poniedziałek, 13 stycznia 2014

89





   Wcale nie chciałem się budzić... Robiłem co w mojej mocy, by przedłużyć ten cudowny sen, który rozgrywał się jeszcze przed sekundą w mojej głowie. Niestety... Zniknął bezpowrotnie, zostawiając mnie z ledwo zauważalnym uśmiechem na ustach. Słońce przedzierało się przez zasłony, zwiastując kolejny upalny dzień. Otworzyłem oczy, próbując skupić wzrok na czymkolwiek. Sufit nadawał się tu równie dobrze, jak coś innego... „Kolejny poranek w kolejnym obcym miejscu...” westchnąłem jak zawsze z rana, pozwalając sobie zatęsknić za domem. Pokój, w którym się znajdowałem, był tylko jednym z wielu podczas tej trasy. Już nawet ich nie rozróżniałem. Dla mnie wszystkie były takie same. Bezosobowe... Telefon wibrował nieprzerwanie na szafce obok łóżka, ale jeszcze nie byłem na tym etapie, na którym chciałoby mi się ruszyć. Czułem przyjemne ciepło rozchodzące się po moim brzuchu i czułem, że niewiele mi brakuje, by odpłynąć ponownie w objęcia Morfeusza. „W końcu i tak ktoś mnie obudzi...” Obróciłem się plecami do natarczywego telefonu i zamarłem, wpatrując się w piękne oczy mojej dziewczyny. „Więc to nie był sen...”
   - Dzień dobry – powiedziała cicho, uśmiechając się sennie. Wyglądała rozkosznie z włosami w nieładzie i śladami poduszki odbitej na policzku. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że to przyjemne ciepło, które czułem, to była jej dłoń. Teraz spoczęła delikatnie na moim boku.
   - Dzień dobry – mruknąłem, wciąż jeszcze rozważając małą drzemkę. „Z moją dziewczyną w ramionach...” Przyciągnąłem ją do siebie, wtulając twarz w tak znajomo pachnące włosy. Teraz dla odmiany jej dłoń kreśliła jakieś znaki na moich plecach. – Śpij jeszcze...
   - O której masz samolot? – zapytała, przypominając mi tym samym o czekającej gdzieś tam rzeczywistości i obowiązkach. Oraz o tym, że to jest jej pokój i do swojego musiałem przejechać pół miasta. „Boże...
   - Nie wiem... – jęknąłem, chowając twarz w jej szyi i przy okazji muskając ustami delikatną skórę. W tym momencie rozdzwonił się jej telefon. – Jeszcze nie... – przyciągnąłem ją bliżej, chcąc skraść jeszcze kilka chwil.
   - Cześć, Niall – usłyszałem jej wesoły głos. – Czy ty coś... – zaczęła, ale jak znam Horana, to pewnie nie pozwolił jej skończyć. – Dobrze. Jak go zobaczę, to na pewno mu powiem. Pa...
   - Nie chcę wiedzieć... – mruknąłem, przytulając ją do siebie mocniej.
   - Paul już cię szuka – powiedziała, wiedząc równie dobrze co i ja, co to znaczy. – Za jakąś godzinę musicie być na lotnisku...
   Westchnąłem ciężko i wbiłem w nią spojrzenie. Uśmiechnęła się do mnie tak, jak to tylko ona potrafi. I wciąż gładziła delikatnie moje plecy. Przy niej mogłem poczuć się jak w domu. „Jak udało mi się wytrzymać tak długo bez niej?
   - Jedź ze mną...
   - Wiesz, że bardzo bym chciała... Niestety jeszcze nie skończyliśmy kręcić... – powiedziała cicho. – Ale do lunchu jestem wolna, wiec mogę pojechać z tobą do hotelu i na lotnisko. Jeżeli oczywiście chcesz... – lustrowała mnie spojrzeniem, szukając odpowiedzi w mojej twarzy.
   - Bardzo chcę – przyciągnąłem ją do pocałunku, nic sobie nie robiąc z naszych porannych oddechów. – Ale to dopiero za chwilę. Teraz chcę ciebie...




   Stałem obok Alex, opierając głowę na jej ramieniu i trzymając w dłoniach nasze torby. Choć pewnie bliższe prawdy było to, że stało tam tylko moje ciało, bo reszta mnie jeszcze smacznie spała. „Jak ja nienawidzę wstawać o takiej kurewsko wczesnej porze...” Czekaliśmy aż to diabelskie urządzenie w końcu nadjedzie. „Przysięgam, jeszcze jedno głupie pytanie z rana, a wyjdę z siebie i stanę obok” westchnąłem, słysząc że ktoś się do nas zbliża.
   - Czekacie na windę? – usłyszałem gdzieś za plecami i miałem wielką ochotę walić głową w ścianę. „Nie, kurwa, czekam aż parter sam do mnie na górę przyjedzie...” Chichotanie Alex tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że dziewczyna doskonale wiedziała, co się działo w mojej głowie.
   - Tak – odpowiedziała, widząc, że ja nie mam najmniejszego zamiaru się odezwać.
   - Fajnie, bo ja też. – „Trzymajcie mnie, bo zaraz nie wytrzymam...” Koleś nadawał jak jakiś nienormalny, a mnie powoli szlag trafiał. O tej godzinie nikt nie miał prawa być taki pełny energii. „Jest na prochach, czy jak?” Winda otworzyła się bezszelestnie i chłopak przecisnął się szybko obok nas, o mały włos nie przewracając Alex. Rzuciłem torby, pomagając jej utrzymać równowagę i spojrzałem wściekle na tego kretyna. – Ups... Jedziecie?
   - Nie – warknąłem, mordując go wzrokiem i podając upuszczoną kulę dziewczynie. – Bezpieczniej będzie jak pojedziemy kolejną – dodałem przez zaciśnięte zęby.
   - Bezpieczniej? – wyglądał na zdziwionego.
   - Dla ciebie z pewnością – parsknęła Alex i odwróciła się w moją stronę, obdarzając szerokim uśmiechem i uspokajająco gładząc po ramieniu.
   Kolejna winda już nie obfitowała w bonusy w postaci dwunożnych idiotów. „Na szczęście...” westchnąłem. Kilka minut później wchodziliśmy do hotelowej restauracji, gdzie jak można było przewidzieć, wszyscy już na nas czekali. Nie mogłem nie zauważyć niewyraźnej miny Paula i tego, że robił co mógł, by tylko na nas nie spojrzeć. „Będzie ciekawie...” uśmiechnąłem się pod nosem. „Przynajmniej się nie czepia za spóźnienie...
   - Co żeście zrobili biednemu Paulowi, że wyglądał jakby dostał zatwardzenia i uciekł stąd tak szybko, że prawie się kurzyło? – Louis przeskakiwał spojrzeniem ze mnie na Alex i z powrotem. – Dajesz, stary. To musiało być coś wielkiego...
   - Z pewnością... – mruknęła Alex i nie mogła przestać się śmiać. – Niczym księżyc w pełni.
   - Co? – przyjaciel wpatrywał się w nas nic nie rozumiejąc.
   - Wcale nie mam takiej dużej dupy! – oburzyłem się. – Co ty tyłka Louisa nie widziałaś?
   - No, ja mam nadzieję, że nie widziała – zachichotała Kate, zwracając na siebie moją uwagę.
   - Czyżbyś była zazdrosna, kochanie? Awww... – Lou zagruchał jej do ucha, bardziej niż zadowolony z przebiegu tej rozmowy. Może nawet odpuści sprawę z Paulem.
   - Całkiem możliwe... – dziewczyna zarumieniła się aż po dekolt.
   - Co za pies ogrodnika – parsknęła Alex. – Sama nie może, a innym nie da popatrzeć...
   - Czy wy naprawdę rozmawiacie o dupie Tomlinsona? – Niall zastygł nad swoim śniadaniem, gapiąc się, jakby widział nas pierwszy raz w życiu. – I to niby ja jestem nienormalny... – spojrzał wymownie na Liama, który tylko wzruszył ramionami.
   - Do nich to rzeczywiście nie ma co się porównywać – uśmiechnął się Payne. – Są zdecydowanie poza skalą.
   - Dzień dobry – znajomygłos uciszył nasze śniadaniowe rozważania. „Takiego Zayna mi brakowało...” Spoglądałem na uśmiechniętego przyjaciela, który właśnie zajmował ostatnie wolne miejsce, sadzając sobie Perrie na kolanach. Od obojga aż biła radość i miłość. Niby siedzieli razem z nami, ale jakby znajdowali się w swoim własnym świecie. Wymieniali delikatne muśnięcia, pocałunki i mówili coś do siebie bezgłośnie. Alex ścisnęła moją dłoń, posyłając mi wesołe spojrzenie i ściągając moją uwagę w całości na swoją osobę. „Ja tam mam swój własny świat...” pochyliłem się, by skraść jej buziaka. I jak zwykle trochę mnie poniosło. Dopiero znaczące chrząknięcie oderwało mnie od ust mojej dziewczyny.
   - Cześć, Perrie – menadżer pojawił się jak zwykle w najlepszym momencie. Ku mojemu rozbawieniu nadal unikał choćby zerknięcia w naszą stronę i był w tym tak beznadziejnie oczywisty, że po chwili nawet Zayn patrzył się podejrzliwie na mnie i Alex. – Za dziesięć minut wychodzimy... – powiedział, nie odrywając wzroku od swojego magicznego terminarza. – Czeka nas trzy godziny lotu... – usłyszałem ciche jęknięcie i uśmiechnąłem się pod nosem, widząc jak Kate chowa twarz w koszuli Louisa. – Przykro mi Katy... Prosto z lotniska pojedziemy na konferencję prasową i potem na podpisywanie płyt. Później będzie spotkanie z dziećmi z fundacji „Mam marzenie...” Macie się na nim zachowywać... – przypomniał, jak zawsze w takich momentach. – Potem jeszcze krótka sesja i będziecie wolni do rana. – „Na tą część cieszyłem się najbardziej.” – Chociaż... – I już wiedziałem, że nie będzie tak kolorowo... – Dostaliście zaproszenie na kolację. Od burmistrza i jego rodziny...
   - Naprawdę? – Liam nie ukrywał swojego zdziwienia. „Czy ten koleś by kimś znanym, czy coś?” zastanawiałem się, obserwując zdumionego przyjaciela.
   - Jeszcze nic nie potwierdziłem, bo wiadomość dotarła dopiero przed chwilą, ale raczej nie wypada się nie pojawić, skoro i tak nie macie innych planów na wieczór... – „Kiedy ja właśnie miałem inne plany...” zerknąłem na Alex, która była pochłonięta rozmową z Kate i Louisem.
   Dalej, było jak zawsze. Paul szybko streścił nam plany na najbliższe dni i tak naprawdę słuchał go tylko Liam. Reszta jedynie sprawiała wrażenie zainteresowanych słowami menadżera. „Przecież i tak jutro przy śniadaniu powtórzy nam dokładnie to samo...
   - Kate, możemy porozmawiać? – usłyszałem głos Perrie, tym razem zupełnie nie z tej strony, gdzie bym się jej spodziewał. Stała obok naszych „zakochańców” i czekała na jakąkolwiek reakcję dziewczyny. Louis posłał ostrzegawcze spojrzenie w kierunku blondynki, gdy Kate ufnie wyciągnęła rękę w jej stronę i dała się zaprowadzić w stronę okien. Dopiero teraz ujrzałem dzisiejszy stój Kate. Znów postawiła na spodnie, ale jak na razie temperatura nie zabijała, wiec może to i dobry pomysł z jej strony. W kusej bluzeczce na pewno nie groziło jej przegrzanie. Miałem wrażenie, że wszyscy przy stole wstrzymali oddech i tak jak ja, próbowali coś usłyszeć poprzez gwar panujący w sali. „Przydałby się teraz taki super-słuch...




