Naprawdę z całych sił starałem się nie narzekać.
„Przynajmniej nie głośno” sprostowałem od razu w myślach, bo przecież wiedziałem, jak było... Nie odzywałem się, gdy
musieliśmy wcześnie rano wstać, by zdążyć polecieć na wywiad do Lyon. „Czasami
naprawdę brakowało mi naszego tourbusa...” westchnąłem. Nic nie mówiłem, gdy fani przed
radiem prawie pozbawili nas ubrań, bo barierki nie wytrzymały i ochrona nie
potrafiła nad nimi zapanować. Nie marudziłem co pięć minut, że jestem głodny,
mimo iż żołądek pewnie przykleił mi się do kręgosłupa i w tym momencie byłbym w
stanie zrobić wiele za coś do jedzenia. Niestety co poniektórzy nie mieli już
takich oporów co ja... I wcale się nie dziwiłem Paulowi, że już ma nas dość. „A
na zegarze dopiero dziesiąta.”
To tylko kilka dni, a my najchętniej rzucilibyśmy to wszystko w cholerę. Zawsze myślałem, że jeżeli idzie o sprawy związane z zespołem, to nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, czy też zniechęcić. Cóż... Myliłem się. Miałem dość marudzenia i naszych wisielczych humorów. Byłem zmęczony udawaniem, jacy to jesteśmy szczęśliwi i uśmiechaniem się podczas kolejnych wywiadów. Prawda jest taka, że wszystkim brakowało uśmiechu Kate i energii Louisa. Choć pewnie i z nimi byłoby trudno... Poobijany Zayn, który wprawdzie bardzo się starał, ale po prostu nie był w stanie wykrzesać z siebie więcej. Niall, który non stop martwi się o swoją Katy i co pięć minut pyta, czy może dzwonili z nowymi wiadomościami też nie jest tym „normalnym” sobą, który potrafił zarazić wszystkich swoim śmiechem. I żeby już totalnie pognębić Paula, mamy jeszcze Harry’ego, a raczej jego ciało, bo duchem to on chyba został w Londynie. Zachowywał się tak, jakby Alex złamała mu serce. Każdy z nas próbował z nim porozmawiać o dziewczynie, ale Hazz unikał tematu jak ognia. Bąkał tylko coś pod nosem i odchodził. Bolało mnie od samego patrzenia na niego. I zachodziłem w głowę, co tak naprawdę się stało... W takim towarzystwie nic dziwnego, że i mnie dopadł dół. Na domiar złego nie mogłem dodzwonić się do Danielle, która jako jedyna mogłaby poprawić mi humor. „Oby zadzwoniła przed wieczornym wywiadem...” westchnąłem, opierając głowę o zimną szybę. Kolejne miasto, które zawsze chciałem zobaczyć, a teraz nawet nie mam ochoty popodziwiać go przez okno samochodu i najchętniej wróciłbym do domu.
To tylko kilka dni, a my najchętniej rzucilibyśmy to wszystko w cholerę. Zawsze myślałem, że jeżeli idzie o sprawy związane z zespołem, to nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, czy też zniechęcić. Cóż... Myliłem się. Miałem dość marudzenia i naszych wisielczych humorów. Byłem zmęczony udawaniem, jacy to jesteśmy szczęśliwi i uśmiechaniem się podczas kolejnych wywiadów. Prawda jest taka, że wszystkim brakowało uśmiechu Kate i energii Louisa. Choć pewnie i z nimi byłoby trudno... Poobijany Zayn, który wprawdzie bardzo się starał, ale po prostu nie był w stanie wykrzesać z siebie więcej. Niall, który non stop martwi się o swoją Katy i co pięć minut pyta, czy może dzwonili z nowymi wiadomościami też nie jest tym „normalnym” sobą, który potrafił zarazić wszystkich swoim śmiechem. I żeby już totalnie pognębić Paula, mamy jeszcze Harry’ego, a raczej jego ciało, bo duchem to on chyba został w Londynie. Zachowywał się tak, jakby Alex złamała mu serce. Każdy z nas próbował z nim porozmawiać o dziewczynie, ale Hazz unikał tematu jak ognia. Bąkał tylko coś pod nosem i odchodził. Bolało mnie od samego patrzenia na niego. I zachodziłem w głowę, co tak naprawdę się stało... W takim towarzystwie nic dziwnego, że i mnie dopadł dół. Na domiar złego nie mogłem dodzwonić się do Danielle, która jako jedyna mogłaby poprawić mi humor. „Oby zadzwoniła przed wieczornym wywiadem...” westchnąłem, opierając głowę o zimną szybę. Kolejne miasto, które zawsze chciałem zobaczyć, a teraz nawet nie mam ochoty popodziwiać go przez okno samochodu i najchętniej wróciłbym do domu.
