- Skopię ci dupę, jak stąd wyjdziemy! – krzyknąłem, mocno trzymając
Kate za rękę. Jej dłoń była zimna niczym lód. Dziewczyna trzęsła się ze strachu. Ciemność przed oczami odbierała mi wiele pewności siebie, ale byłem zdesperowany by zrobić wszystko, co w mojej mocy, by ją ochronić. Nie widziałem jej, czułem tylko jak kurczowo
się mnie trzymała. Cały czas zastanawiałem się, czy ją skrzywdził. Bałem się tego, jak wyglądała. Wiedząc, do czego ten potwór był zdolny, widok był na
pewno jeszcze bardziej przerażający, niż te wszystkie wyobrażenia i czarne scenariusze, które
powstawały w mojej głowie. Szybko pożałowałem gróźb posyłanych w kierunku faceta. Silne uderzenie w sam środek
klatki piersiowej wydarło mi z płuc całe powietrze. Skuliłem się z bólu, wypluwając ślinę połączoną ze
szkarłatnym płynem, którego metaliczny smak poczułem w ustach.
- Nie! Proszę… – krzyczała Kate, która była o wiele dalej
niż jeszcze przed chwilą. Nie czułem jej ciała przy swoim. „Boże, nie pozwól jej skrzywdzić...”
- Ty mała kurwo! Jak śmiesz?!? – usłyszałem jak jego ręka
zatrzymuje się na jej policzku. Nie miałem pojęcia, czym go tak rozgniewała, ale byłem pewny jednego, na sto procent walczyła jak lwica. Ta dziewczyna łatwo się nie poddawała.
- Nie dotykaj jej! – warknąłem, z trudem łapiąc oddech. Moja klatka piersiowa nie współpracowała
ze mną. Obrażenia spowodowane licznymi uderzeniami sprawiły, że podnosiła
się ciężko i opadała za szybko, a co gorsze ból, który temu towarzyszył, był nie do wytrzymania. Usłyszałem kroki i po chwili mocne szarpnięcie za koszulkę, uniosło mnie do góry. Mężczyzna przyparł mnie do ściany. A właściwie
prawie mnie w nią wbił, wydzierając mi te resztki powietrza, które zdołały przedostać się do płuc. Moje plecy zmierzyły się z twardą strukturą. Przez siłę uderzenia kręgosłup automatycznie się wygiął i naparł na żebra,
które sponiewierane sprzeciwiły się kolejnemu ciosowi, powodując nieznośny ból. Walczyłem o oddech z własnym ciałem.
- Chcesz zobaczyć jak ją dotykam? – usłyszałem głos tego szaleńca, a jego śmierdzący oddech owionął moją twarz. Taśma, którą miałem na
oczach, została zerwana gwałtownym ruchem. – Mógłbym to zrobić... Mógłbym bawić się nią na twoich oczach... –
mówił z przerażającą radością. Był to głos szaleńca. –
Spodobałoby ci się to... Jednak jeszcze nie teraz – po tych
słowach rzucił mną, jak psem, o ziemię. Upadłem na twarz, zdzierając policzek. Skrępowane ręce nie mogły zamortyzować mojego spotkania z drewnianą podłogą. Mocny sznur skutecznie uniemożliwiał jakikolwiek ruch, a także przepływ
krwi... Czułem jak moje dłonie sinieją i
tracę nad nimi chociażby tę drobną władzę, jaką jest ruszanie palcami.
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do światła. Jak przez mgłę widziałem, jak to bydlę ciągnie Kate za włosy, odchylając jej drobną głowę do tyłu. Miałem wrażenie, że wiele nie brakowało, by złamał jej kark.
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do światła. Jak przez mgłę widziałem, jak to bydlę ciągnie Kate za włosy, odchylając jej drobną głowę do tyłu. Miałem wrażenie, że wiele nie brakowało, by złamał jej kark.
- Myślałaś, że mi uciekniesz, dziwko? – dosłownie wysyczał jej te słowa prosto w twarz. Z jego ust
wylatywały resztki śliny, opadając na skórę dziewczyny. Był jak rozwścieczone
zwierzę. – Nic z tego – warknął. – Nigdy się mnie
nie pozbędziesz... – złapał ją za szczękę. – Nigdy. Ty i ja. Tak miało być od początku. Ty i ja.
Kate splunęła mu prosto w twarz, a on w ramach rekompensaty z całej siły zamachnął się, by zostawić na jej policzku jeszcze jeden palący ślad. Zanim złapałem oddech, by krzyknąć, jakoś zareagować, było już za późno... Widziałem już tylko jak po raz kolejny jej kruche ciało uderza o ziemie. Wściekłość wypełniła mnie całego. Byłem bezsilny, a połączenie tych dwóch uczuć, było jedną z najgorszych rzeczy jaka mnie spotkała w całym dotychczasowym życiu. Nie mogłem nic zrobić. Tylko patrzeć...
Kate splunęła mu prosto w twarz, a on w ramach rekompensaty z całej siły zamachnął się, by zostawić na jej policzku jeszcze jeden palący ślad. Zanim złapałem oddech, by krzyknąć, jakoś zareagować, było już za późno... Widziałem już tylko jak po raz kolejny jej kruche ciało uderza o ziemie. Wściekłość wypełniła mnie całego. Byłem bezsilny, a połączenie tych dwóch uczuć, było jedną z najgorszych rzeczy jaka mnie spotkała w całym dotychczasowym życiu. Nie mogłem nic zrobić. Tylko patrzeć...
Chcę pokonać niemoc.
Ostrość mojego widzenia stopniowo się poprawiała. Oczy w końcu zaczęły spełniać swoją rolę. Kolejny raz przeszło mi przez myśl, jak bardzo polegam na zmyśle wzroku. W
pomieszczeniu świeciły się tylko dwie żarówki, które dawały lekką, żółtą poświatę. Mrugały co jakiś czas, jakby strasząc zgaśnięciem. W ich słabym świetle
mogłem jedynie dostrzec ruiny opuszczonego budynku. Nie miałem pojęcia, gdzie byliśmy. Gdy ostatecznie moje gałki
oczne przyzwyczaiły się do widoku brutalnego świata, zauważyłem jak dziewczyna
na obdartych, zakrwawionych kolanach, ze skrępowanymi rękoma, przybliża się do
mnie. Widziałem jak każdy ruch sprawia jej ból i chciałem prosić, by przestała, ale jednocześnie błagać, by kontynuowała.
- Idziesz do niego? Ty mała kurwo... – chciałem się podnieść, by go
powstrzymać. By wziąć te ciosy na siebie. Próbowałem podciągnąć się
na skrępowanych nogach, jednak przyniosło to tylko więcej bólu, a także kolejne stróżki krwi, spływające
po mojej twarzy. Głowa uderzyła
ponownie o ziemie, gdyż nie miałem siły, by ją utrzymać.
- Dość! – ktoś złapał mężczyznę za rękę, broniąc tego małego, zakrwawionego elfa przed kolejnym ciosem. – Ona na to nie zasłużyła! Nie na tyle!
- Dość! – ktoś złapał mężczyznę za rękę, broniąc tego małego, zakrwawionego elfa przed kolejnym ciosem. – Ona na to nie zasłużyła! Nie na tyle!
