❤
!!! Konkurs !!!
BLOG MIESIĄCA WRZEŚNIA
❤
„Coś było nie tak... Coś było bardzo nie tak...” Palenie w płucach wybudziło mnie z głębokiego snu, wywołanego lekami. Czułam się ociężała, mój umysł chyba wciąż
jeszcze był pod działaniem środków nasennych, ale nawet pomimo tego, krzyczał
alarmująco. Nie mogłam oddychać. Rozpaczliwie usiłowałam nabrać powietrza, ale
coś zasłaniało mi usta i nos. Dłonie wystrzeliły z prędkością światła, by
zerwać to coś z mojej twarzy, ale gdy natrafiły na ludzką rękę, już
wiedziałam... I dopiero wtedy zaczęłam naprawdę panikować. Płuca bolały. Paliły żywym ogniem. Wołały
o choćby odrobinę tlenu. Próbowałam zapanować nad swoim strachem, ale to naprawdę nie łatwe, gdy walczysz o życie. „Pomoc!
Pielęgniarka! PRZYCISK!”
- Jesteś taka piękna, gdy się boisz... – usłyszałam przy
uchu ten przerażający głos. „Boże...” – Mówiłem, że zawsze cię znajdę...
Krew dudniła mi w uszach, serce biło jak oszalałe, a
wszystko we mnie wołało powietrza. Rzucałam się na łóżku na tyle, na ile
pozwalały mi jego dłonie. Próbowałam oderwać jego palce od mojej twarzy, ale równie dobrze mogłam od razu się poddać. Wiedziałam, że tylko sobie szkodzę. Panika
tylko szybciej mnie zabija. „Boże, nie daj mi tak umrzeć... Proszę...” Zrobiło
mi się niedobrze. Oczy wypełniły mi się łzami, a w ustach czułam smak krwi. „Louis!!!” Miałam ochotę wrzeszczeć i wołać o pomoc, ale jak na razie działało to tylko w mojej głowie.
- To byłoby za proste, czyż nie? – jego znienawidzony głos ledwo
docierał do mojego przerażonego umysłu. – W końcu coś mi się należy, za te
wszystkie niedogodności, które musiałem przez ciebie znosić... – zaśmiał się złowieszczo,
ale jego uścisk jakby zmalał i nagle wręcz zachłysnęłam się nabieranym
powietrzem. Łapczywie łapałam oddech, krztusząc się własnymi łzami. „Pomocy!!!”
Ledwo ta myśl zaświtała w mojej głowie, ponownie poczułam jego szorstką dłoń
zasłaniającą mi usta. – Myślisz, że jesteś taka sprytna? Jeden, najmniejszy
dźwięk, a skończysz jak ten pożal się Boże ochroniarz, którego ci postawili
przed drzwiami... – „Mark?!? O nie... Mark...” – I on niby miał mnie
powstrzymać? – roześmiał się szyderczo i po chwili zniżył się na tyle, że moje
wierzgające dłonie dosięgnęły jego twarzy. Krzyknął zaskoczony. – Ty dziwko! Zadrapałaś
mnie! – próbował uwięzić moje ręce, ale nie było to takie proste, skoro jedną
dłonią wciąż zakrywał mi usta. „Nie poddam się bez walki” obiecałam sobie. Moja
podświadomość pokazała mi obraz Louisa, takiego jakim go widziałam w mojej
głowie. „W końcu mam o co walczyć...” – Dość! – powiedział i poczułam
uderzenie, które wyrwało mi to jakże niedawno wywalczone powietrze z płuc.
Zatkał mi nos i znów musiałam walczyć o oddech. Napawał się swoją władzą. Zacisnęłam palce na jego dłoni, próbując oderwać ją od mojej twarzy, ale była jak przyspawana. Ani drgnęła. Za
to on wykorzystał ten moment, by uwięzić moje ręce. – Wiesz, że bardzo lubię, gdy
jesteś taka waleczna, ale coś mi się zdaje, że zaraz ci przejdzie... – łaskawie
pozwolił zaczerpnąć mi powietrza. Nachylił się nade mną tak, że czułam jego
śmierdzący oddech. Jego ciało napierało na mnie, wciskając w materac. –
Opowiedzieć ci, co mnie dziś spotkało? – „Idź się utop...” Usiłowałam się
uwolnić, ale jak zwykle miał nade mną przewagę. Mimo to nie zamierzałam leżeć
spokojnie i czekać, aż kolejny raz da się ponieść swoim chorym fantazjom. –
Zadziorna się zrobiłaś – zaśmiał się. – Już prawie zapomniałem, jaką mi tym
sprawiałaś przyjemność... – poczułam jego obrzydliwy język na twarzy. „Gdybym
mogła, to przysięgam, zwymiotowałabym teraz prosto na niego...” – Ładny ten
wasz domek... Prawdziwy pałacyk, prawda? A czego to w nim nie ma... Basen... Bilard...
Fortepian... – zadrżałam ze strachu, gdy zdałam sobie sprawę, że on naprawdę
opisuje mój dom. Od wewnątrz. Zrobiło mi się przeraźliwie zimno. Moje serce zamarło. „Boże, Louis!” – Nie powiem, nie było łatwo się
dostać do środka, ale za to jaka nagroda mnie czekała, gdy już mi się udało...
