Wcale nie chciałem się budzić... Robiłem co w mojej mocy, by
przedłużyć ten cudowny sen, który rozgrywał się jeszcze przed sekundą w mojej głowie. Niestety... Zniknął bezpowrotnie, zostawiając mnie z ledwo zauważalnym
uśmiechem na ustach. Słońce przedzierało się przez zasłony, zwiastując kolejny
upalny dzień. Otworzyłem oczy, próbując skupić wzrok na czymkolwiek. Sufit nadawał
się tu równie dobrze, jak coś innego... „Kolejny poranek w kolejnym obcym miejscu...” westchnąłem jak zawsze z rana, pozwalając sobie zatęsknić za domem. Pokój, w którym się znajdowałem, był
tylko jednym z wielu podczas tej trasy. Już nawet ich nie rozróżniałem. Dla mnie wszystkie były takie same. Bezosobowe... Telefon
wibrował nieprzerwanie na szafce obok łóżka, ale jeszcze nie byłem na tym
etapie, na którym chciałoby mi się ruszyć. Czułem przyjemne ciepło rozchodzące
się po moim brzuchu i czułem, że niewiele mi brakuje, by odpłynąć ponownie w objęcia
Morfeusza. „W końcu i tak ktoś mnie obudzi...” Obróciłem się plecami do
natarczywego telefonu i zamarłem, wpatrując się w piękne oczy mojej dziewczyny.
„Więc to nie był sen...”
- Dzień dobry – powiedziała cicho, uśmiechając się sennie.
Wyglądała rozkosznie z włosami w nieładzie i śladami poduszki odbitej na policzku. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że to
przyjemne ciepło, które czułem, to była jej dłoń. Teraz spoczęła delikatnie na moim boku.
- Dzień dobry – mruknąłem, wciąż jeszcze rozważając małą
drzemkę. „Z moją dziewczyną w ramionach...” Przyciągnąłem ją do siebie, wtulając twarz w tak znajomo pachnące włosy. Teraz dla odmiany jej dłoń kreśliła jakieś znaki na moich plecach. – Śpij
jeszcze...
- O której masz samolot? – zapytała, przypominając mi tym
samym o czekającej gdzieś tam rzeczywistości i obowiązkach. Oraz o tym, że to
jest jej pokój i do swojego musiałem przejechać pół miasta. „Boże...”
- Nie wiem... – jęknąłem, chowając twarz w jej szyi i przy
okazji muskając ustami delikatną skórę. W tym momencie rozdzwonił się jej
telefon. – Jeszcze nie... – przyciągnąłem ją bliżej, chcąc skraść jeszcze kilka
chwil.
- Cześć, Niall – usłyszałem jej wesoły głos. – Czy ty coś...
– zaczęła, ale jak znam Horana, to pewnie nie pozwolił jej skończyć. – Dobrze.
Jak go zobaczę, to na pewno mu powiem. Pa...
- Nie chcę wiedzieć... – mruknąłem, przytulając ją do
siebie mocniej.
- Paul już cię szuka – powiedziała, wiedząc równie dobrze co
i ja, co to znaczy. – Za jakąś godzinę musicie być na lotnisku...
Westchnąłem ciężko i wbiłem w nią spojrzenie. Uśmiechnęła się
do mnie tak, jak to tylko ona potrafi. I wciąż gładziła delikatnie moje plecy. Przy niej mogłem poczuć się jak w domu.
„Jak udało mi się wytrzymać tak długo bez niej?”
- Jedź ze mną...
- Wiesz, że bardzo bym chciała... Niestety jeszcze nie
skończyliśmy kręcić... – powiedziała cicho. – Ale do lunchu jestem wolna, wiec mogę
pojechać z tobą do hotelu i na lotnisko. Jeżeli oczywiście chcesz... – lustrowała mnie spojrzeniem, szukając odpowiedzi w mojej twarzy.
- Bardzo chcę – przyciągnąłem ją do pocałunku, nic sobie nie
robiąc z naszych porannych oddechów. – Ale to dopiero za chwilę. Teraz chcę
ciebie...
Stałem obok Alex, opierając głowę na jej ramieniu i trzymając
w dłoniach nasze torby. Choć pewnie bliższe prawdy było to, że stało tam tylko moje ciało, bo reszta mnie jeszcze smacznie spała. „Jak ja nienawidzę wstawać o takiej kurewsko wczesnej porze...” Czekaliśmy aż to diabelskie urządzenie w końcu
nadjedzie. „Przysięgam, jeszcze jedno głupie pytanie z rana, a wyjdę z siebie i
stanę obok” westchnąłem, słysząc że ktoś się do nas zbliża.
- Czekacie na windę? – usłyszałem gdzieś za plecami i miałem
wielką ochotę walić głową w ścianę. „Nie,
kurwa, czekam aż parter sam do mnie na górę przyjedzie...” Chichotanie Alex
tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że dziewczyna doskonale wiedziała, co się
działo w mojej głowie.
- Tak – odpowiedziała, widząc, że ja nie mam najmniejszego zamiaru się
odezwać.
- Fajnie, bo ja też. – „Trzymajcie mnie, bo zaraz nie
wytrzymam...” Koleś nadawał jak jakiś nienormalny, a mnie powoli szlag trafiał.
O tej godzinie nikt nie miał prawa być taki pełny energii. „Jest na prochach, czy jak?” Winda otworzyła się
bezszelestnie i chłopak przecisnął się szybko obok nas, o mały włos nie przewracając Alex.
