„No i jak ja mam ci to wytłumaczyć?” zastanawiałam się, ale jak na złość nic nie przychodziło mi do
głowy. „Może powiedz prawdę?” Tak, moje sumienie zawsze potrafi wskazać najłatwiejsze
rozwiązanie. „Czujesz ten sarkazm?”
- Dlaczego nie chcesz? –
dopytywała się Perrie. – Przecież nie musimy siedzieć cały dzień w pokoju...
- Wiem... – powiedziałam cicho i
już czułam, że powoli kapituluję. Dziewczyna była równie uparta, co Alex...
- Louis powiedział, że nie
możemy wychodzić z hotelu – przypomniała. – Kawiarnia jest kilka pięter wyżej.
I przecież weźmiemy Marka – przekonywała.
- Wiem... – uśmiechnęłam się. „Z
chęcią bym poszła, ale nie stać mnie na przesiadywanie w kawiarniach...” Tak
powinnam odpowiedzieć, ale jakoś nie byłam w stanie...
- Boisz się ze mną wyjść? To o to chodzi? –
drążyła dalej i w jej głosie mogłam wyczuć jakiś smutek. W końcu po tych kilku
godzinach, podczas których naprawdę wspaniale się bawiłam, zdążyłam ją naprawdę
polubić. Perrie okazała się być cudowną osobą z niesamowitym poczuciem humoru.
- Oczywiście, że nie –
zapewniłam ją szybko, nie chcąc sprawić jej przykrości. Wiedziałam też, że Mark uważnie przysłuchuje się naszej
wymianie zdań i pewnie też zachodzi w głowę, o co mi chodzi... – Z
przyjemnością z tobą pójdę... – poddałam się w końcu. „Może wystarczy tylko
moje towarzystwo? Przecież nie muszę nic zamawiać...”
- To wspaniale – klasnęła w dłonie i zerwała się z kanapy. – Idziemy. Mam straszną ochotę na coś słodkiego... –
chwyciła mnie za ręce i pociągnęła w stronę drzwi. Słyszałam, że Mark jest tuż
za mną, a po chwili poczułam jego palce na łokciu. – Koniecznie muszę zjeść coś
z czekoladą... I z owocami. Może coś wiśniowego... – Perrie nakręciła się co
najmniej jak Niall. Naprawdę cudownie się słuchało jej paplaniny. Nie wiem, czy
zdawała sobie z tego sprawę, ale jej nieprzerwany potok słów sprawił, że droga
do windy, a potem do kawiarni, była zdecydowanie za krótka.
Po tych kilku wspólnie
spędzonych godzinach jedno, co z całą pewnością mogłam powiedzieć o dziewczynie
Zayna, to że jest niesamowitą gadułą. Praktycznie buzia jej się nie zamykała, a
potrafiła przy tym rozmawiać na każdy temat i zanim się obejrzałam wciągnęła
mnie w dyskusję sprawiając, że czas uciekał zdecydowanie za szybko. Opowiadała
o swoim zespole i przyjaciółkach, o Zaynie i chłopakach. Nie zostawiła suchej
nitki na Louisie, zdradzając mi wszystkie swoje przemyślenia na jego temat. „Co
akurat było całkiem ciekawe” przyznałam, uśmiechając się pod nosem. No i
miałyśmy przy tym dużo śmiechu. To zdecydowanie był lepszy pomysł na spędzenie
dnia niż to, co początkowo miałam w planie.
- Może usiądziemy na tarasie? –
zaproponował Mark, kierując mnie w odpowiednim kierunku. – Jest piękna pogoda i
zdecydowanie jest tam mniej ludzi niż na sali...
- Jasne – ucieszyła się Perrie.
– Trzeba korzystać ze słoneczka. Nieczęsto nas tak rozpieszcza...
Usiadłam w wygodnym fotelu i
ostrożnie oparłam plecy. „Nie jest tak źle...” przemknęło mi przez myśl.
„Najwyraźniej lekarz mówił prawdę...” Czułam promienie słońca na skórze. Z
uśmiechem zadowolenia wystawiłam twarz na ich działanie.
- Mrużysz oczy... – zauważyła
Perrie cicho. – Słońce cię razi?
- Właściwie nie... – posłałam
jej uspokajający uśmiech, gdy wyczułam niepewność w jej pytaniu. – Sama nie
wiem dlaczego to robię... Chyba nie mam na to wpływu... – przyznałam. – Po
prostu to przyjemne uczucie czuć ciepło na twarzy...
- Trzymaj... – usłyszałam i po
chwili poczułam, że wkłada mi na nos okulary. – Teraz możesz oddawać się
przyjemności w zdrowy sposób...
- Dziękuję – uśmiechnęłam się. –
Ale ja naprawdę nie potrzebuję...
- A skąd wiesz? – zapytała. –
Skoro mrużysz oczy, to znaczy, że słońce cię razi...
- Hmmm... – zastanowiłam się.
Nie wiedziałam jak to wytłumaczyć. „Może lepiej nic nie mówić?” – Dziękuję...
- Nie ma za co...