„To niemożliwe” powiedziałem
do siebie w myślach, słysząc tak dobrze mi znany głos. Przez chwilę wydawało mi się, że ból tak mnie otumanił, że straciłem kontakt z rzeczywistością. Może spowodował, że mój mózg nie przetwarzał wiadomości tak jak kiedyś. „A może mam zwidy...” Może poza krwią, traciłem również słuch? Bardzo chciałem, żeby
tak było. Przerażała mnie perspektywa tego, że to, co usłyszałem, mogło być
prawdą.
- Eleanor... – szepnęła Kate, z trudem kontynuując bolesną wędrówkę do mnie. Teraz wiedziałem, że się nie myliłem.
- Eleanor... – szepnęła Kate, z trudem kontynuując bolesną wędrówkę do mnie. Teraz wiedziałem, że się nie myliłem.
- Eleanor – powtórzyłem za tym małym elfem, kulącym się już przy
moim ciele, do którego z ledwością dotarła, znacząc brudną podłogę własną krwią. – Eleanor! – krzyknąłem. Byłem wręcz oślepiony wściekłością. – Współpracujesz z tym skurwielem?!? – darłem się,
plując o ziemie, gdyż nie mogłem podnieść głowy wyżej. – Zrób coś, kurwa! Jak możesz na to patrzeć?!? JAK
MOŻESZ, KURWA!!!
Gdy wyrzuciłem z siebie ostatnie słowo, ciało brunetki spięło się, a jej ręka zaczęła drżeć razem z ręką oprawcy, którego cios zatrzymała. Wydawało mi się, że jej drżała z przerażenia, jego, bo znowu chciał mnie uderzyć. Dziewczyna patrzyła na mnie szklanymi oczami. Jednak nie wiedziałem, czy znowu mam jakieś zwidy, czy rzeczywiście bała się człowieka, któremu najwyraźniej pomagała.
Gdy wyrzuciłem z siebie ostatnie słowo, ciało brunetki spięło się, a jej ręka zaczęła drżeć razem z ręką oprawcy, którego cios zatrzymała. Wydawało mi się, że jej drżała z przerażenia, jego, bo znowu chciał mnie uderzyć. Dziewczyna patrzyła na mnie szklanymi oczami. Jednak nie wiedziałem, czy znowu mam jakieś zwidy, czy rzeczywiście bała się człowieka, któremu najwyraźniej pomagała.
- Współpracuję – powiedziała głośno, a w jej głosie wyczułem
udawaną pewność. Ponownie zatrzymała naszego oprawcę, stając mu na drodze,
gdy jeszcze raz ruszył w naszym kierunku. O dziwo, zatrzymał się. – Tobie też
radziłabym zacząć... – skierowała słowa w moją stronę, ale nie potrafiła spojrzeć
mi w oczy. Obserwowała przestrzeń za mną unikając jakiegokolwiek kontaktu. – Bo inaczej Perrie nigdy więcej może cię
nie zobaczyć, Zayn...
- Jak to, nic nie możemy zrobić?!? – krzyczałem. Złość i rozpacz wzięły mnie we władanie. Uderzyłem ręką
o drewniany stół. Zachwiał się niebezpiecznie po spotkaniu z moją pięścią.
Ból w dłoni przyniósł mi ukojenie na jakąś sekundę. Poczułem palce Liama zaciskające się na moim ramieniu. Przyjaciel próbował powstrzymać mnie przed kolejnym uderzeniem, do
którego już się zabierałem. Chciałem poczuć ból. Potrzebowałem cierpieć. Zasługiwałem na to...
- Louis, musisz się uspokoić... – powiedział cicho Payne. Powtarzał to
przez ostatnie pięć minut. Jak jakąś pieprzoną mantrę. Tylko szkoda, że nie wiedział, jak niby miałbym to zrobić... Nikt z nas nie radził sobie z tą sytuacją. Wszyscy byliśmy
fizycznie i psychicznie wykończeni. Zmartwienie, strach i zgryzota opętały nas
na dobre. Wściekłość wypełniała moje żyły. Musiałem być zły. Bo inaczej jedyne co mógłbym zrobić, to usiąść w kącie i płakać.
- Nie. Będę. Kurwa. Spokojny – wycedziłem przez zęby, patrząc mu prosto w oczy. – Moja
dziewczyna i najlepszy przyjaciel są więzieni przez tego skurwysyna, a ty mi mówisz, że mam
być spokojny?
Wyszarpałem się z jego uścisku ze złością i
odwróciłem się ponownie w stronę inspektora Cordona. Oprócz Liama, nikt już nie zwracał uwagi na moje zachowanie. Wszyscy byli do niego przyzwyczajeni. W końcu szalałem z bezsilności, wyładowując się
przy tym, na czym i na kim tylko mogłem. Nie potrafiłem znieść myśli, że nie mam wpływu na to, co się
dzieje. Moja ukochana była gdzieś tam, a ja nie miałem zielonego pojęcia, co się z nią dzieje. Mogłem mieć tylko nadzieję, że Zayn się nią opiekuje...
Wszyscy moi przyjaciele byli tutaj i razem oczekiwaliśmy na jakąś
wiadomość, znak, cokolwiek, co dałoby nam nadzieję i jakiś punkt zaczepienia. Musieliśmy ich odnaleźć. Całych i zdrowych. W
pomieszczeniu nie było jedynie mojej rodziny, mimo iż bardzo chcieli przyjechać. Mama opiekowała się
dziewczynkami, dzwoniąc do nas co piętnaście minut. Odpowiedź za każdym razem była taka sama. „Wciąż nic...” Nie
chciałem, by tu przyjeżdżała. Nie chciałem, by moje siostry patrzyły na to wszystko.. Na mnie, szalejącego z rozpaczy i złości. Bałem
się również spojrzeć im w oczy. „Jestem takim tchórzem...” Paraliżowało mnie to, że mógłbym odnaleźć w oczach najbliższych rozczarowanie. „Nie ochroniłem jej...”
Rozejrzałem się dookoła, oddychając ciężko i starając się trochę uspokoić. Moi przyjaciele wypełniali pokój, każdy odszukując swój własny kąt. Niebieskooki blondyn siedział ze spuszczoną głową pod ścianą, kurczowo ściskając w dłoni telefon. Kostki na jego palcach uwydatniły się i zsiniały, gdyż zaciskał je zbyt mocno. Co jakiś czas było słychać skrzypienie plastiku. Niall złudnie myślał, że w jakikolwiek sposób pomoże mu to w wyładowaniu przepełniającego go bólu i cierpienia. „Nic z tego...” Harry głaskał po głowie Alex, która chyba pierwszy raz w życiu nie uśmiechała się i była wręcz... szara... Jej twarz, przepełniona bólem, była doskonałym odzwierciedleniem tego, co działo się w jej wnętrzu. „Cierpiała...” Wszystko z niej wyparowało. Jakby wraz z porwaniem Kate, ktoś wyszarpał jej duszę z ciała, pozostawiając krwawiące serce, które przy każdym uderzeniu przypominało ból i brak najważniejszej cząstki człowieczeństwa... Bo przecież przyjaciel to jedna dusza w dwóch ciałach. Jej dusza została wyrwana wraz z porwaniem Kate. „Tak jak moja... Jak moje wszystko...” Łzy dziewczyny spływały na czarne spodnie Harry'ego. Chłopak stukał palcami o oparcie kanapy i uparcie nad czymś się zastanawiał. Wiedziałem, że starał się wymyślić coś, co mogłoby pomóc. Chciał odszukać jakiś trop, odnaleźć drogę, jaką moglibyśmy podążyć, żeby odnaleźć najbliższych... Widziałem moment, w którym zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie nic zrobić. Harry nigdy się nie poddawał, ale teraz był bezradny, jak my wszyscy. Uderzył zaciśniętą dłonią w oparcie kanapy, by zaraz potem schylić się nad niegdyś kolorową dziewczyną i musnąć jej policzek. Tylko ona go uspokajała.
