niedziela, 20 października 2013

78


!!! Konkurs !!!
BLOG MIESIĄCA WRZEŚNIA




   „Coś było nie tak... Coś było bardzo nie tak...” Palenie w płucach wybudziło mnie z głębokiego snu, wywołanego lekami. Czułam się ociężała, mój umysł chyba wciąż jeszcze był pod działaniem środków nasennych, ale nawet pomimo tego, krzyczał alarmująco. Nie mogłam oddychać. Rozpaczliwie usiłowałam nabrać powietrza, ale coś zasłaniało mi usta i nos. Dłonie wystrzeliły z prędkością światła, by zerwać to coś z mojej twarzy, ale gdy natrafiły na ludzką rękę, już wiedziałam... I dopiero wtedy zaczęłam naprawdę panikować. Płuca bolały. Paliły żywym ogniem. Wołały o choćby odrobinę tlenu. Próbowałam zapanować nad swoim strachem, ale to naprawdę nie łatwe, gdy walczysz o życie. „Pomoc! Pielęgniarka! PRZYCISK!
   - Jesteś taka piękna, gdy się boisz... – usłyszałam przy uchu ten przerażający głos. „Boże...” – Mówiłem, że zawsze cię znajdę...
   Krew dudniła mi w uszach, serce biło jak oszalałe, a wszystko we mnie wołało powietrza. Rzucałam się na łóżku na tyle, na ile pozwalały mi jego dłonie. Próbowałam oderwać jego palce od mojej twarzy, ale równie dobrze mogłam od razu się poddać. Wiedziałam, że tylko sobie szkodzę. Panika tylko szybciej mnie zabija. „Boże, nie daj mi tak umrzeć... Proszę...” Zrobiło mi się niedobrze. Oczy wypełniły mi się łzami, a w ustach czułam smak krwi. „Louis!!!” Miałam ochotę wrzeszczeć i wołać o pomoc, ale jak na razie działało to tylko w mojej głowie.
   - To byłoby za proste, czyż nie? – jego znienawidzony głos ledwo docierał do mojego przerażonego umysłu. – W końcu coś mi się należy, za te wszystkie niedogodności, które musiałem przez ciebie znosić... – zaśmiał się złowieszczo, ale jego uścisk jakby zmalał i nagle wręcz zachłysnęłam się nabieranym powietrzem. Łapczywie łapałam oddech, krztusząc się własnymi łzami. „Pomocy!!!” Ledwo ta myśl zaświtała w mojej głowie, ponownie poczułam jego szorstką dłoń zasłaniającą mi usta. – Myślisz, że jesteś taka sprytna? Jeden, najmniejszy dźwięk, a skończysz jak ten pożal się Boże ochroniarz, którego ci postawili przed drzwiami... – „Mark?!? O nie... Mark...” – I on niby miał mnie powstrzymać? – roześmiał się szyderczo i po chwili zniżył się na tyle, że moje wierzgające dłonie dosięgnęły jego twarzy. Krzyknął zaskoczony. – Ty dziwko! Zadrapałaś mnie! – próbował uwięzić moje ręce, ale nie było to takie proste, skoro jedną dłonią wciąż zakrywał mi usta. „Nie poddam się bez walki” obiecałam sobie. Moja podświadomość pokazała mi obraz Louisa, takiego jakim go widziałam w mojej głowie. „W końcu mam o co walczyć...” – Dość! – powiedział i poczułam uderzenie, które wyrwało mi to jakże niedawno wywalczone powietrze z płuc. Zatkał mi nos i znów musiałam walczyć o oddech. Napawał się swoją władzą. Zacisnęłam palce na jego dłoni, próbując oderwać ją od mojej twarzy, ale była jak przyspawana. Ani drgnęła. Za to on wykorzystał ten moment, by uwięzić moje ręce. – Wiesz, że bardzo lubię, gdy jesteś taka waleczna, ale coś mi się zdaje, że zaraz ci przejdzie... – łaskawie pozwolił zaczerpnąć mi powietrza. Nachylił się nade mną tak, że czułam jego śmierdzący oddech. Jego ciało napierało na mnie, wciskając w materac. – Opowiedzieć ci, co mnie dziś spotkało? – „Idź się utop...” Usiłowałam się uwolnić, ale jak zwykle miał nade mną przewagę. Mimo to nie zamierzałam leżeć spokojnie i czekać, aż kolejny raz da się ponieść swoim chorym fantazjom. – Zadziorna się zrobiłaś – zaśmiał się. – Już prawie zapomniałem, jaką mi tym sprawiałaś przyjemność... – poczułam jego obrzydliwy język na twarzy. „Gdybym mogła, to przysięgam, zwymiotowałabym teraz prosto na niego...” – Ładny ten wasz domek... Prawdziwy pałacyk, prawda? A czego to w nim nie ma... Basen... Bilard... Fortepian... – zadrżałam ze strachu, gdy zdałam sobie sprawę, że on naprawdę opisuje mój dom. Od wewnątrz. Zrobiło mi się przeraźliwie zimno. Moje serce zamarło. „Boże, Louis!” – Nie powiem, nie było łatwo się dostać do środka, ale za to jaka nagroda mnie czekała, gdy już mi się udało... Prawdziwe luksusy... A