   - Przepraszam cię, Kate... – Perrie nadal ściskała moją dłoń, jakby w obawie, że obrócę się na pięcie i odejdę w przeciwnym kierunku. – Za wszystko... Tak bardzo mi przykro, że...
   - Nie musisz mnie przepraszać – uśmiechnęłam się szczęśliwa, że mój przyjaciel w końcu podjął tą jakże ważną dla nich decyzję. – Naprawdę nie ma takiej potrzeby...
   - Jest – powiedziała od razu. – Ja...
   - W takim razie i ja cię powinnam przeprosić – ścisnęłam jej palce. – Za to, że moje pojawienie się tyle namieszało w waszym życiu...
   - Ostatecznie wyszło nam to na dobre... – powiedziała cicho. Miałam wrażenie, że się uśmiecha. – Teraz jesteśmy silniejsi – dodała. – Kocham go z całego serca, Kate – zapewniła mnie o tym kolejny już raz, ale ja nie potrzebowałam żadnych słów więcej. Wiedziałam, co do niego czuje. – Zrobiłabym dla niego wszystko... Jeśli miłość nie wystarczy...
   - Wystarczy... – zapewniłam ją szybko. W końcu i ja musiałam w to uwierzyć. Co innego miałam do zaoferowania Louisowi?


   Chciałabym móc powiedzieć, że lot z Lizbony do Rzymu minął mi niepostrzeżenie, ale byłoby to jednym wielkim kłamstwem. Prawda była taka, że czułam każdą upływającą minutę i nawet kojący dotyk i głos Louisa nie potrafiły całkiem mnie zrelaksować. I raczej nie pomagały mi słowa Harry’ego, że więcej wypadków jest na drogach, niż w powietrzu...
   Całe szczęście już po wylądowaniu wszystko szło jak z płatka i nawet Paul był zadowolony, że przynajmniej raz na jakiś czas udało się nam być gdzieś punktualnie.
   Konferencję prasową przegadałam z Alex i Markiem, siedząc wygodnie w prywatnym pokoju. Z dala od błysku fleszy i ciekawskich dziennikarzy. Choć nie wiem, czy można zaliczyć moją przyjaciółkę w poczet osób biorących aktywny udział w rozmowie. „Czy chrapanie się liczy?” uśmiechnęłam się pod nosem. „Cóż... Zagłuszała nas wyjątkowo skutecznie, więc może...
   Wszyscy zachodziliśmy w głowę, co takiego się stało, że menadżer omijał dziś wielkim łukiem moją przyjaciółkę i jej chłopaka. Niestety ani jedno, ani drugie nie uraczyło nas odpowiedzią. „Do czasu...


   - Nie czuję palców... – usłyszałam przeciągły jęk Louisa. Po chwili wsiadł do samochodu i zajął miejsce obok mnie. Podpisywanie płyt w końcu dobiegło końca. „A nie da się ukryć, że trochę trwało...
   - Masz Kate, chwilowo nie będzie ci potrzebna ta ręka – Harry jak zwykle musiał wtrącić swoje zdanie, śmiejąc się głośno i przy okazji zawstydzając mnie tym okropnie. – Ałaaa... – jęknął i po prostu wiedziałam, że moja przyjaciółka stoi na straży. – Teraz pocałuj, bo boli... I tutaj też... I...
   - Ja ci zaraz... – zachichotałam, słysząc ich przekomarzanie.
   - Z dziećmi z fundacji spotkacie się w hotelu – odezwał się Paul, ledwo samochód ruszył. – Pewnie też się przeciągnie, więc będziemy mogli się na miejscu przebrać na kolację...
   - Ja zostanę w hotelu, jeśli można... – odezwała się Alex. Słyszałam ciche protesty Harry’ego, ale dał sobie spokój, gdy powiedziała mu, że noga ją boli i naprawdę potrzebuje odpocząć.
   - Może...
   - Nawet o tym nie myśl, Słońce – przyjaciółka nie dała mi nawet dokończyć zdania. – Ja potrzebuję się wyspać. Nie będziesz przecież nade mną siedzieć...
   - Ani z nią spać – dodał Harry. – To wolno tylko mnie.
   - Poza tym – Paul wydawał się nie zwracać na nich uwagi. – Wydaje mi się, że poniekąd tobie zawdzięczamy to zaproszenie na kolację...
   - Ale jak to? – zdziwiłam się.
   - Właściwie to nie wiem, ale byłaś w nim szczególnie wymieniona.
   - Może burmistrzowi wpadła w oko – zaśmiał się Harry i wcale mnie nie zdziwiło to, że silne ramię Louisa od razu zagarnęło mnie i przytuliło do jego piersi.
   - Taaa... To o czym to ja...
   - Jezu, Paul! – Harry oparł się o nasze siedzenia. – Daj już spokój z tymi cichymi dniami... Przecież nie pierwszy raz widziałeś moją dupę...
   - Co? – okrzyki zdziwienia rozległy się z każdej strony. „Co???
   - Poza tym... – dodał jeszcze Harry. – Puka się...
   Pewnie jak wszyscy czekałam na jakąś reakcję ze strony Paula, ale odpowiedzią było tylko przeciągające się milczenie. A po chwili Niall wybuchnął niepohamowanym śmiechem, rozładowując atmosferę.
   - Normalnie nie wierzę... Nie mogę! – ledwo łapał oddech, ale nie przestawał się śmiać. – Nie mów, że nakryłeś ich w łóżku... Jezu, zaraz się posikam...
   - Jak już to na kanapie – usłyszałam jeszcze jak Harry mruczy pod nosem i naprawdę nie potrzebowałam tego wiedzieć. Poczułam jak zdradliwy rumieniec rozkwita na moich policzkach. „Zawsze przekręcać zamki” obiecałam sobie natychmiast, a moje bezwstydne ja cmoknęło z uznaniem.


   Nigdy wcześniej nie słyszałam o fundacji takiej jak ta i nawet do głowy by mi nie przyszło, że coś takiego jest możliwe. Ale byłam tutaj. Poznałam te dzieci i ich rodziców, a także pracowników fundacji i mogłam uczciwie zaświadczyć, że marzenia się spełniają. „Przynajmniej niektóre...” dodałam smutno, choć w sali z pewnością panowała raczej radosna atmosfera. Chłopcy śpiewali piosenki wybrane przez dzieci, a Niall przygrywał na gitarze i przypominało to beztroską zabawę przy ognisku... „Czasami tak niewiele trzeba, by ziściło się marzenie dziecka...
   - Modliłam się, by Sam zdążyła ich spotkać – usłyszałam głos jednej z matek, która siedziała obok mnie i Marka. – Nie wierzę, że naprawdę się udało... Ma fioła na ich punkcie – zaśmiała się, choć jej gardło było ściśnięte przez łzy, które prawdopodobnie spływały po jej twarzy. – To było jej największe marzenie... Już tak dawno nie słyszałam, by śmiała się tak głośno i od serca...
   - Wspaniale się bawi... – odezwałam się cicho. „Co można powiedzieć kobiecie, której dziecko umiera? Raczej nie wypada rzucić zdawkowego: będzie dobrze...” Odetchnęłam głęboko, próbujac zapanować nad łzami. – Zresztą dla nich też jest prawdziwą przyjemnością poznać taką wielką fankę...
   - Opowiadała mi o tobie... – poczułam zimne palce, zaciskające się na mojej dłoni. „O mnie?” zdziwiłam się. – Jesteś Kate, prawda? – skinęłam głową, zastanawiając się do czego to zmierza. – Sammy uważa, że jesteś bardzo dzielna... Jednego dnia próbowała chodzić z zasłoniętymi oczyma, ale skończyło się to guzem na czole po jakiś dwóch minutach. Musisz być niesamowicie odważna, kochanie, radząc sobie z tym wszystkim, co się dzieje wokół zespołu...
   - Nie jestem odważna – powiedziałam od razu. – Po prostu mam przy sobie cudownych ludzi, którzy dbają, bym była bezpieczna – wskazałam na Marka, który nie odstępował mnie na krok. – Gdyby nie oni siedziałabym pewnie w kącie, zbyt przerażona, by się poruszyć... Odważna? Jestem pewna, że to słowo bardziej opisuje panią i pani córkę... Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak silnym trzeba być, by mimo wszystko się uśmiechać...
   - Ja też się boję, Kate – usłyszałam drżący głos kobiety. „Nawet nie pamiętałam jej imienia...” przygryzłam wargę, zawstydzona tym odkryciem. – Jestem przerażona. Rodzice nie powinni chować swoich dzieci... – szepnęła. Pociągnęła nosem i mocniej ścisnęła moją dłoń. Czułam, jak moje oczy wypełniają się łzami. – Ale nie można pozwolić, by rządził nami strach – powiedziała z całym przekonaniem, na jakie było ją stać. – Trzeba walczyć, dopóki starczy sił i jeszcze trochę – miałam wrażenie, że jej słowa trafiają prosto do mojego serca i zapisują się w nim już na dobre. „Jakim musiałam być tchórzem ze swoim marnym strachem przed operacją, wobec kogoś, kto każdego dnia budzi się przerażony, czy jego dziecku dane będzie ujrzeć kolejny zachód słońca?” – Mam wspaniałą córkę i mimo tej okropnej choroby, tak cudowne życie, na ile mogłam jej i sobie zapewnić. Dziś rano powiedziała, że to będzie najpiękniejszy dzień w jej życiu, bo spełni się jej największe marzenie – już nie walczyłam ze łzami, płakałam razem z nią. – To moje nigdy się nie spełni, ale przecież to marzenia dziecka są najważniejsze...
   Tej kobiecie zdecydowanie należał się medal za odwagę i cud, by mogła spełnić również swoje największe marzenie... Ona pewnie nie wahałaby się ani minuty, gdyby ktoś zaofiarował jej choć jeden procent szans na uratowanie córki. I choć zdawałam sobie sprawę, że nasze sytuacje nie są nawet do siebie zbliżone, to jej słowa przemawiały do mnie jasno i wyraźnie. „Jestem takim tchórzem...
   - Mamuś, mamuś, zobacz! – radosny głos dziewczynki wypełnił moje uszy. – Zayn mi narysował motylka na ręce. Już nigdy, przenigdy jej nie umyję...
   - Nie wiem, kochanie, czy będę w stanie znieść te stado much, które będziesz przyciągać... – zaśmiała się kobieta. – Może poprosimy go ładnie, by jednak narysował ci tego motylka na którymś z plakatów... Co ty na to? Pójść z tobą?
   Sama już nie wiem, ile tak siedziałam zatopiona w swoich myślach, ocierając łzy, które nie chciały przestać płynąć. Schowałam się za Markiem, jak tchórz, którym naprawdę byłam. „Płakałam nad sobą, czy nad bezbronnym dzieckiem, które śmiało się teraz radośnie, żartując z Niallem?
   - Skarbie? – usłyszałam pełen troski głos Louisa i momentalnie rzuciłam się w jego ramiona pewna, że w nich mogłam ukryć się przed całym światem. – Co się stało? – pokręciłam głową, nie potrafiąc wydobyć z siebie ani słowa. Schowałam twarz w zagłębieniu jego szyi i czekałam aż jego magiczny dotyk odpędzi smutek. – Wiem, że ciężko jest słuchać historii tych dzieci... – powiedział cicho. – Ale dzisiaj... teraz... żadne z nich nie jest smutne, wiec i ty nie powinnaś...
   - Niall nie ma racji... – wyszeptałam po chwili łamiącym się głosem. – Jesteś o wiele mądrzejszy ode mnie...
   - Tak daleko idących wniosków to bym nie wysuwał – zaśmiał się, całując mnie w nos. – Ale zdarza mi się zabłysnąć czymś od czasu do czasu – ujął mnie pod brodę i starł łzy z twarzy. – Uśmiechniesz się choć troszkę? Dla mnie?
   - Dla ciebie – powiedziałam cicho, próbując rozciągnąć usta w uśmiechu. Wzięłam głęboki oddech, by dodać sobie odwagi przed tym, co chciałam jeszcze powiedzieć. – Chcę tej operacji, Lou – wyszeptałam i natychmiast poczułam jak zesztywniał w reakcji na te moje słowa. – Chcę spróbować...