- Zaraz będziemy na miejscu – menadżer postanowił przerwać
tę nienormalną ciszę. – Śniadanie już na was czeka.
- No w końcu... – mruknął Niall, zakładając czapeczkę.
Dosłownie wyjął mi te słowa z ust. Mógłbym zabić za coś do jedzenia.
- Do trzeciej macie wolne – kontynuował Paul. – Gdybyście
mieli opuścić hotel, to tylko z ochroną. O tym chyba nie muszę wam przypominać? – podniósł wzrok znad komórki. – I macie być punktualni co do minuty.
Nie możemy sobie pozwolić na spóźnienia. Mam nadzieję, że nie muszę wszystkiego
od nowa mówić... – spojrzał na nas pytająco.
- Jeden wykład wystarczy, dzięki – skrzywił się Zayn,
poprawiając się na siedzeniu. Jego ręka natychmiast powędrowała do bolących
żeber. – Jeżeli o mnie chodzi, to mam zamiar zapakować się do łóżka i nie
wychodzić z niego do ostatniej chwili... Tak więc wiecie, gdzie mnie szukać – uśmiechnął się wymuszenie.
Gdy rozległy się ogłuszające piski i nawoływania wiedzieliśmy, że
dojechaliśmy na miejsce. Z przyklejonymi uśmiechami wysiedliśmy z samochodu. Od
razu obskoczyła nas ochrona, bo dojście do budynku wydawało się wręcz
niemożliwe. Bylismy dosłownie otoczeni morzem fanów. „Jakim cudem oni zawsze wiedzą, w którym hotelu będziemy? Nawet ja tego nie wiedziałem...” Zauważyłem, że Paul
szczególnie troskliwie obstawił Zayna, który zrobił się blady jak ściana i krzywił się z bólu, gdy
dziewczyny rzucały się na niego. Starałem się prowadzić lekką pogawędkę z
fankami, pozując do zdjęć i kierując się do drzwi, ale miałem wrażenie, że dziś
to wręcz ponad moje siły. Chyba powinienem wziąć przykład z Zayna i również
zapakować się do łóżka. „Tylko najpierw spróbuję jeszcze raz dodzwonić się do
Danielle...” postanowiłem. Dotarłem do drzwi jako ostatni, prawie taranując
przyjaciela, który rozglądał się niepewnie, w którą stronę powinien iść.
- Ktoś mi zakosił czapeczkę – jęknął Niall, przeczesując
dłonią włosy. Spojrzał tęsknie w stronę fanów na zewnątrz i westchnął
zrezygnowany.
- Kupię ci nową – powiedziałem, otaczając go troskliwie ramieniem i
kierując się w stronę restauracji. Zayn i Harry wlekli się bez słowa za nami. Pochód
zamykał Paul, który jak zwykle rozmawiał przez telefon.
- I to niby ma być to słynne One Direction? – usłyszałem rozbawiony głos, który tak dobrze znałem. – Mi to raczej wygląda na jakiś
kondukt żałobny. Ewentualnie klub emerytowanych szachistów...
- Katy!!! Louis! – Niall wyrwał do przodu jak z procy i już ściskał
swoją ukochaną „siostrę”, która śmiała się radośnie na ten pokaz czułości. Co najważniejsze i na
twarzy Horana zagościł uśmiech. „Nareszcie...” ucieszyłem się. Przywitałem się
Gemmą oraz Louisem, ostrożnie przytuliłem Kate, uważając na jej najnowsze rany i ciężko opadłem na krzesło. Dziewczyna
wyglądała o niebo lepiej, niż kiedy ostatnio ją widziałem, choć sine ślady na
ramionach zdradzały, że daleko jej jeszcze do pełni zdrowia. Zatrzęsło mną ze złości, gdy w niektórych siniakach mogłem rozpoznać ślady palców tego potwora. – Dlaczego nie
powiedzieliście, że będziecie z rana? – dopytywał się blondyn, wciskając się na siedzenie obok niej i Louisa. – Jak się czujesz,
Katy? Lekarz naprawdę cię wypuścił, czy może uciekłaś ze szpitala? A może...