Prawdziwe luksusy... A ta sypialnia... – nachylił się jeszcze bardziej. Czułam ciepło bijące od jego ciała. –
Powiedz, Kate, pieprzyłaś się z nim w tym wielkim łóżku? Krzyczałaś, gdy cię
posuwał do nieprzytomności? Nie... – szepnął, gdy nie doczekał się odpowiedzi. – Tylko ja potrafię sprawić, że
tak krzyczysz... – poczułam jak wgryza mi się w ramię tak mocno, że mimowolnie
jęknęłam z bólu. – Tylko ja tak potrafię... – przesuwał swoim językiem po
miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą były jego zęby. – Postanowiłem sobie na was
zaczekać. Skoro już i tak tam byłem... – zaśmiał się z moich nieskutecznych
prób uwolnienia się. – A wiesz jaka mnie spotkała nagroda za cierpliwość? –
„Nabawiłeś się hemoroidów?” odpowiedziałam mu w myślach, zbyt przerażona tym,
co miałam zaraz usłyszeć. „Boże, proszę... Wszystko, tylko nie on... Błagam...” zaklinałam drżąc z przerażenia. –
Widzę w twoich oczach, że już wiesz kogo spotkałem... – „Nieee!!!” wierzgałam
jak szalona, ale on tylko śmiał się i zacieśniał uścisk na moich ustach. Prawie
na mnie leżał, uniemożliwiając jakikolwiek znaczący ruch. – Wyobraź sobie moją
radość, gdy ujrzałem tego twojego niewydarzonego chłopaczka... A jak on się zdziwił? –
zarechotał złowieszczo i w tym momencie brzmiał jak najprawdziwszy wariat, którym zresztą jest. –
Wprawdzie byłem trochę rozczarowany, że ciebie z nim nie było, ale doszedłem do
wniosku, że to tylko więcej zabawy dla mnie... – moje oczy wypełniły się łzami,
które po chwili moczyły włosy i poduszkę. – Początkowo się stawiał, ale
przecież taki kogucik to dla mnie pestka... – „Nie! Nie! Kłamiesz!” krzyczałam
w głowie, a w każdym słowie była okropna rozpacz. „To nie może być prawda!” – Powiedz...Szczerze myślałaś, że takie nic cię przede mną ochroni? – i znów poczułam jego
śmierdzący oddech, a po chwili jego język zlizywał łzy z mojej skroni. – Powiedzieć ci coś w
tajemnicy? – zniżył głos do szeptu. – To ty go zabiłaś... – „Nie! Louis żyje!
To nie może być prawda!” kręciłam głową na boki, próbując uwolnić się od nacisku jego dłoni, ale na nic się to zdało. – Gdyby nie ty, żyłby dalej w tym
swoim pięknym domu... A tak? – umilkł na
chwilę, ale tylko po to, by znów wyszeptać mi coś do ucha. – Myślisz, że ten
pedalski zespół zastąpi go kimś innym? – „Nie!!! Louis!!! Nie...” łkałam z
rozpaczy, a on rozkoszował się każdą moją łzą, gdy opisywał mi ze szczegółami
sposób, w jaki zabił chłopaka, którego kochałam ponad życie. „Boże... Dlaczego?
Dlaczego...” łkałam wiedząc, że nie powinnam okazywać słabości. „Ale czy to
jeszcze miało jakieś znaczenie? Bez Louisa...” Moje serce rozpadało się na
kawałki, wraz z każdym słowem opisującym to, jak gasło życie w oczach Lou. – A
wiesz, co było w tym wszystkim największą nagrodą? On wiedział, że pójdę prosto
po ciebie i umierał ze świadomością, że nic nie może zrobić, by ci pomóc... –
„Nieee!!! Boże! Nie Louis!!!” Miałam wrażenie, że ja też już nie żyję... że
zabił mnie tą swoją przerażającą opowieścią. Tylko najwyraźniej mój mózg
jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Ciało już wiedziało. Opuściła mnie cała wola walki.
„Bez Louisa nie miałam już nic...” – Grzeczna dziewczynka... A teraz pójdziesz
ze mną – powiedział, szarpiąc mnie do góry. – Jeden dźwięk i gorzko tego
pożałujesz. Nie zmuszaj mnie, bym przez ciebie zabił kogoś jeszcze... – zniknął
uścisk na moich ustach i ponownie mogłam swobodnie oddychać. „Tylko po co?”
Akurat teraz nie miałabym nic przeciwko temu, by już nie potrzebować
powietrza... – Ubieraj się! – coś się ode mnie odbiło i wylądowało na podłodze
u moich stóp. Nawet nie zareagowałam. Było mi wszystko jedno. Przecież i tak byłam już martwa. „Bez Louisa...” Mocne szarpniecie
za włosy do tylu, prawie złamało mi kark. Jego oddech owionął moją twarz. – Nie
chcesz mnie bardziej zdenerwować, Kate – wysapał, a w jego głosie słychać było prawdziwą groźbę. – Wiesz przecież, co się
wtedy dzieje... – zadrżałam na wspomnienie, gdy ostatnio błagałam go o to, by
pozwolił mi umrzeć. Wtedy też go „zdenerwowałam”. I w tym momencie coś się we
mnie obudziło.
- Nie... – wyszeptałam, próbując opanować przerażenie. Odepchnęłam go z całej siły, ciesząc się, że zaskoczyłam go tym na tyle, iż
musiał mnie puścić. Rzuciłam się w stronę, gdzie powinny
znajdować się drzwi, ale jedyne co osiągnęłam, to zderzenie z jakimś wózkiem. Kilka
przedmiotów z hukiem pospadało na podłogę. Miałam wielką nadzieję, że hałas kogoś
zaalarmuje. Gdy poczułam ciągnięcie za włosy już wiedziałam, że jest za późno
na ucieczkę...
- Co tu, kurwa, robisz? – patrzyłem na postać stojącą przy
oknie i najnormalniej w świecie nie wierzyłem, że miała czelność tu przyjść. Po
tym wszystkim, co ostatnio odstawiała... – Jak tu weszłaś?