Rzuciłem torby, pomagając jej utrzymać równowagę i spojrzałem wściekle na tego
kretyna. – Ups... Jedziecie?
- Nie – warknąłem, mordując go wzrokiem i podając upuszczoną kulę dziewczynie. – Bezpieczniej
będzie jak pojedziemy kolejną – dodałem przez zaciśnięte zęby.
- Bezpieczniej? – wyglądał na zdziwionego.
- Dla ciebie z pewnością – parsknęła Alex i odwróciła się w moją stronę, obdarzając
szerokim uśmiechem i uspokajająco gładząc po ramieniu.
Kolejna winda już nie obfitowała w bonusy w postaci
dwunożnych idiotów. „Na szczęście...” westchnąłem. Kilka minut później
wchodziliśmy do hotelowej restauracji, gdzie jak można było przewidzieć,
wszyscy już na nas czekali. Nie mogłem nie zauważyć niewyraźnej miny Paula i
tego, że robił co mógł, by tylko na nas nie spojrzeć. „Będzie ciekawie...” uśmiechnąłem się pod nosem. „Przynajmniej się nie czepia za spóźnienie...”
- Co żeście zrobili biednemu Paulowi, że wyglądał jakby
dostał zatwardzenia i uciekł stąd tak szybko, że prawie się kurzyło? – Louis
przeskakiwał spojrzeniem ze mnie na Alex i z powrotem. – Dajesz, stary. To
musiało być coś wielkiego...
- Z pewnością... – mruknęła Alex i nie mogła przestać się
śmiać. – Niczym księżyc w pełni.
- Co? – przyjaciel wpatrywał się w nas nic nie rozumiejąc.
- Wcale nie mam takiej dużej dupy! – oburzyłem się. – Co ty
tyłka Louisa nie widziałaś?
- No, ja mam nadzieję, że nie widziała – zachichotała Kate,
zwracając na siebie moją uwagę.
- Czyżbyś była zazdrosna, kochanie? Awww... – Lou zagruchał jej do ucha,
bardziej niż zadowolony z przebiegu tej rozmowy. Może nawet odpuści sprawę z
Paulem.
- Całkiem możliwe... – dziewczyna zarumieniła się aż po
dekolt.
- Co za pies ogrodnika – parsknęła Alex. – Sama nie może,
a innym nie da popatrzeć...
- Czy wy naprawdę rozmawiacie o dupie Tomlinsona? – Niall
zastygł nad swoim śniadaniem, gapiąc się, jakby widział nas pierwszy raz w życiu. – I to niby ja jestem nienormalny... – spojrzał
wymownie na Liama, który tylko wzruszył ramionami.
- Do nich to rzeczywiście nie ma co się porównywać – uśmiechnął się Payne. – Są zdecydowanie poza skalą.
- Dzień dobry – znajomygłos uciszył nasze
śniadaniowe rozważania. „Takiego Zayna mi brakowało...” Spoglądałem na uśmiechniętego przyjaciela, który właśnie zajmował ostatnie wolne miejsce, sadzając sobie
Perrie na kolanach. Od obojga aż biła radość i miłość. Niby siedzieli
razem z nami, ale jakby znajdowali się w swoim własnym świecie. Wymieniali delikatne
muśnięcia, pocałunki i mówili coś do siebie bezgłośnie. Alex ścisnęła moją
dłoń, posyłając mi wesołe spojrzenie i ściągając moją uwagę w całości na swoją
osobę. „Ja tam mam swój własny świat...” pochyliłem się, by skraść jej buziaka. I jak zwykle trochę mnie poniosło. Dopiero znaczące chrząknięcie oderwało mnie od ust mojej dziewczyny.
- Cześć, Perrie – menadżer pojawił się jak zwykle w najlepszym momencie. Ku mojemu rozbawieniu nadal unikał choćby zerknięcia w naszą stronę i
był w tym tak beznadziejnie oczywisty, że po chwili nawet Zayn patrzył się podejrzliwie na
mnie i Alex. – Za dziesięć minut wychodzimy... – powiedział, nie odrywając wzroku od swojego
magicznego terminarza. – Czeka nas trzy godziny lotu... – usłyszałem ciche
jęknięcie i uśmiechnąłem się pod nosem, widząc jak Kate chowa twarz w koszuli Louisa. – Przykro mi Katy... Prosto z lotniska
pojedziemy na konferencję prasową i potem na podpisywanie płyt. Później
będzie spotkanie z dziećmi z fundacji „Mam marzenie...” Macie się na nim zachowywać... –
przypomniał, jak zawsze w takich momentach. – Potem jeszcze krótka sesja i będziecie wolni do rana. – „Na tą część cieszyłem się najbardziej.” – Chociaż... – I już wiedziałem, że nie będzie tak kolorowo... – Dostaliście
zaproszenie na kolację. Od burmistrza i jego rodziny...
- Naprawdę? – Liam nie ukrywał swojego zdziwienia. „Czy ten
koleś by kimś znanym, czy coś?” zastanawiałem się, obserwując zdumionego
przyjaciela.
- Jeszcze nic nie potwierdziłem, bo wiadomość dotarła
dopiero przed chwilą, ale raczej nie wypada się nie pojawić, skoro i tak nie
macie innych planów na wieczór... – „Kiedy ja właśnie miałem inne plany...” zerknąłem na Alex, która była pochłonięta rozmową z Kate i Louisem.
Dalej, było jak zawsze. Paul szybko streścił nam plany na
najbliższe dni i tak naprawdę słuchał go tylko Liam. Reszta jedynie sprawiała wrażenie zainteresowanych słowami menadżera. „Przecież i tak jutro przy
śniadaniu powtórzy nam dokładnie to samo...”
