poniedziałek, 18 listopada 2013

82





   Naprawdę z całych sił starałem się nie narzekać. „Przynajmniej nie głośno” sprostowałem od razu w myślach, bo przecież wiedziałem, jak było... Nie odzywałem się, gdy musieliśmy wcześnie rano wstać, by zdążyć polecieć na wywiad do Lyon. „Czasami naprawdę brakowało mi naszego tourbusa...” westchnąłem. Nic nie mówiłem, gdy fani przed radiem prawie pozbawili nas ubrań, bo barierki nie wytrzymały i ochrona nie potrafiła nad nimi zapanować. Nie marudziłem co pięć minut, że jestem głodny, mimo iż żołądek pewnie przykleił mi się do kręgosłupa i w tym momencie byłbym w stanie zrobić wiele za coś do jedzenia. Niestety co poniektórzy nie mieli już takich oporów co ja... I wcale się nie dziwiłem Paulowi, że już ma nas dość. „A na zegarze dopiero dziesiąta.
   To tylko kilka dni, a my najchętniej rzucilibyśmy to wszystko w cholerę. Zawsze myślałem, że jeżeli idzie o sprawy związane z zespołem, to nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, czy też zniechęcić. Cóż... Myliłem się. Miałem dość marudzenia i naszych wisielczych humorów. Byłem zmęczony udawaniem, jacy to jesteśmy szczęśliwi i uśmiechaniem się podczas kolejnych wywiadów. Prawda jest taka, że wszystkim brakowało uśmiechu Kate i energii Louisa. Choć pewnie i z nimi byłoby trudno... Poobijany Zayn, który wprawdzie bardzo się starał, ale po prostu nie był w stanie wykrzesać z siebie więcej. Niall, który non stop martwi się o swoją Katy i co pięć minut pyta, czy może dzwonili z nowymi wiadomościami też nie jest tym „normalnym” sobą, który potrafił zarazić wszystkich swoim śmiechem. I żeby już totalnie pognębić Paula, mamy jeszcze Harry’ego, a raczej jego ciało, bo duchem to on chyba został w Londynie. Zachowywał się tak, jakby Alex złamała mu serce. Każdy z nas próbował z nim porozmawiać o dziewczynie, ale Hazz unikał tematu jak ognia. Bąkał tylko coś pod nosem i odchodził. Bolało mnie od samego patrzenia na niego. I zachodziłem w głowę, co tak naprawdę się stało... W takim towarzystwie nic dziwnego, że i mnie dopadł dół. Na domiar złego nie mogłem dodzwonić się do Danielle, która jako jedyna mogłaby poprawić mi humor. „Oby zadzwoniła przed wieczornym wywiadem...” westchnąłem, opierając głowę o zimną szybę. Kolejne miasto, które zawsze chciałem zobaczyć, a teraz nawet nie mam ochoty popodziwiać go przez okno samochodu i najchętniej wróciłbym do domu.
   - Zaraz będziemy na miejscu – menadżer postanowił przerwać tę nienormalną ciszę. – Śniadanie już na was czeka.
   - No w końcu... – mruknął Niall, zakładając czapeczkę. Dosłownie wyjął mi te słowa z ust. Mógłbym zabić za coś do jedzenia.
   - Do trzeciej macie wolne – kontynuował Paul. – Gdybyście mieli opuścić hotel, to tylko z ochroną. O tym chyba nie muszę wam przypominać? – podniósł wzrok znad komórki. – I macie być punktualni co do minuty. Nie możemy sobie pozwolić na spóźnienia. Mam nadzieję, że nie muszę wszystkiego od nowa mówić... – spojrzał na nas pytająco.
   - Jeden wykład wystarczy, dzięki – skrzywił się Zayn, poprawiając się na siedzeniu. Jego ręka natychmiast powędrowała do bolących żeber. – Jeżeli o mnie chodzi, to mam zamiar zapakować się do łóżka i nie wychodzić z niego do ostatniej chwili... Tak więc wiecie, gdzie mnie szukać – uśmiechnął się wymuszenie.
   Gdy rozległy się ogłuszające piski i nawoływania wiedzieliśmy, że dojechaliśmy na miejsce. Z przyklejonymi uśmiechami wysiedliśmy z samochodu. Od razu obskoczyła nas ochrona, bo dojście do budynku wydawało się wręcz niemożliwe. Bylismy dosłownie otoczeni morzem fanów. „Jakim cudem oni zawsze wiedzą, w którym hotelu będziemy? Nawet ja tego nie wiedziałem...” Zauważyłem, że Paul szczególnie troskliwie obstawił Zayna, który zrobił się blady jak ściana i krzywił się z bólu, gdy dziewczyny rzucały się na niego. Starałem się prowadzić lekką pogawędkę z fankami, pozując do zdjęć i kierując się do drzwi, ale miałem wrażenie, że dziś to wręcz ponad moje siły. Chyba powinienem wziąć przykład z Zayna i również zapakować się do łóżka. „Tylko najpierw spróbuję jeszcze raz dodzwonić się do Danielle...” postanowiłem. Dotarłem do drzwi jako ostatni, prawie taranując przyjaciela, który rozglądał się niepewnie, w którą stronę powinien iść.
   - Ktoś mi zakosił czapeczkę – jęknął Niall, przeczesując dłonią włosy. Spojrzał tęsknie w stronę fanów na zewnątrz i westchnął zrezygnowany.
   - Kupię ci nową – powiedziałem, otaczając go troskliwie ramieniem i kierując się w stronę restauracji. Zayn i Harry wlekli się bez słowa za nami. Pochód zamykał Paul, który jak zwykle rozmawiał przez telefon.
   - I to niby ma być to słynne One Direction? – usłyszałem rozbawiony głos, który tak dobrze znałem. – Mi to raczej wygląda na jakiś kondukt żałobny. Ewentualnie klub emerytowanych szachistów...
   - Katy!!! Louis! – Niall wyrwał do przodu jak z procy i już ściskał swoją ukochaną „siostrę”, która śmiała się radośnie na ten pokaz czułości. Co najważniejsze i na twarzy Horana zagościł uśmiech. „Nareszcie...” ucieszyłem się. Przywitałem się Gemmą oraz Louisem, ostrożnie przytuliłem Kate, uważając na jej najnowsze rany i ciężko opadłem na krzesło. Dziewczyna wyglądała o niebo lepiej, niż kiedy ostatnio ją widziałem, choć sine ślady na ramionach zdradzały, że daleko jej jeszcze do pełni zdrowia. Zatrzęsło mną ze złości, gdy w niektórych siniakach mogłem rozpoznać ślady palców tego potwora. – Dlaczego nie powiedzieliście, że będziecie z rana? – dopytywał się blondyn, wciskając się na siedzenie obok niej i Louisa. – Jak się czujesz, Katy? Lekarz naprawdę cię wypuścił, czy może uciekłaś ze szpitala? A może...
   - Jezu... Daj jej dojść do słowa, kretynie – Lou rzucił się dziewczynie na ratunek. – Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kiedy przylecimy... – mówił, zerkając ze zdziwieniem na Harry’ego. Dopiero teraz zauważyłem, że Hazz jako jedyny wciąż stał i wpatrywał się z napięciem w siostrę. Uśmiechnęła się delikatnie do niego. „Co tu się dzieje?” skupiłem na nich swoją uwagę.
   - Wyjechała? – powiedział to tak cicho, iż miałem wrażenie, że nauczył się tego od Kate. Sam nie wiem, czy to było pytanie, czy może stwierdzenie. Brzmiało tak smutno...
   - Tak... – Gemma odpowiedziała mu równie cicho, jakby ta rozmowa toczyła się tylko między nimi, a po prawdzie to wszyscy się jej przysłuchiwaliśmy z wielką uwagą. „A więc jednak złamała mu serce...” westchnąłem, widząc rozpacz na twarzy przyjaciela. Wyglądał teraz jak siedem nieszczęść. Stał z opuszczonymi ramionami i pochyloną głową, zaciskając usta w cienką linię. Nie mogłem oderwać od niego wzroku, zastanawiając się, jak my go z tego podniesiemy. Spojrzał tęsknie, a może nawet z zazdrością, na przytulonych do siebie Kate i Louisa.
   - Dobrze was widzieć... – próbował się uśmiechnąć, ale widać było, że daleko mu do radości. Oczy Kate się śmiały do niego, a w jego była rozpacz i rezygnacja. „Takie różne...
   - Przywieźliśmy ci prezent, Harry – Kate posłała mu piękny uśmiech i wyciągnęła do niego dłoń, na której leżało małe, czarne pudełeczko. Hazz sięgnął po kartonik. Pewnie bardziej, by nie sprawić dziewczynie przykrości, niż dlatego, że był ciekawy jego zawartości. Zajrzał do środka. Na widok tego, co tam znalazł, aż oczy mu zabłysły. Spojrzał na Kate i Louisa, a na jego twarzy po raz pierwszy od kilku dni widziałem coś innego niż smutek. „Nadzieję...” Wpatrywałem się w przedmiot, który wyjął z pudełka. Ręka lalki przewiązana czerwoną wstążką. „Co to niby ma być?” zdziwiłem się i chyba nie tylko ja. – Reszta jest w twoim pokoju – dodała Kate. Miałem wrażenie, że jeszcze brzmiały w powietrzu jej słowa, a Harry’ego już nie było. Jak na kogoś, kto ma ogromne problemy z koordynacją, zadziwiająco sprawnie sobie poradził ze slalomem wokół stolików.