Rozejrzałem się dookoła, oddychając ciężko i starając się trochę uspokoić. Moi przyjaciele wypełniali pokój, każdy odszukując swój własny kąt. Niebieskooki blondyn siedział ze spuszczoną głową pod ścianą, kurczowo ściskając w dłoni telefon. Kostki na jego palcach uwydatniły się i zsiniały, gdyż zaciskał je zbyt mocno. Co jakiś czas było słychać skrzypienie plastiku. Niall złudnie myślał, że w jakikolwiek sposób pomoże mu to w wyładowaniu przepełniającego go bólu i cierpienia. „Nic z tego...” Harry głaskał po głowie Alex, która chyba pierwszy raz w życiu nie uśmiechała się i była wręcz... szara... Jej twarz, przepełniona bólem, była doskonałym odzwierciedleniem tego, co działo się w jej wnętrzu. „Cierpiała...” Wszystko z niej wyparowało. Jakby wraz z porwaniem Kate, ktoś wyszarpał jej duszę z ciała, pozostawiając krwawiące serce, które przy każdym uderzeniu przypominało ból i brak najważniejszej cząstki człowieczeństwa... Bo przecież przyjaciel to jedna dusza w dwóch ciałach. Jej dusza została wyrwana wraz z porwaniem Kate. „Tak jak moja... Jak moje wszystko...” Łzy dziewczyny spływały na czarne spodnie Harry'ego. Chłopak stukał palcami o oparcie kanapy i uparcie nad czymś się zastanawiał. Wiedziałem, że starał się wymyślić coś, co mogłoby pomóc. Chciał odszukać jakiś trop, odnaleźć drogę, jaką moglibyśmy podążyć, żeby odnaleźć najbliższych... Widziałem moment, w którym zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie nic zrobić. Harry nigdy się nie poddawał, ale teraz był bezradny, jak my wszyscy. Uderzył zaciśniętą dłonią w oparcie kanapy, by zaraz potem schylić się nad niegdyś kolorową dziewczyną i musnąć jej policzek. Tylko ona go uspokajała.
„Bezsilność...”
Danielle jako jedyna jakoś funkcjonowała. Ta dziewczyna była nie do zdarcia. Donosiła nam
kolejne filiżanki okropnej kawy i wręczała każdemu do rąk własnych. Początkowo nikt nie chciał jej tknąć,
jednak gdy zdaliśmy sobie sprawę, że dzięki niej będziemy w stanie utrzymać się
na nogach o wiele dłużej, pochłanialiśmy ciemny płyn w zadziwiająco szybkim
tempie. Sam już nie wiem, ile kofeiny w siebie wlałem... Kolejny raz powiodłem wzrokiem po przyjaciołach zebranych w pokoju. Podjąłem decyzję.
- Chcę się z nim
zamienić – powiedziałem, stając przed detektywem. Wiedziałem, że wszystkie oczy podniosły się do góry i
spojrzały na mnie z przerażeniem. Czułem na sobie ich wzrok, ale to było jedyne co mogłem zrobić. „Jedyne co, potrzebowałem zrobić...” – Niech wymieni Zayna na mnie. To o mnie mu
chodziło – mówiłem głosem wypranym z emocji, a przynajmniej tak powinien brzmieć. – To mnie chce.
- Panie Tomlinson, nie uważam, żeby to był dobry pomysł... –
opanowanym tonem odrzekł inspektor, który siedział z nami i resztą ekipy
śledczej, oczekując na jakikolwiek sygnał od tego bydlaka. – Dzięki wiadomości od pana Malika jesteśmy na
najlepszej drodze, by ich odnaleźć... Nie psujmy tego.
Ponadto, targowanie się z przestępcą nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Dla nikogo... –
tłumaczył mi spokojnie, posyłając przy tym smutne spojrzenie. – Porywacz dzwonił na ten telefon już wcześniej, co
udało nam się ustalić i teraz trzeba czekać, aż zrobi to ponownie... – przerwał
na chwilę, by złapać głęboki oddech. – Poza tym ci bandyci musieli popełnić jeszcze więcej błędów... Znajdziemy
je...
- Nic nie musieli! – wydarłem się. – Mówi tak pan od dwóch
dni! Dwóch! I nadal nic się nie dzieje... Nie mogę tak czekać! Chce z nim rozmawiać... Dzwońcie do tego skurwiela! Teraz!
- Louis, nie możesz... – Liam kolejny raz próbował mnie odwieść od podjętej decyzji. – Nie
oddawaj mu się… Tak im nie pomożesz...
- Co ty byś zrobił? – spojrzałem na niego. Musiałem zacisnąć zęby z całej siły, żeby powstrzymać łzy. –
Co byś zrobił gdyby to Danielle była na miejscu Kate, a ja Zayna? Co byś, kurwa, zrobił?
Zostawiłbyś ją? Mnie? – przyjaciel popatrzył na mnie rozszerzonymi z przerażenia
tęczówkami, ale nie potrafił podać mi żadnego argumentu. Wiedziałem, że chodzi mu o to, by już nikogo więcej nie stracić. Zdawałem sobie z tego sprawę. Ale ja nie potrafiłem przyjąć do wiadomości, że mógłbym
stracić Kate i Zayna... Ta sytuacja nie miała żadnego dobrego rozwiązania. Wszystkie drogi prowadziły do
cierpienia. Liam popatrzył ze strachem po
twarzach innych, mając nadzieję, że oni mają w głowie jakieś genialne pomysły, na
które on jeszcze nie wpadł. Jednak ich twarze były jeszcze bardziej przerażone. Patrzyli na nas, a ich wzrok wypełniała bezsilność...
- Ja tam pójdę... O ile mnie zechcą... – odezwał się Mark, wstając z miejsca. – To moja
wina. To przeze mnie oni zostali porwani – złapał się za głowę, którą pokrywał biały opatrunek i opadł ciężko na
kanapę, patrząc w podłogę. – Przepraszam... Ja naprawdę nie wiem, jak to się stało... Kiedy
oni zauważyli, że zostałem z nią tylko ja... – nabrał gwałtownie powietrza. – Nie
wiem... Ten prąd został odłączony, a ktoś uderzył mnie z tyłu... a ja nie
wiedziałem... Louis, kurwa, przepraszam…
Ochroniarz siedział, kręcąc głową z bezradności i po raz kolejny próbował wytłumaczyć, co się stało. Jego serce przepełnione było poczuciem winy, a słowa nieopisanym bólem. Jednak nie tylko jego
gryzły wyrzuty sumienia. Myślę, że każda osoba znajdująca się w tym pokoju, miała podobne odczucia, co on... Nawaliliśmy. Każdy z nas żałował tego, że poszliśmy na tę imprezę. Alkohol dał
się nam we znaki zbyt szybko, a świat zawirował w mgnieniu oka. Umysły, nie
wiedząc kiedy, zapominały o tym, gdzie się znajdują, a życie wydawało się piękne. To wszystko
trwało do czasu, gdy okazało się, że zabrakło dwóch osób między nimi. Nikt nie
wiedział, gdzie są, co się stało, a prawda, którą szykowało dla nas życie,
okazała się być bardziej brutalna niż ktokolwiek sądził. Zawiedliśmy...