- Kate, możemy porozmawiać? – usłyszałem głos Perrie, tym
razem zupełnie nie z tej strony, gdzie bym się jej spodziewał. Stała obok naszych
„zakochańców” i czekała na jakąkolwiek reakcję dziewczyny. Louis posłał ostrzegawcze
spojrzenie w kierunku blondynki, gdy Kate ufnie wyciągnęła rękę w jej stronę i
dała się zaprowadzić w stronę okien. Dopiero teraz ujrzałem dzisiejszy stój
Kate. Znów postawiła na spodnie, ale jak na razie temperatura nie zabijała,
wiec może to i dobry pomysł z jej strony. W kusej bluzeczce na pewno nie
groziło jej przegrzanie. Miałem wrażenie, że wszyscy przy stole wstrzymali
oddech i tak jak ja, próbowali coś usłyszeć poprzez gwar panujący w sali.
„Przydałby się teraz taki super-słuch...”
- Przepraszam cię, Kate... – Perrie nadal ściskała moją
dłoń, jakby w obawie, że obrócę się na pięcie i odejdę w przeciwnym kierunku. –
Za wszystko... Tak bardzo mi przykro, że...
- Nie musisz mnie przepraszać – uśmiechnęłam się szczęśliwa, że mój przyjaciel w końcu podjął tą jakże ważną dla nich decyzję. – Naprawdę nie ma takiej
potrzeby...
- Jest – powiedziała od razu. – Ja...
- W takim razie i ja cię powinnam przeprosić – ścisnęłam jej
palce. – Za to, że moje pojawienie się tyle namieszało w waszym życiu...
- Ostatecznie wyszło nam to na dobre... – powiedziała cicho. Miałam wrażenie, że
się uśmiecha. – Teraz jesteśmy silniejsi – dodała. – Kocham go z całego serca, Kate – zapewniła mnie o tym kolejny już raz, ale ja nie potrzebowałam żadnych słów więcej. Wiedziałam, co do niego czuje. – Zrobiłabym dla niego wszystko... Jeśli miłość nie wystarczy...
- Wystarczy... – zapewniłam ją szybko. W końcu i ja musiałam
w to uwierzyć. Co innego miałam do zaoferowania Louisowi?
Chciałabym móc powiedzieć, że lot z Lizbony do Rzymu minął
mi niepostrzeżenie, ale byłoby to jednym wielkim kłamstwem. Prawda była taka,
że czułam każdą upływającą minutę i nawet kojący dotyk i głos Louisa nie
potrafiły całkiem mnie zrelaksować. I raczej nie pomagały mi słowa
Harry’ego, że więcej wypadków jest na drogach, niż w powietrzu...
Całe szczęście już po wylądowaniu wszystko szło jak z płatka
i nawet Paul był zadowolony, że przynajmniej raz na jakiś czas udało się nam
być gdzieś punktualnie.
Konferencję prasową przegadałam z Alex i Markiem, siedząc wygodnie w prywatnym pokoju. Z dala od błysku fleszy i ciekawskich dziennikarzy. Choć nie
wiem, czy można zaliczyć moją przyjaciółkę w poczet osób biorących aktywny
udział w rozmowie. „Czy chrapanie się liczy?” uśmiechnęłam się pod nosem.
„Cóż... Zagłuszała nas wyjątkowo skutecznie, więc może...”
Wszyscy zachodziliśmy w głowę, co takiego się stało, że
menadżer omijał dziś wielkim łukiem moją przyjaciółkę i jej chłopaka. Niestety
ani jedno, ani drugie nie uraczyło nas odpowiedzią. „Do czasu...”
- Nie czuję palców... – usłyszałam przeciągły jęk Louisa. Po chwili wsiadł do samochodu i zajął miejsce obok mnie. Podpisywanie płyt w końcu dobiegło końca.
„A nie da się ukryć, że trochę trwało...”
- Masz Kate, chwilowo nie będzie ci potrzebna ta ręka – Harry
jak zwykle musiał wtrącić swoje zdanie, śmiejąc się głośno i przy okazji zawstydzając mnie tym okropnie. – Ałaaa... – jęknął i po prostu wiedziałam, że moja
przyjaciółka stoi na straży. – Teraz pocałuj, bo boli... I tutaj też... I...
- Ja ci zaraz... – zachichotałam, słysząc ich przekomarzanie.
- Z dziećmi z fundacji spotkacie się w hotelu – odezwał się
Paul, ledwo samochód ruszył. – Pewnie też się przeciągnie, więc będziemy mogli się
na miejscu przebrać na kolację...
- Ja zostanę w hotelu, jeśli można... – odezwała się Alex.
Słyszałam ciche protesty Harry’ego, ale dał sobie spokój, gdy powiedziała mu, że noga ją boli i naprawdę potrzebuje odpocząć.
- Może...
- Nawet o tym nie myśl, Słońce – przyjaciółka nie dała mi
nawet dokończyć zdania. – Ja potrzebuję się wyspać. Nie będziesz przecież nade mną
siedzieć...
- Ani z nią spać – dodał Harry. – To wolno tylko mnie.
- Poza tym – Paul wydawał się nie zwracać na nich uwagi. – Wydaje mi się, że poniekąd
tobie zawdzięczamy to zaproszenie na kolację...
- Ale jak to? – zdziwiłam się.
- Właściwie to nie wiem, ale byłaś w nim szczególnie wymieniona.