Gdy podeszła kelnerka, rozmowa
wróciła na smaczniejsze tematy. Niestety z mojego wielkiego postanowienia, że
nic nie będę zamawiać, wyszło wielkie nic... Perrie nie przyjmowała odmowy do
wiadomości, więc chcąc nie chcąc burknęłam w końcu coś o nieposiadaniu przeze
mnie funduszy na takie przyjemności. I oczywiście musiałam się przy tym zarumienić jak głupia...
- I tym się przejmujesz? –
zaśmiała się. – Coś ci zdradzę, Kate – szepnęła. – Ja też nie mam ani funta –
roześmiała się, po czym dodała już
głośniej. – I w takich sytuacjach dobrze jest mieć chłopaka, który z
przyjemnością zasponsoruje naszą kawę. Dopiszemy to do rachunku...
- Tak można? – zdziwiłam się.
„Boże jak ja niewiele wiem...” westchnęłam, uśmiechając się na jej kolejne
wywody na temat deserów. Ostatecznie skończyłam pijąc przepyszne latte i
zajadając się tortem czekoladowo-wiśniowym. – Niebo w gębie... – rozmarzyłam
się.
I znów pochłonęła mnie rozmowa z
Perrie. A tematów wciąż nam nie brakowało. Jakim cudem, nie mam pojęcia... Mark
od kilkunastu minut zajęty był swoim telefonem, co oznaczało tylko jedno.
„Judy...” A my plotkowałyśmy o wszystkim i o niczym. Znów obgadałyśmy każdego z
chłopaków i mogłam się dowiedzieć, że nie tylko Harry i Louis pałają miłością
do tatuaży. „Nawet Liam...” Naprawdę trudno było mi w to uwierzyć. Rozmawiałyśmy o ciuchach i jakiś
projektantach, o których nie miałam zielonego pojęcia, znów o chłopakach, o
seksie... „Nie wiem wprawdzie, czy moje czerwienienie się można było nazwać rozmową, ale
cóż...” I znów o chłopakach i o tym jak wygląda Perrie. O jej szalonych zabawach z kolorami i wściekle różowych włosach... Przeszło mi przez myśl,
że fajnie byłoby samej się przekonać, jak dziewczyna wygląda, ale kawiarnia raczej nie jest ku temu
odpowiednim miejscem. „Na pewno jest piękna...” uśmiechnęłam się, słysząc jej krytyczny
opis samej siebie.
Cudownie spędzałam z nią czas i nawet fanki, podchodzące co chwilę, mi nie przeszkadzały. „Czyżbym zaczęła się przyzwyczajać?” zastanawiałam się, słuchając wesołej paplaniny kolejnych dwóch dziewczynek, które popisywały się właśnie znajomością piosenek Little Mix.
- Ty jesteś Katy, prawda? – usłyszałam w pewnym momencie. – Dziewczyna Louisa. Widziałam cię w telewizji. Jesteś taka śliczna...
- Dziękuję... – powiedziałam cicho, czerwieniąc się z zawstydzenia. A już na pewno wyglądałam jak pomidor, gdy dziewczynki poprosiły o wspólne zdjęcie. „Po co im zdjęcie ze mną?” zdziwiłam się, nie wiedząc, co powinnam odpowiedzieć. Dzięki Bogu za Perrie. Bez niej chyba bym zginęła...
Cudownie spędzałam z nią czas i nawet fanki, podchodzące co chwilę, mi nie przeszkadzały. „Czyżbym zaczęła się przyzwyczajać?” zastanawiałam się, słuchając wesołej paplaniny kolejnych dwóch dziewczynek, które popisywały się właśnie znajomością piosenek Little Mix.
- Ty jesteś Katy, prawda? – usłyszałam w pewnym momencie. – Dziewczyna Louisa. Widziałam cię w telewizji. Jesteś taka śliczna...
- Dziękuję... – powiedziałam cicho, czerwieniąc się z zawstydzenia. A już na pewno wyglądałam jak pomidor, gdy dziewczynki poprosiły o wspólne zdjęcie. „Po co im zdjęcie ze mną?” zdziwiłam się, nie wiedząc, co powinnam odpowiedzieć. Dzięki Bogu za Perrie. Bez niej chyba bym zginęła...
- Nie jestem pewien, czy to
dobry pomysł – odezwał się Mark, a ja doskonale słyszałam w jego głosie tą ogromną
niepewność.
- Daj spokój... – jęknęła
Perrie, która bardzo się zapaliła do swojego pomysłu. – Przecież nic się nie stanie. Zresztą będziesz z nami – przekonywała.
Chciałam już zrezygnować, ale nie było mi to dane... – Co się może stać?
Wszystko jest ogrodzone. Wszędzie pełno ochrony. Usiądziemy sobie gdzieś z przodu, a fanki
będą za barierkami. Bezpieczniej się nie da. Robiłam to milion razy. A Kate
koniecznie musi zaliczyć swój pierwszy koncert. To żadna przyjemność słuchać go, siedząc
w tym pokoju...
- Paulowi się to nie spodoba...
– upierał się Mark.
- Jemu nic się nie podoba –
westchnęła dziewczyna. – Od tego już jest... Zresztą to Kate powinna podjąć
decyzję, czy chce naprawdę wziąć udział w koncercie...