- Przestańcie! – krzyknąłem, gdy każdy nagle chciał zamiast mnie
być kartą przetargową. Danielle siedziała przerażona, gdy jej chłopak podniósł
się, by powiedzieć, że pójdzie do paszczy lwa, zamiast mnie. Złapała go za
ramię, a oddech zatrzymał się jej w klatce piersiowej. Chciała odzyskać
przyjaciół, jednak bała się, że może stracić jego. Osobę, która była dla niej najcenniejszym darem od Boga.
– To nie jest wasza wina – powiedziałem. – Mark, twoja też nie – bezpośrednio
zwróciłem się do przyjaciela, który nie przyjmował moich słów do wiadomości.
– To ja zawaliłem. Obiecałem jej, że będę ją chronił. Obiecałem jej to... – w
moich oczach zagnieździły się łzy. – Inspektorze – zwróciłem się do mężczyzny,
który obserwował nas wszystkich w milczeniu – Proszę podłączyć podsłuch.
Dzwonimy.
- Kate... Mała…. – pogładziłem ją delikatnie po twarzy,
zapominając, że jest cała obolała od uderzenia. – Boże, przepraszam... – złożyłem delikatny pocałunek w jej włosach. Nienawidziłem się za to, że sprawiłem jej choćby najmniejszy ból.
- Jak się tu znalazłeś, Zayn? – jej drżące wargi
wyrzuciły niespokojne i przerażone
słowa. Mieliśmy chwilę czasu, by porozmawiać. Nastała prawdopodobnie noc. Choć
nie miałem co do tego pewności. Nie wiedziałem ile tutaj jesteśmy. Dla mnie była to
niekończąca się i przesiąknięta bólem wieczność. Popatrzyłem na porywacza,
który drzemał, siedząc przy stole. „Gdybym tylko mógł się
ruszyć, już by nie żył.”
- Byłem niedaleko ciebie i Marka przed tym, gdy zgasło światło... – zacząłem opowiadać
szeptem, co doprowadziło do tego, że tutaj byłem. Zadrżałem, gdy w głowie
pojawiła się myśl, co by było, gdybym nie zorientował się, co się dzieje... „Kate byłaby tu zupełnie sama...” – Nie piłem dużo –
kontynuowałem. – Powiedziałem sobie stop po tym, jak po rozstaniu z Perrie
obciążyłem sobą biednego Nialla – mówiłem, opierając głowę o jej włosy.
Chciałem ją jakoś wesprzeć, sprawić by choć trochę czuła się bezpieczna. – Zauważyłem, że paru podejrzanych gości
zbliża się do was – tłumaczyłem. – Właściwie to, co było w nich dziwne to fakt, że
jako jedyni nie chwiali się na nogach i szli pewnie przez tłum, co jakiś czas
przystając pod ścianą i patrząc w waszym kierunku – złapałem ciężko oddech,
gdy Kate się poprawiła i oparła o mnie. Starałem się to zamaskować i po prostu udawałem, że się trochę
podnoszę, by wygodniej się ułożyć. Prawda była jednak taka, że każdy ruch bolał jak
cholera. – Chciałem po kogoś pójść i powiedzieć, co się dzieje, ale... Spostrzegłem
Louisa, który kupował dla was drinki, ale był zbyt daleko, by go wołać... Poza tym
grała ogłuszająca muzyka, a masa ludzi tańczyła, śmiejąc się głośno... Zacząłem więc przeciskać się do ciebie i Marka. Potem,
gdy światła lamp niebezpiecznie zaczęły skwierczeć i gasnąć, wiedziałem, że coś
jest nie tak. Tłum nagle się strasznie
zbił, przestraszony tym, co się działo dookoła. Jednak ja szybko przepchałem się i byłem
już krok od ciebie, gdy w ostatniej smudze światła zobaczyłem, jak ktoś uderza
Marka w tył głowy, wykorzystując całe to zamieszanie... Potem, gdy zaczęli cię wyciągać z klubu, szybko
przywaliłem jednemu z nich, ale nie miałem szans, gdy jego kolesie przyszli mu
na pomoc... Szarpaliśmy się trochę i udało mi się zerwać jednemu z nich kominiarkę... Gdy
zauważyli, że widziałem jak wygląda,
przyłożyli mi siłą jakąś szmatę do twarzy, a potem zaczęli kopać, gdy upadłem odurzony. Pewnie to był chloroform... Jednak tamten musiał być wciąż, zbyt
przerażony, że go rozpoznam i kazał im mnie wziąć ze sobą. Zanim całkowicie
odpłynąłem zapamiętałam rejestrację tego wozu. Całe szczęście, że mój mózg był
bardziej wytrzymały niż ciało. Nagle w klubie zawył alarm, więc w pośpiechu wrzucili
mnie do bagażnika. Zapomnieli mnie przeszukać i dlatego zdążyłem wysłać tego
jednego sms'a... Nigdy palce nie wydawały mi się takie ciężkie jak
wtedy... – westchnąłem. – No a potem odpłynąłem i obudziłem się tutaj...
Gdy skończyłem opowieść zadzwonił telefon. Zastygliśmy w oczekiwaniu. Mężczyzna ocknął się i podniósł słuchawkę, wychodząc do innego pokoju. Gdy po paru minutach to bydle zaczęło do nas podchodzić, przyciągnąłem ciało Kate do siebie, chcąc ją jakoś ochronić. Bałem się, że ją zabierze, zrobi krzywdę... Jednak tym razem on nie chciał jej. Chciał mnie.
Gdy skończyłem opowieść zadzwonił telefon. Zastygliśmy w oczekiwaniu. Mężczyzna ocknął się i podniósł słuchawkę, wychodząc do innego pokoju. Gdy po paru minutach to bydle zaczęło do nas podchodzić, przyciągnąłem ciało Kate do siebie, chcąc ją jakoś ochronić. Bałem się, że ją zabierze, zrobi krzywdę... Jednak tym razem on nie chciał jej. Chciał mnie.
- No, piękny... – złapał mnie za twarz. – Wiesz co zaproponował
mi jej chłopaczek? Louis, tak? – jego ohydny oddech wypełniał mój nos. Kate
spięła się automatycznie, gdy usłyszała imię swojego ukochanego. – Chce tu
przyjść zamiast ciebie... – zaśmiał się, jakby cierpienie widoczne na twarzy dziewczyny sprawiało mu ogromną radość. – Nie był tak naiwny, by prosić o to, bym
oboje was wypuścił... – poklepał mnie dłonią w twarz, która płonęła z wściekłości,
że nie mogę mu przywalić. – Kochanie, myślisz, że powinienem to zrobić? –
zwrócił się do Kate, skulonej obok mnie. – Powinienem dokonać wymiany na twojego
chłoptasia?