- Może burmistrzowi wpadła w oko – zaśmiał się Harry i wcale mnie
nie zdziwiło to, że silne ramię Louisa od razu zagarnęło mnie i przytuliło do
jego piersi.
- Taaa... To o czym to ja...
- Jezu, Paul! – Harry oparł się o nasze siedzenia. – Daj już
spokój z tymi cichymi dniami... Przecież nie pierwszy raz widziałeś moją dupę...
- Co? – okrzyki zdziwienia rozległy się z każdej strony. „Co???”
- Poza tym... – dodał jeszcze Harry. – Puka się...
Pewnie jak wszyscy czekałam na jakąś reakcję ze strony
Paula, ale odpowiedzią było tylko przeciągające się milczenie. A po chwili
Niall wybuchnął niepohamowanym śmiechem, rozładowując atmosferę.
- Normalnie nie wierzę... Nie mogę! – ledwo łapał oddech, ale
nie przestawał się śmiać. – Nie mów, że nakryłeś ich w łóżku... Jezu, zaraz się
posikam...
- Jak już to na kanapie – usłyszałam jeszcze jak Harry mruczy pod
nosem i naprawdę nie potrzebowałam tego wiedzieć. Poczułam jak zdradliwy rumieniec
rozkwita na moich policzkach. „Zawsze przekręcać zamki” obiecałam sobie
natychmiast, a moje bezwstydne ja cmoknęło z uznaniem.
Nigdy wcześniej nie słyszałam o fundacji takiej jak ta i
nawet do głowy by mi nie przyszło, że coś takiego jest możliwe. Ale byłam
tutaj. Poznałam te dzieci i ich rodziców, a także pracowników fundacji i mogłam
uczciwie zaświadczyć, że marzenia się spełniają. „Przynajmniej niektóre...”
dodałam smutno, choć w sali z pewnością panowała raczej radosna atmosfera. Chłopcy
śpiewali piosenki wybrane przez dzieci, a Niall przygrywał na gitarze i przypominało to beztroską zabawę przy ognisku... „Czasami tak niewiele trzeba, by ziściło się marzenie dziecka...”
- Modliłam się, by Sam zdążyła ich spotkać – usłyszałam głos
jednej z matek, która siedziała obok mnie i Marka. – Nie wierzę, że naprawdę się
udało... Ma fioła na ich punkcie – zaśmiała się, choć jej gardło było ściśnięte
przez łzy, które prawdopodobnie spływały po jej twarzy. – To było jej największe marzenie... Już tak dawno nie słyszałam, by
śmiała się tak głośno i od serca...
- Wspaniale się bawi... – odezwałam się cicho. „Co można
powiedzieć kobiecie, której dziecko umiera? Raczej nie wypada rzucić
zdawkowego: będzie dobrze...” Odetchnęłam głęboko, próbujac zapanować nad łzami. – Zresztą dla nich też jest prawdziwą
przyjemnością poznać taką wielką fankę...
- Opowiadała mi o tobie... – poczułam zimne palce,
zaciskające się na mojej dłoni. „O mnie?” zdziwiłam się. – Jesteś Kate, prawda? – skinęłam głową, zastanawiając się do czego to zmierza. –
Sammy uważa, że jesteś bardzo dzielna... Jednego dnia próbowała chodzić z zasłoniętymi
oczyma, ale skończyło się to guzem na czole po jakiś dwóch minutach. Musisz być
niesamowicie odważna, kochanie, radząc sobie z tym wszystkim, co się dzieje wokół
zespołu...
- Nie jestem odważna – powiedziałam od razu. – Po prostu mam
przy sobie cudownych ludzi, którzy dbają, bym była bezpieczna – wskazałam na Marka, który nie odstępował mnie na krok. –
Gdyby nie oni siedziałabym pewnie w kącie, zbyt przerażona, by się poruszyć...
Odważna? Jestem pewna, że to słowo bardziej opisuje panią i pani córkę... Nie
potrafię sobie nawet wyobrazić, jak silnym trzeba być, by mimo wszystko się
uśmiechać...
- Ja też się boję, Kate – usłyszałam drżący głos kobiety.
„Nawet nie pamiętałam jej imienia...” przygryzłam wargę, zawstydzona tym odkryciem. – Jestem przerażona. Rodzice nie powinni
chować swoich dzieci... – szepnęła. Pociągnęła nosem i mocniej ścisnęła moją dłoń. Czułam,
jak moje oczy wypełniają się łzami. – Ale nie można pozwolić, by rządził nami
strach – powiedziała z całym przekonaniem, na jakie było ją stać. – Trzeba walczyć, dopóki starczy sił i jeszcze trochę – miałam wrażenie,
że jej słowa trafiają prosto do mojego serca i zapisują się w nim już na dobre.
„Jakim musiałam być tchórzem ze swoim marnym strachem przed operacją, wobec
kogoś, kto każdego dnia budzi się przerażony, czy jego dziecku dane będzie
ujrzeć kolejny zachód słońca?” – Mam wspaniałą córkę i mimo tej okropnej
choroby, tak cudowne życie, na ile mogłam jej i sobie zapewnić. Dziś rano
powiedziała, że to będzie najpiękniejszy dzień w jej życiu, bo spełni się jej
największe marzenie – już nie walczyłam ze łzami, płakałam razem z nią. – To moje nigdy
się nie spełni, ale przecież to marzenia dziecka są najważniejsze...