No i tego się właśnie obawiałam. Zapadła cisza i po prostu wiedziałam, że dwie pary oczu wpatrywały
się we mnie wyczekująco. Z jednej strony nie chciałam, by Mark miał
jakiekolwiek kłopoty, a poza tym nie da się ukryć, że trochę się bałam... Nie będę oszukiwać samej
siebie, że nie. Ale tak bardzo chciałam tam być. Ostatni koncert był
niesamowity i jedyne o czym wtedy myślałam, to jakby to było być tam, przed
sceną. A teraz dano mi taką możliwość. „Czy powinnam skorzystać?” zastanawiałam się nerwowo.
- Bardzo bym chciała... –
odezwałam się cicho. – Ale jeżeli uważasz, że nie powinnam, to zrozumiem...
Skierowałam to zdanie do niego,
bo wiedziałam, że Louis właśnie jemu zaufał, a ja nie chciałam robić nic, co
byłoby naprawdę niebezpieczne. Może jestem trochę naiwna, ale przecież nie
głupia...
- Ale trzymacie się blisko mnie
– powiedział wzdychając. – Żadnych wygłupów. A gdy powiem, że wracamy, to
wracamy...
- Jasne – zapiszczała Perrie, a
ja posłałam mu szeroki uśmiech.
- Co ja mam z tymi babami... –
mruknął pod nosem. – Za jakie grzechy?
Gdy usłyszałam, że otwiera drzwi
momentalnie moje uszy zalała kakofonia dźwięków. Koncert już się rozpoczął i
było tak samo głośno i niesamowicie jak poprzednim razem. Czułam, że podłoga
drży pod moimi stopami. Mark mocniej złapał mnie za łokieć i pociągnął za sobą.
Nie sądziłam, że to możliwe, ale zrobiło się jeszcze głośniej. W tym ogłuszającym hałasie udało mi się wyłapać swoje imię
oraz Perrie. Chłopcy śpiewali jedną ze swoich piosenek, pewnie wygłupiając się
jak zawsze. Dałam się prowadzić wiedząc, że sama daleko bym nie zaszła.
Starałam się głęboko oddychać i nie pozwalać, by panika znalazła swój wyraz na
mojej twarzy. „Wszystko dobrze.... Wszystko dobrze...” powtarzałam sobie z nieśmiałym uśmiechem przyklejonym do twarzy. I
powoli czułam, że przynosi to pożądany efekt. „Do czasu...” Byliśmy już prawie
pod sceną, tak przynajmniej wynikało z tego, co krzyknął do mnie Mark, gdy
nagle z każdej strony otoczyły mnie ciekawskie osoby, powtarzające w kółko moje
imię. „Boże, jak można do tego przywyknąć?” zastanawiałam się, próbując
zachować zimną krew. „Przecież jestem z Markiem. Nic mi nie grozi...”
przekonywałam siebie, czując dotyk ciekawskich rąk...
- Przepraszam bardzo – rozległ
się głos Louisa wzmocniony przez chyba milion głośników. – Czy możecie, z łaski
swojej, przepuścić moją dziewczynę? – cała hala zamarła i Mark świetnie
wykorzystał ten moment, uwalniając nas z uścisków rozentuzjazmowanych fanek
zespołu. – Dziękuję...
Po chwili opierałam się obok
Perrie, sama nie wiem o co. Przypominało to jakąś skrzynię. „I byłam bezpieczna. Pod samą sceną. Na
koncercie. I oni tam są. I będą śpiewać. Nie, nie jestem nienormalna” zaśmiałam się głośno do moich myśli. „Udało się. Naprawdę tu jestem” ucieszyłam się i na
mojej twarzy pojawił się zapewne największy uśmiech jaki miałam w repertuarze.
Przez chwilę było nerwowo, ale kolejne piosenki i głosy chłopaków sprawiły, że
szybko o wszystkim zapomniałam. To co się działo dookoła i we mnie, było nie
do opisania... Niesamowite... Niepowtarzalne... Istne szaleństwo. Nigdy w życiu się tak świetnie nie bawiłam i nie mogąc się powstrzymać, z całej siły
uściskałam Perrie za to, że dzięki niej mogłam naprawdę tu być.
- On i tak cię znajdzie –
usłyszałam czyjś głos. Odwróciłam się w stronę, z której nadchodził. – Wiesz o
tym, prawda? Obiecał ci to...
Zamarłam. To nie mogło być to.
To nie mogło być do mnie. Przecież jest tu milion osób. Ale te słowa wydawały
się być skierowane prosto do mnie. I sprawiły, że moje serce zatrzymało się na
kilka przerażająco długich sekund.
- Wszystko dobrze? – usłyszałam
głos Marka, przedzierający się przez hałas. Posłałam mu uśmiech, który miał
zatuszować strach i kiwnęłam głową. „To niemożliwe...”
- Styles! Czy możesz w końcu
ruszyć to swoje wielkie dupsko? – wydarłem się, przestępując z nogi na nogę. „Normalnie zaraz się zleję...” jęknąłem widząc, że przyjaciel wciąż jeszcze rozmawia z jakimiś fankami i jedyną reakcją na moją prośbę, był palec skierowany w moją stronę. „Idiota...”
- Nie drzyj się tak, Niall –
usłyszałem cichy głos Zayna. Wetknąłem głowę do samochodu i spojrzałem na niego
z pytaniem wymalowanym na twarzy. A on zamiast odpowiedzieć, po prostu wskazał
na Katy. Dziewczyna spała wtulona w Louisa, opierając nogi na kolanach Malika.