   Opierałem się o drewnianą framugę i przyglądałem mojej dziewczynie. I tak już od kilku minut. Po prostu nie mogłem zmusić się, by jej przerwać, a obserwowanie jej, to przecież od jakiegoś czasu moje ulubione zajęcie. „I jeszcze kilka innych ulubionych 'zajęć' mógłbym wymienić...” odezwała się ta mniej grzeczna część mnie.
   W głowie wciąż szumiały mi jej słowa. „Chcę spróbować... Chcę tej operacji...” Strach ściskał moje serce. Byłem przerażony jej decyzją. Wiem, że powinienem ją uszanować i tak z pewnością zrobię, ale nic nie poradzę na to, że duszę się na samą myśl o tym, co może się stać. „Nie mogę cię stracić, kochanie...
   Zauważyłem jak jej usta rozciągnęły się w rozmarzonym uśmiechu. Siedziała na łóżku i z zamkniętymi oczami słuchała muzyki z discmana, którego odziedziczyła po Niallu. Może i nie był to najnowszy szczyt techniki, ale miał tak bardzo potrzebne przyciski i opanowanie obsługi zajęło mojej zdolnej dziewczynie jakieś pięć sekund. Uśmiechnąłem się, widząc jak porusza ustami, niemo śpiewając z wykonawcą, kimkolwiek szczęściarz był. Siedziała po turecku, a bose stopy wybijały rytm. Obok leżała jej jakże skromna kolekcja płyt. Widząc pomarańczowe pudełko na wierzchu śmiało mogłem stwierdzić, że dzisiejszym szczęściarzem był nie kto inny, tylko Ed. Chyba już nawet wiedziałem, która piosenka wywołała ten rozmarzony uśmiech.
   Zrobiłem krok do przodu, cicho zamykając za sobą drzwi i przekręcając zamek. To jednak wystarczyło, by uśmiech Kate powiększył się, a słuchawki znalazły się w jej dłoniach.
   - Wróciłeś! – wykrzyknęła radośnie, odkładając swoje skarby do zielonego etui, również sprezentowanego przez Nialla. Przewróciła się na brzuch i położyła wszystko na nocnej szafce. Biała bluzka podwinęła się, ukazując kawałek pleców, na których tylko dobrze poinformowany potrafiłby odnaleźć blizny. „Jeszcze tylko zabieg lub dwa...” pomyślałem, rzucając się na łóżko obok niej, wywołując salwę śmiechu. Przyciągnąłem ją do siebie, kładąc dłoń na okrytym niebieskimi spodniami pośladku.
   - Tęskniłaś? – skradłem całusa, wsuwając jej ramię pod głowę, by mogła wygodnie się ułożyć.
   - Całkiem możliwe – przyłożyła swoją drobną dłoń w miejscu, gdzie spodziewała się wyczuć bicie mego serca. – A może po prostu jestem głodna?
   - Bidulka... – nachyliłem się po kolejnego buziaka. – Nie chcieli ci dać jeść? Kogo mam zwolnić? Powiedz...
   - Trudno mi powiedzieć, bo w życiu go na oczy nie widziałam... – Roześmiałem się, a po chwili i jej śmiech rozległ się w sypialni. Tylko ten dźwięk potrafił zagłuszyć strach w mojej głowie. Przytuliła się do mnie mocno. – Nie musimy się szykować? – zapytała z ustami przy mojej szyi. Jej ciepły oddech pieścił moją skórę.
   - Jeszcze mamy z godzinkę – powiedziałem, wsuwając dłoń pod jej bluzkę i odnajdując zapięcie stanika. – Lou kazała ci przekazać, że przyjdzie pomóc ci się wyszykować...
   - Och – tak uwielbiany przeze mnie rumieniec zakwitł na jej policzkach, gdy rozpiąłem haftki. – Dobrze... – wyszeptała, „wpatrując” się we mnie szeroko otwartymi oczyma. – C-co robisz? – wyszeptała, gdy moja dłoń przesunęła się na jej piersi, uwalniając je z koronki. Tylko cienki materiał bluzki skrywał to, czego tak bardzo pragnąłem w tej chwili posmakować. Twarde sutki odznaczały się na tkaninie zdradzając, że doskonale wiedziała, co zaraz się stanie.
   - Co robię? – ułożyłem ją na plecach, powolnym ruchem zdejmując z niej bluzkę i stanik. – Próbuje dobrze spożytkować tę godzinę...
   Uwielbiałem jej ciało. Było idealne. Kochałem każdy jego centymetr i jeżeli tylko mógłbym je pieścić, to byłbym szczęśliwy. „To tyyylko godzina” odezwało się moje drugie ja, przypominając mi o tykającym zegarze. Pozostałe elementy garderoby znalazły swoje miejsce na podłodze.
   - Lou... – Kate wiła się pod moim dotykiem, sama nie będąc mi dłużna. Jej palce, które teraz błądziły po moim ciele, dość sprawnie poradziły sobie z pozbyciem się mojego ubrania. Leżała pode mną rozpalona pożądaniem, niecierpliwie prosząca o więcej... I choćbym nie wiem jak bardzo chciał ją jeszcze podręczyć niekończącymi się pieszczotami, to moje zdradzieckie ciało przypominało mi boleśnie, że nie pragnie niczego innego, jak wznieść się z nią do nieba. Wyciągnąłem rękę w kierunku spodni, które walały się gdzieś na podłodze, ale Kate zatrzymała mnie, gdy tylko poczuła, że się odsuwam. – Nie musisz... – powiedziała cicho, nieśmiało przygryzając wargę. „Nie robiłbym tego na twoim miejscu, kotku...” zamruczało moje drugie ja, a rozkoszny dreszcz przetoczył się przez moje ciało. Niezmiennie widok jej białych ząbków maltretujących tą dolną wargę sprawiał, że wychodziłem z siebie. Przywarłem do jej ust i dla odmiany teraz to ja miałem je we władaniu. Zassałem lekko jej wargę, by po chwili przejechać po niej językiem. – Louis... – jęknęła prosto w moje usta, unosząc biodra i ocierając się o mnie w niecierpliwym ponagleniu. „Dama w potrzebie” zaśmiało się moje wredne ja, przy okazji przypominając mi jak cudownie jest się znaleźć w jej gorącym wnętrzu. Przytuliłem ją do siebie mocno i przetoczyłem się na plecy. – Lou? – wysapała, uginając kolana i siadając na moich udach. „Zdecydowanie nie tam powinna siedzieć...” wyjątkowo musiałem się zgodzić ze spostrzeżeniami mojego zboczonego ja. Ująłem dziewczynę za biodra i uniosłem ją do góry, by po chwili pozwolić jej się opuścić na mojego bolącego w oczekiwaniu, twardego przyjaciela. Jak na kogoś, kto od jakiegoś czasu non stop mnie pospieszał, poruszała się teraz w iście ślimaczym tempie i jak tak dalej pójdzie, skończę szybciej niż bym chciał.
   - Kateee – jęknąłem, gdy to ślamazarne tempo było już nie do zniesienia. Jej ciasne wnętrze było torturą samą w sobie, ale zdecydowanie mogła mnie tak torturować przez następne pięćdziesiąt lat. – Proszę...
   - Och... – ciche skomlenie wydostało się spomiędzy jej warg, gdy opadła gwałtownie ostatnie kilka centymetrów. Sięgnąłem po jej dłonie, splatając nasze palce razem, tym samym dając jej podparcie. Uniosła się powoli, by opaść jeszcze wolniej, a ja mogłem podziwiać każdą emocję wymalowaną na jej twarzy, sam spalając się z rozkoszy. Pozwoliłem na to przez chwilę, ale w końcu nie mogłem już w milczeniu znosić tych tortur. Gdy kolejny raz opadała na mnie powoli, zaskoczyłem ją, gwałtownie wychodząc jej na spotkanie. – Aaa!!! – jęk zdumienia zabrzmiał w pomieszczeniu, a po chwili dołączyły do niego kolejne i wyglądało na to, że mój przebiegły plan okazał się strzałem w dziesiątkę. „Dalej, mała...” moje drugie ja miało używanie. „Jazda! Szybciej! O, taak! Szybciej... O...
   - Taaak!!! – zawyłem z rozkoszy, czując budujące się w podbrzuszu gorąco, które niczym tsunami, rozprzestrzeniało się we mnie. – O, tak... Kate... Boże... Tak cudownie... Tak... Kurwa mać! Tak!!!
   I nagle wszystko wybuchło. Zalała mnie rozkosz tak wielka, że chyba przez moment nawet moje serce zgubiło rytm, a oczy zaszły białą mgłą. Po chwili z ust mojej dziewczyny wydobył się jęk przyjemności połączony z moim imieniem i opadła na mnie, owiewając moją pierś swoim urywanym oddechem. Czułem jak dudni jej serce i miałem wrażenie, że ono już dawno znalazło wspólny rytm z moim własnym. Chwyciłem brzeg narzuty, na której leżeliśmy, próbując nią okryć nasze spocone ciała. Wciąż czułem gorące pulsowanie na moim przyjacielu i uśmiechnąłem się na samą myśl o niedawnej rozkoszy. Ucałowałem czoło Kate, obejmując ją ramionami, wciąż nie zdolny do wydobycia z siebie głosu. „Jesteś całym moim życiem, maleńka...




   „Trzeba przyznać, że chata robi wrażenie” aż zagwizdałem z podziwu, gdy zatrzymaliśmy się na podjeździe.
   - Koleś mieszka w pieprzonym pałacu – mruknął Harry, wyskakując z samochodu. Humor niespecjalnie mu dopisywał, odkąd zostawił Alex w hotelu. – Ciekawe ile ma tu sypialni?
   - Już jesteś zmęczony? – zdziwił się Liam.
   - Raczej myśli ile by trwało zanim zaliczyłby z Alex małe bzykanko w każdej jednej – parsknął Lou, pomagając Katy wysiąść z auta. Moja mała siostrzyczka zarumieniła się na te słowa. Wyglądała jak marzenie w sukience, którą Gemma i Louise kupiły dzisiaj specjalnie na tę okazję. Louis nie odstępował jej na krok, odkąd tylko pozbierał szczękę, gdy ją ujrzał taką wystrojoną. „Zresztą już wcześniej nie odstępował jej na krok...” sprostowałem, przypominając sobie odgłosy zza ściany, które wygnały mnie z pokoju. „Czerwieniącego się jak panienka” dodałem uczciwie. Jedyne co mnie zastanawiało, to ten trudny do opisania smutek w spojrzeniu przyjaciela. „A może tylko mi się wydaje
   - Proszę was... – jęknął Paul, dając znak ochronie, by zaczekała. – Zachowujcie się... Choć spróbujcie pokazać, że wpojono wam jakieś maniery...
   W progu już czekała na nas para w podeszłym wieku, uśmiechając się przyjaźnie. Modliłem się, by znali angielski, bo inaczej może to być bardzo długa kolacja. „Choć w sumie i tak najważniejsze, by jedzonko było zjadliwe.” Przywitałem się z gospodarzami i dałem się zaprowadzić do przestronnego salonu, wypełnionego antykami.
   - Bardzo się cieszymy, że zaszczyciliście nas swoją obecnością – odezwał się mężczyzna, gdy tylko jego żona zniknęła w pomieszczeniu obok. – My już raczej jesteśmy za starzy na taką muzykę, jaką tworzycie, ale nie możemy nie docenić waszej ciężkiej pracy włożonej w odniesiony sukces. Za to nasza córka wręcz was uwielbia – uśmiechnął się na wspomnienie o dziecku. – Normalnie Marina unika takich spotkań, ale tym razem wręcz błagała, by je zorganizować. I to nie tylko dlatego, iż szaleje za waszymi piosenkami...
   W tym momencie otworzyły się drzwi, ukazując żonę burmistrza, prowadzącą za rękę może czternastoletnią dziewczynkę. Otworzyłem oczy ze zdziwienie, widząc białą laskę w jej dłoni. Liam pierwszy doszedł do siebie i pospieszył się przywitać. Gdy przyszła kolej na moją siostrzyczkę, obie wyciągnęły do siebie ręce, niestety mijając się w powietrzu. Louis szepnął coś Katy na ucho i dziewczyna z jego pomocą odnalazła małą dłoń, ale zamiast zwykłego przywitania, zamknęła ją w mocnym uścisku. „Moja krew...” uśmiechnąłem się na ten widok.
   - Zbiorowe tulenie! – zarządziłem, rzucając się by objąć je obie. „I kto by pomyślał, że nawet pan burmistrz z żoną się przyłączą?
   Nie wiem dlaczego obawialiśmy się, że kolacja będzie sztywna i że wynudzimy się na całego. Było wesoło, głośno i zdecydowanie trudno byłoby wskazać kogoś, kto by się źle bawił. Choć chwilami wydawało mi się, że Lou ma coś takiego w twarzy... „Zdecydowanie trzeba z nim pogadać” postanowiłem. „Albo zapytać Katy” uśmiechnąłem się, spoglądając na moją małą siostrzyczkę. „Ona na pewno będzie wiedziała, co mu leży na wątrobie...
   Pełen podziwu patrzyłem na Marinę i Katy, które siedziały obok siebie, zawzięcie o czymś dyskutując. Zresztą mała nie odstępowała na krok nowej przyjaciółki. „Tak, tutaj szybko zawiązała się przyjaźń...” Odnajdywałem w dziewczynce niektóre gesty, które znałem w wykonaniu Katy, ale zdecydowanie nie potrafiła być tak samodzielna. I musiałem tu przyznać, że Louis wspaniale dopełniał Katy, tam gdzie potrzebowała jego pomocy. Za to mama dziewczynki starała się wszystko za nią zrobić i może właśnie w tym tkwił problem braku samodzielności? Choć pewnie byłem niesprawiedliwy. „W końcu to jeszcze dziecko...
   Cóż, musieliśmy się pogodzić z tym, że Marina tak naprawdę bardziej marzyła o poznaniu Katy, niż nas. Choć jej nieśmiałe tłumaczenie, że Katy nie napawała jej takim przerażeniem jak my, iż zrobi z siebie ofermę, było całkiem zadowalające. Pewnie zachowałbym się tak samo na jej miejscu.
   Telefon wibrował delikatnie w mojej kieszeni i choćbym nie wiem jak bardzo chciał, nie wypadało mi po niego sięgnąć. Miałem wielką nadzieję, że gdy wrócę do hotelu, będę mógł opowiedzieć Katie przebieg tego niesamowitego wieczoru. Zaśmiałem się z kolejnego żartu Harry’ego, dziwiąc się jednocześnie, że nie rozbawił on Louisa. „Coś zdecydowanie było na rzeczy...” stwierdziłem. „Oby tylko nic złego...