Tej kobiecie zdecydowanie należał się medal za odwagę i cud, by mogła
spełnić również swoje największe marzenie... Ona pewnie nie wahałaby się ani minuty, gdyby ktoś zaofiarował jej choć jeden procent szans na uratowanie córki. I choć zdawałam sobie sprawę, że nasze sytuacje nie są nawet do siebie zbliżone, to jej słowa przemawiały do mnie jasno i wyraźnie. „Jestem takim tchórzem...”
- Mamuś, mamuś, zobacz! – radosny głos dziewczynki wypełnił
moje uszy. – Zayn mi narysował motylka na ręce. Już nigdy, przenigdy jej nie
umyję...
- Nie wiem, kochanie, czy będę w stanie znieść te stado
much, które będziesz przyciągać... – zaśmiała się kobieta. – Może poprosimy go ładnie,
by jednak narysował ci tego motylka na którymś z plakatów... Co ty na to? Pójść
z tobą?
Sama już nie wiem, ile tak siedziałam zatopiona w swoich
myślach, ocierając łzy, które nie chciały przestać płynąć. Schowałam się za Markiem, jak tchórz, którym naprawdę byłam. „Płakałam nad sobą, czy nad bezbronnym dzieckiem, które śmiało się teraz radośnie, żartując z Niallem?”
- Skarbie? – usłyszałam pełen troski głos Louisa i
momentalnie rzuciłam się w jego ramiona pewna, że w nich mogłam ukryć się przed
całym światem. – Co się stało? – pokręciłam głową, nie potrafiąc wydobyć z
siebie ani słowa. Schowałam twarz w zagłębieniu jego szyi i czekałam aż jego
magiczny dotyk odpędzi smutek. – Wiem, że ciężko jest słuchać historii tych
dzieci... – powiedział cicho. – Ale dzisiaj... teraz... żadne z nich nie jest
smutne, wiec i ty nie powinnaś...
- Niall nie ma racji... – wyszeptałam po chwili łamiącym się
głosem. – Jesteś o wiele mądrzejszy ode mnie...
- Tak daleko idących wniosków to bym nie wysuwał – zaśmiał się, całując mnie w nos. – Ale zdarza mi się zabłysnąć czymś od czasu do czasu – ujął mnie pod
brodę i starł łzy z twarzy. – Uśmiechniesz się choć troszkę? Dla mnie?
- Dla ciebie – powiedziałam cicho, próbując rozciągnąć usta
w uśmiechu. Wzięłam głęboki oddech, by
dodać sobie odwagi przed tym, co chciałam jeszcze powiedzieć. – Chcę tej
operacji, Lou – wyszeptałam i natychmiast poczułam jak zesztywniał w reakcji na
te moje słowa. – Chcę spróbować...
Opierałem się o drewnianą framugę i przyglądałem mojej
dziewczynie. I tak już od kilku minut. Po prostu nie mogłem zmusić się, by jej
przerwać, a obserwowanie jej, to przecież od jakiegoś czasu moje ulubione
zajęcie. „I jeszcze kilka innych ulubionych 'zajęć' mógłbym wymienić...” odezwała się ta mniej grzeczna część mnie.
W głowie wciąż szumiały mi jej słowa. „Chcę spróbować...
Chcę tej operacji...” Strach ściskał moje serce. Byłem przerażony jej decyzją.
Wiem, że powinienem ją uszanować i tak z pewnością zrobię, ale nic nie poradzę na to, że duszę
się na samą myśl o tym, co może się stać. „Nie mogę cię stracić, kochanie...”
Zauważyłem jak jej usta rozciągnęły się w rozmarzonym
uśmiechu. Siedziała na łóżku i z zamkniętymi oczami słuchała muzyki z
discmana, którego odziedziczyła po Niallu. Może i nie był to najnowszy szczyt
techniki, ale miał tak bardzo potrzebne przyciski i opanowanie obsługi zajęło
mojej zdolnej dziewczynie jakieś pięć sekund. Uśmiechnąłem się, widząc jak
porusza ustami, niemo śpiewając z wykonawcą, kimkolwiek szczęściarz był. Siedziała
po turecku, a bose stopy wybijały rytm. Obok leżała jej jakże
skromna kolekcja płyt. Widząc pomarańczowe pudełko na wierzchu śmiało mogłem
stwierdzić, że dzisiejszym szczęściarzem był nie kto inny, tylko Ed. Chyba już nawet wiedziałem, która piosenka wywołała ten rozmarzony uśmiech.
Zrobiłem krok do przodu, cicho zamykając za sobą drzwi i
przekręcając zamek. To jednak wystarczyło, by uśmiech Kate powiększył się, a
słuchawki znalazły się w jej dłoniach.
- Wróciłeś! – wykrzyknęła radośnie, odkładając swoje skarby
do zielonego etui, również sprezentowanego przez Nialla. Przewróciła się na brzuch i położyła wszystko na nocnej
szafce. Biała bluzka podwinęła się, ukazując kawałek pleców, na których tylko
dobrze poinformowany potrafiłby odnaleźć blizny. „Jeszcze tylko zabieg lub
dwa...” pomyślałem, rzucając się na łóżko obok niej, wywołując salwę śmiechu.
Przyciągnąłem ją do siebie, kładąc dłoń na okrytym niebieskimi spodniami
pośladku.
- Tęskniłaś? – skradłem całusa, wsuwając jej ramię pod głowę,
by mogła wygodnie się ułożyć.
- Całkiem możliwe – przyłożyła swoją drobną dłoń w miejscu, gdzie
spodziewała się wyczuć bicie mego serca. – A może po prostu jestem głodna?