   Wybrałem schody, bo zdecydowanie nie miałem cierpliwości, by czekać na windę z tymi wszystkimi ludźmi w holu. Serce tłukło mi w piersi, a w głowie królowała tylko jedna myśl. „Alex.” Ściskałem w dłoni plastykową rękę lalki, którą tak dobrze znałem. To była „ta” ręka. Byłem tego pewien. Widziałem na niej nawet zarysowania od gipsu. Miałem nadzieję, że Louis nie byłby tak okrutny i naprawdę w pokoju czeka na mnie „reszta”. Ta ważniejsza. Dopadłem drzwi i siłowałem się z zamkiem. „W takich momentach żałuję, że zrezygnowano z tradycyjnych kluczy...” warknąłem pod nosem niezadowolony, gdy kolejna próba była nieudana. „Choć pewnie z kluczem też miałbym problemy...” Lampka w końcu zaświeciła się na zielono, a ja wpadłem do środka i zamarłem.
   - Alex... – wysapałem, próbując uspokoić oddech. Jak na razie z marnym skutkiem. Płuca mnie paliły. Dyszałem, jak lokomotywa, wpatrując się w kolorową postać, siedzącą na łóżku. Obok niej leżała „ta” lalka, pozbawiona ręki. Dziewczyna spojrzała mi w oczy, uśmiechając się z pewną ostrożnością. Jakby nie była pewna, czy może. Odetchnąłem głęboko, zbierając się, by coś w końcu powiedzieć.
   - Gdybyś mi tak dyszał przez telefon, wzięłabym cię za jakiegoś zboczeńca – odezwała się. – Coś kiepsko u ciebie z kondycją, Styles – puściła mi oczko. – Może powinieneś...
   - Przyjechałaś... – przerwałem jej, wciąż nie do końca wiedząc, czy mogę pozwolić sobie na radość. „A jeżeli to tylko jakaś pieprzona fatamorgana?” Miałem ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć jej palcem, by się przekonać, że naprawdę tu jest i że jest prawdziwa.
   - Co za spostrzegawczość – zaśmiała się. – Zawsze wiedziałam, że nadawałbyś się na detektywa. Jesteś taki...
   - Zostaniesz? – zapytałem szybko. Po tych słowach całe rozbawienie zniknęło z jej twarzy. Spojrzała mi w oczy i mogłem wyczytać w nich wszystko i jeszcze więcej, ale potrzebowałem to usłyszeć. „Musiałem to usłyszeć...
   - Jeśli zechcesz... – powiedziała cicho.
   - N-na jak długo? – ostrożnie zbliżyłem się do niej, zatrzymując się dosłownie przy samym łóżku. Wpatrywałem się w nią wyczekująco. Zauważyłem wesoły błysk w jej oczach. Popukała w nogę, skrytą pod gipsem. „Brzmiało jakoś inaczej...
   - Muszę to nosić jeszcze co najmniej przez kilka tygodni... – uśmiechnęła się. – Więc pomyślałam, że nudziłabym się w domu...
   - Tylko dlatego przyjechałaś? – usiadłem przy niej. – Żebym zapewnił ci trochę rozrywki?
   - Zawsze niezwykle dobrze ci to wychodzi – uśmiechnęła się, a po chwili dodała już poważniejszym tonem. – Możliwe, że nie tylko dlatego...
   Wszystko we mnie krzyczało, bym się nie odzywał. Bym nie mówił tego, co właśnie zamierzałem. Toczyłem wewnętrzna walkę, niczym dobro ze złem. Próbowałem się przekonać, że nie muszę tego wiedzieć... że przecież mogę się zadowolić tym, iż przyjechała... że nie potrzebne mi żadne deklaracje...
   - W takim razie dlaczego? – powiedziałem, nim ugryzłem się w język. „I to tyle, jeżeli idzie o moje wewnętrzne batalie...
   - Być może... Tak jakby... – widok jej, plątającej się i takiej nieśmiałej, był zdecydowanie wart uwiecznienia. – Chyba dlatego, że też... Tak jakby... Cię kocham... – zakończyła cicho.
   - Tak jakby? – moje serce tłukło się w piersi i wyrywało do niej. Ale chyba moja głowa żyła swoim życiem. Wcale nie chciałem jej dręczyć.
   - Może na pewno... – powiedziała, patrząc mi w oczy. Widziałem w nich te cudowne błyski. Śmiały się do mnie.
   - Może? – przysunąłem się bliżej i zawiesiłem wzrok na jej ustach. Uśmiechnąłem się zadowolony widząc, że zwilża je językiem.
   - Na pew... – wyszeptała, nim zaatakowałem pocałunkiem jej wargi. Dla tego szczęścia, które teraz dosłownie płynęło przeze mnie, warto chyba było tak pocierpieć te kilka dni. „Jest moja...” ucieszyłem się, błądząc dłońmi po jej ciele. Była tu i kochała mnie. W końcu się przyznała do tego, co ja wiedziałem już od dawna. Przez głowę przemknęła mi myśl, by ją wypytać o źródło jej strachu, ale odłożyłem to na później. Teraz chciałem tylko jej ust i tego, by nie przestawały mnie całować. Jej dłoni, które właśnie zrywały moją koszulę i dobierały mi się do spodni. Jej ciała, które powoli opadło na pościel, nakryte moim. Wsunąłem dłoń pod kwiecistą sukienkę, czując pod palcami drżenie jej ciała. Dosłownie kilka sekund zajęło mi zerwanie z niej tej orgii kolorów. „Sukienki zdecydowanie są niedocenianie” uśmiechnęłam się, widząc nie mniej barwną bieliznę. I gips, a raczej...
   - Skąd... – położyłem rękę na plastykowym stabilizatorze.
   - Louis jakoś to załatwił – powiedziała drżącym głosem. – Jest dużo lżejszy i łatwiej się poruszać o kulach...
   - Dlaczego od razu takiego nie dostałaś? – spojrzałem jej w oczy i przez chwilę widziałem w nich coś, co mi się niezbyt podobało.
   - Jest drogi... – usłyszałem jej cichy szept. – Nie chci... – przerwałem jej pocałunkiem.
   - To bez znaczenia – wyszeptałem prosto w usta. – Ważne, że już go masz...
   „Boże, jak ja za tym tęskniłem...” westchnąłem przerywając pocałunek i zachłannie wciągając powietrze. Zajęło mi to ułamek sekundy i już z powrotem mogłem pieścić ustami jej skórę, zmierzając ku upragnionemu celowi. „W końcu musiałem przywitać się z moimi ulubionymi motylkami...” Alex wiła się pod dotykiem moich dłoni, pojękując cicho i ponaglając mnie chwilami. Uwolniłem jej piersi ze stanika i aż zachłysnąłem się powietrzem widząc, jaka zaszła tu zmiana. Wpatrywałem się jak urzeczony w dodatkowego motylka. Był jakby kopią tego największego. Pasowały do siebie. I może byłem naiwny, doszukując się jakiś ukrytych przesłań, ale wydawało mi się, że czerwone plamy na dolnych skrzydełkach przypominają serca, a zieleń, która dominowała, na upartego była podobna do koloru moich oczu. Spojrzałem na Alex, która obserwowała mnie uważnie, uśmiechając się tajemniczo.
   - Czy to...
   - Tęskniłam za tobą... – „Tak po prostu...” westchnąłem zachwycony. Topiłem się od żaru mojego uczucia. „A może naszego?
   - Wiem... – posłałem jej łobuzerski uśmiech, wciąż zachwycając się „moim” motylkiem. –  Ja też bym za sobą tęsknił...
   - Idiota... – parsknęła, przyciągając mnie do siebie. Przejechałem kciukiem po świeżym tatuażu i spojrzałem jej głęboko w oczy.
   - Wariatka... – powiedziałem cicho, pochylając się nad nią. Mało romantyczne burczenie w brzuchu wypełniło pomieszczenie.
   - Jesteś głodny? – uniosła brwi.
   - Jestem... – musnąłem jaj wargi swoimi. – Wręcz umieram z głodu... – dodałem, rzucając się na jej usta niczym wygłodniałe zwierzę. To było niesamowite. Pożądanie pociągnęło nas oboje ze zdwojoną siłą. Miałem wrażenie, że moje serce ledwo nadąża z pompowaniem krwi. A może tylko mi się tak wydawało, bo przecież cała krew została wysłana w jedno strategiczne miejsce. Zerwałem z siebie spodnie razem z bokserkami i zachwycałem się tym, że Alex pożera mnie wzrokiem. – Z tym twoim dziwnym spojrzeniem, wyglądasz jak jakiś pedofil – zaśmiałem się, zsuwając z niej ostatni skrawek materiału.
   - Wszystkie dzieci mi to mówią – parsknęła, przejeżdżając palcami po moim brzuchu i wpatrując się w mój tatuaż. Przeniosła spojrzenie na moją twarz i mogłem zatopić się w otchłani jej tęczówek. – Chodź tu, dzieciaku – powiedziała zmienionym z pożądania głosem i przyciągnęła mnie do pocałunku.
   - Zaraz ci pokażę „dzieciaka” – mruknąłem, gdy oderwaliśmy się od siebie,  by zaczerpnąć powietrza.
   - Nie wiem, czy akurat tak bym go nazwała, ale niech ci będzie... – uniosła głowę, prosząc o pocałunek. „Jakby w ogóle musiała prosić...” parsknęło moje drugie ja. Delikatnie przygryzłem jej wargę, by po chwili wypościć ją z głośnym jękiem. Jej dłoń na moim „przyjacielu” działała cuda. To była istna magia. Ten dotyk sprawił, że miałem ochotę wyć z rozkoszy, ale zamiast tego zająłem się tym, by i jej było dobrze. Po chwili nasze westchnienia wypełniły pomieszczenie. – Harry... – poczułem jak przetacza się przez nią silny dreszcz i uśmiechnąłem się zadowolony. „To ja to sprawiłem...” Wystarczyła jednak sekunda, by jej unoszące się do góry biodra, skierowały moje myśli na inne tory. „Takie bardziej gorące.
   I tym razem była w nas pewna nieporadność i ostrożność, a wszystko za sprawą nieszczęsnego gipsu. Jednak, gdy odnaleźliśmy odpowiednią pozycję, już nic nas nie mogło zatrzymać. „Mnie na pewno.” Poruszałem się w jej gorącym wnętrzu, zapatrzony w „mojego” motylka. „Czy potrzebowałem lepszej deklaracji?” Miałem ją wymalowaną trwałym atramentem na jej skórze. Chciałem się do niego przyssać, ale zdecydowanie tatuaż był jeszcze za świeży. „Co się odwlecze...
   - Kurwa... Alex! – warknąłem, gdy raz po raz zaciskała mięśnie na moim przyjacielu w taki sposób, że myślałem, iż zaraz zwariuję. Przyspieszyłem, zaciskając zęby na jej ramieniu, by stłumić budujący się we mnie krzyk. Sięgnąłem dłonią między nasze ciała, zdając sobie sprawę, że zmierzam do mety zdecydowanie szybciej niż ona. „Nie zrobisz mi tego, kochanie...” Przyssałem się do jej piersi i uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej głośne westchnienia, przyspieszony i drżący oddech, a także niecierpliwe warknięcia. „Tak lepiej...” oceniłem zadowolony i była to chyba ostatnia w miarę klarowna myśl w mojej głowie. Potem już tylko pieprzone fajerwerki.
   - Chyba właśnie przeszedłem zawał – wysapałem po chwili z głową opartą na ramieniu Alex. Z trudem nabierałem powietrze i dosłownie nie mogłem się ruszyć. Wciąż obejmowała mnie swoim gorącym wnętrzem i samo wspomnienie o tym, uruchomiło jakąś zapasową baterię w mojej głowie. Znów robiłem się twardy. Spojrzałem w brązowe tęczówki i uśmiechnąłem się łobuzersko.
   - Chcesz mnie zabić? – wysapała, kręcąc głową z niedowierzaniem.
   - Zdecydowanie nie mam tego w planach – przyssałem się do jej opuchniętych warg. – Ale zawsze mogę spróbować – poruszyłem się w niej powoli. – Jesteś cudowna...
   - Już mnie zaliczyłeś, Styles, nie musisz więcej słodzić – przejeżdżała paznokciami po moich plecach, rysując ścieżkę wzdłuż kręgosłupa. – Wiem, że daleko mi do ideału...
   - Jesteś głupia – cmoknąłem ją czubek nosa, uśmiechając się zawadiacko. – Wiesz co jest w tobie idealne? – spojrzała na mnie, wyczekując odpowiedzi. Poruszyłem się w niej gwałtownie. – W tym momencie, to ja... – parsknęła śmiechem, przyciągając mnie do siebie.
   - Jesteś idiotą – wyszeptała, nim zamknęła mi usta namiętnym pocałunkiem. Uniosła biodra, dając mi do zrozumienia, że czas na rundę drugą. „Moja wariatka...




   - Uciekasz od towarzystwa? – odezwałam się, wychodząc za Zaynem na balkon. Zatrzymałam się za drzwiami, nie bardzo wiedząc, w którą stronę się skierować.
   - Aż tak widać? – mruknął pod nosem. Usłyszałam kroki i po chwili poczułam jego palce zaciskające się na mojej dłoni. Pociągnął mnie do siebie i po już chwili opieraliśmy się o barierkę. Czułam na twarzy ciepłe promienie słońca. – Jak się czujesz, Mała?
   - Całkiem dobrze – uśmiechnęłam się, przewracając oczami na to określenie, które niestety już chyba się przyjęło na stałe. – O dziwo... A ty?
   - Mam tylko kilka siniaków... To nic takiego – powiedział. – Wygląda na to, że mam więcej szczęścia niż rozumu.
   - A jak się czujesz... tak naprawdę... – dodałam ciszej. Tym razem nie odezwał się z żadną zbywającą mnie formułką.
   - Sam nie wiem... – odezwał się po chwili, gdy już myślałam, że jednak nie zaszczyci mnie żadną odpowiedzią. – Wciąż jeszcze nie rozmawialiśmy... – westchnął ciężko. – Cały czas szukam wymówek, by do niej nie zadzwonić...
   - Zayn...
   - Nie musisz mi mówić, że źle robię, Kate... – nie dał mi dojść do słowa. – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, co do niej czuję, ale to nie znaczy, że nie mam żalu...
   - Myślę, że Perrie sama już się ukarała – powiedziałam, pocieszająco obejmując go ramieniem. – Musi być jej bardzo ciężko teraz... Została całkiem sama. Bez przyjaciółki i bez chłopaka... Nie wiedząc, na czym stoi... Nie wierzę, że jest ci obojętne jej cierpienie. Męczycie się oboje, Zayn... A przecież nie musi tak być...
   - Nie jestem tobą, Kate – poczułam jego usta na czole. – Nie potrafię tak łatwo wybaczać...
   - Wiem... – powiedziałam. – Może nie jest łatwo, ale na pewno potrafisz wybaczać... Kochasz ją?
   - Tak – odpowiedział natychmiast. „Oczywiście, że tak...
   - W takim razie już jej wybaczyłeś, Zayn... – uśmiechnęłam się do niego. – Znasz ją przecież lepiej niż ktokolwiek. Wiesz, że chciała dobrze... Dla wszystkich... To naprawdę cudowna cecha... Boisz się jej zaufać, ale przecież bez zaufania nie ma miłości... A skoro twierdzisz, że ją kochasz... Może to, co cię powstrzymuje, to po prostu strach...
   - Niby czego się boję? – odezwał się cicho.
   - Podjęcia decyzji? Nikt tego za ciebie nie zrobi... – dodałam, opierając głową na jego ramieniu.
   - Wiem... – usłyszałam po chwili razem z głośnym westchnieniem.
   - Katy!!! – drgnęliśmy na ten okrzyk Nialla. Po chwili jego kroki zadudniły na balkonie. – Dlaczego się nie chwalisz? Pokaż...
   - Co? – zdziwiłam się, wyrwana z moich myśli odnośnie Perrie i Zayna.
   - No jak to co? Tatuaż.
   - Zrobiłaś tatuaż? – usłyszałam zdziwienie w głosie Zayna. Mogłam sobie wyobrazić, jak patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami i pewnie nie wierzy. – Tego motylka mamy?
   - Tego – uśmiechnęłam się, podciągając rękaw bluzki jak najdalej się dało. Słyszałam rozbawiony głos Louisa, potwierdzającego Liamowi, że naprawdę zrobiłam ten tatuaż. „Co w tym takiego dziwnego?” – I jeszcze jednego...
   - Co? – dłoń Nialla pomogła mi z bluzką, bo najwyraźniej już się nie mógł doczekać. – Ja pierniczę... – powiedział na wydechu. – Zaszalałaś...
   - Jest śliczny, Kate – nie wiedzieć kiedy Liam znalazł się obok nas.
   - Ale trzy? Dlaczego akurat trzy? – dopytywał się Niall, wciąż przytrzymując materiał bluzki.
   - Właśnie – odezwał się Zayn. – Dlaczego aż trzy?
   - Powiedz im kochanie – Lou podszedł do mnie i objął w pasie ramionami. Poczułam muśniecie gorących warg obok „tego” motylka. – To wam się spodoba...
   - To jest ten twojej mamy... – Liam dotknął palcem skórę obok wspomnianego tatuażu.
   - Tak – uśmiechnęłam się zadowolona, że pamiętał. – Ten zawsze chciałam zrobić... Dla niej. Dla taty. Też dla babci - wzruszyłam lekko ramionami, nagle przygnieciona faktem, że nikogo z nich już nie ma. Nigdy nie będę mogła przedstawić im mojego wspaniałego chłopaka, ani cudownych przyjaciół.
   - Dla rodziny... – usłyszałam ciche słowa Zayna.
   - Tak, dla rodziny, którą kocham całym sercem i która nigdy nie pozwoliłaby mnie skrzywdzić – powiedziałam. – Więc i dla was. I dla Alex... Jesteście moją rodziną i bardzo was wszystkich kocham – z całej siły próbowałam się nie rozpłakać, choć czułam, że jestem na przegranej pozycji. Wzięłam głęboki wdech. – Ten obok jest dla kogoś, kto sprawił, że jestem szczęśliwa i czuję się na tyle bezpiecznie, by móc rozwinąć skrzydła...
   - Dla kogo? – zapytał szybko Niall, a po chwili jęknął z bólu. – Za co?
   - Za nic... Chyba logiczne, że chodzi o Louisa – parsknął Liam, a ja poczułam usta mojego chłopaka na skroni.
   - Wcale nie takie logiczne – mruknął Niall. – Mogło przecież chodzić o mnie...
   - Jasne... Gdyby to była lodówka, to pewnie byłoby dla ciebie – wtrącił Zayn. – A ważka? To jest ważka, tak?
   - Tak – uśmiechnęłam się i pewnie strzeliłam popisowego buraka. – Nowe życie... Ona jest dla kogoś, dzięki komu w ogóle mogę planować jakąkolwiek przyszłość z Louisem... – usłyszałam jak Zayn wstrzymuje oddech i posłałam mu nieśmiały uśmiech. W oczach czułam łzy. – Dzięki komu mogę tu dzisiaj być z wami... Kto uratował mi życie... Więcej niż raz... – przytuliłam przyjaciela, który wciąż jeszcze nic nie mówił. – Dziękuję ci...
   - To ja dziękuję...