- Dałeś mi klucz, głuptasie – uśmiechnęła się, posyłając mi jeden z tych swoich firmowych uśmiechów, a mi zrobiło
się wręcz niedobrze na ten widok. „Jak mogłem być taki ślepy?” Miałem ochotę zdzielić się po głowie. – Nie pamiętasz?
- Zmieniłem alarm... – wciąż nie spuszczałem z niej wzroku,
zastanawiając się, czy jeśli zepchnę ją ze schodów, sąd uzna to za
nieszczęśliwy wypadek. „Przez okno będzie bliżej, stary.” Moje drugie ja, jak
zwykle miało ciekawe pomysły.
- Zadzwoniłam do nich i powiedziałam, że zapomniałam
kombinacji i niechcący go uruchomiłam – wzruszyła ramionami, a ja właśnie
zdałem sobie sprawę, że sam ją uczyłem, co się robi w takim przypadku. „Jak
mogłem być takim idiotą i podać jej hasła bezpieczeństwa? Normalnie medal za głupotę mi się należy...” Szybko zanotowałem
sobie w głowie, by zmienić to, jak tylko się jej pozbędę. „Ten dywan idealnie
by się nadawał do owinięcia zwłok...” podpowiedzi mojego mroczniejszego ja
zdecydowanie mi się podobały. – Byli bardzo sympatyczni...
- Następnym razem już tacy nie będą – warknąłem na nią,
zaciskając pięści jeszcze mocniej. Naprawdę czułem, że mógłbym ją uderzyć.
Jeszcze nigdy w życiu nie przywaliłem kobiecie. „Kiedyś musi być ten pierwszy
raz, stary...” – Masz dokładnie minutę, by się stąd wynieść i wzywam policję – sięgnąłem po komórkę.
- Lou... Kochanie... – jej oczy momentalnie wypełniły się
łzami i wyglądała teraz jak wcielenie skruchy i rozpaczy. – Przepraszam...
– „Tej pani już podziękujemy” moje drugie ja nieźle się rozochociło. „Oskar idzie do... Pierwszorzędna gra aktorska!” – Kocham cię... – ruszyła w moją
stronę.
- Trzydzieści sekund, Eleanor – powiedziałem, patrząc jej prosto w
oczy. – Wynoś się stąd i nie wracaj – wskazałem jej drzwi. – A najlepiej nawet
się do nas nie zbliżaj...
- Proszę... Musisz mi wybaczyć... – załkała, ale tym razem
wyjątkowo byłem odporny na kobiece łzy. – Nie wiem, co zrobię bez ciebie...
- Jakoś sobie poradzisz...
- Nie możesz mi tego zrobić – powiedziała. – Po tym
wszystkim tak po prostu mnie wyrzucisz ze swojego życia?
- Dokładnie tak – spojrzałem na nią, nic sobie nie robiąc z
jej przedstawienia. – I jeszcze zatrzasnę za tobą drzwi...
- Miałam rację. Mówiłam Pers, że ta mała przybłęda zrobiła
ci pranie mózgu... – „Przez okno z nią!” Tym razem nie wiedziałem, które moje ja zabrało
głos, ale miałem wielką ochotę zrealizować ten pomysł.
- Raczej sprawiła, że przejrzałem na oczy – warknąłem, czując jak wzbiera we mnie złość. – I
uważaj na słowa, bo naprawdę zaraz możemy oboje żałować, że nigdy nie
grzeszyłem cierpliwością...
- Grozisz mi?
- Raczej ostrzegam – prawie wyplułem te słowa. – Jesteś
chora, Eleanor. Włamałaś się tu i odgrywasz jakąś pieprzoną szopkę i liczysz na co? Że po
tym wszystkim, co ostatnio wyprawiasz, popłaczesz mi tu trochę i o wszystkim
zapomnimy? Jeśli tak, to jesteś bardziej walnięta, niż myślałem. Co tylko
świadczy o tym, jaki byłem głupi, dając się nabierać na te twoje gierki... I
jeszcze wciągnęłaś w to Perrie, wykorzystując jej przyjaźń. Jak się czujesz
wiedząc, że rozwaliłaś jej związek z Zaynem? Jesteś z siebie zadowolona? – usłyszałem
ruch za sobą i wiedziałem, że nasza rozmowa zaalarmowała Adama. – Wiesz, że on nosił się z kupnem pierścionka?
- Perrie to idiotka – zaśmiała się. – Sama jest sobie winna.
Myśli, że może zbawić cały świat, ale te jej dobre rady już mi bokiem wyłażą...
Choć nie ukrywam, że lojalna z niej była przyjaciółka...
- Mam nadzieję, że przejrzy na oczy i wykopie cię ze swojego
życia dokładnie tak, jak ja – wskazałem w stronę drzwi w momencie, gdy mój
telefon obwieścił nadejście wiadomości. – Adam pomoże ci się nie zgubić w
drodze do wyjścia... – powiedziałem nawet na nią nie patrząc. – Oddaj mu
też klucze. Już ci nie będą potrzebne... – Zdziwiony zauważyłem, że wiadomość jest od Kate. „Jak to możliwe?” Przesunąłem palcem po ekranie i moim oczom ukazało się zdjęcie mojej
dziewczyny, śpiącej na szpitalnym łóżku. A pod nim trzy słowa, które zmroziły
mi krew w żyłach. „Już za późno...” Rzuciłem się za nimi, prawie taranując ich
na schodach. – Jedziemy do szpitala! – krzyknąłem, rzucając Adamowi telefon.
Wypadłem przed dom, w panice rozglądając się za samochodem. Eleanor patrzyła się na mnie zdezorientowana. – Przysięgam na
Boga, El, jeżeli miałaś z tym popaprańcem coś wspólnego, zniszczę cię.