„Ciekawe...” spojrzałem na przyjaciela. Zdecydowanie nie było mu niewygodnie...
- Gdzie Perrie? – zapytałem szybko.
- Pewnie razem z Harrym pozuje
do kolejnych zdjęć – mruknął pod nosem. „Interesujące...” Władowałem się do środka,
siadając naprzeciw Louisa. Uśmiechnął się do mnie zmęczony i zamknął oczy.
Wszyscy byliśmy padnięci, ale on dał z siebie dzisiaj chyba dwieście procent. „Specjalnie dla niej...” Spojrzałem na Katy. Wyglądała prześlicznie i wcale się nie dziwię, że Lou nie
mógł od niej oczu oderwać, stojąc na scenie. „Zresztą chyba nie tylko on...” W
obcisłych, czarnych dżinsach wyglądała jak ucieleśnienie marzeń każdego faceta.
„I to tych mniej grzecznych marzeń” dodałem w myślach. Czerwona bluzka i czarna
króciutka kamizelka dopełniały stroju. „Całość wyglądała niezwykle kusząco”
oceniłem okiem znawcy. „I jak tu się im dziwić?” westchnąłem.
- Tęskniliście za nami? – Harry
postanowił w końcu do nas dołączyć. – Wskakuj Pers... – w końcu mogliśmy
jechać. Byłem padnięty. Miałem ochotę zrobić dokładnie to co Katy. „Ciekawe
tylko, czy i mnie miałby kto tak smyrać po nogach...” zerknąłem rozbawiony na Malika. Siedział z przymkniętymi oczami i delikatnie głaskał dziewczynę po
łydce. „Może powinien mu ktoś przypomnieć, że to nie jego dziewczyna...” Perrie
przysypiała na ramieniu Stylesa z szerokim uśmiechem na ustach. „Boże, co tu
się porobiło?” Zayn maca Katy, która tuli się do swojego chłopaka, a jego
własna dziewczyna siedzi naprzeciwko, oparta całym ciałem o jego przyjaciela... „Istna
telenowela...” zaśmiałem się. „Nikt nic nie wie i nic z tego nie rozumiem...
Czy nikt nie widzi, że za tym wszystkim kryje się coś więcej?”
Droga do hotelu minęła nam zdecydowanie
za szybko. Harry wciąż pełen energii, droczył się z Pers, która nie była mu
wcale dłużna. Nie zwracając uwagi na innych, kierowali się do środka. Lou
ostrożnie obudził Katy i razem z Markiem poszli za nimi. Wyskoczyłem ostatni.
Liam zajęty był rozmową z Paulem i prawdę mówiąc wyglądało to na jakieś
poważniejsze tematy... „Zdecydowanie nie dla mnie” uśmiechnąłem się i obróciłem w stronę Zayna. Ale on mnie nie widział. Wpatrywał się przed siebie
z tym dziwnym wyrazem na twarzy. Jak ktoś, kto bardzo cierpi, ale robi wszystko
by tego nie pokazać. Westchnąłem. Nawet nie musiałem zgadywać o czym myśli.
„Albo raczej o kim...” poprawiłem się.
- Co ty wyprawiasz, Zi? –
odezwałem się cicho. Zareagował na moje słowa jakbym mu co najmniej wystrzelił z
armaty tuż przy uchu. Spojrzał na mnie wystraszony, ale już po chwili nałożył
na twarz kolejną maskę. Posłał mi kpiący uśmieszek.
- Nie wiem, o co ci chodzi –
powiedział i ruszył przed siebie. „Tak to nie będziesz ze mną pogrywać”
postanowiłem i po chwili maszerowaliśmy ramię w ramię.
- Nie wiesz? – uśmiechnąłem się
smutno. – Może o ciebie wzdychającego nie do tej dziewczyny, co trzeba –
powiedziałem, a on zatrzymał się gwałtownie.
- Nie gadaj głupot, Niall –
warknął, rozglądając się dookoła. – Nic takiego nie ma miejsca. Kocham Perrie.
- Czy jesteś pewien, że
powtarzasz to sobie wyjątkowo często? – zakpiłem. – Jeszcze w to wierzysz, czy może już coraz trudniej przekonać samego siebie?
- Idziecie? – usłyszałem głos
Liama.
- Zaraz przyjdziemy – mruknął
Zayn, wyciągając fajkę. – Musze jeszcze zapalić... – odprowadziliśmy
przyjaciela wzrokiem. – O co ci chodzi, Niall? – wbił we mnie te swoje smutne
oczy. – Nie gadaj głupot, bo jeszcze ktoś usłyszy...
- Nie jestem ślepy, Zayn –
uśmiechnąłem się smutno. – A jej naprawdę trudno nie pokochać...
Przez chwilę mierzyliśmy się
spojrzeniem. Tak bez słowa. Milcząca bitwa na hotelowym parkingu. Patrzyłem jak
nerwowo zaciąga się papierosem i ucieka wzrokiem w bok...
- Masz rację... – odezwał się po przeciągającym się milczeniu. – Naprawdę tego nie planowałem...
- Byłbyś idiotą, gdybyś planował
– parsknąłem. – Ona kocha Louisa i nikogo innego tak nie pokocha...