   - Zapomnij! – Niall dla wzmocnienia swojej wypowiedzi jeszcze pokręcił przecząco głową. Brakowało tylko, żeby tupnął nogą i mielibyśmy komplet. – Nigdzie nie idę. Jeszcze mi życie miłe...
   - Ktoś musi po niego iść... – jęknął Liam, zerkając nerwowo na telefon. – Za pół godziny przyjdzie Paul i nie zostawi na nas suchej nitki, jeżeli nie będziemy w komplecie. Już i tak sporo nerwów mu napsuliśmy...
   - To niech Louis idzie – powiedział Zayn, patrząc na mnie. – Tobie nic nie zrobi...
   - Żartujesz? – spojrzałem na niego jak na idiotę. – Pewnie wyrzuci mnie przez balkon i nawet się nie pofatyguje, by najpierw otworzyć drzwi... Jestem za piękny, by umierać w taki sposób...
   - Czy wy nie przesadzacie? – Kate chichotała od dobrych kilku minut, przysłuchując się tej naszej wymianie zdań. – My wciąż rozmawiamy o pójściu po Harry’ego, tak?
   - Nie inaczej – zaśmiałem się. – Chyba nie myślisz, kochanie, że on dobrowolnie opuści Alex...
   - Zwłaszcza po tych ostatnich dniach – wtrącił Liam. – Zachowywał się jak wariat i mam tylko nadzieję, że Alex przeżyła to spotkanie, bo tak do niej poleciał, że nie wiem, czy zdążył wyhamować...
   - Ja mogę pójść. – „Oczywiście, bo przecież tam, gdzie czterech facetów się boi pójść, to Kate wystarczy posłać...” przyciągnąłem ją do siebie.
   - Ciebie w ogóle nie bierzemy pod uwagę, bo jesteś dla nas zbyt cenna, by ryzykować – powiedziałem. – A poza tym, nie puszczę cię samej, a ja zbyt się boję, by iść z tobą...
   - Zawsze możecie wylosować „ochotnika” – zaproponowała, rumieniąc się na moje słowa i wtulając w mój bok.
   - Nie! – Niall jak zwykle oburzył się na losowanie. – I tak wiadomo, że padnie na mnie. To niesprawiedliwe...
   - Nie marudź – powiedziałem, sięgając po leżące na stoliku zapałki z logiem hotelu. – Krótka i mamy „szczęśliwca” – uśmiechnąłem się, skracając jedną zapałkę.
   - Ale ty nie trzymasz! – zawołał Niall, jakby to miało mu w czymś pomóc. – Daj Katy...
   - Nie zapominaj, że moja dziewczyna przynosi szczęście tylko mi – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, podając jej zapałki.
   - Jeszcze zobaczymy... – powiedział. Po chwili losowaliśmy zapałki, modląc się o szczęście. – To niesprawiedliwe!!! – wydarł się Niall, rzucając na stół ułamane drewienko. – Jeszcze raz! – zażądał jak zawsze.
   - Może pięć razy? – parsknąłem. – Nie płacz, tylko szuraj wyciągnąć Stylesa z ramion Alex. I możesz go zlać po drodze, że wyłączył telefon...
   - Nie chcę... – jęknął. – Czy wy naprawdę chcecie mieć mnie na sumieniu? Jestem za młody by umierać i za mało doświadczony, by widzieć, co się tam dzieje... – wybuchnęliśmy śmiechem na te jego lamenty.
   - Chciałbyś – parsknął Zayn. – Idziesz, stary. Pamiętaj, że masz jaja...
   - No... Aż dziwne, że mogę chodzić, takie wielkie... – mruknął pod nosem, a ja aż się oplułem, wybuchając śmiechem. „Podkrada teksty Harry’emu, czy jak?
   - Nie marudź – powiedziałem. – Przyda ci się trochę doświadczenia, gdy w końcu znajdziesz tą swoją księżniczkę...
   - A propos księżniczek – Kate zaczęła szukać czegoś w torebce. – Mam coś dla ciebie, Niall...


niedziela, 10 listopada 2013

81





   - Gotowa? – usłyszałam od strony drzwi i po prostu nie mogłam się nie uśmiechnąć. Louis. „I wszystko jasne...” miałam wręcz wrażenie, że moje drugie ja teatralnie przewraca oczami. „To więcej niż pewne...” Ale czy ja coś mogłam poradzić na to, że najzwyczajniej w świecie się zakochałam i wystarczył sam dźwięk jego głosu bym czuła te słynne motylki w brzuchu? „A może po prostu jesteś głodna?
   - Prawie – usiłowałam zawiązać trampki, krzywiąc się, gdy plecy przeszył mi ból. Zdecydowanie nie było tak kolorowo, jak to sobie wyobrażałam. Leki bardzo pomagały, ale nawet one nie mogły zdziałać cudu. „Swoje będzie trzeba wycierpieć...” westchnęłam. Usłyszałam ciche kroki i po chwili palce mojego chłopaka sprawnie poradziły sobie ze sznurówkami. – Dziękuję...
   - Nie ma za co, skarbie – poczułam jego usta na czole. – Na pewno wszystko dobrze? – ogromna troska przebrzmiewała z każdego słowa. – Może to jednak za szybko...
   - Nie martw się tyle – powiedziałam cicho, unosząc rękę do jego twarzy. – Bywało gorzej, przecież wiesz... – wtulił policzek w moją dłoń, sprawiając mi tym wielką radość. – No i przecież lekarz się zgodził – dodałam, by już porzucić ten temat zupełnie. – Jedźmy do Alex...
   - W porządku... – westchnął, całując wnętrze mojej dłoni. – Ale pamiętasz o naszej umowie?
   - Jak mogłabym zapomnieć? – przewróciłam oczami, a przynajmniej miałam nadzieję, że tak to wyglądało. – Kazałeś mi to obiecać co najmniej z tuzin razy...
   - Wcale nie aż tyle... – bąknął pod nosem.
   - No to może tylko jedenaście – zaśmiałam się. – Obiecuję mówić ci wszystko – położyłam dłoń na sercu. – Nawet jeżeli to będzie tylko ból głowy, czy obdarta pięta – zachichotałam. – Może być?
   - Chyba musi... – westchnął. – I już się tak nie podśmiechuj ze mnie – pomógł mi zeskoczyć z łóżka. – To twoja wina. Zawsze wszystko trzymasz w sobie i cierpisz... Gdyby nie to, nie musiałbym stosować takich drastycznych środków. Gdzie masz bluzę, skarbie?
   - W torbie...
   - Lepiej ją załóż – usłyszałam dźwięk rozpinanego zamka. – Jest chłodno i zanosi się na deszcz...
Rozległo się pukanie do drzwi.
   - Cześć, Mała – usłyszałam wesoły głos Adama. „Jeszcze jeden?” jęknęłam w duchu, słysząc to popularne ostatnio określenie. „Wcale nie jestem taka mała...” Miałam wrażenie, że moje drugie ja o mało się nie udusiło ze śmiechu na te moje mądrości. – Jesteście gotowi?


   - Masz szczęście, że cię kocham – westchnął Louis, gdy zatrzymaliśmy się na parkingu przed McDonald's.
   - Wiem o tym... – ścisnęłam jego dłoń. – Ja też cię kocham... – kolejny raz głośno odezwał się mój żołądek. Usłyszałam śmiech Adama. „No teraz to przebiłam nawet Nialla...” – Słyszysz? – wskazałam na mój brzuch.
   - Ciężko nie usłyszeć – parsknął rozbawiony ochroniarz. – Zaczynam wierzyć, że jednak macie jakieś wspólne geny z pewnym Irlandczykiem...
   - Wciąż twierdzę, że powinnaś zostać w samochodzie... – westchnął Louis, wysiadając. Powiew świeżego powietrza owionął moją twarz. Odetchnęłam głęboko. Poczułam silne palce splatające się z moimi i po chwili kroczyłam zadowolona przez skąpany w deszczu parking. „Cudowne uczucie, po tych dniach w spędzonych w szpitalnym łóżku...” – Całe szczęście, że jest w miarę pusto – usłyszałam po chwili. „Zdecydowanie za dużo się martwi...” – To idę po te twoje upragnione frytki...
   Usiedliśmy z Adamem przy jednym z wolnych stolików i grzecznie czekaliśmy na nasze pyszności. Rzeczywiście lokal wydawał się prawie pusty. Gdy ostatnim razem byłam w McDonald’s było tak głośno, że ledwie słyszałam swoje myśli, a teraz mogłam usłyszeć głos Louisa, składającego całkiem niemałe zamówienie. Uśmiechnęłam się rozmarzona...
   - Przysięgam – usłyszałam głos, który wydawał mi się znajomy. – Jesteś chyba jedyną osobą na świecie, która w lokalach z fast foodami zamawia sałatki – zachichotałam, przypominając sobie, skąd znam dziewczynę. „No, powiedzmy, że znam...” poprawiłam się. – Widziałaś jak się ten koleś na mnie gapił? Jakby mi nagle druga głowa wyrosła...
   - Gapił się tak na ciebie, bo nie mógł uwierzyć, że masz zamiar pożreć porcję wielką jak dla wojska... – najwyraźniej dziewczyny powtarzały podobną rozmowę za każdym razem, gdy odwiedzały przybytki takie jak ten. Przypomniałam sobie rozmowę z Niallem na temat, jak to on określił, jego wymarzonej dziewczyny.
   - Wcale nie zamówiłam tak dużo – oburzyła się. – I zrezygnowałam z deseru, żeby cię nie kusić w tej twojej głupiej diecie... – Czyżbym słyszała smutek w jej głosie? „Wypisz wymaluj Niall...” zachichotałam.
   - Co za poświęcenie z twojej strony. Nie wiem, jak ty to przeżyjesz... – musiałam przygryźć wargę, by nie zdradzić się z podsłuchiwaniem, ale naprawdę niewiele mi brakowało, by wybuchnąć śmiechem. – I ta dieta wcale nie jest głupia. A tak przy okazji, to zamiast marudzić, powinnaś mnie na rękach nosić. Już zapomniałaś, że kryłam twoją spóźnialską dupę przed szefem? – jako odpowiedź usłyszałam serię bliżej niezrozumiałych dźwięków. – Boże... Przestań, bo mi się w żołądku przewraca. Mama ci nie mówiła, że nie mówi się z pełną gębą? Nie odpowiadaj! – dodała szybko. Usłyszałam głośne przełknięcie.
   - Może i mówiła, ale jak jem, to czasami mam problemy ze słuchem...
   - To dlaczego cię nie było?
   - Zaspałam...
   - Znowu?
   - No tak jakoś wyszło... Obudziłam się, była szósta. Dosłownie raz mrugnęłam i zrobiła się ósma...
   Po tych słowach już nie mogłam zapanować nad śmiechem. „Boże, oni naprawdę są dla siebie stworzeni...” Odwróciłam się do dziewczyn, by przeprosić za podsłuchiwanie i może dowiedzieć się czegoś więcej o tej wymarzonej dziewczynie przyjaciela.