- Bidulka... – nachyliłem się po kolejnego buziaka. – Nie chcieli
ci dać jeść? Kogo mam zwolnić? Powiedz...
- Trudno mi powiedzieć, bo w życiu go na oczy nie widziałam... – Roześmiałem się, a po chwili i jej śmiech rozległ się w sypialni. Tylko ten dźwięk potrafił zagłuszyć strach w mojej głowie. Przytuliła się do mnie mocno. – Nie musimy się szykować? – zapytała z ustami przy mojej szyi. Jej ciepły oddech pieścił moją skórę.
- Jeszcze mamy z godzinkę – powiedziałem, wsuwając dłoń pod
jej bluzkę i odnajdując zapięcie stanika. – Lou kazała ci przekazać, że
przyjdzie pomóc ci się wyszykować...
- Och – tak uwielbiany przeze mnie rumieniec zakwitł na jej
policzkach, gdy rozpiąłem haftki. – Dobrze... – wyszeptała, „wpatrując” się we
mnie szeroko otwartymi oczyma. – C-co robisz? – wyszeptała, gdy moja dłoń przesunęła się na jej piersi, uwalniając je z koronki. Tylko cienki materiał
bluzki skrywał to, czego tak bardzo pragnąłem w tej chwili posmakować. Twarde
sutki odznaczały się na tkaninie zdradzając, że doskonale wiedziała, co zaraz się
stanie.
- Co robię? – ułożyłem ją na plecach, powolnym ruchem
zdejmując z niej bluzkę i stanik. – Próbuje dobrze spożytkować tę godzinę...
Uwielbiałem jej ciało. Było idealne. Kochałem każdy jego
centymetr i jeżeli tylko mógłbym je pieścić, to byłbym szczęśliwy. „To tyyylko
godzina” odezwało się moje drugie ja, przypominając mi o tykającym zegarze. Pozostałe elementy garderoby znalazły swoje miejsce na podłodze.
- Lou... – Kate wiła się pod moim dotykiem, sama nie będąc
mi dłużna. Jej palce, które teraz błądziły po moim ciele, dość sprawnie
poradziły sobie z pozbyciem się mojego ubrania. Leżała pode mną
rozpalona pożądaniem, niecierpliwie prosząca o więcej... I choćbym nie wiem jak
bardzo chciał ją jeszcze podręczyć niekończącymi się pieszczotami, to moje zdradzieckie
ciało przypominało mi boleśnie, że nie pragnie niczego innego, jak wznieść się
z nią do nieba. Wyciągnąłem rękę w kierunku spodni, które walały się gdzieś na
podłodze, ale Kate zatrzymała mnie, gdy tylko poczuła, że się odsuwam. – Nie musisz...
– powiedziała cicho, nieśmiało przygryzając wargę. „Nie robiłbym tego na twoim
miejscu, kotku...” zamruczało moje drugie ja, a rozkoszny dreszcz przetoczył się
przez moje ciało. Niezmiennie widok jej białych ząbków maltretujących tą dolną
wargę sprawiał, że wychodziłem z siebie. Przywarłem do jej ust i dla odmiany
teraz to ja miałem je we władaniu. Zassałem lekko jej wargę, by po chwili
przejechać po niej językiem. – Louis... – jęknęła prosto w moje usta, unosząc
biodra i ocierając się o mnie w niecierpliwym ponagleniu. „Dama w potrzebie” zaśmiało się moje wredne
ja, przy okazji przypominając mi jak cudownie jest się znaleźć w jej gorącym
wnętrzu. Przytuliłem ją do siebie mocno i przetoczyłem się na plecy. – Lou? – wysapała, uginając kolana i siadając na moich udach. „Zdecydowanie nie tam
powinna siedzieć...” wyjątkowo musiałem się zgodzić ze spostrzeżeniami mojego
zboczonego ja. Ująłem dziewczynę za biodra i uniosłem ją do góry, by po chwili
pozwolić jej się opuścić na mojego bolącego w oczekiwaniu, twardego
przyjaciela. Jak na kogoś, kto od jakiegoś czasu non stop mnie pospieszał,
poruszała się teraz w iście ślimaczym tempie i jak tak dalej pójdzie, skończę
szybciej niż bym chciał.
- Kateee – jęknąłem, gdy to ślamazarne tempo było już nie do
zniesienia. Jej ciasne wnętrze było torturą samą w sobie, ale zdecydowanie
mogła mnie tak torturować przez następne pięćdziesiąt lat. – Proszę...
- Och... – ciche skomlenie wydostało się spomiędzy jej warg,
gdy opadła gwałtownie ostatnie kilka centymetrów. Sięgnąłem po jej dłonie, splatając nasze palce razem, tym samym dając jej podparcie. Uniosła się powoli,
by opaść jeszcze wolniej, a ja mogłem podziwiać każdą emocję wymalowaną na jej
twarzy, sam spalając się z rozkoszy. Pozwoliłem na to przez chwilę, ale w końcu
nie mogłem już w milczeniu znosić tych tortur. Gdy kolejny raz opadała na mnie
powoli, zaskoczyłem ją, gwałtownie wychodząc jej na spotkanie. – Aaa!!! – jęk zdumienia zabrzmiał w pomieszczeniu, a po chwili dołączyły do niego kolejne i wyglądało
na to, że mój przebiegły plan okazał się strzałem w dziesiątkę. „Dalej, mała...” moje drugie ja
miało używanie. „Jazda! Szybciej! O, taak! Szybciej... O...”