- Wsiadaj! – Adam wyjechał z garażu z piskiem opon.
Wskoczyłem na siedzenie pasażera z przerażeniem przysłuchując się temu, co
ochroniarz relacjonował komuś przez telefon. „Boże, nie może być za późno...”
Było za późno... „Co ja tu właściwie robię o tej porze? Jest
środek nocy...” kolejny raz przez myśl mi przeszło, by zawrócić na pięcie i po
prostu pojechać z powrotem do Nialla. Z podkulonym ogonem. Byłem więcej niż
pewny, że przyjaciel przyjmie mnie z otwartymi ramionami. Nawet pomimo tego, że
ostentacyjnie wyłączyłem komórkę, gdy próbowali z Liamem się do mnie dodzwonić.
„I tak mnie w końcu dorwą...” westchnąłem i pchnąłem ciężkie drzwi. Tutaj już
nie było tak cicho. Przemknąłem się obok dyżurki pielęgniarek, modląc się, by
mnie nie zauważyły. „Jak nic wykopałyby mnie do domu...” uśmiechnąłem się pod
nosem na samo wyobrażenie takiej sytuacji. Ale zaraz przestało mi być wesoło. Stałem przed
drzwiami, za którymi leżała Kate. „Pewnie w ramionach Louisa...” Odetchnąłem głęboko
i dałem sobie mentalnego kopniaka na odwagę. Wystarczy tylko pchnąć drewnianą
powierzchnię. „Tak. Tylko...” westchnąłem. Usłyszałem jak wewnątrz coś z hukiem upada na podłogę. „Co oni
tam wyprawiają?” Pchnąłem ostrożnie drzwi, w myślach układając sobie to
wszystko, co musiałem powiedzieć Kate i Louisowi. „Raz się żyje” postanowiłem i... Zastygłem w
miejscu, by po chwili rzucić się dziewczynie na ratunek.
- Pomocy!!! – wydarłem się jeszcze licząc, że mój głos
zaalarmuje ochronę. Kogokolwiek. Złapałem faceta za szmaty i oderwałem od
szamoczącej się przyjaciółki. Mężczyzna zatoczył się na łóżko, przesuwając je o
dobry metr, ale momentalnie się zreflektował i niczym rozjuszone zwierzę ruszył
w moją stronę. – Kate! Uciekaj!
- Zayn!!! – usłyszałem krzyk dziewczyny w tym samym momencie,
w którym zderzyłem się ze ścianą. Facet okładał mnie pięściami, a je nie
wiedziałem, czy mam się bronić, czy raczej rzucić się na ratunek Kate, która na czworakach próbowała dostać się do drzwi. „Jeszcze trochę, maleńka...” dopingowałem ją, zbierając kolejne uderzenia.
- Jeszcze jeden? – spojrzałem w oczy mężczyźnie, który nie
tak dawno mnie zabił. „Na szczęście tylko w moim śnie.” – Ty mała dziwko... –
facet najwyraźniej usiłował wbić mi głowę w ścianę. W pewnym momencie poczułem krew spływającą mi po szyi. – Z iloma się pieprzyłaś? – warknął serwując mi lewy prosty. – A ty gdzie?!? – z wściekłością pchnął mną przez pół
pokoju i rzucił się w stronę Kate, kopiąc ją w brzuch. To wszystko było jeszcze
bardziej przerażające niż mój sen. To działo się naprawdę... – Zgrywałaś taką
cnotkę, a teraz rżniesz się z kim popadnie?
- Zostaw ją! – zdzieliłem go metalowym stojakiem po plecach.
Upadł na Kate, a krzyk dziewczyny zadźwięczał mi w uszach. Przez chwilę miałem
przewagę i poczułem, że to może się skończyć inaczej, niż w moim koszmarnym śnie. Byłem
tak zaabsorbowany tym, by zatłuc go na śmierć, że nie zauważyłem pistoletu w
jego dłoni... Do momentu, gdy przystawił go do głowy Kate.
- Dość! – splunął krwią i podniósł się, ciągnąc za sobą przerażoną
dziewczynę. – A teraz bądź grzeczny i rzuć tutaj tą zabawkę.
- Zayn... – jęk rozpaczy wydobył się z gardła Kate. „To nie
może się skończyć tak jak wtedy...” patrzyłem na to wszystko, a strach wypełniał każdą komórkę mojego ciała. Wszystko zmierzało
w tak dobrze mi znanym kierunku... Odrzuciłem stojak, naiwnie się łudząc, że może
hałas temu towarzyszący, kogoś zaalarmuje. „Gdzie jest Louis?Mark? Gdzie jakaś pieprzona pielęgniarka?”
zastanawiałem się w panice. Widziałem strach Kate. Tak wielki, że praktycznie
ją paraliżował. Z obrzydzeniem obserwowałem jak facet przyciąga ją do siebie i obłapia
brudnymi łapami. Złożył na jej skroni pocałunek, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Bohaterowie zawsze umierają młodo – powiedział mężczyzna,
kierując broń w moją stronę. „Przynajmniej nie oberwę w plecy...” zauważyłem,
jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. – Podoba ci się moja mała, co? – ścisnął
ją tak mocno, że załkała z bólu, a następnie przejechał językiem po jej twarzy,
zlizując z niej łzy. „Boże, nie mogę tak stać. Muszę coś zrobić...” Nie mogłem na
to patrzeć, ale nie potrafiłem oderwać wzroku. – Była taka czysta i niewinna...