ta sypialnia... – nachylił się jeszcze bardziej. Czułam ciepło bijące od jego ciała. – Powiedz, Kate, pieprzyłaś się z nim w tym wielkim łóżku? Krzyczałaś, gdy cię posuwał do nieprzytomności? Nie... – szepnął, gdy nie doczekał się odpowiedzi. – Tylko ja potrafię sprawić, że tak krzyczysz... – poczułam jak wgryza mi się w ramię tak mocno, że mimowolnie jęknęłam z bólu. – Tylko ja tak potrafię... – przesuwał swoim językiem po miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą były jego zęby. – Postanowiłem sobie na was zaczekać. Skoro już i tak tam byłem... – zaśmiał się z moich nieskutecznych prób uwolnienia się. – A wiesz jaka mnie spotkała nagroda za cierpliwość? – „Nabawiłeś się hemoroidów?” odpowiedziałam mu w myślach, zbyt przerażona tym, co miałam zaraz usłyszeć. „Boże, proszę... Wszystko, tylko nie on... Błagam...” zaklinałam drżąc z przerażenia. – Widzę w twoich oczach, że już wiesz kogo spotkałem... – „Nieee!!!” wierzgałam jak szalona, ale on tylko śmiał się i zacieśniał uścisk na moich ustach. Prawie na mnie leżał, uniemożliwiając jakikolwiek znaczący ruch. – Wyobraź sobie moją radość, gdy ujrzałem tego twojego niewydarzonego chłopaczka... A jak on się zdziwił? – zarechotał złowieszczo i w tym momencie brzmiał jak najprawdziwszy wariat, którym zresztą jest. – Wprawdzie byłem trochę rozczarowany, że ciebie z nim nie było, ale doszedłem do wniosku, że to tylko więcej zabawy dla mnie... – moje oczy wypełniły się łzami, które po chwili moczyły włosy i poduszkę. – Początkowo się stawiał, ale przecież taki kogucik to dla mnie pestka... – „Nie! Nie! Kłamiesz!” krzyczałam w głowie, a w każdym słowie była okropna rozpacz. „To nie może być prawda!” – Powiedz...Szczerze myślałaś, że takie nic cię przede mną ochroni? – i znów poczułam jego śmierdzący oddech, a po chwili jego język zlizywał łzy z mojej skroni. – Powiedzieć ci coś w tajemnicy? – zniżył głos do szeptu. – To ty go zabiłaś... – „Nie! Louis żyje! To nie może być prawda!” kręciłam głową na boki, próbując uwolnić się od nacisku jego dłoni, ale na nic się to zdało. – Gdyby nie ty, żyłby dalej w tym swoim pięknym domu... A tak?  – umilkł na chwilę, ale tylko po to, by znów wyszeptać mi coś do ucha. – Myślisz, że ten pedalski zespół zastąpi go kimś innym? – „Nie!!! Louis!!! Nie...” łkałam z rozpaczy, a on rozkoszował się każdą moją łzą, gdy opisywał mi ze szczegółami sposób, w jaki zabił chłopaka, którego kochałam ponad życie. „Boże... Dlaczego? Dlaczego...” łkałam wiedząc, że nie powinnam okazywać słabości. „Ale czy to jeszcze miało jakieś znaczenie? Bez Louisa...” Moje serce rozpadało się na kawałki, wraz z każdym słowem opisującym to, jak gasło życie w oczach Lou. – A wiesz, co było w tym wszystkim największą nagrodą? On wiedział, że pójdę prosto po ciebie i umierał ze świadomością, że nic nie może zrobić, by ci pomóc... – „Nieee!!! Boże! Nie Louis!!!” Miałam wrażenie, że ja też już nie żyję... że zabił mnie tą swoją przerażającą opowieścią. Tylko najwyraźniej mój mózg jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Ciało już wiedziało. Opuściła mnie cała wola walki. „Bez Louisa nie miałam już nic...” – Grzeczna dziewczynka... A teraz pójdziesz ze mną – powiedział, szarpiąc mnie do góry. – Jeden dźwięk i gorzko tego pożałujesz. Nie zmuszaj mnie, bym przez ciebie zabił kogoś jeszcze... – zniknął uścisk na moich ustach i ponownie mogłam swobodnie oddychać. „Tylko po co?” Akurat teraz nie miałabym nic przeciwko temu, by już nie potrzebować powietrza... – Ubieraj się! – coś się ode mnie odbiło i wylądowało na podłodze u moich stóp. Nawet nie zareagowałam. Było mi wszystko jedno. Przecież i tak byłam już martwa. „Bez Louisa...” Mocne szarpniecie za włosy do tylu, prawie złamało mi kark. Jego oddech owionął moją twarz. – Nie chcesz mnie bardziej zdenerwować, Kate – wysapał, a w jego głosie słychać było prawdziwą groźbę. – Wiesz przecież, co się wtedy dzieje... – zadrżałam na wspomnienie, gdy ostatnio błagałam go o to, by pozwolił mi umrzeć. Wtedy też go „zdenerwowałam”. I w tym momencie coś się we mnie obudziło.