- Zostaw ich w spokoju... – jej głos wydobywający się z
kruchego organizmu, po raz pierwszy był naprawdę pewny i silny, przynajmniej początkowo... Potem było już tylko gorzej. – To o mnie ci przecież chodzi,
nie o nich... – prawie płakała. – Błagam, weź mnie... Zrobię wszystko, tylko wypuść
Zayna... Zrobię wszystko... – powtórzyła.
- Przestań, Kate – powstrzymałem ją od wypowiadania kolejnych słów, które bolały
mnie bardziej niż ciosy. Nie mogłem jej zostawić. Kiedy on wyciągnął rękę w jej
stronę, zapłonąłem z wściekłości.... – Nie waż się jej tknąć! – i zanim ponownie mnie uderzył,
posłałem mu twarde spojrzenie. – Powiedz Louisowi, że nigdzie się stąd nie wybieram – oświadczyłem stanowczo, a w tym momencie z ust Kate wydobył się jęk bólu. – Pożałujesz tego,
sukinsynu! – splunąłem mu w twarz, by zaraz potem stracić przytomność z nadmiaru
bólu, który zgromadził się ponownie w mojej klatce piersiowej. Ale przynajmniej już jej nie dotykał...
Dwa dni później.
- Dlaczego on to zrobił?!? Dlaczego odmówił?!? Dlaczego bawi
się, kurwa, w pieprzonego bohatera?!? – krzyczałem, wyrywając sobie włosy z głowy i tylko szukając wzrokiem, co by tu rozwalić. W tym momencie mógłbym nawet zabić.
- Bo ją kocha... – usłyszałem szept od strony drzwi. Spojrzałem zdziwiony na dziewczynę, która weszła do środka. Jej głos był
nowością. Nie tylko dlatego, że w ostatnich dniach go nie słyszałem, ale dlatego, że od
dawna nikt się już nie odzywał.
- Perrie... – wyszeptałem, zastanawiając się, co ona tutaj robi. Blondynka zrobiła dwa kroki w moją stronę, ale później jakby zmieniła zdanie... Jej twarz była chorobliwie blada i pozbawiona życia. Oczy czerwone i przemęczone, świadczyły o ilości wylanych łez. Trzymała
w ręku jakąś teczkę i nie zwracając na
nikogo uwagi, skierowała się bezpośrednio w stronę inspektora. – Panie Cordon – zwróciła
się do niego, czytając nazwisko z tabliczki jaką miał powieszoną na smyczy – proszę
odwołać swoich ludzi z klubu, w którym było porwanie. Nic poza nagraniami tam
nie znajdziecie – powiedziała, pewnie patrząc mężczyźnie w oczy. Był on w nie mniejszym szoku niż my. – Nie szukajcie
również tego bydlaka. Jest zbyt sprytny i nawet jeśli zostawił jakieś ślady,
to za dużo czasu zajmie wam to, by je odnaleźć, a my nie mamy wiele czasu... – dodała. W tym momencie chyba nie tylko ja myślałem, że się przesłyszałem.
- Pani chyba coś się pomyliło, wiem jak mam wykonywać swoje obowiązki – rozzłościł się policjant. Zdecydowanie nie podobało mu się to, że ktoś
podważa jego autorytet. – To w takim
razie, kogo mamy szukać, żeby ich odnaleźć? – zapytał z pogardą, gdy Perrie nie
ustępowała i mierzyła się z nim spojrzeniem.
- Eleanor Calder – nie spuszczała z mężczyzny wzroku. Nawet nie mrugnęła, gdy podawał nazwisko swojej przyjaciółki. Za to ja wstrzymałem oddech, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszałem. – W tej teczce jest wszystko... – rzuciła papierowy przedmiot na
blat biurka, a huk odbił się echem w naszych przerażonych sercach. – Tylko to
może uratować Kate i… – zatrzymała się, łapiąc ciężko oddech – Zayna... – po jej
policzku spłynęła samotna łza. Kochała go. Mocno. Bezgranicznie.
Zayn, proszę, wróć...
- Dlaczego nie pozwoliłeś Louisowi tu przyjść? – zapytała Kate.
Wiedziałem, że nie chodzi jej o to, dlaczego mój przyjaciel nie jest tutaj
zamiast mnie, ale o to że ktokolwiek z nas znajduje się w tym piekle... Moje serce zalała fala smutku, ale również determinacji do dalszej
walki. Gdy usłyszałem jak Kate modli się do w nocy do Boga, prosząc tylko o to, by nie pozwolił
skrzywdzić Louisa, chłopaków czy osób bliskich jej sercu. Prosiła, żeby
uratował mnie i zabrał stąd jak najdalej. „Skrzywdź
mnie, ale ich zostaw... Błagam...” szeptała cicho, nie zdając sobie sprawy, że moje serce pękało z każdym jej słowem. Nie pragnęła niczego więcej, poza tym, byśmy
byli bezpieczni. Nie byłem Bogiem, ale jedną z jej próśb mogłem spełnić. Nie
pozwolę temu psychopacie skrzywdzić Louisa, ani nikogo z naszych przyjaciół. Drugą rzeczą, była
moja własna, prywatna modlitwa... Nie pozwolę nikomu skrzywdzić jej...
- Ja jestem mniej wart niż on... – wyszeptałem, a gdy chciała mi przerwać, kontynuowałem. –
Kate, nigdy nie pozwoliłbym, żeby ten sukinsyn skrzywdził, któregoś z moich
przyjaciół – wyznałem. – Wyjdziesz stąd, a Louis powita cię z otwartymi
ramionami, rozumiesz? – czułem jak płacze w moje ramię. – On cię kocha i niedługo nas znajdą. Wiem to.
Będzie tak jak kiedyś, zobaczysz. Znowu będziesz się uśmiechać... Tak pięknie jak
zawsze... – przycisnąłem ją mocniej do swojego ciała. – Zabiję skurwiela, który
zgotował tobie to piekło... – powiedziałem, zaciskając zęby z całej siły.
- Ty teraz też w nim jesteś... – wyszeptała, zanosząc się
płaczem.
- Bóg świadkiem, że gdy tylko stąd wyjdziemy, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ten sukinsyn poznał, co to prawdziwe piekło... Gorsze
dni zacznie liczyć w tysiącach, zobaczysz... – wysyczałem. – A jeżeli ja tego nie
zrobię, to Louis i chłopaki zrobią to za mnie. Jeszcze nas popamięta... – gdy
tylko skończyłem mówić, w przestrzeni dało się słyszeć echo, które niosło
nadzieję.
- Jesteście otoczeni! – krzyczał ktoś przez megafon. Na
zewnątrz budynku dało się słyszeć policyjne syreny. Widziałem jak Eleanor z przerażeniem patrzy na naszego
oprawcę.
- Niemożliwe... – powiedział
mężczyzna do siebie, a potem podniósł się gwałtownie podchodząc do
brunetki, o której wcześniej jakby nie pamiętał. – Dałaś im sygnał, tak? – złapał ją brutalnie za szyje, przyciskając do ściany.
