nie musiało mnie rozpalać, sama obecność delikatnego ciała, tulącego się do mnie z ufnością sprawiała, że jedyne o czym mogłem myśleć to to, jak szybko będziemy w stanie dotrzeć do domu, jeżeli teraz wyjedziemy... Palce Kate pieściły złote serduszko w zamyśleniu, a ja mogłem się tylko zastanawiać, czy to możliwe, że nie ma pod sukienką stanika...
   - Dlaczego Motylek? – odezwał się Liam, przeskakując spojrzeniem od mojej dziewczyny, do Stylesa. „Skup się, Tomlinson!” spoliczkowałem się mentalnie. – Czy ona naprawdę ma wytatuowanego motyla?
   - Nawet kilka – przyjaciel nie przestawał się szczerzyć. „Czyżby czytał mi w myślach? Nie... To nie to...
   - Gdzie? – Niall najwyraźniej też był bardzo ciekawy. Policzki Kate momentalnie pokryły się rumieńcem. „No, od niej, to się raczej nic nie dowiemy...
   - Tam, gdzie słońce nie dochodzi... – „Inteligentna podpowiedź Stylesa raz, poproszę...” parsknałem rozbawiony.
   - Na dupie? – zdziwił się Horan, a oczy prawie wyszły mu z orbit. Chichy śmiech Kate wypełnił pomieszczenie. – Chyba jednak nie zgadłem... – domyślił się, widząc jej reakcję.
   - Chyba jednak nie – posłała mu rozbawione „spojrzenie” i wtuliła się mocniej w mój bok. Poczułem jej dłoń na moim udzie i kolejny raz okazało się, że bardzo łatwo mnie rozproszyć. „A wcześniej myślałeś inaczej?” usłyszałem w głowie. „Błagam, niech ktoś to... go... to wyłączy...
   - Robicie z tego jakąś tajemnicę – blondyn założył ramiona na piersi. – Po prostu ją poproszę i mi go pokaże. Wielkie mi halo...
   - Po moim trupie – natychmiastowa reakcja Harry’ego zwaliłaby mnie z nóg, gdyby nie to, że akurat wygodnie siedziałem. „No, może nie tak całkiem wygodnie...” ująłem dłoń Kate, by nie zawędrowała nią w pobliże mojego twardego przyjaciela.
   - A zakład, że ją zapytam?
   - A zakład, że nie?
   Trzeba przyznać, że to ich mierzenie się wzrokiem było całkiem zabawne. Coś mi się wydaje, że Harry miał tutaj zdecydowanie większą motywację i tylko dlatego było wiadomo, że Niall pierwszy odpuści.
   - A niech ci będzie... – machnął ręką. – Zresztą zawsze kiedyś można zaprosić ją na basenową imprezkę do Louisa i obejrzę sobie ten tatuaż, gdy będzie miała na sobie kostium kąpielowy...
   - Żebyś się nie zdziwił... – Harry mruknął pod nosem, a Kate parsknęła rozbawiona. „Hmmm... To się naprawdę zaczyna robić ciekawe... Gdzie ona może mieć ten tatuaż?
   - Chyba powinniśmy się już zbierać – Liam postanowił odwrócić naszą uwagę od nieszczęsnych motylków Alex. – Podwieziecie mnie? – posłał Horanowi pytające spojrzenie.
   - Taki kawał... – jęknął blondyn. – Za ile?
   Zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Jeden rzut okiem na Harry’ego i mogłem się założyć o wszystko, że zaraz będzie wtulał się w takiego jednego Motylka...
   - Moja mama ma jutro upiec ciasto... – „Czy Liam mógł to lepiej rozegrać?” zaśmiałem się. „Zdecydowanie nie.
   - Oczywiście, że cię podrzucimy – uśmiech Nialla prawie mnie oślepił. – To przecież całkiem po drodze...
   Nasza decyzja, o powrocie do domu, najwyraźniej przeszkodziła ochroniarzom w dokończeniu partyjki pokera, ale trzeba im przyznać, że nie marudzili za bardzo. Może dlatego, że ostatecznie postanowiliśmy zaczekać, aż dokończą rozdanie.