   - Nie... – wyszeptałam, próbując opanować przerażenie. Odepchnęłam go z całej siły, ciesząc się, że zaskoczyłam go tym na tyle, iż musiał mnie puścić. Rzuciłam się w stronę, gdzie powinny znajdować się drzwi, ale jedyne co osiągnęłam, to zderzenie z jakimś wózkiem. Kilka przedmiotów z hukiem pospadało na podłogę. Miałam wielką nadzieję, że hałas kogoś zaalarmuje. Gdy poczułam ciągnięcie za włosy już wiedziałam, że jest za późno na ucieczkę...




   - Co tu, kurwa, robisz? – patrzyłem na postać stojącą przy oknie i najnormalniej w świecie nie wierzyłem, że miała czelność tu przyjść. Po tym wszystkim, co ostatnio odstawiała... – Jak tu weszłaś?
   - Dałeś mi klucz, głuptasie – uśmiechnęła się, posyłając mi jeden z tych swoich firmowych uśmiechów, a mi zrobiło się wręcz niedobrze na ten widok. „Jak mogłem być taki ślepy?” Miałem ochotę zdzielić się po głowie. – Nie pamiętasz?
   - Zmieniłem alarm... – wciąż nie spuszczałem z niej wzroku, zastanawiając się, czy jeśli zepchnę ją ze schodów, sąd uzna to za nieszczęśliwy wypadek. „Przez okno będzie bliżej, stary.” Moje drugie ja, jak zwykle miało ciekawe pomysły.
   - Zadzwoniłam do nich i powiedziałam, że zapomniałam kombinacji i niechcący go uruchomiłam – wzruszyła ramionami, a ja właśnie zdałem sobie sprawę, że sam ją uczyłem, co się robi w takim przypadku. „Jak mogłem być takim idiotą i podać jej hasła bezpieczeństwa? Normalnie medal za głupotę mi się należy...” Szybko zanotowałem sobie w głowie, by zmienić to, jak tylko się jej pozbędę. „Ten dywan idealnie by się nadawał do owinięcia zwłok...” podpowiedzi mojego mroczniejszego ja zdecydowanie mi się podobały. – Byli bardzo sympatyczni...
   - Następnym razem już tacy nie będą – warknąłem na nią, zaciskając pięści jeszcze mocniej. Naprawdę czułem, że mógłbym ją uderzyć. Jeszcze nigdy w życiu nie przywaliłem kobiecie. „Kiedyś musi być ten pierwszy raz, stary...” – Masz dokładnie minutę, by się stąd wynieść i wzywam policję – sięgnąłem po komórkę.
   - Lou... Kochanie... – jej oczy momentalnie wypełniły się łzami i wyglądała teraz jak wcielenie skruchy i rozpaczy. – Przepraszam... – „Tej pani już podziękujemy” moje drugie ja nieźle się rozochociło. „Oskar idzie do... Pierwszorzędna gra aktorska!” – Kocham cię... – ruszyła w moją stronę.
   - Trzydzieści sekund, Eleanor – powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. – Wynoś się stąd i nie wracaj – wskazałem jej drzwi. – A najlepiej nawet się do nas nie zbliżaj...
   - Proszę... Musisz mi wybaczyć... – załkała, ale tym razem wyjątkowo byłem odporny na kobiece łzy. – Nie wiem, co zrobię bez ciebie...
   - Jakoś sobie poradzisz...
   - Nie możesz mi tego zrobić – powiedziała. – Po tym wszystkim tak po prostu mnie wyrzucisz ze swojego życia?
   - Dokładnie tak – spojrzałem na nią, nic sobie nie robiąc z jej przedstawienia. – I jeszcze zatrzasnę za tobą drzwi...