- Jezu... Daj jej dojść do słowa, kretynie – Lou rzucił się dziewczynie na ratunek. – Do ostatniej
chwili nie było wiadomo, kiedy przylecimy... – mówił, zerkając ze
zdziwieniem na Harry’ego. Dopiero teraz zauważyłem, że Hazz jako jedyny wciąż
stał i wpatrywał się z napięciem w siostrę. Uśmiechnęła się delikatnie do niego. „Co
tu się dzieje?” skupiłem na nich swoją uwagę.
- Wyjechała? – powiedział to tak cicho, iż miałem wrażenie, że nauczył się tego od Kate. Sam nie wiem, czy to było pytanie, czy może
stwierdzenie. Brzmiało tak smutno...
- Tak... – Gemma odpowiedziała mu równie cicho, jakby ta rozmowa toczyła się tylko między nimi, a po prawdzie to wszyscy się jej przysłuchiwaliśmy z wielką uwagą. „A więc
jednak złamała mu serce...” westchnąłem, widząc rozpacz na twarzy przyjaciela.
Wyglądał teraz jak siedem nieszczęść. Stał z opuszczonymi ramionami i pochyloną
głową, zaciskając usta w cienką linię. Nie mogłem oderwać od niego wzroku, zastanawiając się, jak my go z tego
podniesiemy. Spojrzał tęsknie, a może nawet z zazdrością, na przytulonych do
siebie Kate i Louisa.
- Dobrze was widzieć... – próbował się uśmiechnąć, ale widać
było, że daleko mu do radości. Oczy Kate się śmiały do niego, a w jego była
rozpacz i rezygnacja. „Takie różne...”
- Przywieźliśmy ci prezent, Harry – Kate posłała mu piękny
uśmiech i wyciągnęła do niego dłoń, na której leżało małe, czarne pudełeczko.
Hazz sięgnął po kartonik. Pewnie bardziej, by nie sprawić dziewczynie przykrości, niż dlatego, że był ciekawy jego zawartości. Zajrzał do środka. Na widok tego, co tam znalazł, aż
oczy mu zabłysły. Spojrzał na Kate i Louisa, a na jego twarzy po raz pierwszy od
kilku dni widziałem coś innego niż smutek. „Nadzieję...” Wpatrywałem się w
przedmiot, który wyjął z pudełka. Ręka lalki przewiązana czerwoną wstążką. „Co to niby ma być?” zdziwiłem się i chyba nie tylko ja. –
Reszta jest w twoim pokoju – dodała Kate. Miałem wrażenie, że jeszcze brzmiały
w powietrzu jej słowa, a Harry’ego już nie było. Jak na kogoś, kto ma ogromne problemy z
koordynacją, zadziwiająco sprawnie sobie poradził ze slalomem wokół stolików.
Wybrałem schody, bo zdecydowanie nie miałem cierpliwości, by czekać
na windę z tymi wszystkimi ludźmi w holu. Serce tłukło mi w piersi, a w głowie
królowała tylko jedna myśl. „Alex.” Ściskałem w dłoni plastykową rękę lalki,
którą tak dobrze znałem. To była „ta” ręka. Byłem tego pewien. Widziałem na niej nawet zarysowania
od gipsu. Miałem nadzieję, że Louis nie byłby tak okrutny i naprawdę w pokoju
czeka na mnie „reszta”. Ta ważniejsza. Dopadłem drzwi i siłowałem się z
zamkiem. „W takich momentach żałuję, że zrezygnowano z tradycyjnych kluczy...” warknąłem
pod nosem niezadowolony, gdy kolejna próba była nieudana. „Choć pewnie z kluczem też miałbym problemy...” Lampka
w końcu zaświeciła się na zielono, a ja wpadłem do środka i zamarłem.
- Alex... – wysapałem, próbując uspokoić oddech. Jak na
razie z marnym skutkiem. Płuca mnie paliły. Dyszałem, jak lokomotywa, wpatrując się w kolorową
postać, siedzącą na łóżku. Obok niej leżała „ta” lalka, pozbawiona ręki.
Dziewczyna spojrzała mi w oczy, uśmiechając się z pewną ostrożnością. Jakby nie
była pewna, czy może. Odetchnąłem głęboko, zbierając się, by coś w końcu
powiedzieć.
- Gdybyś mi tak dyszał przez telefon, wzięłabym cię za
jakiegoś zboczeńca – odezwała się. – Coś kiepsko u ciebie z kondycją, Styles –
puściła mi oczko. – Może powinieneś...