   Leżałam obok przyjaciółki, wsłuchując się w jej chrapanie i cierpliwie czekając, aż się obudzi. W głowie odtwarzałam to wszystko, czego dowiedziałam się od Gemmy i najzwyczajniej w świecie byłam zła. Na siebie, na niego, na tą całą sytuację. Czułam, że zawiodłam jako przyjaciółka... Tak byłam skupiona na sobie i swoich problemach, że przegapiłam moment, w którym byłam jej potrzebna. Przecież wiedziałam, że z Harrym zbliżyli się do siebie. Westchnęłam ciężko. „Powinnam to przewidzieć i porozmawiać z nią zawczasu...
Usłyszałam ciche pukanie i drzwi otworzyły się prawie bezszelestnie.
   - Skarbie? – uśmiechnęłam się, słysząc ten ukochany przeze mnie głos. – Wyskoczę na chwilę coś załatwić – powiedział cicho, chociaż zupełnie niepotrzebnie, bo chrapanie Alex zdecydowanie było o wiele głośniejsze, a jakoś jej nie przeszkadzało w spaniu. – Adam z wami zostanie...
   - Dobrze... – uśmiechnęłam się. „Zakład o wszystko, że zgadnę co teraz powie?
   - Nie schodź sama po schodach... – dodał po chwili. „A nie mówiłam?” Kiwnęłam głową. W tej chwili i tak się nigdzie nie wybierałam. – Powinienem być z powrotem do godziny – poczułam jego gorące wargi na swoich. – Bądź grzeczna...
   - Postaram się... – musnęłam jego policzek palcami, czując pod nimi szorstki zarost. – Ale nie obiecuję – puściłam mu oczko, przyciągając do jeszcze jednego pocałunku.
   - Niedługo wracam – powiedział i po chwili zamykał za sobą drzwi.
   - Jesteś szczęśliwa... – usłyszałam zaspany głos przyjaciółki. Nie było to pytanie. Znała mnie lepiej niż ktokolwiek, choć nawet ona nie wiedziała wszystkiego. „Tylko Louis...
   - Jestem... – uśmiechnęłam się, obracając się delikatnie w jej stronę tak, by nie rozerwać szwów. – Jak jeszcze nigdy w życiu – powiedziałam, wyciągając do niej rękę. – Chciałabym żebyś ty też była...
   - Już wiesz? – westchnęła, pociągając nosem i bawiąc się moimi palcami. Zawsze to robiła. Unikała wtedy patrzenia mi w oczy, choć wiedziała, że przecież i tak nie mogę spojrzeć w jej.
   - Podobno jutro wracasz do domu.. – powiedziałam cicho. – Dlaczego to robisz? Przecież wiem, że nie chcesz jechać...
   - Złapali go... Już nie muszę tu siedzieć...
   - Nie o to pytam, Alex – wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale wiedziałam też, skąd wziął się ten strach. – Harry to nie Dave... – dodałam cicho. Usłyszałam jak gwałtownie wciąga powietrze. Mogłam się tego spodziewać, wymawiając zakazane imię. – Nigdy by cię tak nie potraktował...
   - Może nie teraz, ale później... – zaczęła, ale nie mogłam dać jej skończyć.
   - Ani teraz, ani nigdy – powiedziałam, święcie przekonana, że mam rację. – Przecież poznałaś go nie gorzej niż ja. On ma swój własny świat i swoje wartości, którymi kieruje się w życiu. Zakochał się w tobie takiej, jaka jesteś i ani przez chwilę nie próbował cię zmienić. Dlaczego myślisz, że to się stanie? To, że Dave był idiotą, to jeszcze nie znaczy, że Harry też taki będzie... – usłyszałam chiche parsknięcie i przypomniałam sobie, że akurat tym określeniem przyjaciółka często komplementowała Harry’ego. Postanowiłam spróbować z innej strony. – Zawsze mi powtarzałaś, że wszystkiego w życiu trzeba spróbować, by z całą pewnością wiedzieć, że to nie to...
   - Spróbowałam... – w końcu się odezwała. „A więc jeszcze nie jestem bez szans...
   - Wiem... – ścisnęłam jej dłoń w pokrzepiającym geście. – I spodobało ci się...
   - To prawda – powiedziała, wzdychając. – Ja po prostu... On... Ja... – plątała się, próbując ubrać swoje odczucia w słowa.
   - Co się stało z moją przyjaciółką, która miała w głębokim poważaniu to, co myślą inni? – postanowiłam ją trochę przycisnąć. – Poddasz się tak bez walki? Pojedziesz do domu i będziesz go nieszczęśliwie kochała, płacząc nad tym, co mogłabyś mieć, gdybyś tylko zaryzykowała?
   - Nie kocham go... – szepnęła, ale nie trzeba było wykrywacza kłamstw, by wiedzieć, że nie jest to prawdą.
   - Alex – zmusiłam ją, by na mnie spojrzała. – Ja jestem ślepa, nie głupia.
   - Kocham go... – powiedziała łamiącym się głosem i przytuliła mnie do siebie.
   - Może powinnaś mu to powiedzieć? – dodałam cicho.
   - Już za późno...
   - Nieprawda – powiedziałam, całkowicie przekonana, że mam rację.
   - Nie widziałaś go, Kate... – pociągnęła nosem. – Zraniłam go... Bardzo...
   - On zrozumie, gdy wyznasz mu prawdę... – głaskałam ją po plecach, czując jak jej łzy moczyły mi bluzę.
   - Nie mogę... – jęknęła. – Sama wiesz najlepiej, że to nie jest takie proste...
   - Opowiedziałam wszystko Louisowi...
   - Co? – usłyszałam po chwili jej zdumiony głos. Odsunęła mnie od siebie na wyciągnięcie rąk. – Naprawdę to zrobiłaś... – powiedziała, a w jej głosie słyszałam to, jak bardzo jest ze mnie dumna. – Jesteś niesamowita... – przyciągnęła mnie do siebie i zamknęła w mocnym uścisku. – Mówiłam ci, że pewnego dnia... – teraz już nie byłam pewna, z jakiego powodu płacze.
   - Miałaś rację – uśmiechnęłam się. – Teraz ja ją mam...




   Wpatrywałem się w schody prowadzące na pokład i po prostu wiedziałem, że nie mogę tego zrobić. „Nie tak. Nie w ten sposób.
   - Teraz ty czekasz na specjalne zaproszenie? – zaśmiał się Niall, mijając mnie. Patrzyłem za nim i po prostu nie mogłem się zmusić, by wejść na pokład. Cofnąłem się do tyłu, wpadając na Liama.
   - Co ty wyprawiasz? Wchodź... – pchnął mnie do przodu, ale ja byłem jak przyrośnięty do betonu. Kręciłem głową. „Nie mogę tego zrobić...” – Harry?
   - Muszę wrócić... – powiedziałem bardziej do siebie niż do niego. – Muszę po nią wrócić...
   - Boże, co znowu? – głos Paula na chwilę mnie otrzeźwił. – Dlaczego nie wsiadacie?
   - Muszę wrócić do domu – mierzyłem się z nim wzrokiem, oddając swoją torbę Liamowi. – Muszę pojechać do domu. Dosłownie na pięć minut.
   - Harry... – w głosie menadżera pobrzmiewała groźna nuta. – Co się z tobą dzieje, do cholery?
   - Nie mogę lecieć – powiedziałem. – Nie mogę tego tak zostawić – próbowałem ominąć go łukiem, ale dłoń Liama, zaciskająca się na moim ramieniu, skutecznie mi to uniemożliwiła. – Puszczaj! – warknąłem. – Nigdzie nie lecę. Nie teraz – wyrwałem się i pognałem w stronę, z której dopiero co przyszliśmy. – Zarezerwuj mi najbliższy lot! – zawołałem, nie oglądając się za siebie. Przed lotniskiem wskoczyłem do pierwszej taksówki, nic sobie nie robiąc z tego, że zgarnąłem ją sprzed nosa starszej kobiecie. Paul dobijał mi się na komórkę, ale nie miałem teraz nastroju na rozmowy i słuchanie jego gróźb i pretensji.
   Wpadłem do domu, prawie wyrywając drzwi z zawiasów i przyprawiając Gemmę o niemały zawał. Rozejrzałem się dookoła.
   - Jest na górze – siostra posłała mi rozbawione spojrzenie. – Wiedziałam, że długo bez niej nie wytrzymasz, ale takiego wyniku, to nawet ja się nie spodziewałam – zaśmiała się. Coś tam jeszcze mówiła, ale ja już jej nie słuchałem. Pokonywałem po dwa schody na raz, byle tylko szybciej znaleźć się w sypialni.
   Otworzyłem drzwi, z hukiem wpadając do pokoju. Pierwsze co zauważyłem, to zapłakana twarz Alex i jej oczy, rozszerzające się ze zdziwienia.
   - Harry? – wyszeptała, wpatrując się we mnie, jakby nie wierzyła, że naprawdę przed nią stoję.
   - Nie mogę lecieć bez ciebie – powiedziałem, podchodząc do łóżka i zgarniając ją w ramiona. – To nie może się tak skończyć, rozumiesz? Nie tak, jakby to nigdy nic nie znaczyło...
   - Boże, Harry, co ty zrobiłeś? – patrzyła mi w oczy z przerażeniem, szukając w mojej twarzy odpowiedzi.
   - Uciekłem z lotniska – powiedziałem, ścierając kciukiem łzy z jej policzków. – Paul mnie zabije – uśmiechnąłem się. – Ale nie mogłem pozwolić, byś wyjechała. Nie teraz. Nie tak. Kocham cię, czy ty tego nie rozumiesz?
   - Ty idioto... – wyszeptała, wpatrując się we mnie, jakby wciąż nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę.
   - Oczywiście, że jestem idiotą – spojrzałem jej w oczy. – W końcu zakochałem się w wariatce... – zauważyłem delikatnie drżenie jej warg, jakby starała się nie uśmiechnąć. – Nie chcesz ze mną lecieć? W porządku. Nie chcesz tu zostać? Też dobrze. Jedź do domu. Zrób cokolwiek tylko chcesz, ale nie udawaj, że my nic nie znaczyliśmy... że ja nic nie znaczyłem... – kolejne łzy zalśniły w jej oczach. – Czy naprawdę nie możesz choć spróbować mnie pokochać?
   - Harry... – westchnęła i ukryła twarz w mojej koszuli.
   - Proszę, zostań ze mną... – łkała w moich ramionach tak, że cały się trząsłem.
   - Harry? Harry... – wpatrywałem się w nią i byłem coraz bardziej przerażony tym, że stopniowo zaczęła blednąć. – Hazz! – uderzenie w ramię przywróciło mnie do rzeczywistości. Gy ujrzałem przed sobą twarz Liama, autentycznie miałem ochotę się rozpłakać. – Harry?
   - Czego? – warknąłem na niego ze złością, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że to nie on jest winny temu, że się poddałem i nie wróciłem po nią, gdy jeszcze mogłem to zrobić...
   - Dojechaliśmy... – spojrzał na mnie z troską w oczach i zrobiło mi się jeszcze gorzej. Nie chciałem ich troski. Nie chciałem nic od nikogo. Chciałem tylko Alex. „I spieprzyłem to na całej linii, zostawiając ją... Jestem takim idiotą, że szkoda gadać...




   Kolejny wywiad. Siedzieliśmy ściśnięci na czerwonej kanapie, wpatrując się w parę przed nami. Wsłuchiwałem się w mężczyznę i sam już nie wiem, który raz, odkąd przylecieliśmy, żałowałem, że nie znam francuskiego. Kobieta cicho tłumaczyła nam wszystko, co mówi jej kolega.
   Spojrzałem na chłopaków i odetchnąłem z ulgą, że to nie jest wywiad dla telewizji. Wyglądaliśmy tak, że szkoda gadać. Brakowało nam Louisa i jego wiecznego optymizmu, niecierpliwego kręcenia się i ogólnie jego wesołej i głośnej osobowości. Czułem się dziwnie bez niego obok. I sądząc po minach pozostałych, oni myśleli podobnie. Bez Lou nie byliśmy sobą.
   Po standardowym powitaniu i wymianie uprzejmości, mogliśmy przejść do zadawania pytań i chyba nikogo nie zdziwił fakt, że pierwsze dotyczyło właśnie Louisa i jego nieobecności.
   - Na waszej stronie internetowej można przeczytać, że Lou z przyczyn osobistych dołączy do was później – tłumaczyła kobieta. – Czy możecie nam powiedzieć, co się stało?
   - Nie jest żadną tajemnicą, że Kate, dziewczyna Louisa, była w szpitalu – powiedziałem. – Cała sprawa wyglądała dość groźnie i doszliśmy do wniosku, że nie możemy go zmuszać, by ją zostawił w takim momencie. Nie chcieliśmy rozczarować fanów odwoływaniem przyjazdu, czy choćby przesuwaniem terminów i postanowiliśmy, że Louis dołączy do nas, gdy tylko Kate poczuje się lepiej.
   - Dziś rano z nim rozmawialiśmy i spodziewamy się ich w najbliższych dniach – dodał Zayn.
   - Czyli wszystko skończyło się dobrze?
   - Tak, na to wygląda – uśmiechnął się Niall, sięgając po wodę. – Katy czuje się już o niebo lepiej i lekarz zgodził się ją wypisać ze szpitala. Teraz to tylko kwestia czasu, kiedy przylecą do Francji...
   - Zayn, słyszeliśmy, że i ty wylądowałeś na ostrym dyżurze... Wszystko w porządku?
   - Tak, dzięki – wszyscy kręciliśmy się na kanapie, marząc, by to się jak najszybciej skończyło. – Miałem mały wypadek, ale obyło się bez poważnych obrażeń. Na szczęście mogłem przylecieć do Paryża z chłopakami.
   „Czy tylko mi się wydaje, że to najgorszy wywiad jak na razie w naszej krótkiej karierze?” westchnąłem zrezygnowany. Bez Louisa byliśmy ledwo cieniami samych siebie. I mimo iż już wiedzieliśmy, że nie mamy powodów do zmartwień, to jednak każdy z nas odetchnie z ulgą, gdy już będziemy w komplecie.
   Starałem się nadrabiać miną i odpowiadać jak najlepiej i najciekawiej na wszystkie pytania. Dzięki Bogu Niall i Zayn dzielnie mnie w tym wspierali.  Miałem nadzieję, że w trójkę udało nam się zamaskować fakt, że Harry nie odezwał się ani słowem, odkąd usiadł na tej kanapie. Wyglądało na to, że on też pozostał w Londynie. Przynajmniej duchem. „A już na pewno sercem...” dodałem, przypominając sobie moją ostatnią rozmowę z Danielle i jej rewelacje. Nie mogłem uwierzyć, że nie zauważyłem wcześniej tego, że Hazz zakochał się w Alex. Teraz to wydawało się takie oczywiste. Tylko jedno mi się nie zgadzało. Zdaniem Danielle, oboje wpatrywali się w siebie jak w obrazek, więc niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego on wygląda, jakby przepuszczono mu serce przez wyżymaczkę. „Czyżby dała mu kosza?