– spojrzał na nią, a następnie przyssał się do jej ust. Zrobiłem krok do
przodu, ale momentalnie jego uwaga powróciła do mnie. – A wy zrobiliście z niej
dziwkę. Zbrukaliście coś, co należy do mnie – spojrzał mi w oczy. Widziałem w
nich moją śmierć. „Czy to w ogóle jest możliwe?” Kątem oka zauważyłem metalową
tackę leżącą na podłodze. – I dlatego ty też zginiesz – zakończył i wycelował
prosto we mnie. Nie było żadnego filmu ze scenami z mojego życia, który wypełniłby moją głowę. Jedynie myśl, czy zdążę chwycić pożądany przedmiot, nim dosięgnie mnie kula... „Czy to w ogóle jest możliwe?”
- Nie!!! – Kate wyrwała mu się i skoczyła do przodu. Dokładnie w moim kierunku. Zaskoczyła go tym całkowicie. Rzuciłem się na metalowy przedmiot, gdy rozległ
się strzał. Nic nie poczułem. Z całej siły zamachnąłem się i zdzieliłem faceta
w głowę, modląc się, by to wystarczyło, byśmy z Kate mogli uciec z pokoju. Mężczyzna upadł na podłogę, krzyknął wściekle i ponownie wycelował we mnie. Kolejny strzał. Niczym na
zwolnionym tempie widziałem, jak koszula faceta pokrywa się krwią.
Spojrzałem zaskoczony w stronę drzwi. Chyba pierwszy raz w życiu tak bardzo
ucieszyłem się na widok policjanta. Odwróciłem się w stronę przyjaciółki, chcąc
ją przytulić i zapewnić, że już po wszystkim... że jest bezpieczna... że teraz wszystko będzie już dobrze...
- Kate! – opadłem na kolana, przerażony tym, że
szpitalny strój Kate był pokryty krwią. „Nie, nie nie... Nie tak miało być...” łkałem, próbując dłońmi zatamować krwawienie. Gorąca ciecz przepływała mi przez palce.
– Nie, Kate... Boże... Pomocy!!!
- Zayn... – posłała mi delikatny uśmiech. – On...
- Już wszystko dobrze... – zapewniłem ją, kątem oka
rejestrując, jak policjant schował broń i kiwnął koledze stojącemu przy drzwiach.
Momentalnie pokój wypełnił się lekarzami i pielęgniarkami. Tuliłem do siebie
dziewczynę, składając pocałunki na jej czole i zapewniając, że wszystko będzie dobrze... Nic sobie nie robiłem z tego, że i moje ubranie pokryło się krwią.
„Jej krwią...” Coś ciekło mi po twarzy. – Dlaczego to zrobiłaś, głupia?
- Lou... – wyszeptała przez łzy. Sanitariusze dosłownie
wyrwali ją z moich objęć. W jej oczach był taki ból, że na sam widok zamarło mi
serce. Wyglądała jakby poddała się jeszcze przed rozpoczęciem walki. „Boże, nie...”
- Zaraz tu będzie – zapewniałem ją, wyrywając się
pielęgniarce, która przyciskała mi coś do skroni. Zrobiło mi się ciemno przed
oczami. Próbowałem wyjąć komórkę z kieszeni spodni. – Louis zaraz tu
przyjedzie, słyszysz?
- Nie przyjedzie...
Wyleciałem z domu jak strzała zaraz po telefonie od Liama.
Zdążyłem jeszcze tylko krzyknąć dziewczynom i Andy’emu, co się stało i już mnie
nie było. Ktoś tam na górze najwyraźniej nade mną czuwał, bo dojechałem do szpitala
w rekordowym tempie, łamiąc przy okazji chyba każdy możliwy przepis ruchu
drogowego. Na moje szczęście policja najwyraźniej miała dziś co innego do roboty. „I chwała im za to...”
Wbiegłem do szpitala, przeciskając się przez ruchome drzwi.
„One zdecydowanie powinny się szybciej otwierać” pomyślałem, gdy rozmasowywałem
bark, którym zahaczyłem o szklaną taflę. „No i już wiadomo, gdzie podziała się
cała policja” rozejrzałem się z niedowierzaniem, kierując się prosto do wind.
Nerwowo przytupywałem nogą, czekając aż drzwi otworzą się na odpowiednim
piętrze. Gdy to się stało, pierwsze co ujrzałem, to menadżera z komórką
przystawioną do ucha i drugą, na której coś zawzięcie pisał. „Nie wygląda za
dobrze...” Tutaj też pełno było policji.
- Paul? – mężczyzna spojrzał na mnie i szybko zakończył
rozmowę. – Co się dzieje? Liam nic mi nie umiał powiedzieć... Gdzie Kate?
- Jeszcze ją operują – powiedział prowadząc mnie w głąb
korytarza. Oblał mnie zimny pot. Z trudem przełknąłem ślinę. „O-Operują?” – Tak samo Marka. Zayna też zabrali...
- Boże... – z każdym słowem menadżera robiło mi się bardziej
słabo. „Co tu się stało?” – C-Czy oni...
- Jeszcze nic nie wiemy... – westchnął sfrustrowany. W tym momencie znów rozdzwonił się jego telefon. –
Udostępniono nam jedną poczekalnie, bo oczywiście pełno prasy się zleciało... –
otworzył przede mną drzwi, przed którymi stało dwóch policjantów. Przyjrzeli mi się uważnie i powrócili do przerwanej dyskusji.
- Louis... – podszedłem szybko do przyjaciela, który siedział
na podłodze pod ścianą i wyglądał jak uosobienie nieszczęścia i rozpaczy do jakiejś nieskończenie wielkiej potęgi. Łzy
płynęły po jego twarzy, ale nawet nie zadawał sobie trudu ich wytarcia.