- Przyjechałaś... – przerwałem jej, wciąż nie do końca
wiedząc, czy mogę pozwolić sobie na radość. „A jeżeli to tylko jakaś pieprzona
fatamorgana?” Miałem ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć jej palcem, by się przekonać, że naprawdę tu jest i że jest prawdziwa.
- Co za spostrzegawczość – zaśmiała się. – Zawsze
wiedziałam, że nadawałbyś się na detektywa. Jesteś taki...
- Zostaniesz? – zapytałem szybko. Po tych słowach całe rozbawienie zniknęło z
jej twarzy. Spojrzała mi w oczy i mogłem wyczytać w nich wszystko i jeszcze
więcej, ale potrzebowałem to usłyszeć. „Musiałem to usłyszeć...”
- Jeśli zechcesz... – powiedziała cicho.
- N-na jak długo? – ostrożnie zbliżyłem się do niej,
zatrzymując się dosłownie przy samym łóżku. Wpatrywałem się w nią wyczekująco.
Zauważyłem wesoły błysk w jej oczach. Popukała w nogę, skrytą pod gipsem. „Brzmiało
jakoś inaczej...”
- Muszę to nosić jeszcze co najmniej przez kilka tygodni...
– uśmiechnęła się. – Więc pomyślałam, że nudziłabym się w domu...
- Tylko dlatego przyjechałaś? – usiadłem przy niej. – Żebym
zapewnił ci trochę rozrywki?
- Zawsze niezwykle dobrze ci to wychodzi – uśmiechnęła się,
a po chwili dodała już poważniejszym tonem. – Możliwe, że nie tylko dlatego...
Wszystko we mnie krzyczało, bym się nie odzywał. Bym nie
mówił tego, co właśnie zamierzałem. Toczyłem wewnętrzna walkę, niczym dobro ze
złem. Próbowałem się przekonać, że nie muszę tego wiedzieć... że przecież mogę
się zadowolić tym, iż przyjechała... że nie potrzebne mi żadne deklaracje...
- W takim razie dlaczego? – powiedziałem, nim ugryzłem się w
język. „I to tyle, jeżeli idzie o moje wewnętrzne batalie...”
- Być może... Tak jakby... – widok jej, plątającej się i
takiej nieśmiałej, był zdecydowanie wart uwiecznienia. – Chyba dlatego, że
też... Tak jakby... Cię kocham... – zakończyła cicho.
- Tak jakby? – moje serce tłukło się w piersi i wyrywało do
niej. Ale chyba moja głowa żyła swoim życiem. Wcale nie chciałem jej dręczyć.
- Może na pewno... – powiedziała, patrząc mi w oczy. Widziałem w nich te cudowne błyski. Śmiały się do mnie.
- Może? – przysunąłem się bliżej i zawiesiłem wzrok na jej
ustach. Uśmiechnąłem się zadowolony widząc, że zwilża je językiem.
- Na pew... – wyszeptała, nim zaatakowałem pocałunkiem jej
wargi. Dla tego szczęścia, które teraz dosłownie płynęło przeze mnie, warto
chyba było tak pocierpieć te kilka dni. „Jest moja...” ucieszyłem się, błądząc
dłońmi po jej ciele. Była tu i kochała mnie. W końcu się przyznała do tego, co
ja wiedziałem już od dawna. Przez głowę przemknęła mi myśl, by ją wypytać o
źródło jej strachu, ale odłożyłem to na później. Teraz chciałem tylko jej ust i
tego, by nie przestawały mnie całować. Jej dłoni, które właśnie zrywały moją
koszulę i dobierały mi się do spodni. Jej ciała, które powoli opadło na
pościel, nakryte moim. Wsunąłem dłoń pod kwiecistą sukienkę, czując pod palcami
drżenie jej ciała. Dosłownie kilka sekund zajęło mi zerwanie z niej tej orgii
kolorów. „Sukienki zdecydowanie są niedocenianie” uśmiechnęłam się, widząc nie
mniej barwną bieliznę. I gips, a raczej...
- Skąd... – położyłem rękę na plastykowym stabilizatorze.
- Louis jakoś to załatwił – powiedziała drżącym głosem. –
Jest dużo lżejszy i łatwiej się poruszać o kulach...
- Dlaczego od razu takiego nie dostałaś? – spojrzałem jej w
oczy i przez chwilę widziałem w nich coś, co mi się niezbyt podobało.
- Jest drogi... – usłyszałem jej cichy szept. – Nie chci...