   - Miałam rację. Mówiłam Pers, że ta mała przybłęda zrobiła ci pranie mózgu... – „Przez okno z nią!” Tym razem nie wiedziałem, które moje ja zabrało głos, ale miałem wielką ochotę zrealizować ten pomysł.
   - Raczej sprawiła, że przejrzałem na oczy – warknąłem, czując jak wzbiera we mnie złość. – I uważaj na słowa, bo naprawdę zaraz możemy oboje żałować, że nigdy nie grzeszyłem cierpliwością...
   - Grozisz mi?
   - Raczej ostrzegam – prawie wyplułem te słowa. – Jesteś chora, Eleanor. Włamałaś się tu i odgrywasz jakąś pieprzoną szopkę i liczysz na co? Że po tym wszystkim, co ostatnio wyprawiasz, popłaczesz mi tu trochę i o wszystkim zapomnimy? Jeśli tak, to jesteś bardziej walnięta, niż myślałem. Co tylko świadczy o tym, jaki byłem głupi, dając się nabierać na te twoje gierki... I jeszcze wciągnęłaś w to Perrie, wykorzystując jej przyjaźń. Jak się czujesz wiedząc, że rozwaliłaś jej związek z Zaynem? Jesteś z siebie zadowolona? – usłyszałem ruch za sobą i wiedziałem, że nasza rozmowa zaalarmowała Adama. – Wiesz, że on nosił się z kupnem pierścionka?
   - Perrie to idiotka – zaśmiała się. – Sama jest sobie winna. Myśli, że może zbawić cały świat, ale te jej dobre rady już mi bokiem wyłażą... Choć nie ukrywam, że lojalna z niej była przyjaciółka...
   - Mam nadzieję, że przejrzy na oczy i wykopie cię ze swojego życia dokładnie tak, jak ja – wskazałem w stronę drzwi w momencie, gdy mój telefon obwieścił nadejście wiadomości. – Adam pomoże ci się nie zgubić w drodze do wyjścia... – powiedziałem nawet na nią nie patrząc. – Oddaj mu też klucze. Już ci nie będą potrzebne... – Zdziwiony zauważyłem, że wiadomość jest od Kate. „Jak to możliwe?” Przesunąłem palcem po ekranie i moim oczom ukazało się zdjęcie mojej dziewczyny, śpiącej na szpitalnym łóżku. A pod nim trzy słowa, które zmroziły mi krew w żyłach. „Już za późno...” Rzuciłem się za nimi, prawie taranując ich na schodach. – Jedziemy do szpitala! – krzyknąłem, rzucając Adamowi telefon. Wypadłem przed dom, w panice rozglądając się za samochodem. Eleanor patrzyła się na mnie zdezorientowana. – Przysięgam na Boga, El, jeżeli miałaś z tym popaprańcem coś wspólnego, zniszczę cię.
   - Wsiadaj! – Adam wyjechał z garażu z piskiem opon. Wskoczyłem na siedzenie pasażera z przerażeniem przysłuchując się temu, co ochroniarz relacjonował komuś przez telefon. „Boże, nie może być za późno...




   Było za późno... „Co ja tu właściwie robię o tej porze? Jest środek nocy...” kolejny raz przez myśl mi przeszło, by zawrócić na pięcie i po prostu pojechać z powrotem do Nialla. Z podkulonym ogonem. Byłem więcej niż pewny, że przyjaciel przyjmie mnie z otwartymi ramionami. Nawet pomimo tego, że ostentacyjnie wyłączyłem komórkę, gdy próbowali z Liamem się do mnie dodzwonić. „I tak mnie w końcu dorwą...” westchnąłem i pchnąłem ciężkie drzwi. Tutaj już nie było tak cicho. Przemknąłem się obok dyżurki pielęgniarek, modląc się, by mnie nie zauważyły. „Jak nic wykopałyby mnie do domu...” uśmiechnąłem się pod nosem na samo wyobrażenie takiej sytuacji. Ale zaraz przestało mi być wesoło. Stałem przed drzwiami, za którymi leżała Kate. „Pewnie w ramionach Louisa...” Odetchnąłem głęboko i dałem sobie mentalnego kopniaka na odwagę. Wystarczy tylko pchnąć drewnianą powierzchnię. „Tak. Tylko...” westchnąłem. Usłyszałem jak wewnątrz coś z hukiem upada na podłogę. „Co oni tam wyprawiają?” Pchnąłem ostrożnie drzwi, w myślach układając sobie to wszystko, co musiałem powiedzieć Kate i Louisowi. „Raz  się żyje” postanowiłem i... Zastygłem w miejscu, by po chwili rzucić się dziewczynie na ratunek.