   - Wiedziałem! – zadowolony z siebie Niall wpatrywał się w Harry’ego. – Normalnie jestem genialny...
   - Możliwe – parsknąłem. – A co dokładnie wiedziałeś?
   - Styles widział motylki Alex!
   - No to raczej logiczne, geniuszu – parsknął Zayn. Śmiałem się ze wszystkimi, choć dwie czerwone twarze powinny mnie raczej zmusić do głębszych przemyśleń.
   - Na was chyba już czas... – mruknął Harry, uśmiechając się pod nosem. I z całą pewnością był to uśmiech zadowolenia. „Gdzie ona ma te motylki?




   - Boże... – Niall kolejny raz westchnął zrezygnowany. Tylko, że tym razem dla podkreślenia beznadziejności obecnego stanu rzeczy, zacisnął dłonie na kierownicy i zaczął walić w nią głową. Zayn tylko uśmiechnął się pod nosem i najwyraźniej postanowił uciąć sobie drzemkę. – Mam nadzieję, że to ciasto twojej mamy jest warte stania w tym zasranym korku, Liam – jęknął blondyn, zerkając na mnie w lusterku.
   - Też mam taką nadzieję – posłałem mu zmęczony uśmiech. „Skoro już jestem wykończony, to co dopiero będzie na tej imprezie wieczorem?” westchnąłem. Jedynym jasnym punktem naszych dzisiejszych zobowiązań było to, że mogłem zabrać ze sobą Danielle.
   - Zayn, długo masz zamiar waletować u Nialla?
   - Bo ja wiem... – wzruszył ramionami. – Dziewczyny wyjeżdżają niedługo do Portugalii nagrywać, więc chyba najdłużej do wtedy... – spojrzał na Horana. – O ile mnie wcześniej z domu nie wyrzuci...
   - Biorąc pod uwagę, że prawie nie wychodzisz z łóżka, to jesteś wręcz wymarzonym współlokatorem – parsknął blondyn.
   - Dzięki...
   - Ale zdajesz sobie sprawę, że to śmieszne? – ciągnąłem temat. – To twój dom, a dałeś się z niego wygonić...
   - Nikt mnie nie wygonił, Liam. Po prostu nie chciałem jej na razie oglądać...
   - Powinniście porozmawiać... – nie dawałem za wygraną.
   - Serio? Co ty nie powiesz? – odwrócił się w moją stronę, a jego oczy ciskały błyskawice. – Jak ty to sobie wyobrażasz? Przeprosi mnie za wszystko, zalewając się łzami, powie, że mnie kocha i obieca, że to się więcej nie powtórzy, a ja jej wszystko wybaczę, bo ją kocham i jestem naiwnym idiotą? – Trzeba mu przyznać, że w jego ustach nie brzmiało to tak prosto jak w mojej głowie.
   - A kochasz? – wtrącił się Niall, posyłając mu wymowne spojrzenie. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
   - Kocham... – powiedział po chwili.
   - Więc musisz z nią porozmawiać... – blondyn wzruszył ramionami i skupił się na drodze, manewrując między samochodami.
   - Porozmawiam... – westchnął Zayn, ale zabrzmiało to równie mało przekonująco, jak kiedy powiedział to u Harry’ego w domu.
   - To ona! – wydarł się Niall, hamując tak gwałtownie, że prawie wbiłem zęby w jego fotel, a pas wyrwał mi z płuc całe powietrze. Nim zorientowałem się o co chodzi, przyjaciel wyskoczył z auta, przebiegł dwa pasy i skręcił w alejkę po prawej stronie.