– przerwałem jej pocałunkiem.
- To bez znaczenia – wyszeptałem prosto w usta. – Ważne, że już go masz...
„Boże, jak ja za tym tęskniłem...” westchnąłem przerywając
pocałunek i zachłannie wciągając powietrze. Zajęło mi to ułamek sekundy i już z
powrotem mogłem pieścić ustami jej skórę, zmierzając ku upragnionemu celowi. „W
końcu musiałem przywitać się z moimi ulubionymi motylkami...” Alex wiła się pod
dotykiem moich dłoni, pojękując cicho i ponaglając mnie chwilami. Uwolniłem jej
piersi ze stanika i aż zachłysnąłem się powietrzem widząc, jaka zaszła tu zmiana.
Wpatrywałem się jak urzeczony w dodatkowego motylka. Był jakby kopią tego największego. Pasowały do siebie. I może byłem naiwny, doszukując się jakiś
ukrytych przesłań, ale wydawało mi się, że czerwone plamy na dolnych
skrzydełkach przypominają serca, a zieleń, która dominowała, na upartego była
podobna do koloru moich oczu. Spojrzałem na Alex, która obserwowała mnie
uważnie, uśmiechając się tajemniczo.
- Czy to...
- Tęskniłam za tobą... – „Tak po prostu...” westchnąłem
zachwycony. Topiłem się od żaru mojego uczucia. „A może naszego?”
- Wiem... – posłałem jej łobuzerski uśmiech, wciąż
zachwycając się „moim” motylkiem. – Ja
też bym za sobą tęsknił...
- Idiota... – parsknęła, przyciągając mnie do siebie.
Przejechałem kciukiem po świeżym tatuażu i spojrzałem jej głęboko w oczy.
- Wariatka... – powiedziałem cicho, pochylając się nad nią.
Mało romantyczne burczenie w brzuchu wypełniło pomieszczenie.
- Jesteś głodny? – uniosła brwi.
- Jestem... – musnąłem jaj wargi swoimi. – Wręcz umieram z
głodu... – dodałem, rzucając się na jej usta niczym wygłodniałe zwierzę. To
było niesamowite. Pożądanie pociągnęło nas oboje ze zdwojoną siłą. Miałem wrażenie,
że moje serce ledwo nadąża z pompowaniem krwi. A może tylko mi się tak
wydawało, bo przecież cała krew została wysłana w jedno strategiczne miejsce.
Zerwałem z siebie spodnie razem z bokserkami i zachwycałem się tym, że Alex
pożera mnie wzrokiem. – Z tym twoim dziwnym spojrzeniem, wyglądasz jak jakiś
pedofil – zaśmiałem się, zsuwając z niej ostatni skrawek materiału.
- Wszystkie dzieci mi to mówią – parsknęła, przejeżdżając
palcami po moim brzuchu i wpatrując się w mój tatuaż. Przeniosła spojrzenie na
moją twarz i mogłem zatopić się w otchłani jej tęczówek. – Chodź tu,
dzieciaku – powiedziała zmienionym z pożądania głosem i przyciągnęła mnie do
pocałunku.
- Zaraz ci pokażę „dzieciaka” – mruknąłem, gdy oderwaliśmy
się od siebie, by zaczerpnąć powietrza.
- Nie wiem, czy akurat tak bym go nazwała, ale niech ci
będzie... – uniosła głowę, prosząc o pocałunek. „Jakby w ogóle musiała
prosić...” parsknęło moje drugie ja. Delikatnie przygryzłem jej wargę, by po
chwili wypościć ją z głośnym jękiem. Jej dłoń na moim „przyjacielu” działała
cuda. To była istna magia. Ten dotyk sprawił, że miałem ochotę wyć z rozkoszy,
ale zamiast tego zająłem się tym, by i jej było dobrze. Po chwili nasze westchnienia
wypełniły pomieszczenie. – Harry... – poczułem jak przetacza się przez nią
silny dreszcz i uśmiechnąłem się zadowolony. „To ja to sprawiłem...”
Wystarczyła jednak sekunda, by jej unoszące się do góry biodra, skierowały moje
myśli na inne tory. „Takie bardziej gorące.”
I tym razem była w nas pewna nieporadność i ostrożność, a
wszystko za sprawą nieszczęsnego gipsu. Jednak, gdy odnaleźliśmy odpowiednią
pozycję, już nic nas nie mogło zatrzymać. „Mnie na pewno.” Poruszałem się w jej
gorącym wnętrzu, zapatrzony w „mojego” motylka. „Czy potrzebowałem lepszej
deklaracji?” Miałem ją wymalowaną trwałym atramentem na jej skórze. Chciałem się do niego przyssać, ale zdecydowanie tatuaż był jeszcze za świeży. „Co się
odwlecze...”