   - Wciąż nie mogę uwierzyć, że przyjechałeś aż do Londynu – powiedziała Kate, mocno zaciskając palce na mojej dłoni. Wiedziałem, że ją boli, ale dzielnie się trzymała. Zerknąłem na Alex. Myślami była chyba daleko stąd. W ogóle nie przypominała głośnej i wesołej dziewczyny, którą była jeszcze nie tak dawno. Nawet jej kolory wydawały się jakieś blade...
   - Przecież obiecałem ci twój pierwszy tatuaż – zaśmiał się Adam, pokrywając czarnym tuszem delikatną skórę Kate. Krzywiłem się za każdym razem, gdy pojawiała się krew. Chyba przeżywałem to bardziej niż ona. – I tak planowałem odwiedzić rodzinę, więc całkiem dobrze się złożyło, że Harry zadzwonił...
   - Strasznie się cieszę, że to akurat ty... – „No nie przesadzajmy...” spojrzałem na mężczyznę, który wydawał się bardziej niż zadowolony ze słów dziewczyny. „Jeszcze chwila i będę o niego zazdrosny...” objąłem Kate ramieniem w pasie, przypominając o swojej obecności. „Jesteś tak obrzydliwie oczywisty, stary...
   - Ja też się cieszę – „Przysięgam, że jeśli powie coś o byciu jej pierwszym, to dam mu po mordzie i nic mnie nie będzie obchodzić, że zrobił nam przysługę...” – że mogę zrobić twój pierwszy tatuaż. – „Idiota” podsumowało mnie moje drugie ja. – Zwłaszcza, gdy mi powiedziałaś, co on dla ciebie znaczy...
   - Powiedziała ci? – zdziwiłem się. – Dlaczego mi nie chciałaś...
   - Ty dowiesz się później – posłała mi jeden z tych swoich uśmiechów, od których miękły mi kolana i nic więcej nie potrzebowałem wiedzieć. „Przynajmniej w tym momencie.” Choć zżerało mnie z ciekawości. Już gdy zobaczyłem odbity wzór na jej skórze zastanawiałem się dlaczego postanowiła wytatuować sobie nie tylko motylka mamy, ale i dwa inne. Spojrzałem na Alex.
   - Tobie powiedziała? – zapytałem i wcale nie byłem zdziwiony, gdy pokiwała głową w potwierdzeniu. – Czy tylko ja nie wiem? – Zadowolone miny pozostałych mówiły same za siebie. – To niesprawiedliwe...




   - To była kompletna katastrofa – odezwał się Paul, gdy tylko zamknęły się drzwi za kolejnym dziennikarzem. – Co wy wyprawiacie? Wykrzesałbym więcej energii ze stuletnich staruszków! – Niall prychnął pod nosem, ale szybko mu przeszła wesołość pod twardym spojrzeniem menadżera. Ja nie miałem nawet siły się zaśmiać.
   - Przepraszamy – Liam, jak zawsze próbował wszystko naprawić. – Nie jesteśmy sobą...
   - Co ty nie powiesz? – zakpił mężczyzna. – Ja rozumiem, że jeszcze wczoraj martwiliście się o Kate i Louisa, ale dzisiaj?
   - Dziwnie tak bez niego... – odezwałem się, wzruszając ramionami.
   - To nie jest przedszkole, Zayn – Paul spojrzał na nas wymownie i było widać, że próbuje się uspokoić. – Macie swoje obowiązki. Z Louisem, czy bez, musicie je wykonywać.
   - Staramy się – bąknął Niall.
   - Właśnie widziałem, jak się staraliście. Zdziwiło mnie tylko, że facet nie sprawdził wam pulsu, tacy byliście żywi podczas rozmowy z nim – westchnął, zerkając na zegarek. – Zbierajcie się. Za godzinę musimy być na spotkaniu z fanami i lepiej żebyście wykrzesali z siebie więcej energii – spojrzał na Stylesa. – Harry, jestem pewien, że nie zabije cię, jeśli odezwiesz się od czasu do czasu...
   - Taaa... Jasne... – mruknął pod nosem Styles i powlókł się do samochodu, nie oglądając się na nikogo. Niall deptał mu po piętach, jakby po prostu chciał stąd jak najszybciej uciec.
   - Co mu się stało? – zwrócił się do nas Paul. Spojrzałem na Liama, szukając pomocy.
   - Alex... – przyjaciel wzruszył ramionami i poszedł za Harrym. Wymieniłem z menadżerem nic nie rozumiejące spojrzenie i poszedłem za resztą.




   - Powiedz mi... – zamknąłem drzwi i włączyłem alarm. Kate powoli wspinała się po schodach, uśmiechając się sennie. Marudziłem jej tak całą drogę do domu. „Albo i dłużej...” wtrąciło moje gorsze ja. Za każdym razem słyszałem to samo.
   - Za chwilę... – posłała mi zmęczony uśmiech, ale jednocześnie zatrzymała się, czekając aż do niej dołączę. Z lekką obawą wkroczyłem do sypialni, pamiętając w jakim stanie ją zostawiłem rano, ale na szczęście wszystko było już posprzątane i po niedawnym pobojowisku nie było już śladu. „Zdecydowanie komuś należy się premia...
   - Kiedy będzie to „za chwilę”? – marudziłem dalej, pomagając jej ściągnąć czarną bluzę. Skrzywiłem się widząc grymas bólu na twarzy Kate.
   - Za chwilę – powiedziała i skierowała się do łazienki, rozpinając po drodze dżinsy.
   - Będę mieć koszmary z tymi słowami w roli głównej! – krzyknąłem do przymkniętych drzwi. Jedyne co usłyszałem w odpowiedzi, to jej cichy śmiech. „Normalnie zaraz nie wytrzymam...” Rozebrałem się szybko do bokserek i ruszyłem do łazienki. – No powiedz...
   - Za chwilę – powiedziała, myjąc zęby. Choć mogłem się tego tylko domyślić, bo brzmiało to bardziej jak „za chłiłe”. Stanąłem za nią, przyglądając się jej odbiciu w lustrze. Była zmęczona, ale wcale mnie to nie dziwiło po takim dniu. Zdecydowanie potrzeba jej więcej odpoczynku, by doszła do siebie po ostatnich wydarzeniach. Była boso. Ubrana w krótką podkoszulkę. Chwyciłem za brzeg bluzki i podciągnąłem do góry. Tak, że po chwili musiała zrobić przerwę w szczotkowaniu zębów, bym mógł ją z niej rozebrać. Uroczy rumieniec pojawił się na jej policzkach powoli rozprzestrzeniając się na szyję i dekolt. – Lou... – szepnęła, a jej oczy „wpatrywały” się we mnie z lustra.
   - Powiedz mi... – musnąłem ustami skórę na jej karku. Biały opatrunek na plecach skrywał kolejną bliznę, którą miałem nadzieję, uda się zlikwidować tak, jak te wcześniejsze. Wpatrywałem się w tatuaż na jej barku. – Dlaczego trzy? – zapytałem ponownie. Jeden był idealną kopią tatuażu jej mamy, ale dwa kolejne były całkiem inne. Razem, o dziwo, tworzyły całkiem ładną całość. Rysunek był bardzo delikatny. Taki typowo dziewczęcy. „Zdecydowanie ładniejszy niż mój pierwszy tatuaż” zaśmiałem się pod nosem. Kate odwróciła się do mnie przodem, a moja uwaga natychmiast przeniosła się z jej pleców na piersi. Stanęła na palcach i przyciągnęła mnie do pocałunku.
   - Za chwilę – wyszeptała prosto w moje usta i wymaszerowała z łazienki, kręcąc tyłeczkiem, okrytym tylko koronkową bielizną. „I oczywiście nie mogło zabraknąć tych przeklętych kokardek” odetchnąłem głęboko, bo temperatura nagle jakby podskoczyła o kilka stopni. Umyłem szybko zęby i pognałem do sypialni.
   - Jesteś niemożliwa... – rzuciłem się na łózko i od razu przyciągnąłem ją do siebie, uważając, by nie zrobić jej krzywdy. – Już jest potem, później, za chwilę, zaraz i co tylko jeszcze... No powiedz w końcu... – jęczałem jak stara baba, ale po prostu aż skręcało mnie z ciekawości. Wtuliła się we mnie, przykładając ucho do mojej piersi. Uśmiechnąłem się. Uwielbiałem, gdy tak robiła. I wiedziałem, że teraz i ona się uśmiecha. – To nie fair...
   - Przepraszam... Po prostu chciałam już znaleźć się w domu... – powiedziała cicho. – A poza tym jesteś uroczy, gdy tak cię skręca z ciekawości – zaśmiała się. – Zachowujesz się wtedy jak Phoebe.
   - Ej! – oburzyłem się na to porównanie do najmłodszej siostry. – Wcale, że nie!
   - Trochę tak – zachichotała. – I ona dokładnie tak samo zaprzecza... To słodkie...
   - Jeszcze odszczekasz te słowa – powiedziałem, układając ją na plecach i pochylając się nad nią. Cienka, sprana koszulka delikatnie otulała jej piersi, nie zostawiając wiele dla wyobraźni. Muskałem ustami jej jedwabiste wargi, drażniąc ją, by ostatecznie przerodzić to w prawdziwy pocałunek. Pożądanie uderzyło we mnie niczym prawdziwy huragan, uświadamiając mi, co mogło się stać. Przez chwilę miałem wrażenie, że się duszę. Coś ścisnęło moje płuca nie pozwalając mi oddychać. Oparłem głowę na jej ramieniu, próbując dojść do siebie. Czułem drobne palce Kate, przeczesujące moje włosy, podczas gdy druga dłoń uspokajająco gładziła mnie po plecach.
   - Już dobrze... Już jesteśmy bezpieczni... – szeptała mi do ucha. „Znowu kradnie twoje teksty...” zabrzmiało w mojej głowie, ale odgoniłem tą myśl. Nie byłem w nastroju na żarty. Strach chwycił mnie za serce i czułem się, jakby to był zawał.
   - Boże... – jęknąłem, unosząc głowę, by spojrzeć w jej oczy. – Mogłem się stracić... Naprawdę mogłem cię stracić... – powiedziałem drżącym głosem, z trudem łapiąc powietrze. Przyciągnęła mnie do siebie i po chwili tuliliśmy się, jakby od tego zależało nasze życie. Czułem łzy na swoich policzkach, ale sam już nie wiem, czy to były moje, czy Kate. Serce waliło mi jak szalone i po prostu wiedziałem, że ona słyszy to głośno i wyraźnie. – Kocham cię, skarbie – wyszeptałem.
   - Ja ciebie też kocham, Lou... – ułożyła głowę na mojej piersi jakby wiedziała, że w ten sposób pomoże mi się uspokoić. Sam nie wiem ile tak leżeliśmy, ale w końcu moje serce wróciło do normalnego rytmu, a płuca znów pracowały bez zarzutu. Odetchnąłem głęboko. – To chcesz wiedzieć, co dla mnie znaczy ten tatuaż?