   - Kto? – Zayn wydawał się równie zdezorientowany, co i ja. Kierowcy za nami dostawali właśnie białej gorączki, obwieszczając swoje niezadowolenie głośnym trąbieniem i pewnie milionami wyzwisk pod naszym adresem. Horan „zaparkował” samochód na środku ulicy i o ile zaraz nie wróci, to coś mi się wydaje, że będziemy mieć przechlapane. Obejrzałem się za siebie. Sznur aut nie miał końca. „Zabiją nas tutaj...” – Za kim on pobiegł?
   - A skąd ja mam wiedzieć? – raz po raz oglądałem się z przerażeniem przez ramię. – Ale lepiej żeby się pospieszył i wrócił, bo ten facet w Fordzie za nami wygląda całkiem groźnie...
   - Idzie... – Zayn odetchnął z ulgą, gdy Niall przebiegał przez ulicę, kierując się w naszą stronę. Minę miał niewyraźną. „Jakby właśnie się dowiedział, że Mikołaj nie istnieje...” Zerknąłem do tyłu.
   - Koleś z Forda też idzie... – facet właśnie wysiadał z samochodu. Z mordem w oczach. „Pospiesz się, Niall...” poganiałem przyjaciela w myślach. Ostatnie czego nam potrzeba, to awantura na środku miasta. Horan wskoczył do samochodu i zatrzasnął z hukiem drzwi. Aż dziw, że szyba nie pękła. Znów mozolnie posuwaliśmy się do przodu. Patrzyliśmy na niego z Zaynem, nic nie mówiąc, ale obaj zastanawialiśmy się, czego właśnie byliśmy świadkami.
   Gdy wyjechaliśmy z centrum, korki zostały za nami. Milczeliśmy. I nim się spostrzegłem przyjaciel parkował pod moim domem. Siedzieliśmy w ciszy. Już miałem się odezwać, gdy Niall kolejny raz dał upust emocjom.
   - Nie wierzę! Kurwa mać! – uderzył dłońmi w kierownicę, a my patrzyliśmy na niego z otwartymi ustami. „Dosłownie.” – Kolejny raz nie zdążyłem...
   - Kto to był? – zapytał Zayn, wpatrując się w niego uważnie.
   - Katie – odpowiedział blondyn, ale nasze miny musiały mu powiedzieć, że nic nam to imię nie mówi. – No, TA Katie... – spojrzał na mnie wymownie, ale ja za Chiny nie mogłem skojarzyć, o kogo... „Chyba, że...” coś mi w końcu zaświtało.
   - Ta od BigMaca? – nie mogłem uwierzyć, gdy mi przytaknął. „Ale numer...
   - Zgubiłem ją w metrze... – jęknął i oparł głowę na kierownicy. – Kurwa... – uderzył czołem w klakson.
   - To ta dziewczyna, o której nie możesz przestać nawijać? – Zayn potrzebował się upewnić.
   - Wcale nie gadam o niej cały czas – oburzył się Niall, ale po chwili dodał... – Ale tak, to ona...
   - Nie wierzę... – gapiłem się na niego szeroko otwartymi oczami. – Jesteś pewien, że to była ona? Przecież to praktycznie niemożliwe...
   - Może masz jakieś zwidy – mruknął Zayn pod nosem.
   - Sam masz zwidy... – przyjaciel patrzył się przed siebie. – To była ona... – powiedział cicho. – Na sto procent – dodał. Wyglądał jakby się zamyślił, a po chwili szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy, a w oczach pojawiły się wesołe iskierki. – To była ona! – wykrzyknął uradowany.
   - Już to powiedziałeś – nadal trudno mi było uwierzyć, ale skoro ją widział...
   - Nie rozumiesz... – kręcił głową, szczerząc się jak nienormalny. „Najwyraźniej nie rozumiem...” – To była ona... – powtórzył. – Jest w Londynie...




   - Stary, czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię, czy wciąż jeszcze przeżywasz to, że laska zniknęła ci w metrze? – spojrzałem wymownie na przyjaciela, choć to pytanie było raczej z gatunku tych retorycznych. Nie musiałem czekać na odpowiedź, bo wszystko miał wypisane na twarzy. – To ja tu się produkuję od dziesięciu minut, a do ciebie pewnie nie dotarło ani jedno słowo...