- Nieee... – wyszeptała, ledwo łapiąc oddech, którego powoli jej
brakowało. Spojrzał w jej oczy,
wyłupiając swoje maksymalnie. Wsunął dłoń do kieszeni jej spodni i wyjął
telefon. Pchnął ją o ścianę, a ona
złapała się za szyję, kuląc się i krztusząc. Palce mężczyzny stukały po ekranie i gdy jego twarz poczerwieniała,
wiedziałem, że to już jej koniec.
- Co to jest, kurwa?!? Miałaś mieć wyłączony telefon! –
chwycił ją za włosy i pociągnął ku górze. – Co to jest!!! – przystawił jej twarz do ekranu.
- Nie wiem... – przełknęła głośno ślinę.
- Kto to jest Perrie? – wyjął pistolet zza paska i
przystawił jej go do gardła, unosząc jej twarz ku górze. Zadrżałem, gdy usłyszałem
imię mojej byłej dziewczyny, która była bliska mojemu sercu, jak jeszcze nikt
inny wcześniej. – Zadałem ci pytanie! – wpatrywał się w nią w oczekiwaniu, ale jej
ciemne oczy pokierowały się w moją stronę, szukając pomocy.
- To moja dziewczyna – powiedziałem, wiedząc, że i tak zaraz by to
ze mnie wyciągnął. – Ona tu nie ma nic do rzeczy! – zdenerwowałem się, co nie
było najrozsądniejsze w tej sytuacji. Tylko spokój pomagał mi myśleć.
- Ty suko! – uderzył Eleanor
w twarz metalowym pistoletem. Dziewczyna przewróciła się z hukiem na ziemie, łapiąc się
za nos. Z pomiędzy jej palców wyciekał szkarłatny płyn. Lufa została skierowany w naszą stronę. „Niedobrze...” przełknąłem głośno ślinę.
- Nie ma nic do rzeczy? – zaśmiał się szyderczo. – To posłuchaj,
chłoptasiu... „Eleanor, gdzie jesteś?” Pierwszy
sms – czytał. – „Eleanor,
co się z tobą dzieje?” Drugi – wyliczał, a jego gniew narastał. Pistolet
niebezpiecznie drgał w dłoni. – „Elenor,
wiem, co zrobiłaś” Kolejny... – czytał. – A teraz najlepsze... „Możesz się jeszcze wycofać. Wszystko da się naprawić. Gdzie jesteś?”
– parodiował damski głos i nagle odwrócił się w stronę brunetki. Był
nieobliczalny... – A ty co odpisałaś… – wysyczał. – „Nie mogę się wycofać. To koniec. On mnie zabije, jeśli coś zrobię” –
przeczytał. – Masz rację! Zabiję cię! – uderzył ją ponownie, kopiąc w żebra. –
Przez twoje smsy nas znaleźli! – ponownie chciał się zamachnąć i zostawić
bolesny cios na jej ciele.
- Zostaw ją! – krzyknąłem, zasłaniając Kate oczy. W
przypływie strachu, który sam czułem zapomniałem o tym, że to kompletnie bez sensu.
Dziewczyna nic nie widziała, dlatego o połowę mniej zdawała sobie sprawę z tego,
jak tragicznie prezentuje się teraz nasza sytuacja. Bałem się, że zabije Eleanor na moich
oczach. I choć darzyłem ją nienawiścią, jakaś część mnie nie potrafiła się temu
spokojnie przyglądać. Jednak dobroć była moją zgubą, nasz oprawca z agresją w
oczach, skierował pistolet w moim kierunku, palce kładąc na spuście. Gdyby nie
to, że komunikat ponownie dał o sobie znać,
za sekundę mógłbym mieć jeszcze gorsze rany niż Eleanor.
- Jesteście otoczeni! – do drzwi zaczął się ktoś dobijać, a
mężczyźni, którzy przeprowadzili porwanie mnie i Kate w klubie, nagle wybiegli z
pomieszczenia, które do tej pory uważałem za puste. Musieli zajmować się ochroną i
patrolowaniem terenu, na którym się znajdowaliśmy, bo nie widziałem ich od
czasu, gdy straciłem przytomność. Zaczęli uciekać przed siebie, a ten sukinsyn
krzyczał za nimi z pogardą.
- Uciekacie, jak przestraszone kundle! – darł się szyderczo.
Jego oczy błądziły po pomieszczeniu. Oszalał, stracił resztki rozumu, nie było w nim nic z człowieka.
- Tobie też radzimy zrobić podobnie, jesteśmy otoczeni, do kurwy nędzy! – wykrzyczał jeden w jego stronę, biegnąc za innymi do korytarza. Najwyraźniej to był jedyny sposób, by się stąd wydostać. Jednak popełnił największy, a zarazem ostatni błąd
w swoim życiu, ponieważ pocisk z pistoletu, który trzymał ten skurwiel, utkwił
mu karku. Nie podważa się zdania psychopaty. Chłopak upadł na ziemię niedaleko mnie i Kate. Dławił się krwią, a po
koszulce spływała gęsta ciesz. Jego oczy skupiły się na mnie i zanim wydobył z
siebie ostatnie tchnienie, zorientowałem się, że to jemu zerwałem kominiarkę.
Eleanor i Kate zaczęły piszczeć przerażone rozwojem wydarzeń, a ja nie potrafiłem wydać z siebie żadnego
dźwięku. Wiedziałem tylko, że muszę działać. Gdy nasz oprawca, podbiegł do Eleanor grożąc jej
ponownie bronią, odwracają się do nas plecami i zapominając o tym, co chciał
zrobić mi przed chwilą, postanowiłem zaryzykować. „Jeżeli nie teraz to nigdy. Dasz radę, Zayn.” Pokonując w sobie ból,
który rozprzestrzenił się na całym moim ciele,
wysunąłem nogi, by przyciągnąć scyzoryk, który wyleciał z małej torby
przyczepionej na biodrach zabitego porywacza. Skupiłem, swój wzrok tylko na
czerwono-srebrnym przedmiocie. Odciągając gałki oczne od mężczyzny, który leżał
zakrwawiony na ziemi. Jego martwe oczy wciąż na mnie patrzyły, a szkarłatna
ciesz spływała po plecach, plamiąc podłogę. Na szczęście udało mi się szybko
podciągnąć naszą ostatnią deskę ratunku do siebie. Złapałem scyzoryk w skrępowane
dłonie i zacząłem przecinać więzy. Mężczyzna wciąż krzyczał coś do Eleanor, a
ona kuliła się, przyjmując co jakiś czas uderzenia.
- Ciii... – wyszeptałem do Kate, próbując pozbawić ją sznurów, od
których powstały fioletowe, zakrwawione ślady na jej rękach.
- Co to za szepty? – facet odwrócił głowę w naszą stronę. „Gdy zobaczy, co mam w dłoniach zginiemy...”
Nim zrobił krok w naszym kierunku, rozległ się wielki huk, drzwi do pomieszczenia
zostały wyważone, a coraz głośniejszy stukot stóp świadczył o tym, że policjanci wchodzą na teren opustoszałego magazynu. Porywacz przestraszony ostatni raz popatrzył
w naszym kierunku, a potem wiedząc, że ma na decyzję jedynie parę sekund,
podniósł Eleanor za włosy przystawiając jej lufę do skroni. Do pomieszczenia wbiegło dwóch policjantów, a
gdy zobaczyli, co się dzieje, zatrzymali się w pół kroku.