   - Pomocy!!! – wydarłem się jeszcze licząc, że mój głos zaalarmuje ochronę. Kogokolwiek. Złapałem faceta za szmaty i oderwałem od szamoczącej się przyjaciółki. Mężczyzna zatoczył się na łóżko, przesuwając je o dobry metr, ale momentalnie się zreflektował i niczym rozjuszone zwierzę ruszył w moją stronę. – Kate! Uciekaj!
   - Zayn!!! – usłyszałem krzyk dziewczyny w tym samym momencie, w którym zderzyłem się ze ścianą. Facet okładał mnie pięściami, a je nie wiedziałem, czy mam się bronić, czy raczej rzucić się na ratunek Kate, która na czworakach próbowała dostać się do drzwi. „Jeszcze trochę, maleńka...” dopingowałem ją, zbierając kolejne uderzenia.
   - Jeszcze jeden? – spojrzałem w oczy mężczyźnie, który nie tak dawno mnie zabił. „Na szczęście tylko w moim śnie.” – Ty mała dziwko... – facet najwyraźniej usiłował wbić mi głowę w ścianę. W pewnym momencie poczułem krew spływającą mi po szyi. – Z iloma się pieprzyłaś? – warknął serwując mi lewy prosty. – A ty gdzie?!? – z wściekłością pchnął mną przez pół pokoju i rzucił się w stronę Kate, kopiąc ją w brzuch. To wszystko było jeszcze bardziej przerażające niż mój sen. To działo się naprawdę... – Zgrywałaś taką cnotkę, a teraz rżniesz się z kim popadnie?
   - Zostaw ją! – zdzieliłem go metalowym stojakiem po plecach. Upadł na Kate, a krzyk dziewczyny zadźwięczał mi w uszach. Przez chwilę miałem przewagę i poczułem, że to może się skończyć inaczej, niż w moim  koszmarnym śnie. Byłem tak zaabsorbowany tym, by zatłuc go na śmierć, że nie zauważyłem pistoletu w jego dłoni... Do momentu, gdy przystawił go do głowy Kate.
   - Dość! – splunął krwią i podniósł się, ciągnąc za sobą przerażoną dziewczynę. – A teraz bądź grzeczny i rzuć tutaj tą zabawkę.
   - Zayn... – jęk rozpaczy wydobył się z gardła Kate. „To nie może się skończyć tak jak wtedy...” patrzyłem na to wszystko, a strach wypełniał każdą komórkę mojego ciała. Wszystko zmierzało w tak dobrze mi znanym kierunku... Odrzuciłem stojak, naiwnie się łudząc, że może hałas temu towarzyszący, kogoś zaalarmuje. „Gdzie jest Louis?Mark? Gdzie jakaś pieprzona pielęgniarka?” zastanawiałem się w panice. Widziałem strach Kate. Tak wielki, że praktycznie ją paraliżował. Z obrzydzeniem obserwowałem jak facet przyciąga ją do siebie i obłapia brudnymi łapami. Złożył na jej skroni pocałunek, nie spuszczając ze mnie wzroku.
   - Bohaterowie zawsze umierają młodo – powiedział mężczyzna, kierując broń w moją stronę. „Przynajmniej nie oberwę w plecy...” zauważyłem, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. – Podoba ci się moja mała, co? – ścisnął ją tak mocno, że załkała z bólu, a następnie przejechał językiem po jej twarzy, zlizując z niej łzy. „Boże, nie mogę tak stać. Muszę coś zrobić...” Nie mogłem na to patrzeć, ale nie potrafiłem oderwać wzroku. – Była taka czysta i niewinna... – spojrzał na nią, a następnie przyssał się do jej ust. Zrobiłem krok do przodu, ale momentalnie jego uwaga powróciła do mnie. – A wy zrobiliście z niej dziwkę. Zbrukaliście coś, co należy do mnie – spojrzał mi w oczy. Widziałem w nich moją śmierć. „Czy to w ogóle jest możliwe?” Kątem oka zauważyłem metalową tackę leżącą na podłodze. – I dlatego ty też zginiesz – zakończył i wycelował prosto we mnie. Nie było żadnego filmu ze scenami z mojego życia, który wypełniłby moją głowę. Jedynie myśl, czy zdążę chwycić pożądany przedmiot, nim dosięgnie mnie kula... „Czy to w ogóle jest możliwe?
   - Nie!!! – Kate wyrwała mu się i skoczyła do przodu. Dokładnie w moim kierunku. Zaskoczyła go tym całkowicie. Rzuciłem się na metalowy przedmiot, gdy rozległ się strzał. Nic nie poczułem. Z całej siły zamachnąłem się i zdzieliłem faceta w głowę, modląc się, by to wystarczyło, byśmy z Kate mogli uciec z pokoju. Mężczyzna upadł na podłogę, krzyknął wściekle i ponownie wycelował we mnie. Kolejny strzał. Niczym na zwolnionym tempie widziałem, jak koszula faceta pokrywa się krwią. Spojrzałem zaskoczony w stronę drzwi. Chyba pierwszy raz w życiu tak bardzo ucieszyłem się na widok policjanta. Odwróciłem się w stronę przyjaciółki, chcąc ją przytulić i zapewnić, że już po wszystkim... że jest bezpieczna... że teraz wszystko będzie już dobrze...