- Wiem o tym... – westchnął. – Ja
też nie jestem ślepy...
- To dlaczego się tak katujesz?
– pytałem. – Masz cudowną dziewczynę, która świata poza tobą nie widzi...
- Taaak... Mam... – wzruszył
ramionami, a ja zacząłem się zastanawiać nad drugim dnem tej odpowiedzi.
- Myślałem, że dobrze wam razem
– spojrzałem na niego z troską. „Nic wcześniej nie zauważyłem... Dlaczego? Nawet Liam nic nie widział...”
- Jest dobrze, Niall – zgasił papierosa i sięgnął po kolejnego. – Po prostu jest inaczej niż było na
początku... Zmieniliśmy się...
- W jakim sensie? – zapytałem.
Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej portfel. Wyjął z niego zdjęcie i podał je
mi.
- Pamiętasz jeszcze tą
dziewczynę? – westchnął. Zerknąłem na fotografię. Musiała zostać zrobiona dość
dawno temu, bo Perrie wyglądała na niej zupełnie inaczej. „Delikatnie i
dziewczęco...”
- Ty też wyglądasz inaczej, Zayn
– zauważyłem, oddając mu zdjęcie. I prawie mi oczy wyszły z orbit, gdy
zauważyłem, czyją jeszcze fotografię trzyma w portfelu. „O kurwa! To jest
poważniejsze niż myślałem... Niedobrze...”
- Wiem – powiedział po chwili. –
Ja wciąż kocham tamtą dziewczynę – przyznał. – Po prostu ostatnio coraz trudniej
ją dostrzec przez tą całą drapieżną otoczkę... Teraz mam wrażenie, że już mnie
nie potrzebuje. Doskonale radzi sobie sama...
- A ty lubisz być tym rycerzem,
który broni ją przed całym światem – dokończyłem. Gdy wzruszył ramionami wiedziałem, że mam racje. – A Katy jest właśnie kimś, kim można się
opiekować...
- Jest sobą... – powiedział. –
Nikogo nie udaje. Chwilami tak bardzo chciałbym znienawidzić Louisa, ale nie
mogę... Są dla siebie stworzeni i nawet ja to widzę...
- Masz rację, są... – przyznałem.
– I co w związku z tym? Będziesz do niej wzdychał, niszcząc to co masz? Perrie
cię kocha, a ty powinieneś z nią szczerze porozmawiać... Nie wszystkie zmiany
są jej decyzją. Skąd ma wiedzieć, że to ci się nie podoba, skoro jak zwykle
wszystko przemilczasz?
- Porozmawiam z nią... –
westchnął.
- Dzisiaj... – wbiłem w niego
wyczekujące spojrzenie.
- Dzisiaj – uśmiechnął się. –
Właściwie to zaraz... – zgasił papierosa i ruszył w stronę wejścia.
- Zayn... – zatrzymałem go.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Sięgnąłem do jego kieszeni i wyjąłem portfel, a z
niego zdjęcie Katy. – Teraz możesz iść – uśmiechnąłem się, oddając mu jego
własność. – Zaopiekuję się tą fotografią...
- Dzięki, Niall... – uściskał
mnie. – Prawdziwy z ciebie przyjaciel...
Patrzyłem za nim dopóki nie
zniknął za drzwiami. Zerknąłem na zdjęcie, z którego uśmiechały się do mnie
Katy i Alex. „Już czasami widzę tą radość w twoich oczach...” Burczenie w
brzuchu wyrwało mnie z zamyślenia.
- Te zabawy w psychologa
strasznie pobudzają apetyt – powiedziałem do siebie, kierując się do środka.
„Ciekawe, czy restauracja jeszcze jest czynna o tej porze...”
Uśmiechałem się do siebie, widząc
jak moja dziewczyna prawie śpiąc, kieruje się do łazienki. Wymęczył ją dzisiejszy dzień, ale wydawała się zadowolona. Wprawdzie przez chwilę miałem
wrażenie, że się czegoś wystraszyła i aż mnie skręcało w środku, że nie mogę do
niej podejść, by się zapytać, o co chodziło. Jednak już chwilę później wszystko
wydawało się w jak najlepszym porządku...
- Lou... – usłyszałem głos Marka.
Aż mi się głupio zrobiło, bo prawdę mówiąc kompletnie zapomniałem o
jego obecności.
- Dzięki za dzisiaj, stary –
posłałem mu uśmiech pełen wdzięczności. – Nie wiem, co byśmy bez ciebie
zrobili...
- Nie ma za co – skinął głową. –
To jakby moja praca, pamiętasz?
- Niby tak – wzruszyłem
ramionami. – Ale sam dobrze wiesz, że jesteś dla Kate kimś więcej niż zwykłym
ochroniarzem...
- Chciałbym chyba coś powiedzieć... –
dodał stojąc z ręką na klamce. – Wiem, że to nie moja sprawa, ale... Zresztą... Sam nie
wiem, co mówię – pokręcił głową, jakby przywołując się do porządku. – Do
zobaczenia rano. Zadzwoń, jak będę potrzebny...
- Mark – zatrzymałem go. –
Powiedz to, co zamierzałeś. Czy coś się stało?
- Nie powinienem się wtrącać...