niedziela, 3 listopada 2013

80





   Kiwałem głową na powitanie mijanym pielęgniarkom, które posyłały mi przyjazne uśmiechy i przewracały oczyma, gdy pędziłem korytarzem w tak dobrze mi znanym kierunku. „Obładowany niczym wielbłąd.” Po chwili jeden z dwóch policjantów otwierał mi drzwi do pokoju Kate. Zamarłem w progu, widząc lekarza pochylającego się nad moją dziewczyną. Jej gołe nogi zwisały z łóżka. Nie mogłem nie zauważyć świeżych siniaków i zadrapań. „Żegnajcie miniówki...” zaśpiewało tęsknie moje wredne ja. „Naprawdę przydałby mi się sposób, by je uciszyć...
   - Można? – zapytałem, nie spuszczając wzroku z twarzy Kate. Malował się na niej tak dobrze mi znany upór. „Co tu się dzieje?
   - Całe szczęście, że pan jest – lekarz posłał mi wielce wymowne spojrzenie. – Może panu się uda przemówić narzeczonej do rozsądku. Powinna odpoczywać w łóżku, a nie szwendać się po korytarzach...
   Kate siedziała ze spuszczoną głową, zaciskając palce na szpitalnej koszulce i przygryzała wargę zawstydzona. Na policzkach jak zwykle w takich sytuacjach gościł dorodny rumieniec.
   - Jest pan pewien, że mówi pan o mojej dziewczynie? – uśmiechnąłem się, odkładając torby na fotel. – Moja Kate nigdy, przenigdy nie kłóciłaby się z lekarzem. Zresztą z nikim by się nie kłóciła. Jest najbardziej rozsądną osobą jaką znam... – zbliżyłem się do nich, objąłem mojego elfa ramieniem i ucałowałem w skroń. – A już na pewno nie urządzałaby sobie zakazanych wycieczek...
   - Chciałabym odwiedzić Marka... – powiedziała cicho. „I wszystko jasne...” westchnąłem. – Choćby na chwilę. Proszę...
   - Jest też najbardziej kochaną osobą jaką znam i zawsze troszczy się o przyjaciół – wzruszyłem ramionami i spojrzałem na lekarza. – I w takich wypadkach również bardzo upartą. Nie ma żadnej możliwości, by go odwiedzić? Mogę ją zanieść, jeśli nie wolno jej chodzić – zaofiarowałem się szybko. Wszystko, byle tylko sprawić przyjemność mojemu skarbowi.
   - Może chodzić – westchnął mężczyzna i widać było, że przegrywa tą batalię. – Choć wolałbym, by została w łóżku. Minęła dopiero doba, odkąd odzyskałaś przytomność – zerknął na Kate. – To nie czas na spacery...
   - Powiedział pan, że nic mi nie jest – upierała się Kate. Uśmiechnąłem się. Facet nie zdawał sobie sprawy, że jest na przegranej pozycji. Prawdę mówiąc byłem pod wrażeniem, że już wcześniej nie zażądała widzenia z Markiem. – Lou, proszę...
   - A miałem panią za taką potulną, cichą myszkę – widziałem kapitulację w oczach lekarza. – Żadnych spacerów – spojrzał na mnie. – Powiem pielęgniarce, by udostępniła wam wózek. I to ma być krótka wizyta. Zarówno wasz przyjaciel, jak i pani potrzebujecie odpoczynku.
   - Dobrze – Kate posłała mu przepiękny uśmiech, a on tylko pokręcił głową, pewnie wciąż nie wierząc, że dał się pokonać takiej drobnej osóbce.
   - Zajrzę do was później – po jego minie widziałem, że bardzo się stara zachować powagę, ale radość na twarzy Kate była zdecydowanie zaraźliwa. Wychodząc, szczerzył się niemiłosiernie i mamrotał coś pod nosem na temat upartych, małych pcheł...
   - Dzień dobry, kochanie – stanąłem przed nią i uniosłem jej twarz do pocałunku. Poczułem jak obejmuje mnie ramionami i przytula się z całej siły. – Tęskniłaś?
   - Bardzo...
   - Sama mnie wygoniłaś – przypomniałem jej o wcześniejszej rozmowie, która o mało nie zakończyłaby się naszą pierwszą kłótnią. Na szczęście chłopaki uratowali sytuację.
   - Wiem... – powiedziała cicho, delikatnie wzruszając ramionami. – Mieliście przecież wywiad. A skoro nie lecisz dzisiaj ze wszystkimi...
   - Nie musiałem... – przerwała mi, kładąc palce na moich ustach i posyłając mi delikatny uśmiech. „Znów się nakręciłem...” Odetchnąłem głęboko. – Dobra. Nie rozmawiajmy już o tym – zadecydowałem. – Przyniosłem te rzeczy, o które prosiłaś – złapałem ją za dłonie i przeraziłem się tym, jakie były lodowate. – Dlaczego nie mówisz, że ci zimno? Wskakuj pod kołdrę.
   - Ale...
   - Pójdziemy do Marka, jak nam pielęgniarka ten wózek przyprowadzi – powiedziałem, od razu domyślając się, co chce powiedzieć. – Ale nie musisz marznąć, czekając na niego – pomogłem jej ułożyć się na poduszkach. Widziałem grymas bólu na jej twarzy i musiałem zacisnąć zęby, by nie wyć ze złości. Wyjąłem z torby ciepłą bluzę i pomogłem jej się ubrać, uważając na ranę na plecach. – Te szpitalne piżamki są niczego sobie – zagwizdałem pod nosem, wpatrując się w rozcięcie z tyłu. Nie mogłem się powstrzymać, by nie wsunąć dłoni w takie jedno, które znajdowało się całkiem nisko. – Co my tu mamy... – szepnąłem jej do ucha. – A raczej czego nie mamy...
   - Louis! – Kate spłonęła rumieńcem, ale wesołe błyski w jej oczach były nad wyraz wymowne. Uśmiech rozświetlał jej zmęczoną twarz.
   - No już dobrze, dobrze... – poprawiłem jej bluzę na plecach. – Będę grzeczny. Na razie – dodałem uczciwie. – Przyniosłem ci herbatę i rogaliki na śniadanie.
   - Jesteś kochany... – szukałem w torbach wspomnianych smakołyków. Zerknąłem na dziewczynę przez ramię i szczerzyłem się jak głupi widząc, jak chowa nos w mojej bluzie i zaciąga się jej zapachem. „Boże, jak ja cię kocham, maleńka...




   Z trudem otworzyłem oczy. Powieki wydawały mi się ciężkie, niczym z ołowiu. Na szczęście widok zdecydowanie wynagradzał ten trud. Nie mogłem się nie uśmiechnąć na ten obrazek przede mną. Judy siedziała obok łóżka i w zamyśleniu bawiła się pierścionkiem zaręczynowym. Znałem ten gest bardzo dobrze. „Martwiła się...” Na jej twarzy widać było ogromne zmęczenie. Nie tylko mi wydarzenia ostatnich dni dały się we znaki. Telefon zawibrował. Jak zawsze z niedowierzaniem wpatrywałem się w jej smukłe palce, śmigające po klawiaturze komórki. „Co najmniej z prędkością światła...” uśmiechnąłem się pod nosem.
   - Z kim tak zawzięcie piszesz? – postanowiłem przerwać ciszę. Mój głos bardziej przypominał jakiś dziwny skrzek, niż to do czego byłem przyzwyczajony. Gardło piekło niemiłosiernie. „Jak jeszcze mnie jakieś przeziębienie dopadnie, to chyba się załamię...” jęknąłem.
   - Obudziłeś się! Nareszcie... – skoczyła na równe nogi i pochyliła się nade mną, muskając moje usta swoimi. W jej głosie było słychać ogromną ulgę. – Twoi rodzice chcą być na bieżąco – pomachała telefonem i schowała go do kieszeni dżinsów. – Jak się czujesz? Chcesz pić? – pokiwałem głową, wręcz marząc o czymś mokrym. – Zawołać pielęgniarkę?
   - Po co mi pielęgniarka, skoro mam ciebie? – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, odbierając kubek z wodą.
   - Wczoraj inaczej śpiewałeś? – trzepnęła mnie w ucho.
   - Za co to?! – oburzyłem się, choć wiedziałem, że z jej strony to tylko żarty.
   - Za to, że się wczoraj oświadczyłeś dwóm osobom za dużo...
   - Serio? – zaśmiałem się rozbawiony. – A chociaż jakieś fajne były, bo tak jakby nie pamiętam?
   - Lepiej dla ciebie, że nie pamiętasz – przytuliła się do mojego zdrowego boku. – Oświadczyłeś się swojej lekarce i temu dużemu pielęgniarzowi...
   - Facetowi? – spojrzałem na nią przerażony. Pokiwała głową, śmiejąc się ze mnie na całego. – Byłem naćpany. To się nie liczy – odetchnąłem z ulgą, gdy znalazłem dobre wytłumaczenie na wszystko. – Poza tym tylko pierwsze oświadczyny się liczą – uszczypnąłem ją w pośladek i śmiałem się z jej pisku.
   - No nie wiem, kochanie... – puściła mi oczko. – On wyglądał na całkiem zainteresowanego tą twoją propozycją...
   - Boże... – popisywałem się nadal moją grą aktorska. – Załatw mi wypis. Uciekamy, bo jeszcze obudzę się następnym razem w Vegas w różowym stroju Elvisa.
   - To by był widok – parsknęła śmiechem, przeczesując moje włosy palcami. – Chciałabym to zobaczyć – powiedziała. – Właściwie nawet zapłaciłabym, żeby to zobaczyć...
   - Ej! – oburzyłem się.
   - Cieszę się, że jesteś cały, skarbie – dodała po chwili już poważnym tonem.
   - Ja też się cieszę... Przepraszam, że cię wystraszyłem... – przyciągnąłem ją, zamykając jej usta pocałunkiem. Pukanie do drzwi oderwało nas od siebie. Policjant kiwnął głową przepraszająco i odsunął się, by kogoś przepuścić. Uśmiechnąłem się z ulgą, widząc Kate i Louisa.
   - Możemy wam chwilę poprzeszkadzać? – Lou wyglądał na szczęśliwego, choć zdecydowanie przemęczonego. Ciemne cienie pod oczyma bardzo przypominały mi te, które widziałem u Judy.
   - Jasne – wyszczerzyłem się, przenosząc spojrzenie na Kate. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że siedzi na wózku inwalidzkim. – Boże... – chyba właśnie serce mi stanęło. – Paul powiedział...
   - Nic mi nie jest, Mark – uśmiechnęła się nieśmiało i jakby na potwierdzenie, pomachała stopami w powietrzu. – Martwiliśmy się o ciebie...
   - Na pewno nic ci nie jest? – szukałem odpowiedzi na to pytanie lustrując ją z góry na dół, ale w za dużej bluzie i spodniach od piżamy, trudno było cokolwiek dostrzec. Dopiero, gdy Louis pokiwał głową, pozwoliłem sobie, by odetchnąć z ulgą. Oczywiście widziałem świeże siniaki i otarcia na jej twarzy i dłoniach, ale wiedziałem, że na plecach ma gorszą ranę.
   - Na pewno – powiedziała. – Choć nie pozwalają mi wychodzić z łóżka...
   - To tak jak mi – uśmiechnąłem się. – Oszaleć można...
   - Dokładnie.
   - Kate, musisz kogoś poznać – spojrzałem na narzeczoną. – To moja Judy.
   - Bardzo mi miło – dziewczyna ufnie wyciągnęła dłoń. Wprost nie mogłem uwierzyć, że to ta sama osoba, która trzęsła się ze strachu przy obcych. – Wiele o tobie słyszałam...
   - Cześć, Kate. Ja też o tobie tyle słyszałam, że mam wrażenie, iż znam cię od bardzo dawna...
   Nie minęły dwie minuty, a panie odkryły w sobie zamiłowanie do książek i pogrążyły się w rozmowie. Powinienem czuć się opuszczony, ale o dziwo sprawiło mi to wielką radość. Spojrzałem na Louisa, który wpatrywał się w Kate z miłością wymalowaną na twarzy. „Wpadł po uszy...
   - Na pewno wszystko w porządku? – spytałem go cicho, nie chcąc przeszkadzać naszym paniom. Kiwnął głową i przeniósł wzrok na mnie. – Mieliśmy dużo szczęścia. Oboje – powiedziałem, wzdychając. – Paul mówił, że dzisiaj wylatują do Francji. A kiedy ty lecisz?
   - Jeszcze nie wiem – wzruszył ramionami. – Mamy później rozmawiać z lekarzem. Zobaczymy co on powie... A co z tobą? Długo będą cię tu trzymać?
   - Wypiszą mnie za kilka dni, ale najpierw powiedzą mi co i jak z tą cała rehabilitacją. Zapowiada się ciekawie... Choć bez was będzie trochę nudno – spojrzałem na Kate. – Będzie mi brakowało takiego jednego małego elfa...
   - Odpoczniesz sobie od ciągłego niańczenia mnie – uśmiechnęła się dziewczyna. – Choć myślałam, że ty tylko tak straszyłeś z tym chorobowym. Gdybym wiedziała, że to tak na poważnie, to nie pozwoliłabym Danielle tak się nad tobą znęcać.
   - Już ci wierzę – parsknąłem, ściskając jej dłoń. – Nim się obejrzysz, będę zdrów jak ryba.
   - Mam nadzieję – wtrąciła się Judy, przysiadając na brzegu łóżka i splatając nasze dłonie.