- Jeżeli zrobicie jakiś ruch, to odstrzelę jej łeb! –
krzyknął, zasłaniając się dziewczyną.
- Jesteś otoczy – powiedział jeden z mężczyzn, patrząc w
oczy naszego prześladowcy, a ja podniosłem wzrok do góry, widząc snajperów
ustawionych z karabinami w jego kierunku. – Nie uciekniesz.
- Chcesz się założyć? – zaczął iść do tyłu w stronę drzwi,
przez które uciekali wcześniej wynajęci przez niego ludzie. – Jego zabiłem –
kopnął ciało mężczyzny – to ją też mogę – odsuwał się do tyłu, a po policzkach
brunetki spływały łzy. Nagle ni stąd ni zowąd pchnął Eleanor do przodu i sam
natychmiast wbiegł do korytarza, zamykając za sobą metalowe drzwi i kneblując
je czymś. Dało się słyszeć parę strzałów, ale nic one nie dały.
Nagle jeden z policjantów podbiegł do nas i rozciął resztę sznurów, których nie
zdążyłem się pozbyć. Pozostali rozbiegli się po całym budynku poszukując
uciekającego mężczyzny. Facet, stojący
przy nas kazał nam się podnieść. Jednak, moje poobijane ciało nie
współpracowało ze mną.
- Weź najpierw ją – powiedziałem wciągając głęboko oddech,
gdy po raz kolejny nie potrafiłem stanąć na nogach.
- Nie zostawię cię – oznajmiła drżącym głosem Kate i wczepiła palce w mój łokieć. Gdy zobaczyłem jak bardzo opętana jest
strachem, postanowiłem zebrać w sobie resztki sił jakie mi pozostały. „Ten ostatni raz...” Przy pomocy
mężczyzny, podniosłem się, ale moje ciało pulsowało w każdym miejscu. Stawiałem
powolne kroki i mocno przycisnąłem drobne ciało dziewczyny do siebie. Ściskałem jej ramię mocniej
niż sobie to zamierzyłem, ale ból na
żebrach był tak silny, że musiałem coś ścisnąć, inaczej bym nie wytrzymał. „Przepraszam,
Kate...” Dziewczyna złapała się kruchymi, poharatanymi dłońmi mojej koszuli, a
na białym materiale pozostały lepkie ślady krwi po jej ranach. Patrzyłem na drzwi
w kierunku, których szliśmy i modliłem się, by Bóg pozwolił mi do nich dotrzeć.
- Widzę cię... – nagle z głośników usłyszeliśmy ten głos. „Jego głos...”
- Kate... – powiedziałem szeptem, chcąc odwrócić jej uwagę –
Lou... – dodałem, gdy ujrzałem przyjaciela,
wyciągającego rękę w naszą stronę. – Jest parę kroków od nas idź do niego!
Szybko! – ponaglałem, jednak ona nie chciała mnie opuścić. Chciałem żeby mnie
zostawiła i pobiegła. Czułem, że niebezpieczeństwo jest jeszcze większe niż
wcześniej. Popatrzyłem na mojego przyjaciela
z prośbą o pomoc.
- Kate, kochanie, jeszcze trochę! – szeptał i wiedziałem, że
jego głos pomaga jej w opanowaniu strachu.
- Widzę cię – ponownie głos wydobył się z głośników. Nagle dziewczyna stanęła jak wryta i nie
potrafiła stawiać kroków do przodu. Była sparaliżowana strachem.
- Proszę, chodź... – prosiłem ją. – Błagam... – nie miałem siły, by ją podnieść, a ona
ani drgnęła. Nie potrafiła stawiać kroków. Była przerażona i wyniszczona. – Jeszcze trochę, Kate – ponownie spojrzałem bezradnie na Louisa. Chłopak, nie
zważając już dłużej, na powstrzymującego go policjanta, wybiegł w naszym kierunku.
- Louis, nie! – krzyknął za nim mężczyzna, ale on był już
przy nas.
- Weź ją! – oderwałem dziewczynę siłą od siebie. – Dam
sobie radę – mój przyjaciel nie był pewny moich słów, ale nie miał wyjścia, gdy
pchnąłem Kate w jego kierunku, chcąc by najpierw ratował ją. Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem i
podniósł ją niczym piórko. Jej oczy były nieobecne i drżały razem z nią. Wciąż nie miała
kontaktu z rzeczywistością, zbyt przerażona, by wiedzieć, co się dzieje. Wpatrywałem
się w plecy Louisa, które były napięte bardziej ze zdenerwowania niż od ciężaru jego dziewczyny. Nagle
usłyszałem szyderczy śmiech.
- A jednak cierpliwość popłaca... – zaśmiał się porywacz, wychodząc
nagle z jakiegoś ciemnego kąta. Wycelował lufę pistoletu w plecy mojego
przyjaciela i Kate. Nie zastanawiając się nad niczym, odepchnąłem nogi od ziemi
i skoczyłem w ich kierunku, ciągnąc za sobą podtrzymującego mnie policjanta. Ból,
cierpienie, połamane kości, nic w tym
momencie nie miało znaczenia. Włożyłem w ten ruch, każdą siłę jaką
odszukałem, doskoczyłem do nich i
okryłem własnym ciałem. Ścisnąłem ręce mocno przyciskając jak najbliżej siebie
moich przyjaciół. Nagle poczułem jak coś z wielką siłą uderza w moje ciało,
powodując katusze jakich nikt nie jest wstanie sobie wyobrazić. Kolejna kula,
która przed chwilą odbyła lot w przestrzeni przedziurawiła moje ciało. A potem kolejna. Zarzucało mną, a strumień krwi wypłynął z
ust. Straciłem kontrolę nad moim ciałem... Usłyszałem tylko jak padają
kolejne serie strzałów, jednak tym razem celem nie byłem ja, ale on. Mój zabójca. Jeszcze chwile ściskałem Louisa i Kate przy swoim sercu,
chcąc mieć pewność, że nic im nie będzie, że ocaleją, będą żyć. „Muszą żyć.” Niczym u marionetki, u której przecięto bez ostrzeżenia sznurki,
moje ciało stoczyło się bezwładnie na ziemię.
- ZAYN! – krzyknął głosem pełnym rozpaczy Louis. Położył
ostrożnie nieprzytomną Kate na ziemi niedaleko mnie. Jedyne co udało mi się dostrzec to
to, że oddychała. Uśmiechnąłem się... – Trzymaj się stary! Nic ci nie będzie! – mówił, miotając
drżącymi dłońmi nad moją klatką piersiową, pokrytą krwią. Chciał mi pomóc, ale nie
wiedział jak. Próbował dotknąć ran, jednak wycofywał się po sekundzie, wiedząc,
że to sprawi mi ból. „Nie mógł mi pomóc. Nikt już nie mógł.”
- Posłuchaj Louis – złapałem go za rękę. Musiałem jakoś
utrzymać łączność. Robić wszystko, by zostać przy życiu jak najdłużej. – To
koniec... – ścisnąłem jego palce.
- Co ty pierdolisz, Zayn?!? – darł się, a jego głos był pełen
boleści. – Kurwa, nic ci nie będzie rozumiesz?!? – krzyczał mi nad uchem. – Wyliżesz
się! Zawsze się wylizujesz...