– zaczął, a ja uśmiechem zachęciłem go do kontynuowania. – Chyba powinieneś
porozmawiać z Kate o pieniądzach...
- Co? O pieniądzach? – zdziwiłem
się, kompletnie nie rozumiejąc do czego zmierza.
- Ona dzisiaj wstydziła się
cokolwiek zamówić w kawiarni, bo nie miałaby jak za to zapłacić... – powiedział
szybko, patrząc mi w oczy. Nacisnął klamkę. – Ale jak już mówiłem, to nie moja
sprawa... Dobranoc...
- Dobranoc... – odpowiedziałem mechanicznie. Myślami byłem już gdzie indziej. Właśnie próbowałem sobie
wyobrazić sytuację, o której mi powiedział. „Jak ja mam przekonać ją do
przyjęcia moich pieniędzy?” jęknąłem na samą myśl. „Ona ich nie weźmie, a już
na pewno nie na takie bzdury, jak zapłacenie za kawę... Tu będzie potrzebna
Alex...” Usłyszałem ruch za moimi plecami i z uśmiechem na ustach patrzyłem jak
Kate siada wykończona na łóżku. Po chwili opadła plecami na pościel i
przytuliła do siebie poduszkę. – Ktoś tu jest bardzo zmęczony... – ukląkłem na
podłodze przed nią i powoli zsunąłem jej czarne balerinki ze stóp. Uśmiechnęła się, ale nie otworzyła oczu. – Czy wy chcecie mnie wykończyć tymi dżinsami?
Ledwo przeżyłem wczorajszy dzień, a dzisiaj okazuje się, że masz jeszcze jedne,
tylko w innym kolorze... – mruczałem pod nosem rozpinając spodnie, które
przyprawiały mnie o skoki ciśnienia. – Prawie spadłem ze sceny, gdy cię w nich
zobaczyłem... – zauważyłem, że szeroki uśmiech rozświetla jej twarz. – Pupa do góry –
powiedziałem ściągając te śmiertelnie niebezpieczne dla mojego zdrowia dżinsy z
jej cudownych nóg. – I do tego czarne koronki... – mruczałem pod nosem. Widok
jej bielizny wcale mi nie pomagał. – Z Danielle naprawdę chcecie mnie
wykończyć... – uśmiechnęła się łobuzersko. – Ślicznie dzisiaj wyglądałaś,
skarbie – pochyliłem się, by zdjąć jej czarną kamizelkę. – Każdy facet się za
tobą oglądał... Co akurat mniej mi się podobało – dodałem, zabierając się za
czerwoną tunikę. Po chwili leżała przede mną tylko w koronkowej bieliźnie i sen
był ostatnim, co chodziło mi po głowie. „Wszędzie te pieprzone kokardki...”
jęknąłem. – Jesteś taka piękna... – uśmiechnęła się sennie i wyciągnęła do mnie
ręce. Pobijając kolejny rekord prędkości, rozebrałem się do bokserek i
przeniosłem ją ostrożne na poduszki. Wtuliła się we mnie, gdy tylko położyłem się obok.
- Kocham cię, Lou – usłyszałem
cichy szept i poczułem jak obejmuje mnie ramieniem, jednocześnie zarzucając na
mnie nogę. „Czy tylko mi zrobiło się nieznośnie gorąco?”
- Ja też cię kocham, maleńka –
ucałowałem ją w czubek głowy i przyciągnąłem do siebie mocniej. – Śpij,
skarbie...
Jedyną odpowiedzią jaką dostałem
było słodkie mruczenie. Uśmiechnąłem się, czując na swojej skórze wibrację
pochodzącą z jej wnętrza.
Spoglądałem na Kate opierającą
się o Louisa i nie mogłem wyjść z podziwu. Nie wiem, czy to za sprawą dobrego oka Danielle, czy może ta dziewczyna już tak miała, że we wszystkim zwalała z
nóg, ale wyglądała zjawiskowo i każdy facet na sali pożerał ją wzrokiem. Zaśmiałem się na wspomnienie miny przyjaciela, gdy ujrzał ją na
wczorajszym koncercie. Trzeba przyznać, że wcale mu się nie dziwię, że
zapomniał języka w gębie. Cale szczęście, że Liam jest na tyle spostrzegawczy,
że pociągnął śpiewanie dalej. Za to patrząc na Kate dziś, przeczuwam gorącą
noc... Cała na czarno prezentowała się nad wyraz seksownie. Gdybym był na
miejscu Tommo olałbym tą imprezę i zabrał ją do pokoju, a tam... „O Boże... Co
też mi chodzi po głowie?” Zauważyłem, że Lou posłał mi pytające spojrzenie i po
prostu nie mogłem... Roześmiałem się na całego.
- Co tak rżysz jak dzika hiena?
– Niall pojawił się pełnym talerzem jedzenia i wbił we mnie te swoje ciekawskie oczy.
- Mam dobry humor po prostu –
wzruszyłem ramionami. – Nie można? Dzisiejszy koncert był świetny. Zwłaszcza
jak wyjebałeś się na scenie...
- To akurat nie było zabawne –
mruknął Horan. – Jak tak dalej pójdzie, to chyba zacznę przypinać poduszkę do
tyłka...