   Nie mogłam oderwać on niego oczu. Najchętniej to uciekłabym jak najdalej stąd, by nie musieć patrzeć na to, jak odchodzi. „Beze mnie...” westchnęłam. „Dokładnie tak, jak sobie tego życzyłam, nieprawdaż?” Podziwiałam grę mięśni na jego plecach, gdy pochylał się nad torbą, pakując do niej ostatnie drobiazgi. „Tylko dlaczego to tak boli?” Wyprostował się i odwrócił w moją stronę. Ten błysk w jego zielonych oczach... Czułam, że robi mi się gorąco. „Na miłość boską, on tylko na ciebie spojrzał, idiotko.
   - Nie będziesz ciężarem, Alex... – powiedział, sama nie wiem, który już raz. Od wczoraj prowadzimy tą bezsensowną wymianę zdań, gdzie żadne z nas nie chce ustąpić. Tak bardzo chciałabym odpowiedzieć „tak” na wszystkie jego pytania i rzucić mu się w ramiona, jak w jakiejś dennej komedii romantycznej. „A potem żyli długo i szczęśliwie...” westchnęłam ciężko, bo wszystko co mówiłam, było tym, czego nie chciałam. „Dlaczego to takie trudne?” Spojrzałam mu w oczy i widziałam w nich nadzieję i nienawidziłam się za to, co zamierzałam z nią zrobić. „A może tym razem... Nie. Nie będzie kolejnego razu” obiecałam sobie chyba milionowy raz. „Wystarczy, że kolejny raz będę sklejać swoje serce” poczułam łzy pod powiekami i zamrugałam szybko, by je przepędzić. „Nie chcę sklejać również życia...
   - Nie chcę już o tym rozmawiać, Harry – westchnęłam. – Podjęłam już decyzję. Zajmijcie się lepiej Kate, jak już do was dojadą z Louisem. Żebyście jej przypadkiem nie zgubili w tej całej Europie – próbowałam żartować, ale wiedziałam, że nikogo to nie śmieszy. „Jak można się śmiać, gdy depcze się swoje uczucia?” – Jest już bezpiecznie – spojrzałam mu w oczy i marzyłam tylko o tym, by mnie przytulił. – Mogę wrócić do domu... – „Choć już sama nie wiem, gdzie jest mój dom...
   - Nie chcę żebyś wracała – podszedł do mnie i usiadł obok. Poczułam ciepło jego dłoni na swoich i chciałam tak siedzieć całe życie. – Proszę, zostań ze mną... Chociaż spróbuj. Pozwól mi sobie udowodnić, że może nam się udać...
   Wiedziałam, że mówi szczerze. Każde jego słowo było zabarwione tymi wszystkimi uczuciami, które miał dosłownie wymalowane na twarzy. Siedział przede mną z sercem na dłoni i ofiarowywał mi je w prezencie. A ja je deptałam, choć niczego bardziej nie pragnęłam. „Wybacz mi, Harry...
   - Przykro mi... – powiedziałam cicho. Patrzyłam na nasze splecione dłonie, bo bałam się spojrzeć mu w twarz. Bałam się, że zobaczę w niej miłość i zmienię zdanie. A przecież nie mogłam tego zrobić. – Przepraszam...
   - Ja też... – dodał po chwili, gdy cisza wręcz dzwoniła w uszach. Kciukiem muskał moją dłoń. Zebrałam się na odwagę, by na niego spojrzeć, ale tym razem to on opuścił wzrok. „Złamałam go, choć tak bardzo go kocham...” Zbierało mi się na płacz, a nie mogłam stąd uciec, by zaszyć się gdzieś i zalać się łzami. „Jestem żałosna...” – Przynajmniej zostań tutaj... Jeszcze na jakiś czas...
   - Chcę wrócić do domu – powiedziałam cicho. Miałam wrażenie, że kłamstwo w moim głosie jest widoczne, niczym olbrzymi neon nocą.
   - Ale... – spojrzał na mnie. Raniłam go, a on wciąż się o mnie martwił. „Nie zasługuję na niego...” – Jak sobie poradzisz? Ta noga...
   - Dam sobie radę. Coraz lepiej mi idzie z tymi kulami...
   - Nie zmienisz zdania, prawda? – wydawało mi się, że myślami jest daleko stąd. Tak jak ja. W takim lepszym świecie, gdzie nie bałabym się zaufać miłości i gdzie nie groziłoby mi złamane serce. Gdzie nikt nie powie mi, że muszę się zmienić, by pasować... „By mnie kochać...” Pokręciłam głową, bo słowa nie chciały mi przejść przez usta. Westchnął zrezygnowany. Poddał się, a wszystko we mnie wyrywało się do niego, krzycząc, by tego nie robił, by walczył do końca, by nie spisywał mnie na straty. Przecież ostatecznie chciałabym przegrać tą walkę... „Jestem popieprzona...” – Niech chociaż Gemma cię zawiezie – powiedział cicho. – Proszę...




   I znowu te słowa rozbrzmiały w mojej głowie sprawiając, że zamarłam przerażona. Było mi przeraźliwie zimno i cała trzęsłam się ze strachu.
   - Widzę cię...
   - Nie!!! – rzuciłam się do ucieczki. „Boże, to nie może być prawda.” Poczułam jak zaciska dłonie na moich nadgarstkach. – Nie!
   - Kate? Kochanie... Jesteś bezpieczna – usłyszałam głos Louisa i nagle to do mnie dotarło. „To tylko zły sen...” Rozpłakałam się z tej olbrzymiej ulgi, którą poczułam. – To tylko zły sen, skarbie. Jestem tu z tobą... Ciii... – usiadł na łóżku i przyciągnął mnie do siebie. – Jestem tu... Już wszystko dobrze...
   - Boże... – załkałam, pociągając nosem. – Myślałam, że on...
   - Wiem... – powiedział cicho, nie przestając głaskać mnie uspokajająco po plecach. – On już nic ci nie zrobi. Teraz już wszystko będzie dobrze...
   Trzęsłam się jak galareta. Non stop zadawałam sobie pytanie dlaczego, skoro już go złapali, te sny się nie mogą skończyć. Co gorsza, teraz nawiedzają mnie za każdym razem, gdy zamykam oczy. Wtuliłam się w Louisa, wdychając jego cudowny zapach i pozwalając, by jego ciepło wniknęło we mnie. „Z nim byłam bezpieczna...” powtarzałam sobie raz po raz. „Wszystko będzie dobrze...
   - Lou? – wyszeptałam z twarzą ukrytą w jego koszuli.
   - Tak?
   - Myślisz, że to już naprawdę koniec? – niby wiedziałam, że go złapali i ranny daleko nie ucieknie nawet gdyby próbował, ale mimo to potrzebowałam usłyszeć te słowa z ust człowieka, któremu bezgranicznie ufałam. Przez chwilę nie odpowiadał. Wiedziałam, że stara się ubrać myśli w słowa.
   - Już jesteś bezpieczna – powiedział w końcu. – Już nic nie może nikomu zrobić. Ale nie wiem, czy to już koniec, skarbie... Na pewno stanie przed sądem za to wszystko co zrobił, ale nie mogę ci obiecać, że nie będą chcieli z nami porozmawiać na jego temat...
   - O Lily... – wyszeptałam, a coś dosłownie ścisnęło mnie za serce.
   - I o tobie – dodał, odgarniając mi włosy z twarzy. – I o Alex... I o tym, co się wydarzyło w szpitalu... Ale mogę ci obiecać, że zrobię wszystko co w mojej mocy, byś już nigdy więcej nie musiała przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.
   - Dziękuję – wtuliłam się w poszukiwaniu ciepła. – Poleżysz ze mną?
   - Pielęgniarkom się to raczej nie spodoba... – zaśmiał się pod nosem, ostrożnie kładąc się na poduszce i przyciągając mnie do siebie. – Ale co to za życie bez odrobiny ryzyka...
   - Mój ty odważny chłopaku – zamruczałam pod nosem, układając głowę na jego piersi.
   - Tak, to właśnie ja – poczułam jego palce na twarzy, zakładające mi włosy za ucho. – Spróbujesz jeszcze trochę pospać?
   - Nie mogę spać – zadrżałam na samą myśl o kolejnym koszmarze, który pewnie stałby się moim udziałem.
   - To przez te sny, tak? – ujął moją dłoń i położył ją sobie na sercu. Czułam pod palcami, jak bije równym, mocnym rytmem.
   - Ostatnio ciągle go widzę – powiedziałam to tak cicho, że byłam prawie pewna, iż nie usłyszał. Ale gdy poczułam jego usta w moich włosach wiedziałam, że było inaczej. – Wystarczy, że zamkną oczy...
   - Czy... – usłyszałam, jak jego serce przyspieszyło. – Może chcesz o tym opowiedzieć? Może to coś da? Ostatnio chyba podziałało... – Denerwował się, a może po prostu bał się tego, co mogę powiedzieć...
   Zamarłam z „nie” na ustach. Bo w sumie... „Ja naprawdę się nad tym zastanawiam?” Obiecałam sobie i Alex, że opowiem mu wszystko pewnego dnia. „Ale...” Może to dobra okazja, by powiedzieć mu wszystko i zacząć od nowa? „Spróbować zapomnieć...” Leżeliśmy w ciszy. Louis, jakby wiedział, że nie potrzebuję kolejnych słów. Nie trzeba mi kolejnych zapewnień, bo sama jego obecność dawała to wszystko i o wiele więcej. Czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że jestem bezpieczna. Wszyscy moi bliscy mogli odetchnąć z ulgą, bo potwór został złapany. „Może to rzeczywiście najwyższy czas, by pożegnać się z przeszłością?




   Leżałem na plecach uparcie wpatrując się w biały sufit. Po godzinie mogłem odtworzyć każdą jego niedoskonałość. Wiedziałem już wszystko. Każdy obrzydliwy szczegół. Każdą myśl, wwiercającą się w moją głowę i rozdzierającą moje serce. Miałem wrażenie, że mogłem wręcz dotknąć ten strach i cierpienie. Opowieść Kate była przerażająca i sprawiła, że musiałem naprawdę mocno walczyć ze sobą, by nie wstać i nie ruszyć na poszukiwania tego zwyrodnialca. Miałem wielką ochotę zatłuc go na śmierć. Gołymi rękoma. To wszystko co zrobił... „Boże...” Za to nie było adekwatnej kary. Śmierć w takim wypadku wydawała się wręcz nagrodą. Przetarłem spuchnięte oczy. Piekły niemiłosiernie. Ze zmęczenia i od łez... Chyba nie da się obojętnie słuchać tej makabrycznej historii. Odetchnąłem głęboko, by się trochę uspokoić. „Gdyby jeszcze zadziałało...” Byłem przerażony faktem, że znam wszystkie tajemnice z przeszłości Kate i dumny, że postanowiła mi je zdradzić. „Tylko czy znajdę w sobie dość siły, by opowiedzieć to wszystko pozostałym?” Łzy spływały mi po twarzy, tworząc prawdziwy wodospad.
   - Lou? – głos Kate wyrwał mnie z objęć okropnych myśli.
   - Tak, skarbie?
   - Wszystko będzie dobrze... – uśmiechnąłem się, słysząc te słowa. „Jak ktoś może mieć w sobie tyle siły?
   - Znów kradniesz moje teksty, kochanie? – zachichotała, wtulając się w mój bok. – Już się wyspałaś?
   - Na razie... – mruknęła, ziewając. – Nie mogę uwierzyć, że to już koniec... – powiedziała po chwili. – Że już tu nie przyjdzie...
   Drzwi otworzyły się, poprzedzone cichym pukaniem. Ujrzałem lekarza, który uśmiechnął się pod nosem na nasz widok. „Cóż... te łóżka raczej nie są dwuosobowe...
   - Witam ponownie – podszedł do nas i odłożył jakąś kopertę na stolik. – Jak się czujesz, Kate?
   - Całkiem dobrze – chciałem się podnieść, ale od razu poczułem, jak drobne palce zaciskają się na mojej dłoni. W jej „spojrzeniu” czaił się strach. – Proszę, nie idź...
   - Nigdzie się nie wybieram, kochanie – uspokoiłem ją natychmiast i opadłem na poduszki, posyłając lekarzowi przepraszające spojrzenie. Pokiwał głową ze zrozumieniem i na szczęście powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarza.
   - Pozwolisz, że obejrzę ranę?
   Pomogłem zdjąć bluzę i wpatrywałem się w mężczyznę, prawie nie mrugając. W tej chwili naprawdę chciałbym wiedzieć, o czym myśli. Niestety nie mogłem nic wyczytać z jego twarzy.
   - Kiedy będę mogła iść do domu?
   - Aż tak ci się spieszy? – uśmiechnął się i zapisał coś w karce wiszącej w nogach łóżka. – Wszystko wygląda dobrze... Jeżeli przez noc nic się nie zmieni i obiecasz uważać na szwy, a także zmieniać opatrunki, to kto wie? Może całkiem niedługo cię wypuścimy?
   - Jutro? – dopytywała się Kate. – Czuję się dobrze. Naprawdę. A Louis ma ogromne doświadczenie w zmienianiu opatrunków...
   - Jedyne co mogę ci obiecać, to że porozmawiamy o tym jutro rano, dobrze? – poklepał ją po dłoni. – Młodzi... Zawsze wam tak śpieszno. Nie będę cię tu trzymał wbrew twojej woli, ale jeszcze jedną noc koniecznie musisz zostać. Wszystko wydaje się w porządku, ale wolę dmuchać na zimne, niż później pluć sobie w twarz, że coś zaniedbałem... Jutro zadecydujemy, dobrze?
   - Dobrze... – powiedziała cicho. – Dziękuję...
   - Właściwie to przyszedłem w innej sprawie – spojrzał na nas wymownie i sięgnął po tajemniczą kopertę. – Są wyniki badań, na które czekaliśmy... – poczułem, że Kate zadrżała i wtuliła się mocniej w mój bok. Nakryłem jej dłoń swoją, dając do zrozumienia, że nie ma się czego bać. Najważniejsze, że jesteśmy razem. – Niestety nie są dla mnie jednoznaczne...
   - Co to znaczy? – zapytałem wiedząc, że Kate raczej się nie odezwie.
   - To znaczy, że nie potrafię powiedzieć, czy da się coś zrobić, a jedynie, że jest szansa... – westchnął. – Czyli dokładnie tyle, ile mogłem powiedzieć, przed ich przeprowadzeniem... Jeżeli się zgodzisz, Kate, to chciałbym je wysłać do Szwajcarii. Jest tam lekarz, który zajmuje się takimi przypadkami i mógłby przejrzeć te wyniki. Jego opinia byłaby na pewno rzetelniejsza. W końcu jest światowej sławy specjalistą. A kto wie? Jeśli zainteresuje go twój przypadek, to może podejmie się też leczenia?
   Mężczyzna umilkł czekając na odpowiedź. Tym razem nie wypadało mi się odezwać, choć jeżeli ode mnie by to zależało, zawiózłbym te papiery jeszcze dzisiaj do tej Szwajcarii i wręczyłbym je facetowi osobiście. A potem jeszcze zagroził, że się nie ruszę o krok dopóki ich nie przejrzy.
   - Może pan je wysłać – usłyszałem słowa Kate i uśmiechnąłem się zadowolony. Wprawdzie w jej głosie nie było radości, ale i tak cieszyłem się tą szansą. Wierzyłem, że się uda, bo nikt, tak jak ona, na to nie zasługiwał. „Mogłem wierzyć za nas oboje...
   - Rozmawiałem z panem Higginsem i powiedział, że niedługo będziecie w Szwajcarii... Bo mniemam, że jak tylko wypuszczę panią ze szpitala, to dołączycie do przyjaciół...
   - Najszybciej, jak się da – Kate posłała mu delikatny uśmiech.
   - O ile będziesz mogła odbyć tą podróż, skarbie – dodałem szybko, trochę studząc jej zapędy. Ja też wolałem chuchać na zimne.
   - Nie widzę przeszkód, ale wrócimy do tej rozmowy rano, bo jeszcze mi uciekniecie w nocy i co ja potem zrobię? W każdym razie napomknę mu o tym, że będziecie w okolicy... Być może będzie chciał zbadać cię osobiście – skierował się do drzwi. – Zaraz przyślę pielęgniarkę, by podała środki przeciwbólowe i coś na sen. Nie da się ukryć, że przydałoby się wam trochę pospać. Obojgu – uśmiechnął się i opuścił pokój.