- Taaak!!! – zawyłem z rozkoszy, czując budujące się w podbrzuszu gorąco, które niczym tsunami, rozprzestrzeniało się we mnie. – O,
tak... Kate... Boże... Tak cudownie... Tak... Kurwa mać! Tak!!!
I nagle wszystko wybuchło. Zalała mnie rozkosz tak wielka,
że chyba przez moment nawet moje serce zgubiło rytm, a oczy zaszły białą mgłą.
Po chwili z ust mojej dziewczyny wydobył się jęk przyjemności połączony z moim
imieniem i opadła na mnie, owiewając moją pierś swoim urywanym oddechem. Czułem
jak dudni jej serce i miałem wrażenie, że ono już dawno znalazło wspólny rytm z
moim własnym. Chwyciłem brzeg narzuty, na której leżeliśmy, próbując nią okryć nasze spocone ciała. Wciąż czułem gorące pulsowanie na moim przyjacielu i uśmiechnąłem się na samą
myśl o niedawnej rozkoszy. Ucałowałem czoło Kate, obejmując ją ramionami, wciąż nie zdolny do wydobycia z siebie głosu. „Jesteś
całym moim życiem, maleńka...”
„Trzeba przyznać, że chata robi wrażenie” aż zagwizdałem z
podziwu, gdy zatrzymaliśmy się na podjeździe.
- Koleś mieszka w pieprzonym pałacu – mruknął Harry,
wyskakując z samochodu. Humor niespecjalnie mu dopisywał, odkąd zostawił Alex w hotelu. – Ciekawe ile ma tu sypialni?
- Już jesteś zmęczony? – zdziwił się Liam.
- Raczej myśli ile by trwało zanim zaliczyłby z Alex małe
bzykanko w każdej jednej – parsknął Lou, pomagając Katy wysiąść z auta. Moja
mała siostrzyczka zarumieniła się na te słowa. Wyglądała jak marzenie w sukience,
którą Gemma i Louise kupiły dzisiaj specjalnie na tę okazję. Louis nie
odstępował jej na krok, odkąd tylko pozbierał szczękę, gdy ją ujrzał taką
wystrojoną. „Zresztą już wcześniej nie odstępował jej na krok...” sprostowałem,
przypominając sobie odgłosy zza ściany, które wygnały mnie z pokoju. „Czerwieniącego
się jak panienka” dodałem uczciwie. Jedyne co mnie zastanawiało, to ten trudny
do opisania smutek w spojrzeniu przyjaciela. „A może tylko mi się wydaje”
- Proszę was... – jęknął Paul, dając znak ochronie, by
zaczekała. – Zachowujcie się... Choć spróbujcie pokazać, że wpojono wam jakieś maniery...
W progu już czekała na nas para w podeszłym wieku,
uśmiechając się przyjaźnie. Modliłem się, by znali angielski, bo inaczej może
to być bardzo długa kolacja. „Choć w sumie i tak najważniejsze, by jedzonko było
zjadliwe.” Przywitałem się z gospodarzami i dałem się zaprowadzić do
przestronnego salonu, wypełnionego antykami.
- Bardzo się cieszymy, że zaszczyciliście nas swoją
obecnością – odezwał się mężczyzna, gdy tylko jego żona zniknęła w pomieszczeniu
obok. – My już raczej jesteśmy za starzy na taką muzykę, jaką tworzycie, ale
nie możemy nie docenić waszej ciężkiej pracy włożonej w odniesiony sukces. Za
to nasza córka wręcz was uwielbia – uśmiechnął się na wspomnienie o dziecku. –
Normalnie Marina unika takich spotkań, ale tym razem wręcz błagała, by je
zorganizować. I to nie tylko dlatego, iż szaleje za waszymi piosenkami...
W tym momencie otworzyły się drzwi, ukazując żonę
burmistrza, prowadzącą za rękę może czternastoletnią dziewczynkę. Otworzyłem
oczy ze zdziwienie, widząc białą laskę w jej dłoni. Liam pierwszy doszedł do
siebie i pospieszył się przywitać. Gdy przyszła kolej na moją siostrzyczkę, obie wyciągnęły
do siebie ręce, niestety mijając się w powietrzu. Louis szepnął coś Katy na ucho
i dziewczyna z jego pomocą odnalazła małą dłoń, ale zamiast
zwykłego przywitania, zamknęła ją w mocnym uścisku. „Moja krew...” uśmiechnąłem się na ten widok.
- Zbiorowe tulenie! – zarządziłem, rzucając się by objąć je
obie. „I kto by pomyślał, że nawet pan burmistrz z żoną się przyłączą?”
Nie wiem dlaczego obawialiśmy się, że kolacja będzie sztywna
i że wynudzimy się na całego. Było wesoło, głośno i zdecydowanie trudno byłoby
wskazać kogoś, kto by się źle bawił. Choć chwilami wydawało mi się, że Lou ma
coś takiego w twarzy... „Zdecydowanie trzeba z nim pogadać” postanowiłem. „Albo
zapytać Katy” uśmiechnąłem się, spoglądając na moją małą siostrzyczkę. „Ona na
pewno będzie wiedziała, co mu leży na wątrobie...”
Pełen podziwu patrzyłem na Marinę i Katy, które siedziały obok
siebie, zawzięcie o czymś dyskutując. Zresztą mała nie odstępowała na krok nowej przyjaciółki. „Tak, tutaj
szybko zawiązała się przyjaźń...” Odnajdywałem w dziewczynce niektóre gesty,
które znałem w wykonaniu Katy, ale zdecydowanie nie potrafiła być tak
samodzielna. I musiałem tu przyznać, że Louis wspaniale dopełniał Katy, tam gdzie potrzebowała jego pomocy. Za to mama dziewczynki starała się wszystko za nią zrobić
i może właśnie w tym tkwił problem braku samodzielności? Choć pewnie byłem
niesprawiedliwy. „W końcu to jeszcze dziecko...”