   Czas płynął nieubłaganie i choćbym nie wiem jak pragnął, by było inaczej, ten dzień w końcu nadszedł, a wraz z nim wszystkie moje obawy jeszcze wzrosły. Operacja. To słowo niezmiennie robiło spustoszenie w mojej głowie. Starałem się uśmiechać, by niepotrzebnie nie denerwować Kate, ale moje kochanie jak zawsze potrafiło przejrzeć mnie lepiej, niż najprawdziwszy wykrywacz kłamstw.
   - Wszystko będzie dobrze, Lou – wyciągnęła do mnie dłoń, którą natychmiast ująłem. Pielęgniarki skończyły się wokół niej kręcić. Była gotowa do operacji. Leżała na białym prześcieradle i uśmiechała się do mnie uspokajająco. „A przecież to powinna być moja rola...” – Widzimy się za kilka godzin – zażartowała, ale mi wcale nie było do śmiechu.
   - Wciąż kradniesz moje teksty... – próbowała się uśmiechnąć. – Naprawdę tego chcesz, skarbie? – zapytałem ostatni raz, z góry wiedząc jaka będzie odpowiedź. Kiwnęła głową i przyciągnęła mnie do siebie. – W takim razie do zobaczenia za kilka godzin – powiedziałem, pochylając się nad nią. – Kocham cię, maleńka...
   - Ja ciebie też kocham, Lou... – złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku, niechętnie się od niej odrywając, gdy ciche chrząknięcie zza moich pleców uzmysłowiło mi, że już czas. „Błagam, niech wszystko będzie dobrze...
   Czas... Nienawidziłem drania. Ciągnął się niemiłosiernie, kpiąc sobie z mojego cierpienia. Katował mnie każdą wlekącą się sekundą. Siedziałem na niewygodnym krześle, nerwowo stukając podeszwami, by już po chwili przemierzać korytarz ze wzrokiem utkwionym w zielonych drzwiach, za którymi lekarz próbował dokonać cudu.
   - Dlaczego to tyle trwa? – jęknąłem, opadając na siedzenie obok Alex. Dziewczyna posłała mi zmęczone spojrzenie. Była równie zdenerwowana co i ja. „My wszyscy...” sprostowałem w głowie, ciesząc się, że nasi bliscy byli tu z nami. – Ile... – przerwałem, słysząc podniesione głosy zza drzwi. Zerwałem się z krzesła w momencie, gdy rozległ się przerażający pisk aparatury. Nie rozumiałem wykrzykiwanych słów, ale byłem wręcz sparaliżowany strachem i zarazem zdesperowany, by dowiedzieć się, co dzieje się za ścianą. Chyba by jeszcze mnie podręczyć w mojej głowie pojawiły się sceny wszystkich szpitalnych scen, które kiedykolwiek obejrzałem w telewizji. Wiedziałem, że nie wolno mi tam wejść, ale nie kontrolowałem już siebie. Po prostu musiałem wiedzieć. Moja dłoń pchnęła delikatnie zieloną powierzchnię. Myślałem, że już bardziej nic mnie nie przerazi, ale widok lekarza opuszczającego ręce, w których trzymał elektrody, był gorszy od najgorszego horroru.
   I nagle wszystko ucichło. Jeden przycisk i już nie słyszałem pisku aparatury. Jeden przycisk i jeszcze niedawno lśniący światełkami ekran pokrył się czernią. Jeden przycisk i...
   - Czas zgonu... – usłyszałem słowa lekarza, osuwając się na ziemię. „Nie...” Przyjaciele rzucili się, by mnie podnieść. Czułem, że brakuję mi powietrza. „Nie.” Zewsząd posypały się pytania. Płuca paliły żywym ogniem. „Nie!” krzyczało wszystko wewnątrz mnie. Miałem wrażenie, że w piersi mam pustą dziurę, bo ktoś właśnie wydarł z niej serce. Rozpadałem się, tak jak właśnie rozpadł się cały mój świat.
   - Nieee – próbowałem się wyrwać z silnego uścisku przyjaciół. Zayn otoczył mnie ramionami i opadł razem ze mną na zimną podłogę. Płakał, tak jak i ja płakałem... – Nie!!!

poniedziałek, 6 stycznia 2014

88





   Dwie godziny lotu ciągnęły się niczym wieczność. Mimo upałów, telepałam się z zimna i żałowałam, że zamiast cieniutkiej, letniej sukienki, nie mam zimowej kurtki zapinanej pod szyję. Choć wiedziałam, że ciepły strój nic by nie zmienił w tym konkretnym przypadku. „Czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do podróży samolotem?” Mocno zacisnęłam powieki, gdy maszyna sprawnie osiadła na płycie lotniska. Miałam wrażenie, że zaczęłam oddychać dopiero, gdy metaliczny, męski głos powitał nas w Lizbonie i pozwolił odpiąć pasy.
   - Już lepiej? – dłonie Louisa zaczęły pocierać moje skostniałe palce. Wzięłam głęboki wdech i uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. Nigdy nie narzekał, mimo iż za każdym razem miażdżyłam mu kości, ściskając jego ręce lub żebra. – Miałaś coś poza torebką, kochanie?
   - Nie – powiedziałam cicho, nadal próbując uspokoić oddech. Odebrałam od niego moją własność. Zarzuciłam torbę na ramię i odruchowo zaczęłam poprawiać górę sukienki. „Jak ja się mogłam dać tak podejść dziewczynom?
   - Wyglądasz prześlicznie, skarbie – poczułam gorące wargi na moim czole i silne ramiona zamykające mnie w bezpiecznym uścisku. „Mogłabym tak trwać całą wieczność...” zamruczałam zadowolona, tuląc się do mojego ukochanego.
   W końcu Paul zaczął nas wszystkich poganiać, wiec już po chwili wkraczaliśmy na lotnisko. Mocno ściskałam dłoń Louisa i ufnie pozwalałam się prowadzić w kolejne nieznane. Miałam tylko nadzieję, że przez tą moją dzisiejszą sukienkę, nie zaliczę bliższego spotkania z podłogą. „Umarłabym ze wstydu...” Słyszałam wesołe wymiany zdań między Alex i Harrym oraz kroki Marka tuż za mną. Choć muszę przyznać, że jego obecność już chyba bardziej wyczuwałam, niż słyszałam... Wiedziałam, że gdybym tylko wyciągnęła rękę za siebie, zaraz spotkałaby się ona z jego dłonią.
   Dzięki wczesnej pobudce, którą urządził dziś Louis i hektolitrach wypitej kawy, wszyscy byli teraz wyjątkowo ożywieni. „Wyjątkowo jak na tę godzinę oczywiście” sprostowałam natychmiast. Tylko Zayn wydawał się przygaszony. Trzymał się na uboczu, nie odzywał się do nikogo, chyba że pytanie było skierowane bezpośrednio do niego, a i wtedy najpewniej trzeba było mu je powtórzyć. Nawet Lou to w końcu zauważył, ale na szczęście łatwo dał się odwieść od gnębienia Zayna dociekliwymi pytaniami. Wiedziałam, że przyjaciel potrzebuje czasu, by pobyć sam ze sobą i swoimi myślami. On już taki był. Musiał wszystko sam przemyśleć i samodzielnie podjąć decyzję, a do tego potrzebował, byśmy zostawili go w spokoju....
   - O ja cię pieprzę... – usłyszałam zdumiony głos Alex.
   - Możesz głośniej, skarbie, bo jeszcze nie wszyscy wiedzą? – parsknął Harry, by po chwili jęknąć z bólu. „Jak nic zarobił kuksańca w żebra...” – Wiedziałem, że lubisz na ostro, ale że tak tutaj? Teraz? No wiesz co?
   - Boże, Styles... – zaśmiałam się, słysząc reakcję przyjaciółki. – Jesteś niemożliwy...
   - Ale i tak mnie kochasz – pewność w glosie Harry’ego była urocza. W ogóle oni dwoje wydawali się być dla siebie stworzeni. Pewnie na miejscu Alex, czerwieniłabym się jak nienormalna za każdym razem, gdy on by coś takiego do mnie powiedział, ale wiedziałam, że ona uwielbiała te jego dwuznaczne komentarze. Zresztą sama nie pozostawała mu dłużna.
   - Nie da się ukryć...
   - Ej! Znajdźcie sobie pokój... – jęknął „zdegustowany” zachowaniem przyjaciół Niall. – Dwa „zboczuchy” się dobrały... – mruczał pod nosem, przechodząc obok nas.
   - Dobra – usłyszałam zdecydowany głos menadżera. – Czeka nas kolejna przeprawa przez morze piszczących fanek. Nie ma innego wyjścia. Louis, Adam? Zajmijcie się Kate. Mark, ty lepiej się nie pchaj między tłum. Postaraj się obejść bokiem. Nie potrzebuję byś znowu wylądował w szpitalu. Andy, Harry...
   - Alex. Nie ma sprawy – powiedział krótko ochroniarz.
   - Harry? – Paulowi odpowiedziała tylko cisza. – Harry – powiedział głośniej. „Dalej nic” uśmiechnęłam wcale nie zdziwiona ta sytuacją. – Słyszysz mnie, Harry?
   - Nie, jest zbyt ciemno – zachichotałam pod nosem, słysząc tą jakże oryginalną odpowiedź. „Biedny Paul...
   - Boże, litości... – westchnął. „Ten człowiek naprawdę powinien dostać dodatek za pracę w trudnych warunkach...” – Idziecie w środku. Tak jak ostatnio.
   - Jasna sprawa...
   Kilka minut później przeciskaliśmy się przez rozentuzjazmowany tłum. Z każdej strony słyszałam przemieszane ze sobą nawoływania, płacz oraz śmiech. I pełno próśb. O zdjęcie, autograf lub o zwykły uścisk. Po prostu o chwilę uwagi ze strony chłopców... Oplatały mnie silne ramiona Louisa, a ja zastanawiałam się jak może reagować na te błagania, skoro obie ręce ma zajęte mną. Poczułam gwałtowne szarpnięcie za sukienkę i zaskoczeni, polecieliśmy z Luisem w lewo. Prosto w piszczący tłum. Hałas tylko się wzmógł. Ktoś pociągnął mnie za włosy. Ktoś inny za torebkę. Poczułam ból w stopie, na którą ktoś prawdopodobnie nadepnął. Udało mi się wyłapać swoje imię powtarzane obcymi głosami ze śpiewnym akcentem. Otaczało nas morze fanów i prawdę mówiąc powoli zaczynałam trząść się ze strachu. Nie chciałam się w nim utopić... Na szczęście wciąż czułam przy sobie ciało Louisa. Miałam ogromną nadzieję, że mój chłopak nie puści mnie ani na sekundę. W tym ogłuszającym hałasie nie wiedziałabym co z sobą zrobić, ani nawet w którą stronę iść. Dopóki byłam z nim wiedziałam, że jestem bezpieczna. Na szczęście Adam i Paul w miarę szybko nas wydostali. Lou przyciągnął mnie mocniej do siebie i bardziej stanowczo zaczął przeciskać się przez tłum. Czułam, że się zdenerwował tą sytuacją. Był spięty do granic możliwości. Miałam tylko nadzieję, że szybko mu przejdzie i nie będzie się znów niepotrzebnie o nic obwiniał. „W końcu nic takiego się nie stało...
   - Wszystko w porządku, skarbie? – usłyszałam jego zatroskany głos, gdy tylko Paul wepchnął nas do samochodu. Pokiwałam głową, starając się uspokoić oddech. Poczułam jego dłonie na swoim ciele, jakby próbował się przekonać, że naprawdę nic mi nie jest. Gdy poczułam gorący dotyk na piersiach, zrobiło mi się gorąco. „I to nie tylko na policzkach...
   - Louis! – pisnęłam, chwytając jego dłonie i oczywiście oblewając się jeszcze większym rumieńcem. Szybko poprawiłam sukienkę, przy okazji kontrolując, czy nie doznała uszczerbku w starciu z fanami.
   - Nie mogłem się powstrzymać – zaśmiał się, przyciągając mnie do swojego boku i poprawiając mi włosy. W końcu i on odetchnął z ulgą. – Wyglądasz cholernie gorąco w tej kiecce... – mruknął z ustami przy moim uchu. – A ja, odkąd cię w niej zobaczyłem, zastanawiałem się, czy masz pod spodem stanik... I wiesz co? I nie masz...
   - Lou! – trzepnęłam go w ramię. Po prostu wiedziałam, że przypominam teraz kolorem dorodnego pomidora.
   - Co tu się dzieje? – zaśmiał się Harry. – Na minutę was zostawić samych i już rozrabiacie?
   - Nie martw się Styles, tobie i tak nie dorównamy – parsknął Louis, całując mnie w skroń.
   - Przysięgam, te wasze fanki prawie mnie zgwałciły – jęknęła Alex, gdy już siedziała bezpiecznie w samochodzie. – Poczułam ich ręce na moim ciele w takich miejscach, że lepiej głośno nie mówić...
   - Naprawdę? – Harry wydawał się być bardzo zainteresowany. – Ale mi chyba powiesz, co kotku? Albo jeszcze lepiej... pokażesz mi gdzie te bezwstydne dziewuchy cię dotykały...
   - Byle nie teraz – jęknął Liam, siadając za nami. – Wszystko w porządku, Kate? Widziałem, że was wciągnęło...
   - Nie miałam aż takich przygód jak Alex – uśmiechnęłam się do niego, wciąż bezpiecznie otoczona silnym ramieniem Louisa. – Powinnam być rozczarowana?
   - Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś inny cię dotykał – warknął Lou. – Moje... – przytulił mnie mocniej. „Oj, ty mój kochany, zazdrośniku...” uśmiechnęłam się, wtulając w niego. Jakbym mogła pragnąć kogoś innego... Louis był jedynym którego dotyk sprawiał, że topiłam się niczym wosk. Był jedynym, którego kochałam. Jedynym, którego pragnęłam. „Po prostu był tym jedynym...