- Kurwa... Alex! – warknąłem, gdy raz po raz zaciskała
mięśnie na moim przyjacielu w taki sposób, że myślałem, iż zaraz zwariuję.
Przyspieszyłem, zaciskając zęby na jej ramieniu, by stłumić budujący się we mnie
krzyk. Sięgnąłem dłonią między nasze ciała, zdając sobie sprawę, że zmierzam do
mety zdecydowanie szybciej niż ona. „Nie zrobisz mi tego, kochanie...”
Przyssałem się do jej piersi i uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej głośne
westchnienia, przyspieszony i drżący oddech, a także niecierpliwe warknięcia. „Tak
lepiej...” oceniłem zadowolony i była to chyba ostatnia w miarę klarowna myśl w
mojej głowie. Potem już tylko pieprzone fajerwerki.
- Chyba właśnie przeszedłem zawał – wysapałem po chwili z głową opartą
na ramieniu Alex. Z trudem nabierałem powietrze i dosłownie nie mogłem się
ruszyć. Wciąż obejmowała mnie swoim gorącym wnętrzem i samo wspomnienie o tym,
uruchomiło jakąś zapasową baterię w mojej głowie. Znów robiłem się twardy. Spojrzałem
w brązowe tęczówki i uśmiechnąłem się łobuzersko.
- Chcesz mnie zabić? – wysapała, kręcąc głową z
niedowierzaniem.
- Zdecydowanie nie mam tego w planach – przyssałem się do
jej opuchniętych warg. – Ale zawsze mogę spróbować – poruszyłem się w niej
powoli. – Jesteś cudowna...
- Już mnie zaliczyłeś, Styles, nie musisz więcej słodzić – przejeżdżała paznokciami po moich plecach, rysując ścieżkę wzdłuż kręgosłupa. –
Wiem, że daleko mi do ideału...
- Jesteś głupia – cmoknąłem ją czubek nosa, uśmiechając się
zawadiacko. – Wiesz co jest w tobie idealne? – spojrzała na mnie, wyczekując
odpowiedzi. Poruszyłem się w niej gwałtownie. – W tym momencie, to ja... –
parsknęła śmiechem, przyciągając mnie do siebie.
- Jesteś idiotą – wyszeptała, nim zamknęła mi usta namiętnym
pocałunkiem. Uniosła biodra, dając mi do zrozumienia, że czas na rundę drugą. „Moja
wariatka...”
- Uciekasz od towarzystwa? – odezwałam się, wychodząc za
Zaynem na balkon. Zatrzymałam się za drzwiami, nie bardzo wiedząc, w którą
stronę się skierować.
- Aż tak widać? – mruknął pod nosem. Usłyszałam kroki i po
chwili poczułam jego palce zaciskające się na mojej dłoni. Pociągnął mnie do
siebie i po już chwili opieraliśmy się o barierkę. Czułam na twarzy ciepłe promienie słońca. – Jak się czujesz, Mała?
- Całkiem dobrze – uśmiechnęłam się, przewracając oczami na
to określenie, które niestety już chyba się przyjęło na stałe. – O dziwo... A
ty?
- Mam tylko kilka siniaków... To nic takiego – powiedział. – Wygląda na to, że mam więcej szczęścia niż rozumu.
- A jak się czujesz... tak naprawdę... – dodałam ciszej. Tym
razem nie odezwał się z żadną zbywającą mnie formułką.
- Sam nie wiem... – odezwał się po chwili, gdy już myślałam, że jednak nie
zaszczyci mnie żadną odpowiedzią. – Wciąż jeszcze nie rozmawialiśmy... – westchnął ciężko.
– Cały czas szukam wymówek, by do niej nie zadzwonić...
- Zayn...
- Nie musisz mi mówić, że źle robię, Kate... – nie dał mi dojść do
słowa. – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, co do niej czuję, ale to nie znaczy, że nie
mam żalu...
- Myślę, że Perrie sama już się ukarała – powiedziałam,
pocieszająco obejmując go ramieniem. – Musi być jej bardzo ciężko teraz... Została całkiem sama. Bez
przyjaciółki i bez chłopaka... Nie wiedząc, na czym stoi... Nie wierzę, że jest
ci obojętne jej cierpienie. Męczycie się oboje, Zayn... A przecież nie musi tak być...