Cóż, musieliśmy się pogodzić z tym, że Marina tak naprawdę
bardziej marzyła o poznaniu Katy, niż nas. Choć jej nieśmiałe tłumaczenie, że
Katy nie napawała jej takim przerażeniem jak my, iż zrobi z siebie ofermę, było
całkiem zadowalające. Pewnie zachowałbym się tak samo na jej miejscu.
Telefon wibrował delikatnie w mojej kieszeni i choćbym nie
wiem jak bardzo chciał, nie wypadało mi po niego sięgnąć. Miałem wielką
nadzieję, że gdy wrócę do hotelu, będę mógł opowiedzieć Katie przebieg tego
niesamowitego wieczoru. Zaśmiałem się z kolejnego żartu Harry’ego, dziwiąc się
jednocześnie, że nie rozbawił on Louisa. „Coś zdecydowanie było na rzeczy...”
stwierdziłem. „Oby tylko nic złego...”
Czas płynął nieubłaganie i choćbym nie wiem jak pragnął, by było inaczej, ten dzień w końcu nadszedł, a wraz z nim wszystkie moje obawy
jeszcze wzrosły. Operacja. To słowo niezmiennie robiło spustoszenie w mojej głowie. Starałem się uśmiechać, by niepotrzebnie nie denerwować Kate, ale moje kochanie jak zawsze potrafiło przejrzeć mnie lepiej,
niż najprawdziwszy wykrywacz kłamstw.
- Wszystko będzie dobrze, Lou – wyciągnęła do mnie dłoń,
którą natychmiast ująłem. Pielęgniarki skończyły się wokół niej kręcić. Była
gotowa do operacji. Leżała na białym prześcieradle i uśmiechała się do mnie
uspokajająco. „A przecież to powinna być moja rola...” – Widzimy się za kilka godzin – zażartowała, ale mi wcale nie
było do śmiechu.
- Wciąż kradniesz moje teksty... – próbowała się uśmiechnąć. – Naprawdę tego chcesz, skarbie? – zapytałem ostatni raz, z
góry wiedząc jaka będzie odpowiedź. Kiwnęła głową i przyciągnęła mnie do
siebie. – W takim razie do zobaczenia za kilka godzin – powiedziałem,
pochylając się nad nią. – Kocham cię, maleńka...
- Ja ciebie też kocham, Lou... – złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku, niechętnie się od niej odrywając, gdy ciche chrząknięcie
zza moich pleców uzmysłowiło mi, że już czas. „Błagam, niech wszystko będzie
dobrze...”
Czas... Nienawidziłem drania. Ciągnął się niemiłosiernie,
kpiąc sobie z mojego cierpienia. Katował mnie każdą wlekącą się sekundą. Siedziałem na niewygodnym krześle, nerwowo
stukając podeszwami, by już po chwili przemierzać korytarz ze wzrokiem utkwionym w
zielonych drzwiach, za którymi lekarz próbował dokonać cudu.
- Dlaczego to tyle trwa? – jęknąłem, opadając na siedzenie
obok Alex. Dziewczyna posłała mi zmęczone spojrzenie. Była równie zdenerwowana
co i ja. „My wszyscy...” sprostowałem w głowie, ciesząc się, że nasi bliscy byli tu z nami. – Ile... – przerwałem, słysząc podniesione głosy zza
drzwi. Zerwałem się z krzesła w momencie, gdy rozległ się przerażający pisk
aparatury. Nie rozumiałem wykrzykiwanych słów, ale byłem wręcz sparaliżowany
strachem i zarazem zdesperowany, by dowiedzieć się, co dzieje się za ścianą. Chyba by jeszcze mnie podręczyć w mojej głowie pojawiły się sceny
wszystkich szpitalnych scen, które kiedykolwiek obejrzałem w telewizji.
Wiedziałem, że nie wolno mi tam wejść, ale nie kontrolowałem już siebie. Po
prostu musiałem wiedzieć. Moja dłoń pchnęła delikatnie zieloną powierzchnię.
Myślałem, że już bardziej nic mnie nie przerazi, ale widok lekarza opuszczającego ręce, w których trzymał elektrody, był gorszy od najgorszego
horroru.
I nagle wszystko ucichło. Jeden przycisk i już nie słyszałem
pisku aparatury. Jeden przycisk i jeszcze niedawno lśniący światełkami ekran
pokrył się czernią. Jeden przycisk i...
- Czas zgonu... – usłyszałem słowa lekarza, osuwając się na
ziemię. „Nie...” Przyjaciele rzucili się, by mnie podnieść. Czułem, że brakuję
mi powietrza. „Nie.” Zewsząd posypały się pytania. Płuca paliły żywym ogniem. „Nie!”
krzyczało wszystko wewnątrz mnie. Miałem wrażenie, że w piersi mam pustą
dziurę, bo ktoś właśnie wydarł z niej serce. Rozpadałem się, tak jak właśnie rozpadł się cały mój świat.
- Nieee – próbowałem się wyrwać z silnego uścisku
przyjaciół. Zayn otoczył mnie ramionami i opadł razem ze mną na zimną podłogę. Płakał, tak jak i ja płakałem... – Nie!!!