   Jak na razie dzień pod znakiem wywiadów... Uśmiechnęłam się, słysząc wesołe marudzenie Alex. Doskonale wiedziałam, co czuje. Wciąż jeszcze nie przyzwyczaiłam się do pomysłowości niektórych fanek oraz do tego, jak bardzo potrafiły być głośne. Na szczęście miałam Louisa, Marka i nawet Adama. Mogłam czuć się bezpiecznie, nawet gdy nie wiedziałam, gdzie jestem.
   Po wizycie w jednej ze stacji radiowych, udaliśmy się do hotelu, gdzie na chłopców czekały kolejne wywiady do przeprowadzenia. Za to dla mnie i Alex oznaczało to godzinę lub dwie odpoczynku. „Przyjemnego nic nie robienia... I ciszy...
   - Przysięgam – Alex z głośnym jękiem opadła na kanapę. Usłyszałam dźwięk kul odkładanych na podłogę. – Oni muszą coś im dolewać do wody. Nikt normalny nie wytrzymałby takiego tempa. Jeszcze nie ma południa, a ja już jestem padnięta. I spociłam się co najmniej jak pedofil w Disneylandzie... – roześmiałam się, słysząc ten jakże obrazowy opis.
   - A jak noga? – zapytałam troskliwie, siadając obok niej.
   - Boli jak cholera – westchnęła, opierając mi głowę na ramieniu. Wyobrażałam sobie, że ma zamknięte oczy i relaksuje się. Zawsze tak pełna energii, ostatnio zdecydowanie przycichła. „Może nie powinniśmy tak wiecznie ciągnąć jej wszędzie ze sobą i czasami dać jej odpocząć w hotelu?” – Jesteś szczęśliwa, Kate?
   - Tak – odpowiedziałam natychmiast, zastanawiając się, skąd to pytanie. – Jestem szczęśliwa.
   - To dobrze – ścisnęła moją dłoń. – Radzisz sobie z tym całym szaleństwem wokół nich zdecydowanie lepiej niż ja... – dodała po chwili. – Boże, nienawidzę być taka bezradna. Miałam ochotę przywalić tym niektórym małolatom – zaśmiała się i chyba powoli wracał jej dobry humor. – Wyobrażasz sobie, co by było? Już widzę te artykuły na pierwszych stronach gazet. Dziewczyna Harry’ego Stylesa pobiła fanki kulami...
   - Zawsze mogłabyś jeszcze „niechcący” co poniektórym nadepnąć gipsem na palce – podsunęłam jej kolejny pomysł.
   - Dobre – zaśmiała się. – Wykorzystam to następnym razem...
   - Koniecznie...
   - Chyba sobie odpuszczę to całe podpisywanie płyt... – powiedziała po chwili. – Muszę się umyć i zdrzemnąć. Naprawdę nie wiem jak dajesz radę za nimi nadążyć. Czuję się jak stara baba, marudząc ci tak teraz, ale naprawdę jestem zmęczona...
   - Po prostu jeszcze nie doszłaś do siebie po tym wypadku – uścisnęłam ją mocno. Naprawdę musiała być wykończona. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by z czegoś rezygnowała z takiego powodu. – A poza tym ostatnio chyba nie możesz się porządnie wyspać... – czułam, że znowu zrobiłam się cała czerwona na twarzy. – Choć wydajesz się szczęśliwa... Jesteś, prawda?
   - Jestem – zaśmiała się, podnosząc się ciężko z kanapy. – I już tak się nie czerwień, Mała... Jakbym nie wiedziała, co wy wyprawiacie z Louisem za drzwiami sypialni...
   - Rozmawiamy...
   - Dokładnie – parsknęła. – Według Stylesa, tak to się teraz nazywa. Nie wiedziałaś?




   - To była już ostatnia grupa – usłyszałem tak upragnione słowa i z prędkością godną samego Usaina Bolta zerwałem się z krzesła i pognałem do łazienki. „Niewiele brakowało...” odetchnąłem z ulgą, myjąc ręce kilka minut później. Wróciłem do reszty, szczerząc się jakbym nie wiem czego wielkiego dokonał.
   - Zapomniałeś pampersa, Niall?
   - Nie, Tommo – przewróciłem oczami. – Po prostu zapomniałeś mi odkupić, gdy ostatnio pożyczałeś i musiałem sobie radzić bez...
   - W takim razie już duży chłopiec z ciebie...
   - Jak dzieci... – mruknął Paul i tylko pokręcił głową nad naszą inteligencją. – Zaraz wracam...
   - Patrzcie jakie to się wyszczekane ostatnio zrobiło – mruknął Louis, tuląc do siebie Katy.
   - Co nie? – Styles postanowił się przyłączyć. „Proszę państwa, sezon nabijania się z Horana uważam za otwarty...” – Ta jego internetowa laska uczy go złych rzeczy. Ja wam mówię, jeszcze trochę i zamontuje sobie rurę w salonie i będzie ćwiczyć, żeby przyjęła go do pracy...
   - Boże, jaki ty jesteś głupi... – westchnąłem, opierając się o stół obok Louisa i Katy. – Ona nie ma żadnych tancerzy erotycznych, ani żadnych innych. Co to w ogóle za poroniony pomysł? Tylko ty mogłeś coś takiego wymyślić – spojrzałem na Hary’ego, kręcąc głową z niedowierzaniem.
   - To był akurat pomysł Zayna – Liam postanowił się wtrącić, jakby miało znaczenie, kto powiedział tę bzdurę.
   - Co ja? – Malik rozejrzał się po twarzach zgromadzonych, ale jako że nikt nie spieszył się z odpowiedzią, wrócił do rozmyślań o Perrie. Miałem szczerą nadzieję, że zrobi użytek z informacji, którą mu przekazałem i jeszcze dziś porozmawiają. „I może w końcu zacznie się normalnie zachowywać...
   - A skąd wiesz, że nie ma? – Stylesowi najwyraźniej sprawiało wielką przyjemność nabijanie się ze mnie. – Pytałeś?
   - No właśnie – spojrzałem na Louisa, jak na kretyna. – Na twoim miejscu bym zapytał? To poważna sprawa...
   - Jesteście nienormalni – orzekłem. – Katy, jako twój brat dobrze ci radzę, rzuć tego idiotę, bo jesteś dla niego za mądra... Po co ci taki ktoś?
   - Och... No nie wiem... Może masz rację... Chociaż czasami się przydaje... – uśmiech Louisa tylko się powiększył. Szepnął jej coś do ucha i momentalnie oblała się rumieńcem. „Boże... Daj mi siłę...
   - Chyba będziecie musieli jeszcze na chwilę wyjść do fanów – powiedział Paul, pojawiając się niczym ninja nie wiadomo skąd. – Na zewnątrz nadal są istne tłumy i nie zanosi się na to, by coś miało się zmienić w najbliższym czasie. Podobno niektórzy od kilku dni czekali, a mimo to nie udało im się dostać wejściówek...
   - Od kilku dni? – Katy wydawała się szczerze zdumiona. – Ale jak to?
   - Czasami rozbijają namioty lub po prostu śpią w śpiworach... – wytłumaczył Liam, wyglądając przez okno. Na zewnątrz od razu zrobiło się głośniej.
   - Czekają kilka dni w kolejce, a i tak nie udaje im się was spotkać? To okropne...
   - Ej, nie smuć się, skarbie... – Louis momentalnie zauważył zmianę jej nastroju. – Zaraz do nich wyjdziemy... No, uśmiechnij się...
   - Tylko ja cię proszę, Kate – Paul nie odrywał on niej wzroku. – Niech ci nie przyjdzie do głowy zaprosić ich wszystkich na herbatę.
   Dziewczyna oblała się rumieńcem, ale nic nie powiedziała. Przygryzła tylko dolną wargę i zawstydzona wtuliła się w Louisa. „Najwyraźniej o czymś nie wiem...” stwierdziłem. A widząc pytające spojrzenie Liama, on też nie miał pojęcia o co chodzi.
   - To idziemy, czy nie?
   - Aż tak ci się spieszy do Alex? – parsknąłem, widząc jego wielce wymowny uśmiech. – Boże, mam nadzieję, że mój pokój jest jak najdalej od waszego...
   - Z tego co Mark mówił, to jest obok naszego – odezwała się Katy.
   - Więc nie wiem, czy na twoim miejscu cieszyłbym się na zapas – zaśmiał się Louis, zawstydzając dziewczynę.
   - Lou! – oblała się rumieńcem i schowała twarz w jego koszulce. – Jesteś okropny... – mruknęła cicho.
   - Ale i tak mnie kochasz – powiedział, całując ją w czubek głowy.
   - Ale i tak cię kocham...