- Widzieliście Zayna? – Liam
pojawił się z naszymi drinkami. – Próbowałem z nim pogadać od rana, ale
ewidentnie mnie unika...
- Pokłócił się z Perrie –
odezwałem się.
- Co? – zainteresował się Niall.
– Jak to? Kiedy?
- Jak wróciliśmy po wczorajszym
koncercie – wzruszyłem ramionami. – Potem już myślałem, że się pogodzili, bo wiecie...
– puściłem oczko. – Ale dziś zrobili powtórkę o kurewsko wczesnej godzinie i
Pers wyjechała do Londynu. Podobno jakieś nagranie mają dzisiaj...
- To tym bardziej trzeba z nim
pogadać – westchnął Liam, rozglądając się dookoła.
- Ja to zrobię – zadeklarował
się blondyn. – Chyba wiem o co poszło...
Obserwowaliśmy Horana aż do
momentu, gdy nie zgarnął Zayna z baru i nie wyszedł z nim na zewnątrz. „O co
im mogło pójść?” zastanawiałem się. „I nawet Niall się domyślił...” zdziwiłem się.
Jakąś godzinę i kilka piw później,
Lou obściskiwał się z Kate na parkiecie. „Oczywiście wszystko w granicach
przyzwoitości.” Liam wciąż zastanawiał się, co cię stało z Malikiem, a Nialla
jak nie było, tak nie ma...
- Coś długo... – odezwał się
Payne, a ja wzniosłem oczy ku niebu.
- Błagam cię, tylko nie
zaczynaj... – spojrzałem na niego wymownie. – Zaraz wróci i wszystko ci powie,
a teraz odpuść.
- Zauważyłeś, że coś było nie
tak? – Liam patrzył na mnie wyczekująco.
- Nie – przyznałem. – Właściwie
sądząc po odgłosach dochodzących mnie zza ściany, to trochę się zdziwiłem.
Odkąd przyjechała, to spędzali w łóżku każdą chwilę. Już myślałem, że poproszę
o zmianę pokoju...
- Tym bardziej nic z tego nie rozumiem... –
westchnął.
- A co tu jest do rozumienia? –
Horan pojawił się znikąd i to od razu z kolejnym pełnym talerzem. „Normalnie Houdini...” uśmiechnąłem się. – Zayn
wrócił do hotelu...
- No i? – Liam czekał na jakieś
bardziej konkretne informacje.
- No i co? – Niall wzruszył
ramionami. – Pokłócili się po prostu. Tak to bywa w związkach... – prychnąłem.
„I dlatego dobrze mi samemu...” – Przemyślą to, wyjaśnią sobie wszystko i znów będzie cacy... Najwidoczniej tego potrzebowali...
- Jaki się z ciebie specjalista
od związków zrobił... – zakpiłem, kiwając na kelnerkę, by przyniosła następną
kolejkę. – Jeszcze trochę, to niektórzy będą się do ciebie w kolejkę ustawiać...
- Z tobą na czele – zaśmiał się,
a mi momentalnie odechciało się ciągnąć tego tematu. Wiedziałem o co mu chodzi
i nie miałem zamiaru znów o tym dyskutować. – Jak tam twoje sprawy sercowe, Styles?
Znalazłeś sobie trzecią do kolekcji, czy może wciąż zastanawiasz się nad tymi
dwiema?
- Właśnie, Hazz... – odezwał się
Liam. – O co chodzi z tą całonocną wyprawą ostatnio? Ta dziewczyna to coś więcej? Mówiłeś, że to tylko kolejna fanka...
- Czy możecie skończyć to
przesłuchanie? – warknąłem. – Przyszliśmy się tu zabawić, a nie urządzać jakieś
psychoanalizy...
- WOW... – zaśmiał się Niall. –
Jakie mądre słowa w twoich ustach...
- Przymknij się – wyszczerzyłem
zęby w uśmiechu. – Czy możemy zmienić temat?
- Nie – odpowiedział krótko
blondyn. – Chyba możesz nam powiedzieć, o co chodzi... Spodobała ci się jakaś
laska, my to rozumiemy – machał dłońmi, a ja obawiałem się, by zawartość jego
talerza nie wylądowała na mnie. – Ale stary... Znikasz na całą noc nie wiadomo
gdzie, by sobie z nią porozmawiać? Za jakich idiotów nas uważasz?
- Naprawdę mam na to odpowiedzieć? –
zaśmiałem się, a Liam tylko wywrócił oczami. – Ale się uparliście... Znajdź
sobie jakąś kobietę Horan, bo robisz się okropny. W sensie, bardziej niż
zwykle.
- Czekam, aż legalne będzie
klonowanie ludzi i sobie zafunduję drugą Katy – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – A na
razie nie zmieniaj tematu i gadaj... I tak to z ciebie wyciągnę. Jak nic nie
pomoże, to namówię Katy, by to z ciebie wyciągnęła, a jej już nie spławisz tak łatwo...
- Uuu... – zaśmiał się Liam. – Ciężkie działa wyciągasz, Niall...
- To cios poniżej pasa –
mruknąłem, zerkając w stronę parkietu i naszej zakochanej pary. – To co chcesz
wiedzieć? – westchnąłem, poddając się.
- To rozumiem... – blondyn aż
zatarł ręce. – To co z tym rudzielcem? Mówiłeś, że niedługo wyjeżdża...