- Nie jestem tobą, Kate – poczułam jego usta na czole. – Nie
potrafię tak łatwo wybaczać...
- Wiem... – powiedziałam. – Może nie jest łatwo, ale na
pewno potrafisz wybaczać... Kochasz ją?
- Tak – odpowiedział natychmiast. „Oczywiście, że tak...”
- W takim razie już jej wybaczyłeś, Zayn... – uśmiechnęłam
się do niego. – Znasz ją przecież lepiej niż ktokolwiek. Wiesz, że chciała dobrze... Dla
wszystkich... To naprawdę cudowna cecha... Boisz się jej zaufać, ale przecież bez
zaufania nie ma miłości... A skoro twierdzisz, że ją kochasz... Może to, co cię powstrzymuje,
to po prostu strach...
- Niby czego się boję? – odezwał się cicho.
- Podjęcia decyzji? Nikt tego za ciebie nie zrobi... – dodałam, opierając głową na jego ramieniu.
- Wiem... – usłyszałam po chwili razem z głośnym
westchnieniem.
- Katy!!! – drgnęliśmy na ten okrzyk Nialla. Po chwili jego
kroki zadudniły na balkonie. – Dlaczego się nie chwalisz? Pokaż...
- Co? – zdziwiłam się, wyrwana z moich myśli odnośnie Perrie
i Zayna.
- No jak to co? Tatuaż.
- Zrobiłaś tatuaż? – usłyszałam zdziwienie w głosie Zayna.
Mogłam sobie wyobrazić, jak patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami i pewnie
nie wierzy. – Tego motylka mamy?
- Tego – uśmiechnęłam się, podciągając rękaw bluzki jak
najdalej się dało. Słyszałam rozbawiony głos Louisa, potwierdzającego Liamowi,
że naprawdę zrobiłam ten tatuaż. „Co w tym takiego dziwnego?” – I jeszcze jednego...
- Co? – dłoń Nialla pomogła mi z bluzką, bo najwyraźniej już
się nie mógł doczekać. – Ja pierniczę... – powiedział na wydechu. –
Zaszalałaś...
- Jest śliczny, Kate – nie wiedzieć kiedy Liam znalazł się
obok nas.
- Ale trzy? Dlaczego akurat trzy? – dopytywał się Niall, wciąż przytrzymując materiał bluzki.
- Właśnie – odezwał się Zayn. – Dlaczego aż trzy?
- Powiedz im kochanie – Lou podszedł do mnie i objął w
pasie ramionami. Poczułam muśniecie gorących warg obok „tego” motylka. – To
wam się spodoba...
- To jest ten twojej mamy... – Liam dotknął palcem skórę
obok wspomnianego tatuażu.
- Tak – uśmiechnęłam się zadowolona, że pamiętał. – Ten zawsze chciałam zrobić... Dla
niej. Dla taty. Też dla babci - wzruszyłam lekko ramionami, nagle przygnieciona faktem, że nikogo z nich już nie ma. Nigdy nie będę mogła przedstawić im mojego wspaniałego chłopaka, ani cudownych przyjaciół.
- Dla rodziny... – usłyszałam ciche słowa Zayna.
- Tak, dla rodziny, którą kocham całym sercem i która nigdy
nie pozwoliłaby mnie skrzywdzić – powiedziałam. – Więc i dla was. I dla Alex...
Jesteście moją rodziną i bardzo was wszystkich kocham – z całej siły próbowałam
się nie rozpłakać, choć czułam, że jestem na przegranej pozycji. Wzięłam głęboki wdech. – Ten obok jest dla kogoś, kto sprawił, że jestem szczęśliwa
i czuję się na tyle bezpiecznie, by móc rozwinąć skrzydła...
- Dla kogo? – zapytał szybko Niall, a po chwili jęknął z
bólu. – Za co?
- Za nic... Chyba logiczne, że chodzi o Louisa – parsknął
Liam, a ja poczułam usta mojego chłopaka na skroni.
- Wcale nie takie logiczne – mruknął Niall. – Mogło przecież
chodzić o mnie...
- Jasne... Gdyby to była lodówka, to pewnie byłoby dla ciebie – wtrącił Zayn. – A ważka? To jest ważka, tak?