   - Kate! – opadłem na kolana, przerażony tym, że szpitalny strój Kate był pokryty krwią. „Nie, nie nie... Nie tak miało być...” łkałem, próbując dłońmi zatamować krwawienie. Gorąca ciecz przepływała mi przez palce. – Nie, Kate... Boże... Pomocy!!!
   - Zayn... – posłała mi delikatny uśmiech. – On...
   - Już wszystko dobrze... – zapewniłem ją, kątem oka rejestrując, jak policjant schował broń i kiwnął koledze stojącemu przy drzwiach. Momentalnie pokój wypełnił się lekarzami i pielęgniarkami. Tuliłem do siebie dziewczynę, składając pocałunki na jej czole i zapewniając, że wszystko będzie dobrze... Nic sobie nie robiłem z tego, że i moje ubranie pokryło się krwią. „Jej krwią...” Coś ciekło mi po twarzy. – Dlaczego to zrobiłaś, głupia?
   - Lou... – wyszeptała przez łzy. Sanitariusze dosłownie wyrwali ją z moich objęć. W jej oczach był taki ból, że na sam widok zamarło mi serce. Wyglądała jakby poddała się jeszcze przed rozpoczęciem walki. „Boże, nie...
   - Zaraz tu będzie – zapewniałem ją, wyrywając się pielęgniarce, która przyciskała mi coś do skroni. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Próbowałem wyjąć komórkę z kieszeni spodni. – Louis zaraz tu przyjedzie, słyszysz?
   - Nie przyjedzie...




   Wyleciałem z domu jak strzała zaraz po telefonie od Liama. Zdążyłem jeszcze tylko krzyknąć dziewczynom i Andy’emu, co się stało i już mnie nie było. Ktoś tam na górze najwyraźniej nade mną czuwał, bo dojechałem do szpitala w rekordowym tempie, łamiąc przy okazji chyba każdy możliwy przepis ruchu drogowego. Na moje szczęście policja najwyraźniej miała dziś co innego do roboty. „I chwała im za to...
   Wbiegłem do szpitala, przeciskając się przez ruchome drzwi. „One zdecydowanie powinny się szybciej otwierać” pomyślałem, gdy rozmasowywałem bark, którym zahaczyłem o szklaną taflę. „No i już wiadomo, gdzie podziała się cała policja” rozejrzałem się z niedowierzaniem, kierując się prosto do wind. Nerwowo przytupywałem nogą, czekając aż drzwi otworzą się na odpowiednim piętrze. Gdy to się stało, pierwsze co ujrzałem, to menadżera z komórką przystawioną do ucha i drugą, na której coś zawzięcie pisał. „Nie wygląda za dobrze...” Tutaj też pełno było policji.
   - Paul? – mężczyzna spojrzał na mnie i szybko zakończył rozmowę. – Co się dzieje? Liam nic mi nie umiał powiedzieć... Gdzie Kate?
   - Jeszcze ją operują – powiedział prowadząc mnie w głąb korytarza. Oblał mnie zimny pot. Z trudem przełknąłem ślinę. „O-Operują?” – Tak samo Marka. Zayna też zabrali...
   - Boże... – z każdym słowem menadżera robiło mi się bardziej słabo. „Co tu się stało?” – C-Czy oni...
   - Jeszcze nic nie wiemy... – westchnął sfrustrowany. W tym momencie znów rozdzwonił się jego telefon. – Udostępniono nam jedną poczekalnie, bo oczywiście pełno prasy się zleciało... – otworzył przede mną drzwi, przed którymi stało dwóch policjantów. Przyjrzeli mi się uważnie i powrócili do przerwanej dyskusji.
   - Louis... – podszedłem szybko do przyjaciela, który siedział na podłodze pod ścianą i wyglądał jak uosobienie nieszczęścia i rozpaczy do jakiejś nieskończenie wielkiej potęgi. Łzy płynęły po jego twarzy, ale nawet nie zadawał sobie trudu ich wytarcia. Ukląkłem przed nim i porwałem go w ramiona. Chciałem mu powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale nie potrafiłem tego zrobić. „Bo co, jeśli wcale nie będzie dobrze?” Ta myśl dosłownie zakuła mnie w serce. Czułem łzy przyjaciela, wsiąkające w moją koszulkę i drżenie jego ciała, gdy raz po raz wstrząsał nim szloch. – Co się stało? – zapytałem cicho, gładząc go po plecach i spoglądając na Liama i Nialla, siedzących obok i obserwujących nas ze smutkiem w oczach.