- W przyszłym tygodniu –
powiedziałem. – Może będziemy ze sobą pisać, ale sam nie wiem... Na dłuższą metę
jestem w tym beznadziejny...
- W czym? – odezwał się Liam.
- W związkach na odległość...
- A więc to związek? – Niall zapiszczał
jak panienka.
- Nie – powiedziałem szybko. –
Tak tylko... Chodzi mi o to, że nie jestem najlepszy w utrzymywaniu
jakiejkolwiek znajomości na odległość, sami wiecie...
- No tak, ale skoro ona ci się
podoba... – Li spojrzał na mnie jakby licząc, że sam dokończę zdanie, które
zaczął.
- Jest fajna, ale to wszystko
jest chyba nie dla niej... – w końcu powiedziałem na głos to, o czym myślałem
od kilku dni. – Jest strasznie nieśmiała i ten cały syf tylko by ją
zniszczył...
- Powinieneś decydować za nią? – Niall spojrzał na mnie z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy. – Wiesz...
Wprawdzie myślałem, że ty coś ten tego z Alex, ale skoro zakochałeś się w tej,
jak jej tam...
- Louise – podpowiedziałem. – I nie
zakochałem się w niej. Jest fajna i może nawet coś by mogło z tego być, ale
raczej w tydzień się nie dowiemy – wzruszyłem ramionami. – Jutro już nas tu nie
będzie...
- To co... Tak po prostu się
poddasz? – Horan nie dawał za wygraną. – Ty? Najbardziej uparty człowiek na
ziemi?
- Chyba zaraz po tobie –
zaśmiałem się.
- Ale serio, stary – ciągnął dalej.
– Katy też jest nieśmiała i delikatna, ale sobie wspaniale radzi. Dlaczego ta
twoja... yyy...
- Louise – podpowiedziałem, kręcąc
głową z niedowierzaniem. „Co jest takiego trudnego z zapamiętaniem jednego
imienia?”
- No właśnie – wyszczerzył zęby
w uśmiechu. – Dlaczego ona miałaby sobie
nie poradzić?
- Niall, jak ty to sobie wyobrażasz?
Miałbym ją zabrać z domu i ciągać za sobą? Ona chodzi jeszcze do szkoły...
- Tu też są szkoły... – wtrącił Liam.
- Ma tam rodzinę i jej rodzice z
całą pewnością byliby zachwyceni, gdybym choć coś takiego zaproponował –
zakpiłem. – To nie może się udać. Ona to nie Kate, a ja nie jestem Louisem...
- I co to niby ma znaczyć? – zdziwił
się Niall, a widząc, że nie zamierzam odpowiedzieć zapytał z innej beczki. –
Czyli to już koniec? Spędziłeś z nią jedna noc, oglądaliście znaczki, czy co
tam sobie chcesz i tyle? Nie wierzę...
- Obiecałem, że ją odwiedzę jak
tylko przyjedziemy do Manchesteru – przyznałem się. – To półtorej godziny samochodem,
więc dam radę obrócić – dodałem, widząc, że Liam chce coś powiedzieć. – No i
wtedy pogadamy o tym, co z tym wszystkim zrobić...
- Czyli z Alex, to tylko
przyjaźń? – rzucił Horan, kompletnie zmieniając temat. „Taaa... Tylko...”
westchnąłem.
- A co ma być? – burknąłem pod
nosem. „Gdybym ja tylko wiedział...” – Z Alex to co innego...
- W jakim sensie? Świetnie się
dogadujecie... – czułem się jak na przesłuchaniu, pod tym obstrzałem Horana.
- No właśnie – przyznałem. – Jest rewelacyjna. Dobrze nam się gada i można się z nią powygłupiać. Byłbym idiotą,
gdybym to zepsuł dla czegoś, co może się nie udać...
- Jesteś idiotą, jeżeli wierzysz
w to co właśnie powiedziałeś – parsknął blondyn, a Liam mu przytaknął. – Gdyby Louis
myślał tak jak ty, to Katy wciąż siedziałaby na tej plaży... Od kiedy jesteś
takim tchórzem?
- Od teraz – warknąłem. – Odkąd mam
za dużo do stracenia. Zresztą... – moją wypowiedź przerwał dźwięk komórki.
Spojrzałem na wyświetlacz i uśmiechnąłem się mimowolnie.
- To już musi być telepatia –
zaśmiał się Niall zerkając na mój telefon.
- Hej, Alex, mój motylku,
stęskniłaś się za mną? – rzuciłem do słuchawki, a cisza po drugiej stronie
sprawiła, że przestałem oddychać. „Coś jest nie tak...” oblał mnie zimny pot. – A-Alex?
- Dobry wieczór – usłyszałem głos,
który z całą pewnością nie należał do mojej przyjaciółki. – Dzwonię z General
Hospital. Pana numer był ostatnim wybieranym...
- Co z Alex? – przerwałem jej, praktycznie wstrzymując oddech. –
Co się jej stało? Dlaczego jest w szpitalu?
- Miała wypadek – dosłownie nogi
się pode mną ugięły i gdyby nie Liam, pewnie właśnie wylądowałbym na podłodze. –
Jej stan jest krytyczny. Robimy co w naszej mocy, ale...