   - Sorry, Zayn... – westchnął Niall. – Wciąż chyba nie mogę uwierzyć, że ona naprawdę jest w Londynie... Widziałem ją...
   - Londyn jest duży... – nie chciałem podcinać mu skrzydeł, ale znalezienie kogoś w tym mieście, w dodatku nie znając nazwiska, graniczy z cudem.
   - No wiem przecież... Nie jestem taki głupi...
   - Tego nie powiedziałem...
   - Jeszcze nie wiem jak, ale ją znajdę – postanowił. Naprawdę zaczynałem żałować, że nie było mi dane poznać tej dziewczyny. Trzeba jej przyznać, że wywarła na chłopaku niezapomniane wrażenie.
   - Gdybyś potrzebował pomocy, to wiesz... – wskazałem na siebie palcem.
   - Wiem... Dzięki... – uśmiechnął się. – To o czym mówiłeś wcześniej?
   - Że mam jakieś złe przeczucia odnośnie tej dzisiejszej imprezy... – westchnąłem ciężko. – Może jednak nie powinniśmy iść...
   - I twoje przeczucia nie mają nic wspólnego z tym, że ostatnio najchętniej w ogóle nie wychodziłbyś z łóżka? – przyjaciel spojrzał na mnie wymownie. – Nie możesz się zamykać w czterech ścianach, Zayn... – „No i zaczyna się...” westchnąłem. – Zadzwoń do niej. Porozmawiajcie... Pozwól jej wyjaśnić. Możesz nawet zaprosić ją na to otwarcie wieczorem...
   - Tak się nie stanie, Niall... – położyłem głowę na oparciu kanapy i zapatrzyłem się w sufit.
   - No, ale przecież... – w myśl zasady, że głupi ma szczęście, w mieszkaniu rozległ się dźwięk domofonu, przerywając Horanowi w pół zdania. – Jeszcze nie skończyliśmy... – powiedział, wstając. – Cześć, co ty tu... – przeniosłem wzrok na niego, zastanawiając się z kim rozmawia. Zazwyczaj od razu otwierał. Każdemu. – Jest tutaj... – spojrzał na mnie, a z jego twarzy mogłem wyczytać, że nie wie, co ma zrobić. „O, kurwa...” – Dobrze... Wejdź... – westchnął zrezygnowany, otwierając drzwi. – To Perrie...
   - Co? – zerwałem się z kanapy, chcąc uciec i zamknąć się w sypialni. Zresztą nawet w mysiej dziurze... gdziekolwiek, byle tylko z nią nie rozmawiać. „Właśnie pokazuję wszem i wobec moje tchórzostwo...
   - Nie zapraszałem jej – tłumaczył się przyjaciel, sięgając do klamki, gdy rozległo się ciche pukanie. – Naprawdę...
   - Wiem, Niall... – westchnąłem, zdając sobie sprawę, że jednak będę musiał stawić czoła swojej dziewczynie. „Byłej dziewczynie...” poprawiłem się.
   - Cześć... – Perrie przytuliła go ostrożnie, jakby nie była pewna, czy jej nie odepchnie. „Powinna znać go lepiej...” zauważyłem.
   - Dobrze cię widzieć, Pers – przyjaciel próbował się uśmiechnąć, ale nie był to jeden z tych jego wesołych uśmiechów. – Zostawię was samych... – powiedział i zniknął w swojej sypialni, posyłając mi jeszcze pełne wsparcia spojrzenie.
   W pomieszczeniu zapadła cisza. Jedna z tych, które nie sprawiają ci przyjemności. W powietrzu czuć było napięcie. „Zresztą, czy mogło być inaczej?” Oboje nie ruszaliśmy się z miejsc, mierząc się wzrokiem. Naprawdę nie byłem jeszcze gotowy na tą rozmowę. Ten, kto sądzi, że najlepiej załatwiać takie sprawy od razu, chyba nigdy nie był zdradzony. Teraz to ja mogłem jedynie zatrzasnąć za nią drzwi i odciąć się od wszystkiego, co z nią związane...