Ukląkłem przed nim i porwałem go w ramiona. Chciałem mu powiedzieć, że wszystko
będzie dobrze, ale nie potrafiłem tego zrobić. „Bo co, jeśli wcale nie będzie
dobrze?” Ta myśl dosłownie zakuła mnie w serce. Czułem łzy przyjaciela, wsiąkające w moją koszulkę i drżenie jego
ciała, gdy raz po raz wstrząsał nim szloch. – Co się stało? – zapytałem cicho,
gładząc go po plecach i spoglądając na Liama i Nialla, siedzących obok i obserwujących nas ze smutkiem
w oczach.
- To był on – powiedział cicho Payne, obejmując ramieniem
przyjaciela, który płakał równie mocno, co Louis. – Jeszcze dokładnie nic nie
wiemy, ale Paulowi udało się dowiedzieć, że doszło do szamotaniny i Kate
została postrzelona – Lou zatrząsł się na te słowa. Poczułem jak zaciska dłonie
na mojej koszulce. – Mark też oberwał. Właśnie ich operują...
- Paul mówił, że Zayn... – zacząłem, ale natychmiast
przerwałem widząc, że rozpacz na twarzy Nialla tylko się powiększyła.
- Nie wiemy co z nim... – powiedział cicho Liam. – Podobno
mocno oberwał w głowę i zemdlał... Chyba...
- Kurwa! – zdenerwowałem się. – Czy ktoś tutaj wie, coś na
pewno? Mam nadzieję, że tym razem złapali tego skurwysyna – warknąłem, nerwowo przeczesując włosy.
- Tak – przyjaciel pokiwał głową, jednocześnie starając się
jakoś uspokoić Horana. – Podobno jego też operują... Został postrzelony przez policjanta. Ten, który stoi za drzwiami powiedział nam, że Zayn też całkiem nieźle
poturbował faceta...
- Brawo, Malik! – ucieszyłem się z tego, bo prawdę mówiąc
sam chętnie przywaliłbym kilka razy temu zboczeńcowi. Przez głowę przeszła mi
myśl, że raczej nikt nie płakałby po tym psychopacie, ale zaraz ją odgoniłem,
bo jego zdrowie było teraz dla mnie najmniej ważne. Zapadła cisza. „Ona mnie
chyba ostatnio prześladuje...” westchnąłem, rozsiadając się wygodniej i
obejmując Louisa ramieniem. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, by wiedzieć, co
się dzieje w jego głowie. – To nie twoja wina, Lou... – przyjaciel pokręcił
głową nawet na mnie nie patrząc. – Gdybyś z nią został, to teraz pewnie leżałbyś na stole operacyjnym zamiast Marka...
- Mogłem z nią być... – wyszeptał.
- Wygoniła cię do domu, bo byłeś wykończony... – tłumaczyłem
jak dziecku. – Słaniałeś się na nogach...
- To nic... Mogłem...
- Nie ma sensu tak gdybać, Lou... – wtrącił się Liam. –
Równie dobrze wszyscy moglibyśmy tak mówić... Przecież my także mogliśmy
zostać... – Louis popatrzył na niego swoimi załzawionymi oczami, ale już nic
nie powiedział. Ja jednak wiedziałem, że to wcale nie znaczy, iż przestał się
obwiniać. „Ten typ już tak ma...”
- Po prostu chciałbym już coś wiedzieć... – westchnął i
oparł głowę na moim ramieniu. – To czekanie mnie dobija...
Czas dłużył się niemiłosiernie. Chyba nie ma nic gorszego,
niż takie bezczynne czekanie, gdy ktoś kogo kochasz walczy o życie. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Naprawdę wydawało się, że czas stanął tu w miejscu. Louis wyglądał jakby mógł zasnąć na
stojąco i pewnie dlatego od dobrej godziny przemierzał pokój nerwowym krokiem,
praktycznie wyrywając sobie przy okazji włosy z głowy. „Wszystko, byle nie
zasnąć...” westchnąłem, zerkając na parapet, na którym walały się kubki po
kawie. „Choćbym chciał, nie potrafiłbym ich zliczyć...” Niall leżał zwinięty na
fotelu i gapił się w ekran komórki nic niewidzącym wzrokiem. Odkąd dostaliśmy
telefon od Paula, przyjaciel cały czas sobie wyrzucał, że to przez jego
bezmyślność Zayn uciekł z mieszkania. Na razie nie potrafił dopuścić do siebie
wiadomości, że cokolwiek Zayn tu robił, najprawdopodobniej uratował Kate, więc
raczej nie będzie miał do nikogo żalu... Harry siedział na drugim parapecie i zawzięcie esemesował z Alex. Dobre pół godziny zajęło mu przekonanie jej, że
powinna zostać w domu. Zastanawiałem się jak to między nimi jest... Nie da się ukryć, że odkąd ją poznał, był o wiele szczęśliwszy...
- Dlaczego to tak długo trwa? – Louis z nerwów kopnął
śmietnik, stojący pod ścianą. Niall miał wiele szczęścia, bo pocisk przeleciał przez pół pokoju i odbił się
dosłownie kilka centymetrów nad nim.
- Ej! – krzyknął, zeskakując z fotela, na którym walały się
teraz przeróżne papierki. W drzwiach natychmiast pojawił się policjant.
- Wszystko w porządku – zapewniłem go szybko, podchodząc do
przyjaciela, który cały aż trząsł się z tej bezsilności. – Lou... Musisz się
uspokoić...
- Nie mów mi co muszę, Liam – warknął, odpychając mnie i
poszedł pomóc Niallowi zbierać rozsypane śmieci. – Przepraszam... – usłyszałem
jeszcze jego zmęczony głos. „Boże, ile jeszcze?” westchnąłem sfrustrowany,
bo to czekanie i mi się dawało we znaki.