- Tak – uśmiechnęłam się i pewnie strzeliłam popisowego
buraka. – Nowe życie... Ona jest dla kogoś, dzięki komu w ogóle mogę planować jakąkolwiek
przyszłość z Louisem... – usłyszałam jak Zayn wstrzymuje oddech i posłałam mu
nieśmiały uśmiech. W oczach czułam łzy. – Dzięki komu mogę tu dzisiaj być z
wami... Kto uratował mi życie... Więcej niż raz... – przytuliłam przyjaciela,
który wciąż jeszcze nic nie mówił. – Dziękuję ci...
- To ja dziękuję...
- Zapomnij! – Niall dla wzmocnienia swojej wypowiedzi jeszcze pokręcił
przecząco głową. Brakowało tylko, żeby tupnął nogą i mielibyśmy komplet. – Nigdzie
nie idę. Jeszcze mi życie miłe...
- Ktoś musi po niego iść... – jęknął Liam, zerkając nerwowo
na telefon. – Za pół godziny przyjdzie Paul i nie zostawi na nas suchej nitki, jeżeli nie będziemy w komplecie. Już i tak sporo nerwów mu napsuliśmy...
- To niech Louis idzie – powiedział Zayn, patrząc na mnie. –
Tobie nic nie zrobi...
- Żartujesz? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – Pewnie
wyrzuci mnie przez balkon i nawet się nie pofatyguje, by najpierw otworzyć drzwi...
Jestem za piękny, by umierać w taki sposób...
- Czy wy nie przesadzacie? – Kate chichotała od dobrych
kilku minut, przysłuchując się tej naszej wymianie zdań. – My wciąż rozmawiamy o pójściu po Harry’ego, tak?
- Nie inaczej – zaśmiałem się. – Chyba nie myślisz, kochanie,
że on dobrowolnie opuści Alex...
- Zwłaszcza po tych ostatnich dniach – wtrącił Liam. –
Zachowywał się jak wariat i mam tylko nadzieję, że Alex przeżyła to spotkanie,
bo tak do niej poleciał, że nie wiem, czy zdążył wyhamować...
- Ja mogę pójść. – „Oczywiście, bo przecież tam, gdzie
czterech facetów się boi pójść, to Kate wystarczy posłać...” przyciągnąłem ją
do siebie.
- Ciebie w ogóle nie bierzemy pod uwagę, bo jesteś dla nas
zbyt cenna, by ryzykować – powiedziałem. – A poza tym, nie puszczę cię samej, a
ja zbyt się boję, by iść z tobą...
- Zawsze możecie wylosować „ochotnika” – zaproponowała,
rumieniąc się na moje słowa i wtulając w mój bok.
- Nie! – Niall jak zwykle oburzył się na losowanie. – I tak
wiadomo, że padnie na mnie. To niesprawiedliwe...
- Nie marudź – powiedziałem, sięgając po leżące na stoliku
zapałki z logiem hotelu. – Krótka i mamy „szczęśliwca” – uśmiechnąłem się,
skracając jedną zapałkę.
- Ale ty nie trzymasz! – zawołał Niall, jakby to miało mu w czymś
pomóc. – Daj Katy...
- Nie zapominaj, że moja dziewczyna przynosi
szczęście tylko mi – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, podając jej zapałki.
- Jeszcze zobaczymy... – powiedział. Po chwili losowaliśmy
zapałki, modląc się o szczęście. – To niesprawiedliwe!!! – wydarł się Niall, rzucając
na stół ułamane drewienko. – Jeszcze raz! – zażądał jak zawsze.
- Może pięć razy? – parsknąłem. – Nie płacz, tylko szuraj
wyciągnąć Stylesa z ramion Alex. I możesz go zlać po drodze, że wyłączył
telefon...
- Nie chcę... – jęknął. – Czy wy naprawdę chcecie mieć mnie
na sumieniu? Jestem za młody by umierać i za mało doświadczony, by widzieć, co
się tam dzieje... – wybuchnęliśmy śmiechem na te jego lamenty.
- Chciałbyś – parsknął Zayn. – Idziesz, stary. Pamiętaj, że
masz jaja...
- No... Aż dziwne, że mogę chodzić, takie wielkie... – mruknął pod nosem, a ja aż się oplułem, wybuchając śmiechem. „Podkrada teksty
Harry’emu, czy jak?”
- Nie marudź – powiedziałem. – Przyda ci się trochę
doświadczenia, gdy w końcu znajdziesz tą swoją księżniczkę...
- A propos księżniczek – Kate zaczęła szukać czegoś w
torebce. – Mam coś dla ciebie, Niall...