   Piski fanek jak zawsze były ogłuszające. Mimo to, gdy wyszliśmy na zewnątrz, hałas jeszcze się wzmógł. „Myślałby kto, że to już niemożliwe...” Stałam z Markiem niedaleko bocznego wyjścia, opierając się o samochód i wsłuchując się w wesołe głosy chłopaków. Słońce świeciło niemiłosiernie. W takim upale czekanie na kogokolwiek przez kilka dni, wydawało się wręcz heroicznym czynem. Ja pewnie po kilku godzinach skończyłabym z poparzeniem słonecznym lub jeszcze gorzej.
   - Kate! Kate! – w tym niesamowitym hałasie wyłapałam swoje imię. Uśmiechnęłam się w stronę, z której dobiegło mnie wołanie. – Proszę... Kate! Możesz dać ten obraz Liamowi? Proszę... Specjalnie dla niego i Danielle namalowałam... Proszę, Kate!
   Odepchnęłam się od samochodu, ale natychmiast poczułam na swoim łokciu zaciskające się palce Marka.
   - To nie jest najlepszy pomysł... – powiedział cicho, nachylając się w moją stronę. Zastanawiałam się, co powinnam zrobić, a dziewczyna wciąż błagała mnie o przekazanie swojej pracy. „Nie mam serca jej odmówić...” – Nie możesz podchodzić do barierek...
   - Wezmę tylko ten obraz dla Liama... A właściwie, to ty mi go podasz. Proszę...
   - To się nie skończy tylko na jednym obrazie, Mała – westchnął. – Paul skróci mnie o głowę. Albo Louis. Sam nie wiem, która opcja gorsza...
   - Proszę... – uśmiechnęłam się. – Nie mogę słuchać jak błaga... Przecież to tylko obraz, tak? Liam się na pewno ucieszy. I Danielle. A przy okazji dziewczynie sprawimy radość...
   - Będą z tego problemy... – powiedział, ale po jego głosie mogłam już poznać, że udało mi się go przekonać. – Masz się nie zbliżać do ogrodzenia. Gdy powiem, byś poczekała, zostaniesz w miejscu.
   - Dobrze – zgodziłam się szybko, by przypadkiem nie zmienił zdania. Wciąż słyszałam nawoływanie dziewczyny i z każdą minutą brzmiała smutniej. Jakby powoli dochodziła do wniosku, że postanowiłam ją zignorować, a urządziłam sobie pogaduszki z Markiem. – Chodź...
   - Kate! Kate! – krzyki tylko się nasiliły. Okazało się, że Mark miał rację. Teraz prośby fanów mieszały się ze sobą. Każdy miał coś, dla któregoś z chłopaków i każdy błagał, bym to wzięła. „Niedobrze...
   - Ani kroku dalej – usłyszałam głos Marka, co było naprawdę wielkim wyczynem, biorąc pod uwagę ten ogłuszający hałas. – Proszę... – poczułam pod palcami drewno obite płótnem.
   - Dziękuję! – głos dziewczyny przebijał się przez wszystkie inne. „Czy ona płacze?
   - No i co zrobiłaś? – zaśmiał się Mark. – Teraz się poryczała przez ciebie...
   - Ale przynajmniej ze szczęścia – uśmiechnęłam się. Nadal nie wiedziałam, co zrobić z tymi wszystkimi błagającymi mnie głosami. „Boże, to jest okropne...” – Przepraszam, nie mogę zabrać aż tylu rzeczy... – zwróciłam się do nich, rozkładając ręce. W jednej wciąż trzymałam obraz dla Liama.
   - Chodźmy... – poczułam palce Marka na łokciu. Dziewczyny, widząc że chcemy odejść zaniosły się płaczem. „Nie mogę... Zaraz sama się rozryczę...
   - Mark...
   - Nie, nie, nie... – westchnął. – Nie możesz tak robić, Kate. Zawsze będą jakieś fanki... Wszędzie, gdzie się pojawicie...
   - Co ja mam zrobić? Za każdym razem, gdy słyszę jak płaczą, mam ochotę zabrać je do domu i przedstawić chłopakom.
   - Nie możesz...
   - Wiem... – powiedziałam cicho. – Wciąż mam w głowie przemowę Paula po tamtym razie... Tylko kilka rzeczy? Coś małego?
   - Kilka małych rzeczy i wsiadasz do samochodu.
   - Dobra.
   - Mam wybrać jakieś? – spytał niepewnie. Staliśmy i namawialiśmy się, a dookoła nas rozległy się kolejne nawoływania.
   - Przepraszam, naprawdę nie mogę zabrać wszystkiego – powiedziałam do płaczących fanek. – Ale jeżeli macie jakąś torebkę, to wezmę tyle ile się do niej zmieści...
   - Ja mam! – rozległ się okrzyk, w którym dało się słyszeć ogromną radość. Zapanowało wielkie poruszenie, ale tym razem przynajmniej nie do mnie skierowane były prośby. Po chwili ściskałam w dłoniach obraz i cienki sznureczek, który służył jako uszy od torebki. Zewsząd rozległy się podziękowania i niestety kolejne błagania. Mark miał rację, to nie ma końca. Już bez marudzenia dałam się zapakować do samochodu i cierpliwie czekałam na resztę. Wciąż słyszałam płacz fanek. Tych szczęśliwych, których rzeczy znalazły się w torebce i tych smutnych, którym się nie udało... „Boże, to rozrywa mi serce...




   - Jest u mnie – powiedział Harry, gdy wysiadając z windy, skręciłem do swojego pokoju. Pomachał mi telefonem przed oczami. – Alex mi przysłała wiadomość jakiś czas temu.
   - Dlaczego mnie to nie dziwi? – uśmiechnąłem się, czekając aż otworzy drzwi. – Macie jakieś plany na później?
   - Raczej nie... – wsunął kartę do czytnika. – Myślę, że Alex musi odpocząć. Stara się za bardzo nie marudzić, ale widzę, że jest wykończona. Zresztą ja i tak mam jakiś wywiad telefoniczny, czy coś... Cześć, dziewczyny – uśmiechnąłem się, widząc Kate leżącą na kanapie z głową na kolanach przyjaciółki.
   - Mam nadzieję, że się sobą nacieszyłyście, bo porywam cię na spacer, skarbie – powiedziałem, z zaciekawieniem obserwując jej rumieniec. „Hmmm... Czego mogła dotyczyć ich rozmowa?” – Gdzie macie Marka?
   - Rozmawia z Judy. Na balkonie... – Harry miał rację, Alex wyglądała na zmęczoną. Chyba rzeczywiście powinna bardziej się oszczędzać. Przecież niedawno wyszła ze szpitala. Spojrzałem na moją dziewczynę, która przecież też wciąż jeszcze leczyła rany.
   - Dobrze się czujesz, skarbie? – zapytałem, siadając obok jej nóg i odruchowo zacząłem gładzić je przez cienki materiał sukienki. – Jeżeli jesteś zmęczona, to możemy poleniuchować w pokoju...
   - Chętnie się przejdę – uśmiechnęła się delikatnie i skierowała na mnie te swoje niesamowite „spojrzenie”, od którego dreszcze przechodziły przez moje ciało, a mózg zapominał jak się oddycha. „Nie mogłem tego stracić...” Naprawdę nie wiem, który to już raz ta myśl zagościła w mojej głowie. Podniosłem się i pomogłem jej stanąć na nogach. Cierpliwie czekałem aż założy białe sandałki. – Musimy poczekać na...
   - Już jestem – Mark zjawił się w idealnym momencie. – Gdzieś idziemy?
   - Na spacer – powiedziałem, machając na pożegnanie Harry’emu i Alex. Choć równie dobrze mogłem sobie to darować, bo oni poza sobą nie widzieli nic więcej. – I zanim dodasz coś jeszcze, to Paul o tym wie...
   - Nic nie mówiłem – zaśmiał się, zamykając za nami drzwi.
   - Ale chciałeś. Już ja cię znam...
   - Niech ci będzie – powiedział, wchodząc za nami do windy. – Adam czeka na dole?
   - Tak...
   - Jejku, kto by pomyślał, że tyle osób będzie trzeba, by iść na spacer – zachichotała Kate, przytulając się do mojego boku. – Jesteś pewien, że uda nam się wymknąć z hotelu?
   - Pójdziemy na plaże – powiedziałem. – Powinno być w miarę spokojnie, bo podobno to wszystko prywatne tereny...
   Kilka minut później spacerowałem wzdłuż piaszczystego brzegu, trzymając moją dziewczynę za rękę i opowiadając jej o śmiesznych sytuacjach z wywiadów. Mark i Adam rozmawiali cicho, starając się trzymać kilka metrów za nami. Szybko okazało się, że prywatna plaża wcale nie oznacza, że nie spotkamy na niej żadnych fanów... Nasz spacer urozmaicały pogawędki z mniejszymi i większymi fankami oraz prośby o wspólne zdjęcie, czy autograf. Starałem się trzymać nerwy na wodzy, choć nie powiem, że nie miałem kilku sytuacji, gdy chciałem wykrzyczeć, by zostawiono nas w spokoju. Zwłaszcza, gdy byłem w trakcie ciekawej opowieści i została mi ona brutalnie przerwana przez kolejne prośby.
   Kilka razy fale dotarły aż pod nasze nogi, zaskakując nas i wywołując napady śmiechu. W końcu zdjęliśmy buty i już bez obaw pozwalaliśmy wodzie obmywać nasze stopy. Uśmiechnąłem się, widząc jak wiatr sprawia, że sukienka Kate ściśle przylegała do jej ciała. To z jednej strony, bo z drugiej łopotała niczym chorągiewka na maszcie.
   Gdziekolwiek nie spojrzałem, widok zapierał dech w piersiach. Jednak sprawiał też trudny do opisania ból, ponieważ tylko ja mogłem podziwiać uroki Lizbony. W mojej głowie kolejny raz rozpętała się burza, gdzie wszystkie zalety operacji, zajadle walczyły z jej wadami. „Po prostu nie mogę ryzykować, że ją stracę...” westchnąłem, przyciągając do siebie zaskoczoną dziewczynę i zamykając ją w niedźwiedzim uścisku. Staliśmy tak przez chwilę. Wpatrywałem się w jej piękne oczy, zachwycając się tym, jak słońce uwydatnia te miodowe plamki, które tak uwielbiałem. Uśmiech powoli znikał z jej twarzy, zastąpiony przez zdezorientowanie. „Brawo, geniuszu...
   - Wszystko w porządku, Lou? – pokręciłem głową, słysząc te słowa i tylko przytuliłem ją mocniej.
   - Możemy tak chwilę postać? Proszę? – zapytałem, próbując jakoś dojść do ładu z moimi myślami.
   - Oczywiście – powiedziała, uśmiechając się delikatnie. Oparła głowę na mojej piersi, przykładając ucho w miejscu, gdzie biło moje serce. Pewnie dla postronnego obserwatora wyglądaliśmy jak każda normalna para, przytulająca się i wpatrująca się w fale. Omiotłem spojrzeniem wodę aż po horyzont. Widziałem jachty i kilka żaglówek, ludzi próbujących swoich sił na nartach wodnych. „Widziałem...” westchnąłem, a coś jakby chwyciło mnie za serce i nie chciało puścić. „Czy nie byłem samolubny, odbierając Kate szansę, by ujrzeć świat?
   - Chcesz tej operacji? – zapytałem cicho po chwili. I teraz stałem przerażony, wstrzymując oddech i czekając na jej odpowiedź.
   - N-nie wiem... – powiedziała i ciaśniej oplotła mnie ramionami w pasie. – Chwilami wydaje mi się, że nie powinnam rzucać wyzwania losowi i nie pragnąć więcej niż już mam... że to za dużo... Mam ciebie, przyjaciół, dom... Jestem szczęśliwa... Wydaje mi  się, że to wszystko... Nie zasługuję na to...
   - Oczywiście, że zasługujesz – przerwałem jej natychmiast. – Zasługujesz na wszystko i jeszcze więcej – powiedziałem z całą pewnością, jaką czułem. – Myślałem, że ta operacja może tylko pomóc... – westchnąłem po chwili.
   - Wiem... – uniosła głowę i delikatnie dotknęła mojego policzka. Znów mogłem utonąć w tych niesamowitych oczach. – Wiem, że tak myślałeś... Ale w życiu najczęściej trzeba płacić za to, co naprawdę ważne i wartościowe... Właśnie dlatego boję się tej decyzji – powiedziała cicho, ponownie układając ucho przy moim sercu. – Jestem przerażona, gdy pomyślę, że to może się okazać tym momentem, w którym przyjdzie mi zapłacić za te wszystkie cudowne rzeczy, które mi się przytrafiły...
   - Och, skarbie... – westchnąłem, zdając sobie sprawę, że nie tylko w mojej głowie, toczyły się ostatnio ciężkie bitwy. – Dlaczego nic nie mówiłaś?
   - Nie chciałeś o tym rozmawiać... A ja... Po prostu nie chciałam cię zasmucać... No i jeszcze ta sytuacja z Lily i Emmą... Są przecież ważniejsze sprawy, niż mój strach...
   - Ty jesteś najważniejsza – powiedziałem, opierając policzek w jej włosach. – Zrobimy co w naszej mocy, by znaleźć dawcę dla Lily – obiecałem kolejny już raz. – To jest ważne, ale ty jesteś dla mnie najważniejsza. Nigdy o tym nie zapominaj...
   - Po prostu chciałabym mieć szansę ją poznać... – wyszeptała.
   - Poznasz... – obiecałem, mając nadzieję, że nie są to słowa rzucane na wiatr.
   Staliśmy wtuleni w siebie i nic więcej się dla mnie w tej chwili nie liczyło. Trzymałem w ramionach cały mój świat. I bylem szczęśliwy. Choć gdzieś pod tym szczęściem czaił się smutek. I strach. Wiatr rozwiewał włosy Kate, których kolejny raz specjalnie nie spięła, by zasłaniały plecy. Jej sukienka powiewała jak szalona, raz po raz ukazując nogi dziewczyny...
   - Chciałabym móc zobaczyć jak wyglądasz – szepnęła, przerywając ciszę. – Spojrzeć ci w oczy i upewnić się, że są tak piękne, jak powiedziała mi Alex...
   - Alex uważa że mam piękne oczy? – uśmiechnąłem się, składając pocałunek we włosach mojego małego elfa. – Lepiej nie wspominajmy o tym Harry’emu...
   - Chciałabym wiedzieć jak wyglądasz zaraz po przebudzeniu i kiedy śpisz... – wyliczała dalej, a ja czułem, że zaraz naprawdę będę musiał walczyć z łzami, by nie szlochać tutaj niczym małe, bezbronne dziecko. – I chciałabym patrzeć ci w oczy, gdy... gdy... – zająknęła się, ale jej rumieniec szybko powiedział mi o co chodzi.
   - Gdy się kochamy... – powiedziałem za nią, składając na jej ustach pocałunek.
   - I mogłabym zobaczyć naszych przyjaciół – kontynuowała, odchylając się lekko do tyłu tak, jakby chciała spojrzeć mi w oczy. – Twoje tatuaże... – przejechała palcem po moim przedramieniu. – Mogłabym trzymać w dłoni zdjęcie moich rodziców i już więcej się nie bać, że kiedyś zapomnę jak wyglądali... – odetchnęła głęboko, wystawiając twarz do wiatru. – Jest tak wiele tych powodów, by poddać się tej operacji, a tak naprawdę tylko jeden by tego nie robić. Strach...
   - Mieliśmy się już nigdy nie bać... – powiedziałem cicho, wiedząc, że tym samym jakbym godził się na to, czego sam się tak bardzo bałem. Chciałem dla niej tej operacji, a zarazem nie chciałem.
   - Nie wyszło...