Nagle drzwi ponownie się otworzyły i policjant posłał nam
sympatyczny uśmiech, odsuwając się, by zrobić komuś przejście. Stałem jak
wmurowany, obserwując Zayna, pchanego na wózku przez rosłego pielęgniarza.
Wszyscy zaniemówiliśmy, patrząc się w zmęczone oczy przyjaciela. Z pomocą
mężczyzny wstał z wózka i posłał nam delikatny uśmiech. Jego twarz wyglądała
jak po regularnej bijatyce, a łuk brwiowy zdobiły niebieskie szwy. Wyglądał na
wyczerpanego, ale to akurat była cecha nas wszystkich.
- Hej – powiedział cicho. Pierwszy ocknął się Niall,
rzucając się przyjacielowi w ramiona i przepraszając za wszystko, co tylko
przyszło mu do głowy. Łącznie z tym, jakim to jest dupkiem. Choć nie za bardzo wiem, o kim była akurat ta myśl. – Jest dobrze, stary... Jest dobrze... – „I kto by
pomyślał, że skończy się na tym, iż to Zayn będzie nas uspokajał...” Louis
stanął za plecami Horana, jakby czekał na swoją kolej, by uściskać przyjaciela.
Ale gdy już to zrobił, to było coś więcej... „W końcu kolejny raz Zayn uratował
Kate...” Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogło być inaczej. „Ona musi
żyć.”
- Dobrze, że masz twardy łeb – Harry nie byłby sobą, gdyby
nie rzucił jakiegoś swojego błyskotliwego tekstu. – Pusty, ale przynajmniej ze stali – zaśmiał się, obdarzając przyjaciela mocnym uściskiem. Doczekałem się i swojej kolejki.
- Cieszę się, że jesteś cały – powiedziałem, przytulając go do siebie.
- Taa... – próbował się uśmiechnąć, ale trochę nieporadnie mu
to wyszło. – Też się cieszę... Przez chwilę naprawdę myślałem... – przerwał, a
jego wyraz twarzy zmienił się momentalnie. – Co z Kate? – wyszeptał przerażony.
- Jeszcze nie wiemy – westchnąłem, pomagając mu usiąść w
fotelu. „Czyżby znowu połamał żebra?” zauważyłem grymas bólu na jego twarzy. – Wciąż ich operują...
- Ich? – zdziwił się. Spojrzał mi w oczy w poszukiwaniu odpowiedzi. Niall przysiadł na oparciu i zaczął
się nerwowo bawić tasiemką na karku Zayna. Jakby potrzebował tej bliskości, by uwierzyć, że przyjacielowi naprawdę nic nie jest.
- Ją i Marka – powiedział Lou, przysuwając sobie krzesło i
siadając obok. – Nic nam nie mówią. Za każdym razem, gdy usiłujemy się czegoś
dowiedzieć, słyszymy tylko, że trzeba czekać i być dobrej myśli... Przysięgam,
że jeszcze raz to usłyszę i nie wytrzymam... – jego słowa przeszły w głośne łkanie.
- Będzie dobrze, Louis... – Zayn ścisnął dłoń przyjaciela w
pokrzepiającym geście, a potem zapatrzył się w jakiś punkt nad jego głową. Aż
spojrzałem na ścianę za nami, by się przekonać, czy czegoś tam nie ma. – Postrzelił ją... – odezwał się cicho po chwili. – Zamiast mnie. Wzięła na siebie moją
kulkę...
- Co tam się stało? – zapytał Harry, siadając na podłodze i
opierając się o nogi Louisa. Wszyscy chcieliśmy wiedzieć, jak doszło do tego,
że troje naszych przyjaciół skończyło na stole operacyjnym, ale tylko Hazz miał
odwagę zadać to pytanie głośno.
Słuchaliśmy słów Zayna, a przerażenie malowało nasze twarze.
To co opowiadał brzmiało jak żywcem wyjęte z jakiegoś filmu grozy. Z ta różnicą, że działo
się naprawdę. Przez człowieka, który był książkowym przykładem psychopaty, dwie
bliskie nam osoby walczą teraz o życie. Nikt nie zapytał Zayna, co tak właściwie robił w szpitalu w środku nocy. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, że był na
miejscu, gdy był potrzebny. „Jak zawsze...” odetchnąłem z ulgą, obserwując przyjaciół, którzy, każdy na
swój sposób, przetwarzali to wszystko, co przed chwilą usłyszeliśmy.
- Ona myślała, że nie żyjesz... – powiedział po przedłużającym
się milczeniu. – To dlatego to zrobiła... Wzięła kulkę przeznaczoną dla mnie,
bo jakimś cudem uwierzyła mu, że nie żyjesz – spojrzał w oczy Louisowi i to
było wszystko. Reszta nie wymagała słów. Wiedzieliśmy w końcu, co się
wydarzyło. Teraz musieliśmy tylko czekać, jakie będą tego konsekwencje. „Boże,
jak ja nienawidzę takiego czekania...”
Umierałem od tej całej bezczynności... Sam już nie wiem, od
ilu godzin byliśmy na nogach, ale coraz trudniej przychodziło mi walczenie ze
snem. Z jednej strony zazdrościłem Zaynowi, bo po lekach, które dostał, spał
teraz jak zabity, z głową na kolanach Louisa. Ale z drugiej strony... „Musiałem
tu być dla Katy...” Skoro nawet Zayn nie pojechał do domu, by odpocząć w wygodnym łóżku, to i ja
wytrzymam. „Muszę wytrzymać...” westchnąłem, przecierając zmęczone oczy. „Nie ma innej opcji.”