   - To był on – powiedział cicho Payne, obejmując ramieniem przyjaciela, który płakał równie mocno, co Louis. – Jeszcze dokładnie nic nie wiemy, ale Paulowi udało się dowiedzieć, że doszło do szamotaniny i Kate została postrzelona – Lou zatrząsł się na te słowa. Poczułem jak zaciska dłonie na mojej koszulce. – Mark też oberwał. Właśnie ich operują...
   - Paul mówił, że Zayn... – zacząłem, ale natychmiast przerwałem widząc, że rozpacz na twarzy Nialla tylko się powiększyła.
   - Nie wiemy co z nim... – powiedział cicho Liam. – Podobno mocno oberwał w głowę i zemdlał... Chyba...
   - Kurwa! – zdenerwowałem się. – Czy ktoś tutaj wie, coś na pewno? Mam nadzieję, że tym razem złapali tego skurwysyna – warknąłem, nerwowo przeczesując włosy.
   - Tak – przyjaciel pokiwał głową, jednocześnie starając się jakoś uspokoić Horana. – Podobno jego też operują... Został postrzelony przez policjanta. Ten, który stoi za drzwiami powiedział nam, że Zayn też całkiem nieźle poturbował faceta...
   - Brawo, Malik! – ucieszyłem się z tego, bo prawdę mówiąc sam chętnie przywaliłbym kilka razy temu zboczeńcowi. Przez głowę przeszła mi myśl, że raczej nikt nie płakałby po tym psychopacie, ale zaraz ją odgoniłem, bo jego zdrowie było teraz dla mnie najmniej ważne. Zapadła cisza. „Ona mnie chyba ostatnio prześladuje...” westchnąłem, rozsiadając się wygodniej i obejmując Louisa ramieniem. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, by wiedzieć, co się dzieje w jego głowie. – To nie twoja wina, Lou... – przyjaciel pokręcił głową nawet na mnie nie patrząc. – Gdybyś z nią został, to teraz pewnie leżałbyś na stole operacyjnym zamiast Marka...
   - Mogłem z nią być... – wyszeptał.
   - Wygoniła cię do domu, bo byłeś wykończony... – tłumaczyłem jak dziecku. – Słaniałeś się na nogach...
   - To nic... Mogłem...
   - Nie ma sensu tak gdybać, Lou... – wtrącił się Liam. – Równie dobrze wszyscy moglibyśmy tak mówić... Przecież my także mogliśmy zostać... – Louis popatrzył na niego swoimi załzawionymi oczami, ale już nic nie powiedział. Ja jednak wiedziałem, że to wcale nie znaczy, iż przestał się obwiniać. Ten typ już tak ma...
   - Po prostu chciałbym już coś wiedzieć... – westchnął i oparł głowę na moim ramieniu. – To czekanie mnie dobija...




   Czas dłużył się niemiłosiernie. Chyba nie ma nic gorszego, niż takie bezczynne czekanie, gdy ktoś kogo kochasz walczy o życie. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Naprawdę wydawało się, że czas stanął tu w miejscu. Louis wyglądał jakby mógł zasnąć na stojąco i pewnie dlatego od dobrej godziny przemierzał pokój nerwowym krokiem, praktycznie wyrywając sobie przy okazji włosy z głowy. „Wszystko, byle nie zasnąć...” westchnąłem, zerkając na parapet, na którym walały się kubki po kawie. „Choćbym chciał, nie potrafiłbym ich zliczyć...” Niall leżał zwinięty na fotelu i gapił się w ekran komórki nic niewidzącym wzrokiem. Odkąd dostaliśmy telefon od Paula, przyjaciel cały czas sobie wyrzucał, że to przez jego bezmyślność Zayn uciekł z mieszkania. Na razie nie potrafił dopuścić do siebie wiadomości, że cokolwiek Zayn tu robił, najprawdopodobniej uratował Kate, więc raczej nie będzie miał do nikogo żalu... Harry siedział na drugim parapecie i zawzięcie esemesował z Alex. Dobre pół godziny zajęło mu przekonanie jej, że powinna zostać w domu. Zastanawiałem się jak to między nimi jest... Nie da się ukryć, że odkąd ją poznał, był o wiele szczęśliwszy...
   - Dlaczego to tak długo trwa? – Louis z nerwów kopnął śmietnik, stojący pod ścianą. Niall miał wiele szczęścia, bo pocisk przeleciał przez pół pokoju i odbił się dosłownie kilka centymetrów nad nim.