   - BU!!!
   - Oszalałeś?!? Chcesz mnie zabić?!? – serce prawie wyskoczyło mi z piersi i o mały włos nie wyskoczyłem przez balkon, a ten głupek się jeszcze śmiał. – Przysięgam, że ostatnio zrobiłeś się gorszy niż Harry i Louis razem wzięci....
   - Potraktuję to jako komplement... – przyjaciel wzruszył ramionami i oparł się obok mnie. – Idziesz ze mną na małe zakupy.
   - Nie mogę, bo...
   - Ja się ciebie nie pytałem, tylko ci to oznajmiam – Liam przerwał mi w pół zdania. – Nie masz wyjścia. Dziś jesteś moją parą...
   - Ale... – próbowałem protestować, bo przecież miałem coś innego w planach. Wprawdzie trochę mnie rozproszyło przyglądanie się Katy i Louisowi i ich romantycznym chwilom, ale...
   - Żadne „ale” – Liamowi włączył się tryb rozkazywania. – Nie będziesz się kisił w hotelu z telefonem w dłoni. Chodź.
   - Kiedy ja właśnie miałem w planach siedzieć w pokoju i...
   - I rozmawiać z Katie – dokończył za mnie. – Tak. Wiem – przewrócił oczyma. – Ale może daj jej trochę czasu dla siebie. Wiesz... Jakieś babskie sprawy, czy coś... – spojrzał na mnie wymownie. – Czy ona nie ma żadnych obowiązków? Pracy? Na pewno nie oczekuje od ciebie, że będziesz siedział i czekał, aż napisze...
   - No wiem, że nie – oderwałem się od balustrady i wszedłem do pokoju. – Po prostu chciałem...
   - Wyślij jej wiadomość, że idziesz na miasto i będziesz wieczorem – instruował mnie niczym ojciec. Gdy Liam wpadał w tryb rozkazywania, wiadomo było, że jest się na przegranej pozycji. – Przynajmniej będziesz mógł jej opowiedzieć o czymś więcej, niż tylko że siedziałeś w pokoju cały boży dzień, jak jakiś nieudacznik...
   Cóż... Z tym raczej nie mogłem polemizować. Biorąc pod uwagę, że Louis wyszedł z Katy, Harry pewnie właśnie obmacuje Alex, a Zaynowi lepiej dzisiaj nie wchodzić w drogę, Liam raczej nie zostawi mnie w spokoju. Zresztą małe zakupy wcale nie brzmią tak źle...
   - Ale pójdziemy coś zjeść – zaznaczyłem, zakładając buty i zmieniając koszulkę. Przyjaciel obdarzył mnie szerokim uśmiechem, podając mi czapeczkę i okulary. – Myślisz, że mają Nando’s w Lizbonie?
   Trzy godziny później nadal szwendaliśmy się po centrum handlowym, robiąc zakupy dla chyba całej rodzinki Liama. „Prędzej dla całego Wolverhampton...” westchnąłem. Ręce to już mi chyba wyciągnęło do ziemi od tych tobołów, które dźwigałem. „Co ja jakiś wielbłąd jestem?
   - Dobra – powiedziałem, opadając zmęczony na ławkę. – Koniec. Albo dasz mi coś zjeść, albo nigdzie już z tobą nie idę. Jestem głodny...
   - Jeszcze tylko ten jeden sklep i możemy wrócić się do tej restauracji, obok której się wywaliłeś.
   - Nie wywaliłem się. Tylko się potknąłem – powiedziałem nie wiem, który już raz, ale by uniknąć dalszych rozmów na ten temat, poczłapałem za nim do niby ostatniego sklepu. – Przysięgam, myślałem że to Louis ma fioła na punkcie zakupów, ale ty jesteś sto razy gorszy...
   - Nie marudź, bo ci nie postawię obiadu – zaśmiał się Payne, swoim sokolim wzrokiem lustrując wnętrze sklepu.
   - Łaski bez – mruknąłem pod nosem. – Sam sobie postawię...


   - Litości, już nie mogę... – jęknął Liam, odsuwając od siebie w połowie pełny talerz. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. – No co? Nie dam rady. Jak chcesz, to...
   - Dwa razy nie musisz mi powtarzać – wyszczerzyłem zęby w uśmiechy i przysunąłem do siebie jego porcję. Moja już dawno była tylko wspomnieniem.
   - Kiedyś w końcu pękniesz – powiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jego spojrzenie przeszywało mnie na wskroś.
   - No co?
   - Nic.
   - Nie gap się tak na mnie.
   - Od kiedy ci to przeszkadza?
   - Od teraz. Powiedz, co masz powiedzieć, bo widzę, że aż cię skręca, ale nie prześwietlaj mnie tak – mruknąłem, a sądząc po jego minie, trafiłem w dziesiątkę.
   - Chcesz pogadać? – zapytał i teraz ja gapiłem się w niego, nie wiedząc, co jest grane. „Czy ja chcę pogadać?” – O Katie?
   - O czym niby chcesz rozmawiać?– powiedziałem, chwilowo dając sobie spokój z jedzeniem. – Na razie nie ma o czym...
   - Praktycznie przyrosłeś ostatnio do telefonu – spojrzał wymownie na komórkę, po którą odruchowo sięgnąłem. – Chyba zdążyłeś się już o niej czegoś ciekawego dowiedzieć...
   - Całkiem sporo – przyznałem, uśmiechając się. – Jest świetna. Zabawna, miła, ma czarną dziurę zamiast żołądka, potrafi gotować, podoba nam się podobna muzyka, gra na gitarze, uwielbia McFly, Beyonce, ale nas też słucha, ogląda horrory, thrillery, ale lubi też komedie, gra w rugby i podobno jest całkiem niezła – „Co swoją drogą zdecydowanie muszę sprawdzić...” – ogląda piłkę nożną, kibicuje Barcelonie i jeśli nie będzie moja, to ewentualnie Messi byłby brany pod uwagę... – powiedziałem na jednym wdechu, po czym głośno nabrałem powietrza, gdy płuca boleśnie się tego domagały. – I w ogóle jest boska...
   - Wow... – Liam zdecydowanie był pod wrażeniem. – Boska? – uśmiechnął się pod nosem. – Nawet jej jeszcze nie spotkałeś, Niall. Uważaj, stary...
   - Na co niby? – burknąłem, patrząc na niego podejrzliwie.
   - Brzmisz jakbyś już się w niej zakochał... – poczułem, że robi mi się gorąco i mogłem się założyć o wszystko, że właśnie spiekłem raka. – Może najpierw powinniście się umówić? Tak naprawdę. Nie w internecie – wiedziałem, że przemawia przez niego troska, ale nie chciałem tego słuchać. – Co, jeśli okaże się, że nie jest tak wspaniała? Nie chcę byś leczył złamane serce..
   - O moje serce nie musisz się martwić. Nie mam pięciu lat, choć czasami traktujecie mnie, jakbym tyle miał. Jeżeli nam nie wyjdzie, to mam wrażenie, że będzie z niej świetna przyjaciółka...
   - Po prostu uważaj, dobrze? – przywołał kelnera. – Złamane serce wcale nie tak łatwo się wyleczyć...