Zazdrośnie spojrzałem na Liama, któremu zmęczenie odeszło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko pojawiła się Danielle. Siedzieli teraz razem na fotelu w kącie sali i
przyjaciel cicho relacjonował jej wszystko, czego do tej pory się
dowiedzieliśmy. „Było tego tak strasznie niewiele...” westchnąłem.
Harry rozłożył się obok mnie na podłodze i praktycznie nie
wypuszczał telefonu z dłoni. Zerknąłem mu przez ramię, by tylko utwierdzić się
w przekonaniu, że pisze z Alex...
- Co ty jej tak ciągle wysyłasz, skoro nie dowiedzieliśmy się niczego
nowego od od ponad godziny? – zapytałem szeptem.
- Ona pomaga mi nie zasnąć... – wyjaśnił, sięgając po
kolejną kawę. Odłożył ją w momencie, gdy na ekranie zamigotała mu nowa
wiadomość.
„Wszyscy kogoś
mają...” westchnąłem ciężko i przymknąłem oczy, by choć na chwilę dać im
odpocząć. „Louis ma Katy... Liam ma Danielle... Zayn, o ile tego nie spieprzy,
ma Perrie... I wygląda na to, że - oficjalnie, czy też nie - Harry ma Alex...
A co ze mną?” Byłem żałosny. Katy walczyła o życie, a ja... Przed oczami stanęła mi postać Katie. Wymknęła mi się już tyle
razy, że jeszcze trochę i będą mogli nakręcić na tej podstawie jakąś
beznadziejną komedię. „Może na pocieszenie daliby mi zagrać główną rolę”
uśmiechnąłem się pod nosem. Wcisnąłem słuchawkę do ucha, chcąc spróbować, czy możne muzyka sprawi, że trochę spanie mi odejdzie. „Jakie jest
prawdopodobieństwo, że z tylu piosenek, akurat losowo trafię na tą?” pokręciłem
głową z niedowierzaniem, wsłuchując się w pierwsze takty utworu McFly „If U C
Kate”. „Przysięgam, jeśli tylko Katy nic nie będzie, to znajdę moją Katie,
choćbym miał zawiesić bilbord na Big Benie...”
Pojawienie się Paula sprawiło, że trochę się ożywiliśmy. „I
to wcale nie za sprawą kilku kartonów pizzy, które przyniósł.” Opowiedział nam,
co udało mu się w międzyczasie dowiedzieć i jednym słowem było tego wkurzająco
niewiele.
- Próbujemy poprzesuwać, co się tylko da, byście nie musieli
lecieć w niedzielę, ale strasznie opornie to idzie... – westchnął menadżer. –
Rodzice Zayna zaraz tu będą. Może im uda się go zabrać do domu...
- Wątpię... – powiedziałem pod nosem, przyciągając do siebie
karton z pizzą.
- Czy ktoś dzwonił do Perrie? – Paul spojrzał na nas
pytająco. – Może ona...
- Nigdzie nie idę... – odezwał się przyjaciel, głosem
ochrypłym od spania. – Nic mi nie jest. Słyszałeś co lekarz powiedział...
- Miedzy innymi, że możesz majaczyć po tych wszystkich
prochach, które w ciebie wpakowali – zaśmiał się menadżer. Po chwili jednak spoważniał i przeszedł na ten swój „biznesowy” tryb. – Wiecie, że nie da się
anulować tego wyjazdu...
- Nigdzie nie jadę bez Kate. – „Normalnie déjà vu...” Zauważyłem, że
nikogo nie zdziwiły słowa Louisa. Nawet Paul nie wydawał się nimi zaskoczony.
- Myślę, że teraz nie jest najlepszy czas na tą
dyskusję – powiedziała cicho Danielle i przysięgam, Paul wyglądał na
zawstydzonego. Gdy rozdzwoniła się jego komórka, właściwie uciekł z pokoju. „Tak, Dani to potrafi usadzić... Jednym
spojrzeniem...”
- Była u mnie Eleanor... – odezwał się Louis, gdy cisza
zaczynała już dzwonić w uszach.
- Co? Kiedy? – Harry uniósł głowę tak gwałtownie, że aż kark
mu strzelił. – Gdzie?
- W domu... – powiedział cicho Lou i zrelacjonował nam
wszystko ze szczegółami. Łącznie z pokazaniem wiadomości, którą dostał.
- Myślisz, że miała z tym wszystkim coś wspólnego? –
Danielle wpatrywała się w niego wyczekująco.
- Nie wiem... Nie sądzę... – Louis nerwowo przeczesał włosy.
– Sam nie wiem... Wydawała się kompletnie nie wiedzieć, co jest grane, ale czy ja
wiem... – wzruszył ramionami. – Ostatnio okazało się, że jest całkiem niezłą
aktorką... – dodał smutno i spojrzał na Zayna. – Za to na pewno Perrie nie
miała z tym nic wspólnego. Eleanor ją wykorzystała... Gdybyś słyszał, co
wygadywała... Niedobrze się od tego robiło...
Patrzyłem na przyjaciela, który wydawał się rozważać usłyszane przed chwilą słowa. „Jeżeli to go nie przekona, to już nie wiem...”
Miałem wrażenie, że przez chwilę na jego twarzy malowała się wielka ulga, ale możne tylko mi się wydawało... Znów milczeliśmy.
Po pokoju rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i wszystkie
oczy skierowały się w stronę kobiety, stojącej obok policjanta. Wyglądała jak
my. Jakby ledwo stała na nogach z przemęczenia. Posłała nam ciepłe spojrzenie,
ale nie znalazłem w nim radości. „Jaką wiadomość nam przekaże?” Trząsłem się ze
strachu i dosłownie wstrzymałem oddech. Nawet zacisnąłem kciuki. Tak na wszelki
wypadek.
- Przykro mi...