   - Uważaj na siebie, Młody – przytuliłam go z całej siły. Czułam, że tego potrzebował, choć to raczej nie w moich ramionach chciałby się znaleźć. – I dbaj o siebie. Wyglądasz jak siedem nieszczęść...
   - Tylko siedem? Dziwne... – sięgnął po torbę i uśmiechnął się smutno. – Czuje się na co najmniej dziesięć...
   - Wszystko się jakoś ułoży... – próbowałam go pocieszyć, ale oboje dobrze wiedzieliśmy, że to tylko puste słowa. – Może jeszcze zmieni zdanie... – dodałam cicho.
   - Jest uparta jak...
   - Jak ty? – dokończyłam za niego.
   - Taaa... Coś w tym stylu... – mruknął pod nosem i spojrzał tęsknie na schody. – Spróbuj ją jeszcze jakoś namówić, by została – powiedział otwierając drzwi. – A jeśli się nie da... – westchnął, przeczesując nerwowo włosy. – To odwieź ją bezpiecznie do domu...
   - Zrobię co w mojej mocy, ale sam wiesz... – rozłożyłam ręce w geście rozpaczy. Jeśli on jej nie przekonał, to dlaczego mi by się miało udać. W końcu nie jestem dla niej nikim ważnym.
   - Wiem... – przytulił mnie ostatni raz. – Po prostu dbaj o nią. Zobaczymy się niedługo...
   Odprowadzałam go wzrokiem aż do samochodu. W ostatniej chwili odwrócił się i mogę się założyć o wszystko, że spojrzał w okna sypialni na górze. Smutek zagościł na jego twarzy. Szybko nasunął na nos ciemne okulary i zniknął we wnętrzu czarnej limuzyny. „To było pożegnanie...” przeszło mi przez myśl. „Boże, dlaczego muszą wszystko tak utrudniać?
   Zamknęłam drzwi i wolnym krokiem zaczęłam wspinać się po schodach. „Muszę ją jakoś przekonać.” Stanęłam przed sypialnią Harry'ego i dosłownie zastygłam z ręką na klamce. „Nie mogę tam wejść. Nie teraz.” Usiadłam na ostatnim schodku i oparłam głowę o zimną ścianę. Zza drzwiami Alex szlochała tak bardzo, że pękało mi serce. Po chwili słone łzy spływały po moich policzkach. „Dlaczego to musi być dla nich takie trudne?




   - Dziękuję, Niall. Za wszystko. Wspaniały z ciebie przyjaciel...
   - Nie ma sprawy – usłyszałam głos Paula gdzieś w tle. – Muszę się zbierać. Zaraz wylatujemy.
   - Rozumiem... – powiedziałam, wzdychając ciężko. – Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy.
   - Ma się rozumieć – uśmiechnęłam się na samo brzmienie jego głosu. Niall był jak opoka. Na jego dobry humor zawsze można było liczyć. – Mam mu coś przekazać?
   - Nie trzeba – powiedziałam smutno. „Że go kocham... że tęsknię... że nie potrafię bez niego żyć... że nie chcę bez niego żyć...” – Cieszę się, że nic mu nie jest. Uważaj na niego, dobrze?
   - Jasne – po prostu wiedziałam, że szeroko się uśmiecha. Czasami też bym tak chciała... – Horan zawsze na posterunku.
   - Niall, rusz dupę! – usłyszałam krzyk Harry’ego. – Czekasz na specjalne zaproszenie?
   - Czekam, aż mi rozwiniesz czerwony dywan!
   - Pieprz się!
   - Na pewno nie z tobą! – odpowiedział mu przyjaciel. – To nie będzie wesoła wyprawa, to na pewno – mruknął chyba bardziej do siebie niż do mnie. – Muszę kończyć. Będziemy w kontakcie. Pa...
   - Pa – powiedziałam, ale chyba już mnie nie usłyszał. Wyjrzałam przez okno. Przede mną roztaczał się przepiękny widok. Doskonale zadbane ogrody, rozświetlone dyskretnie rozmieszczonymi lampami. I bezkresna woda, mieniąca się wręcz magicznym blaskiem. „Istny raj...” westchnęłam, ocierając kolejne łzy. „Nawet w raju można być nieszczęśliwym...
   Oparłam czoło o chłodną szybę. „Jak mogłam tak wszystko popsuć?” kolejny raz zadawałam sobie to pytanie. „Co jeszcze mogłabym zrobić, by to naprawić?” to również pojawiało się w mojej głowie bardzo często. Tylko że już nie miałam żadnych pomysłów. Nie chciałam się pogodzić z porażką, bo nie wyobrażałam sobie życia bez jego obecności w nim, ale wszystko skłaniało się ku temu, że to...
   - Nie, to nie może się tak skończyć – powiedziałam do swojego odbicia w szkle, z całej siły starając się uwierzyć, że jeszcze mogę coś zrobić, by naprawić to, co zniszczyłam. „Boże, niech nawet sobie kocha Kate, byle tylko do mnie wrócił... Może ja też ją pokocham tak jak on i wtedy wszystko zrozumiem...
   - Gadasz sama ze sobą, Pers? – zadrżałam, słysząc tylko pozornie rozbawiony głos Jade. Tak naprawdę rozbrzmiewała w nim ogromna troska. Ostatnio wszystkie się o mnie martwiły. Zresztą nie ma co się dziwić, dałam im sporo powodów do zmartwień. Odwróciłam się w jej stronę, wzruszając smutno ramionami. „W końcu co mogłam powiedzieć...” – Już czas... – powiedziała, czekając na mnie w drzwiach. „Już czas...” powtórzyłam w myślach. „Tylko na co?




   Leżałam wtulona w Louisa i przyjemne ciepło otulało mnie całą. Moja głowa unosiła się wraz z każdym jego oddechem, a przy uchu mocno biło jego serce. „Bezpieczna przystań...” uśmiechnęłam się, nakrywając jego dłoń swoją. „Został ze mną...” Zrobiło mi się smutno na myśl, że przyjaciele są tak daleko. Nie lubię pożegnań, choć oni sprawili, że to było wyjątkowo zabawne. Uśmiechnęłam się na wspomnienie rozerwanych siatek Harry’ego i żartów chłopców, którzy nie pozostawili na nim suchej nitki. Nabijali się z jego jeszcze gdy Paul poganiał ich do wyjścia.
   - Z czego się śmiejesz? – usłyszałam zaspany głos mojego chłopaka i poczułam jak przyciąga mnie do siebie. Po chwili jego usta musnęły moje. Ten delikatny dotyk wystarczył, by moja krew zawrzała. – A w ogóle to dlaczego nie śpisz?
   - Nie mogę... – wtuliłam się w niego i odruchowo obrysowywałam palcem skórę na jego przedramieniu w miejscu, gdzie powinien być tatuaż.
   - Zawsze mnie zadziwiasz, gdy to robisz... – powiedział cicho, napinając rękę. – Jak to możliwe? Nawet ja pewnie bym nie potrafił spamiętać co do milimetra w którym miejscu mam tatuaże...
   - Lata wprawy – uśmiechnęłam się. – I kwestia motywacji. Uwielbiam twoje tatuaże i uwielbiam cię dotykać...
   - Podoba mi się ta odpowiedź – zamruczał mi do ucha. – I też uwielbiam cię dotykać... – szepnął, muskając ustami skórę na szyi. Czułam, że moje tętno przyspiesza, a oddech się zmienia...
   - Lou... – próbowałam zwrócić jego uwagę, ale chyba postanowił mi udowodnić to, jak bardzo lubi mnie dotykać. – Louis! – pisnęłam, gdy poczułam jego ręce pod bluzą.
   - Hmmm... – zamruczał.
   - Przestań – wyszeptałam, by po chwili przygryźć wargę. Jeszcze trochę i będę tu jęczeć z rozkoszy. „Jejku, o czym ja myślę?” – Ktoś może wejść...
   - Może... – powiedział wzdychając ciężko i opadając na poduszki. – Masz szczęście, że nie jesteśmy w domu...
   - Nie nazwałabym tego szczęściem... – zadrżałam na samą myśl tego, co moglibyśmy robić, będąc teraz w naszej sypialni. Poczułam gorąco na policzkach.
   - Przestań – zaśmiał się, cmokając mnie mocno w usta. – Czerwienisz się. A to znaczy, że myślisz dokładnie o tym, co ja i jeśli nie chcesz, by nas ktoś nakrył na nieprzyzwoitych rzeczach, to natychmiast przestań...
   - Ups... – próbowałam się nie szczerzyć, ale naprawdę nie było to łatwe. – Myślisz, że wyjdę stąd rano? – próbowałam odwrócić swoje myśli na inne tory.
   - Nie wiem... To trochę szybko... A jak się czujesz?
   - Dobrze – westchnęłam. – Choć to pewnie zasługa środków przeciwbólowych...
   - A plecy? – zapytał cicho.
   - Mam takie wrażenie, jakbym miała naciągnięty mięsień, ale sama nie wiem... – wtuliłam się w jego bok. – Prawdę mówiąc myślałam, że rany postrzałowe są gorsze...
   - Zazwyczaj są... – poczułam jak zadrżał i byłam prawie pewna tego, o czym pomyślał. – Miałaś wiele szczęścia...
   - To prawda... – wsłuchiwałam się w ciszę, rozmyślając o tym wszystkim, co się wydarzyło. „Co teraz będzie?” Jakoś nie potrafiłam dopuścić do świadomości myśli, że to już koniec. Złapali go. Już nie będę się musiała obawiać, że skrzywdzi kogoś, kto jest dla mnie ważny. „Będę mogła po prostu żyć... Przestać się bać...” Uśmiechnęłam się na tą myśl. Już nie pamiętam kiedy, nie musiałam się bać. W głowie pojawiło mi się rozmazane wspomnienie rodziców i poczułam łzy pod powiekami. „Dlaczego tak ciężko jest pamiętać te ważne rzeczy?
   - Hej... – poczułam na policzkach gorące dłonie Louisa. – Dlaczego płaczesz, skarbie? Wszystko będzie dobrze... – przywarłam do niego, jakby był źródłem mojej siły. „A może rzeczywiście nim był?” – Co się dzieje?
   - Lou? – pociągnęłam nosem, zdając sobie sprawę, że niepotrzebnie się rozklejam.
   - Tak? – słyszałam w tym jednym słowie miłość i troskę. „Nie jestem sama” odetchnęłam głęboko. „Mam jego, Alex, Zayna, Nialla i resztę...” próbowałam się uspokoić. „Otacza mnie tylu ludzi. Oni pomogą mi nie zapomnieć...
   - Chciałabym sobie zrobić ten tatuaż...