   Zająłem miejsce opuszczone przez Kate i teraz moja głowa spoczywała na kolanach Alex i to moje włosy przeczesywały powolnym ruchem palce dziewczyny. I nie wiem, co takiego ona miała w sobie, ale nawet od takiego niby nic nie znaczącego gestu, robiło mi się gorąco i trochę przyciasno w spodniach. Miałem wrażenie, że tymi palcami mogłaby zagrać Mozarta na moim przyjacielu... „Boże, o czym ja myślę...” jęknąłem, czując nabrzmiały problem. „Skup się, idioto!” przywołałem się do porządku, wsłuchując się w głos dochodzący z telefonu, który leżał na mojej piersi.
   - Moje gratulacje, Harry. Wasz nowy album bije rekord za rekordem, jeżeli chodzi o sprzedaż. Zapowiada się, że nie tylko powtórzy sukces debiutanckiej płyty, ale zdecydowanie go przebije i porządnie namiesza na rynku muzycznym. Jesteście starsi, mądrzejsi... Aż strach pomyśleć, co będzie dalej...
   - Z tym mądrzejsi, to mógłbym polemizować – zaśmiałem się i po prostu wiedziałem, że Alex przewraca oczami. – Ale staramy się. Chcieliśmy by ten album był lepszy. To chyba naturalne. Mieliśmy sporo do udowodnienia i myślę, że się udało...
   - Dziś jesteście w Portugalii, co samo w sobie brzmi niesamowicie – kontynuował głos z telefonu. – Jak tam promocja w Europie? Czy w ogóle jesteście w stanie cokolwiek pozwiedzać, czy raczej kompletnie nie macie na to czasu?
   - Jesteśmy bardzo zajęci, to prawda. Ale na przyjemności zawsze znajdzie się czas – poczułem szarpnięcie za włosy i moje oczy spotkały się z rozbawionym spojrzeniem Alex. Przesłałem jej buziaka i próbowałem się nie rozpraszać za bardzo. „Boże, jej palce niczego mi nie ułatwiają...” chciałem mruczeć z zadowolenia i przyjemności.
   - W internecie wrze nie tylko za sprawą nowego albumu – ciągnął mężczyzna. – Najpierw Louis sprawił, że wasze fanki zaniemówiły, gdy przedstawił światu swoją nową dziewczynę, a teraz i ty dorzuciłeś do ognia informując, że twoje serce jest już zajęte... – dłoń Alex zamarła w pół-ruchu.
   - Serce nie sługa – powiedziałem niczym najprawdziwszy filozof. – Musiałbyś pogadać z tym ze skrzydełkami... Tym specem od strzałek i serduszek. Najpierw ustrzelił Louisa. Pewnie w tyłek, by nie spudłować i ten zakochał się na całego – usłyszałem parsknięcie mojej dziewczyny. – A potem najwyraźniej postanowił wziąć sobie mnie na cel. Nie powiem żebym żałował...
   - Czyli to oficjalne? Harry Styles nie jest już do wzięcia?
   - Tak by to wyglądało... – przyznałem, wpatrując się w brązowe tęczówki Alex. Marzyłem, by ją pocałować. Teraz. Natychmiast.
   - W sieci krąży kilka waszych zdjęć i oczywiście fani, a zwłaszcza fanki nie szczędzą komentarzy... – zastanawiałem się do czego koleś zmierza. – Musisz przyznać, że twoja obecna dziewczyna raczej nie przypomina tych, z którymi zwykłeś się pokazywać...
   Bardziej poczułem, niż ujrzałem, że Alex zesztywniała w odpowiedzi na słowa faceta.
   - Oczywiście, że nie przypomina – powiedziałem, sięgając po jej dłoń i ściskając ją delikatnie. – Jest wyjątkowa. Dlatego to w niej się zakochałem, a z tamtymi tylko się przyjaźniłem...
   Patrzyliśmy sobie w oczy i jedyne na co miałem ochotę, to posłać gościa do diabła i rzucić się na moją dziewczynę. Jej piersi unosiły się i opadały wraz z oddechem, robiąc w mojej głowie całkiem niezłe spustoszenie. Ostrożnie uniosłem się na kolana, nie spuszczając wzroku z Alex. Jej oczy rozszerzyły się w zaskoczeniu. Pokręciła głową na nie, ale zadziorne błyski w jej spojrzeniu jakby rzucały mi wyzwanie. Położyłem telefon na stoliku, słuchając ględzenia kolesia o czym to jeszcze będziemy rozmawiać po krótkiej przerwie spowodowanej piosenką. Odwróciłem dziewczynę przodem do mnie i chwytając ją za biodra, pociągnąłem w dół tak, że teraz leżała pode mną. Poruszałem wymownie brwiami, zadowolony ze swojej pomysłowości. Położyłem telefon obok jej głowy i zaśmiałem się, widząc jak zaciska usta, by tylko nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. „To raczej nie najlepszy pomysł...” pomyślałem, ocierając się o nią moim bardziej niż gotowym przyjacielem. Gdybym mógł, pewnie błagałbym ją teraz o chwilę uwagi. „A może bym mógł?” pomyślałem, gdy poczułem jej palce majstrujące przy zamku spodni.
   - Jesteś szalony – powiedziała bezgłośnie. W odpowiedzi tylko uśmiechnąłem się szeroko i podciągnąłem jej kieckę do góry. – Idiota – odczytałem z ruchu warg.
   - Wariatka – zrewanżowałem się tym samym. Musiałem przyssać się do jej ramienia, by stłumić jęk, gdy poczułem jak jej dłoń masuje mojego przyjaciela. „ O ja cię pierdolę... Jeszcze!”
   - Za nami najnowszy singiel Lady Gagi, a przed nami kolejne kilka minut w towarzystwie Harry’ego Stylesa z One Direction...
   Dalsza część wywiadu, to była istna katorga. Faceci zdecydowanie nie są zaprojektowani tak, by potrafić skupić się na czymkolwiek, gdy ktoś im się dobiera do spodni. „Ja na pewno nie byłem.” Próbując odpowiadać na kolejne pytania, myślałem tylko o tym, by w końcu zanurzyć się w gorącym i wilgotnym wnętrzu Alex. A ta diablica doskonale zdawała sobie z tego sprawę i tylko podkręcała temperaturę. Gdy koleś w końcu się rozłączył, prawie płakałem z pożądania. Uniosłem zdrową nogę dziewczyny. Wsunąłem dłonie pod jej sukienkę i nie zadając sobie trudu z rozbieraniem, rzuciłem się na nią, ledwo zdążając odchylić na bok jej bieliznę.
   - Harry! – krzyknęła, gdy wszedłem w nią jednym, gwałtownym pchnięciem. – Boże... – sapnęła zaskoczona.
   - Kurwa mać! – jęknąłem, rozkoszując się gorącem otaczającym mojego przyjaciela. – Alex...
   - Harry, skoń... Jezu! Przepraszam... – zamarłem, słysząc słowa menadżera i zaraz po tym głośne trzaśnięcie drzwiami.
   - Powiedz, że poszedł – wydyszałem, bojąc się spojrzeć za siebie.
   - Poszedł – Alex trzęsła się ze śmiechu.
   - Z czego rżysz? – jęknąłem, opierając czoło o jej.
   - Paul właśnie oglądał twój tyłek – powiedziała, klepiąc mnie po pośladku. – Jak tu się nie śmiać?
   - Jesteś nienormalna – zaśmiałem się, wyobrażając sobie minę menadżera. „Jutro zdecydowanie nie będzie mi do śmiechu.
   - Całe szczęście, że ty też...




   Kolejny raz spojrzałem na karteczkę z nazwą hotelu i numerem pokoju, którą któryś z chłopaków wsunął mi do kieszeni. Przeniosłem wzrok na drzwi przed którymi stałem. „Jeżeli zapukam, już nie będzie odwrotu...” westchnąłem, gniotąc papierek i chowając go do kieszeni. Spoczywało już w niej małe pudełeczko, które wziąłem, by dodawało mi odwagi. Miałem ogromną ochotę zapalić. „Może powinienem to zrobić, nim...” chwyciłem się tej myśli i już miałem odwrócić się na pięcie, gdy przed oczami stanęła mi postać Kate. „Będzie dobrze, Zayn...” usłyszałem jej słowa, które skierowała do mnie, mimo że to jej w tamtej chwili pękało serce. Wziąłem głęboki oddech. „Będzie dobrze...” powtórzyłem w myślach.
   - Będzie dobrze... – powiedziałem do siebie, unosząc rękę, by zastukać w białe drzwi. Miałem wrażenie, że ten dźwięk zabrzmiał w moich uszach niczym armatni wybuch. Odpowiedziała mi tylko cisza. I choć tchórz we mnie namawiał do ucieczki, to ta bardziej dumna część mnie zmusiła bym zapukał ponownie. „Czego ja się spodziewałem? Pewnie są tak samo zajęte jak my...” westchnąłem, postanawiając wrócić do hotelu.
   - Zayn? – usłyszałem jej zdziwiony głos za plecami. Odwróciłem się i spojrzałem w piękne oczy mojej dziewczyny. „Byłej dziewczyny...” poprawiłem się w myślach. Wyglądała niezwykle delikatnie w długiej, zwiewnej spódnicy i kolorowym topie. „I nadal nosiła na szyi mój łańcuszek...” zauważyłem. – Przyszedłeś... – powiedziała, jakby do końca jeszcze w to nie wierząc.
   - Yyy... Taaak... – przeczesałem włosy palcami, pewnie właśnie psując moją misternie układaną fryzurę. – Powinienem był zadzwonić... – wydukałem, nie mogąc oderwać od niej oczu. Znów zmieniła kolor włosów, ale ten dziewczęcy blond bardzo mi się podobał. – Zrozumiem, jeśli masz inne plany. Mogę przyjść później...
   - Nie! – powiedziała szybko, trochę podnosząc głos. – Nie – dodała ciszej. – Nie jestem zajęta. Wejdź, proszę... – wyminęła mnie, otulając tym zapachem, za którym tak bardzo tęskniłem. Weszliśmy do jasnego pokoju z widokiem na bezkresną wodę. Jednak tylko pobieżnie omiotłem wzrokiem pomieszczenie. Miałem wrażenie jakby wszystko ciągnęło mnie do niej. „A wiec Kate miała rację...” uśmiechnąłem się, widząc rumieniec na twarzy Perrie. – Wiem, że to już niczego nie zmieni, ale przepra...
   - Tęskniłem za tobą... – powiedziałem cicho, przerywając jej kolejne przeprosiny, których tak naprawdę już nie potrzebowałem. Kate pomogła mi zrozumieć postępowanie Pers i jak tak teraz o tym myślałem, to powinienem sam do tego dojść. W końcu znałem ją równie dobrze jak siebie. To złość nie pozwalała mi logicznie myśleć. I ból. Oraz rozczarowanie. „Boisz się jej zaufać, ale przecież bez zaufania nie ma miłości...” przypomniałem sobie słowa przyjaciółki. „A skoro twierdzisz, że ją kochasz... Może to, co cię powstrzymuje, to po prostu strach...” – Brakowało mi ciebie, Perrie...
   - Ja za tobą też tęskniłam... – wyszeptała. Widziałem w jej oczach niepewność i strach. „Ale również nadzieję...” – Jak się czujesz? Niall mówił...
   - Wracam do siebie w zadziwiająco szybkim tempie – uśmiechnąłem się, zdając sobie sprawę, że pewien mały Irlandczyk robił tutaj za podwójnego agenta. – Wszyscy mamy się dobrze...
   - Cieszę się – obserwowałem jak drżą jej wargi i jak zaciska palce na materiale spódnicy, by ukryć to, że trzęsą się z tej całej niepewności. „Nigdy nie potrafiła ukryć podenerwowania...” Zbliżyłem się do niej powoli unosząc doń i chwytając w palce kwiecistą gumkę, zdobiącą krótkiego warkoczyka. Mój oddech przyspieszył, za to miałem wrażenie, że ona wręcz przestała oddychać.
   - Pięknie wyglądasz – powiedziałem, przenosząc spojrzenie na jej szeroko otwarte ze zdziwienia oczy. Ująłem jej dłoń. Była lodowata. – Kocham cie, Perrie. Nigdy nie przestałem cię kochać – z jej oczu momentalnie polały się łzy. Rzuciła się w moje ramiona, płacząc mi w koszulkę i przyciskając z całej siły do siebie.
   - Tak bardzo cię kocham, Zayn... – powtarzała raz po raz. – Przepraszam... Kocham cię... Nie powinnam... Tęskniłam... Myślałam, że... Tak bardzo się bałam... – potok słów, którymi mnie zalała, byłby dla kogoś obcego czymś niezrozumiałym, ale ja wiedziałem... Rozumiałem, co próbowała powiedzieć. Ująłem jaj zapłakaną twarz w obie dłonie i spojrzałem głęboko w oczy.
   - Kocham cię, Perrie – powiedziałem, wkładając w te słowa wszystko, co czułem. – Poradzimy sobie ze wszystkim. Razem. Tylko nigdy więcej kłamstw...
   - Nigdy więcej – powtórzyła szybko, pociągając nosem. – Obiecuję. Boże, jak pomyślę, że przez moją głupotę mogłam cię stracić... – wyszeptała i rozpłakała się od nowa.
   - Już wszystko dobrze... Nic się nie stało... – głaskałem ją po plecach, czekając aż się uspokoi. – Jestem cały i zdrowy...
   Tuliła się do mnie i nie przestawała płakać i choć serce mi się kroiło na ten widok, to wiedziałem, że łzy przyniosą jej ulgę. Przenieśliśmy się na łóżko. Leżałem na plecach, przyciskając do siebie moją dziewczynę i zastanawiałem się, dlaczego tak długo zwlekałem z tym wszystkim. Nie chciałem już zmarnować ani minuty.
   Sam nie wiem ile tak leżeliśmy. Po jakimś czasie łkanie Perrie ustało i po prostu tuliliśmy się do siebie, ciesząc się swoją obecnością i próbując nadrobić stracony czas. Dziewczyna opowiedziała mi ciekawostki z planu do nowego teledysku, który właśnie tu kręcili, a ja streściłem jej wydarzenia ostatnich dni. Choć muszę przyznać, że była świetnie doinformowana. „Pewnie za sprawą Horana...” uśmiechnąłem się, całując ją w czoło.
   - Możesz zostać? – zapytała cicho, unosząc się na ręce i patrząc mi w oczy.
   - Nawet jeżeli nie, to i tak nikt mnie nie zmusi, by stąd wyjść – powiedziałem, przyciągając ją do pocałunku. Tak bardzo brakowało mi jej bliskości, że prawie wciągnąłem ją na siebie, byle tylko była tak blisko, jak to tylko możliwe. I cały czas czułem w kieszeni zamszowe pudełeczko, które teraz dosłownie wypalało mi dziurę w udzie. „Wtedy byłem gotowy na kolejny krok, ale czy nadal jetem?