- Wysłuchaj mnie, Lou – czułem jak moje ciało pulsuje. Ból
był wciąż okropny, jednak on świadczył o tym, że miałem jeszcze trochę czasu. „Czasu, aby się pożegnać...”
- Chciałbym, żebyś powiedział... – zachłysnąłem się własną
krwią, której zebrało się nagle więcej w ustach. Jednak wyplułem ją, kaszląc
tak, aby przestała mi blokować usta. – Powiedział... – powtórzyłem z trudem – moim siostrom i rodzicom... że ich kocham...
Ponad wszystko – dodałem. – Kocham
najbardziej na świecie – ścisnąłem palce Louisa jeszcze mocniej, jednak nie
czułem już swoich. – Podziękuj mojej
mamie... za wszystko... a przede wszystkim za to, że wysłała mnie do x factor...
Dzięki niej mam was... Najwspanialszą rzecz jaka w życiu mnie spotkała...
- Zayn, nie umrzesz! – płakał mój przyjaciel, którego
widziałem ostatni raz.Wiedziałem to i chyba pogodziłem się z tym. W końcu udało mi się zrobić coś dobrego. Ilu ludzi może pochwalić się czymś takim?
- Powiedz tacie... – kontynuowałem, wiedząc że nie mam czasu na
postój – że przepraszam go za to, że nie zostałem pilotem, tak jak
marzył... Zawsze starałem się być najlepszym synem, jakim tylko potrafiłem. Jeśli
zawiodłem... Przepraszam... – nie kontrolując
swojego ciała, ponownie się zachłysnąłem szkarłatnym płynem, który
tym razem spłynął mi wzdłuż ust. – I przekaż mamie... – doszedłem do siebie – że chciałabym... – ręka zdrętwiała mi już do
łokcia – że chciałbym być pochowany obok dziadka, którego imię mam
wytatuowane...
- Ty. Nie. Umierasz... – syczał Lou. Nie słuchałem go,
wiedząc, że koniec jest bliski. Bóg nie podarował mi kamizelki kuloodpornej,
ale podarował mi dodatkową garstkę czasu i trochę siły. Pragnąłem to teraz
wykorzystać.
- Przekaż chłopakom, że są cudowni – zdecydowałem popatrzeć
się Louisowi ten ostatni raz w oczy. – Nigdy nie sądziłem, że na was zasługuję...
– szepnąłem.
- Co ty pierdolisz… – mówił przez łzy Lou.
- Przekaż Liamowi, żeby opiekował się wami, gdy mnie nie
będzie dobrze? – nie potrafiłem już ruszać palcami u stóp. Ciało powoli
przechodziło na drugą stronę. Dusza i umysł pozostawały jeszcze na swoim miejscu. – Harry niech powie Alex, co do niej
czuje. Niech nie zwleka... Ona go kocha, a on kocha ją. Nie warto czekać, jeżeli
w grę wchodzi miłość. Tak mało czasu, mamy w życiu… – poczułem jak moja klatka
piersiowa porusza się coraz wolniej. – Niech Niall znajdzie sobie kogoś
wyjątkowego. Jest cudowny. Zasługuje na miłość.
- Masz rację – pociągnął nosem Louis. – Poszukamy mu
kogoś razem, dobrze? Zayn, proszę... –
szeptał łkając.
- Louis, przepraszam stary... Przepraszam, że pocałowałem Kate...
że ci to zrobiłem... nie powinienem się nazywać twoim przyjacielem…
- To nieprawda. Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego
mogłem sobie w życiu wymarzyć... – jego łzy uderzały o moje ciało. – Najlepszym…
- Opiekuj się nią, Louis. Opiekuj się Kate. Nie zgub jej. Bądź dużym chłopcem... – uśmiechnąłem się przy słowie ‘chłopiec’ przewijając w
głowie wspomnienia, w których Louis zawsze się wygłupiał, śmiał, żył pełnią
życia, szalał... „Ja nigdy tego nie potrafiłem...”
– Zasługujesz na nią w pełni. Jesteś jednym z najsilniejszych ludzi, jakich
spotkałem w swoich życiu. Nigdy się nie poddajesz i potrafisz walczyć o to, co
dla ciebie ważne. Zawsze ci tego zazdrościłem... – złapałem gwałtownie oddech,
prosząc Boga o tę ostatnią minutę. – I przekaż jej... Kate... że zmieniła moje życie...
Dzięki niej nauczyłem się patrzeć…
- Sam jej to powiesz! Już niedługo ją zobaczysz! Ona jest
tutaj z nami. Zaraz się obudzi, a ty znowu ją przytulisz... – uśmiechnąłem się na
myśl o jej kruchych dłoniach i nieśmiałym uśmiechu. Jednak gdy poczułem, że moje
ciało jest sztywne, wiedziałem, że to już koniec.
- Perrie... – wyszeptałem – Powiedz jej, że przepraszam ją za
wszystko... Zasłużyła na kogoś lepszego niż ja... – po moim policzku spłynęła łza. –
Przekaż jej, że ją kocham. Kocham całym sercem, każdą komórką, centymetrem
mojego ciała... Gdy umrę, moja dusza wciąż będzie należeć do niej…
- Zayn… – szarpał mnie za koszulkę Louis. – Zayn kurwa, nie
zamykaj oczu! – krzyczał.
- Dziękuję wam... – zobaczyłem przed oczami urywki, mojego
życia. Widziałem mamę, która głaszczę mnie po głowię i całuje w policzek,
mówiąc, że gdy tylko wyjdę ze szkoły po pierwszym dniu, ona będzie na mnie
czekać. Widzę tatę, który specjalnie daje mi strzelić pierwszego gola, gdy
jestem tak mały, że nie wiem jeszcze jaki dokładnie kształt ma piłka. Widzę moje
siostry, które wskakują mi na plecy, przytulają, całują, gdy wracam z trasy.
Widzę Kate, posyłającą mi ten swój niesamowicie piękny uśmiech... Perrie, całującą moje usta z
czułością i miłością w oczach. „Nawet teraz pamiętam smak jej warg...” I wreszcie widzę chłopaków... Chwile, gdy nagrywaliśmy razem
teledyski, piosenki zawsze śmiejąc się przy tym do rozpuku. Oblewaliśmy się wodą, na
koncertach, nie zważając na żadne zasady. Momenty, gdy jedliśmy chipsy przed
telewizorem podczas kolejnego turnieju w fifę. Chwile, gdy stawaliśmy się zespołem. Gdy stawaliśmy się najlepszymi przyjaciółmi.
„Wciąż jest w nas coś z tych chłopaków ze schodów...” zaśmiałem się w głowie. „Chociaż minęło tyle czasu...”
Gdy czułem, jak powieki są coraz cięższe i opadają, przed oczami pojawił się ostatni obraz.
Moment gdy spędzaliśmy wspólnie czas przy ognisku w domku ojczyma Harrego,
mówiąc o czym marzymy. Ja marzyłem tylko
o jednym. By znaleźć przyjaciół. „Spełniło się...”
- Dziękuje wam –
uśmiechnąłem się ostatni raz, nie czując już żadnego bólu, jedynie ukojenie. –
Dziękuję, że pozwoliliście mi być częścią waszego życia. Kocham was wszystkich –
szepnąłem w stronę Louisa.
Kocham najbardziej na świecie...
Kocham najbardziej na świecie...