   - Byłam na policji... – zaczęła cicho, nerwowo zaciskając palce na pasku torebki. – Ale to już pewnie wiesz... – przytaknąłem głową, milcząc. – Ja naprawdę nie sądziłam, że to zajdzie tak daleko, Zayn... – patrzyła na mnie tymi wielkimi oczyma, w których gościła skrucha i które wręcz błagały mnie o wybaczenie. – Myślałam, że Eleanor jest po prostu ciekawa, że gdy powiem jej, iż Lou jest szczęśliwy z Kate, to ona odpuści... – wciągnęła gwałtownie powietrze, próbując się uspokoić. – Wydawało mi się, że jak powiem jej prawdę... część prawdy... o Kate...
   - Obiecałaś mi coś... – przypomniałem jej. – Zaufałem ci, a ty... Powierzyłem ci to w tajemnicy...
   - Wiem, że nawaliłam, Zayn... – łzy spływały po jej policzkach, a ja miałem ochotę podejść i zetrzeć je z jej twarzy. Z całej siły zaciskałem pięści, by nie dać się porwać temu pragnieniu. – Wiem, że cię zawiodłam... Nie będę udawać, że jest inaczej... Nawaliłam... Ale... Ja naprawdę chciałam dobrze... – „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane...” przypomniałem sobie słowa mamy. – Pokochałam Kate. Chciałam, by Eleanor zostawiła ją w spokoju... Myślałam, że uda mi się ją do tego przekonać, ale... – westchnęła. – Ona zachowuje się jak szalona... W jednej chwili wydawało mi się, że to może się udać, a po chwili musiałam słuchać jak obmyślała kolejny chory plan odzyskania Louisa... – zrobiła krok w moją stronę, ale odruchowo cofnąłem się do tylu. Spojrzała na mnie zraniona i znów poczułem tą chęć, by podejść i objąć ją ramieniem, zapewniając, że wszystko będzie dobrze... „Ale tego po prostu nie mogłem zrobić.” – Wróć do domu... Proszę... – powiedziała, ocierając łzy. Byłem w stanie tylko pokręcić głową. – Przeniosę się do Jesy na te kilka dni...
   - Nie trzeba... – postanowiłem w końcu się odezwać. – Tu mi dobrze...
   - To twój dom... – spojrzała na mnie, a w jej oczach znów pojawiły się łzy. „To nasz dom...” poprawiłem ją w myślach. W końcu kupiłem go z myślą o nas, nie o mnie... – Dobrze... wiec... – westchnęła. – Ja... Wyjeżdżamy w czwartek rano... Mogę ci napisać...
   - Nie musisz... – powiedziałem sztywno. Wiedziałem, że jeżeli zaraz nie wyjdzie, to zrobię coś, czego mogę żałować. Na co jeszcze za wcześnie. – Czwartek rano. Zapamiętam...
   Odwróciła się w stronę drzwi i zatrzymała się dopiero z dłonią na klamce. Chciałem do niej podbiec i porwać w ramiona i jednocześnie nie chciałem tego... Czułem się rozdarty. Jakby jakieś dwie części mnie walczyły ze sobą. I dopóki nie dowiem się, która zwyciężyła, mogłem tylko stać w miejscu i obserwować, jak moja pierwsza prawdziwa miłość znika za drzwiami. Odwróciła się w ostatniej chwili i spojrzała na mnie wzrokiem przepełnionym miłością...
   - Naprawdę cię kocham, Zayn... – usłyszałem te ciche słowa i ani przez sekundę nie wątpiłem w ich prawdziwość.
   - Ja ciebie też... – miałem wrażenie, że to nie mój głos, ale to było dokładnie to, co chciałem powiedzieć. – Ale... Ja po prostu... – westchnąłem ciężko. Wydawało mi się, że na moim sercu ktoś zawiesił olbrzymi głaz. – Potrzebuję czasu...