   - Ej! – krzyknął, zeskakując z fotela, na którym walały się teraz przeróżne papierki. W drzwiach natychmiast pojawił się policjant.
   - Wszystko w porządku – zapewniłem go szybko, podchodząc do przyjaciela, który cały aż trząsł się z tej bezsilności. – Lou... Musisz się uspokoić...
   - Nie mów mi co muszę, Liam – warknął, odpychając mnie i poszedł pomóc Niallowi zbierać rozsypane śmieci. – Przepraszam... – usłyszałem jeszcze jego zmęczony głos. „Boże, ile jeszcze?” westchnąłem sfrustrowany, bo to czekanie i mi się dawało we znaki.
   Nagle drzwi ponownie się otworzyły i policjant posłał nam sympatyczny uśmiech, odsuwając się, by zrobić komuś przejście. Stałem jak wmurowany, obserwując Zayna, pchanego na wózku przez rosłego pielęgniarza. Wszyscy zaniemówiliśmy, patrząc się w zmęczone oczy przyjaciela. Z pomocą mężczyzny wstał z wózka i posłał nam delikatny uśmiech. Jego twarz wyglądała jak po regularnej bijatyce, a łuk brwiowy zdobiły niebieskie szwy. Wyglądał na wyczerpanego, ale to akurat była cecha nas wszystkich.
   - Hej – powiedział cicho. Pierwszy ocknął się Niall, rzucając się przyjacielowi w ramiona i przepraszając za wszystko, co tylko przyszło mu do głowy. Łącznie z tym, jakim to jest dupkiem. Choć nie za bardzo wiem, o kim była akurat ta myśl. – Jest dobrze, stary... Jest dobrze... – „I kto by pomyślał, że skończy się na tym, iż to Zayn będzie nas uspokajał...” Louis stanął za plecami Horana, jakby czekał na swoją kolej, by uściskać przyjaciela. Ale gdy już to zrobił, to było coś więcej... „W końcu kolejny raz Zayn uratował Kate...” Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogło być inaczej. „Ona musi żyć.
   - Dobrze, że masz twardy łeb – Harry nie byłby sobą, gdyby nie rzucił jakiegoś swojego błyskotliwego tekstu. – Pusty, ale przynajmniej ze stali – zaśmiał się, obdarzając przyjaciela mocnym uściskiem. Doczekałem się i swojej kolejki.
   - Cieszę się, że jesteś cały – powiedziałem, przytulając go do siebie.
   - Taa... – próbował się uśmiechnąć, ale trochę nieporadnie mu to wyszło. – Też się cieszę... Przez chwilę naprawdę myślałem... – przerwał, a jego wyraz twarzy zmienił się momentalnie. – Co z Kate? – wyszeptał przerażony.
   - Jeszcze nie wiemy – westchnąłem, pomagając mu usiąść w fotelu. „Czyżby znowu połamał żebra?” zauważyłem grymas bólu na jego twarzy. – Wciąż ich operują...
   - Ich? – zdziwił się. Spojrzał mi w oczy w poszukiwaniu odpowiedzi. Niall przysiadł na oparciu i zaczął się nerwowo bawić tasiemką na karku Zayna. Jakby potrzebował tej bliskości, by uwierzyć, że przyjacielowi naprawdę nic nie jest.
   - Ją i Marka – powiedział Lou, przysuwając sobie krzesło i siadając obok. – Nic nam nie mówią. Za każdym razem, gdy usiłujemy się czegoś dowiedzieć, słyszymy tylko, że trzeba czekać i być dobrej myśli... Przysięgam, że jeszcze raz to usłyszę i nie wytrzymam... – jego słowa przeszły w głośne łkanie.
   - Będzie dobrze, Louis... – Zayn ścisnął dłoń przyjaciela w pokrzepiającym geście, a potem zapatrzył się w jakiś punkt nad jego głową. Aż spojrzałem na ścianę za nami, by się przekonać, czy czegoś tam nie ma. – Postrzelił ją... – odezwał się cicho po chwili. – Zamiast mnie. Wzięła na siebie moją kulkę...
   - Co tam się stało? – zapytał Harry, siadając na podłodze i opierając się o nogi Louisa. Wszyscy chcieliśmy wiedzieć, jak doszło do tego, że troje naszych przyjaciół skończyło na stole operacyjnym, ale tylko Hazz miał odwagę zadać to pytanie głośno.
   Słuchaliśmy słów Zayna, a przerażenie malowało nasze twarze. To co opowiadał brzmiało jak żywcem wyjęte z jakiegoś filmu grozy. Z ta różnicą, że działo się naprawdę. Przez człowieka, który był książkowym przykładem psychopaty, dwie bliskie nam osoby walczą teraz o życie. Nikt nie zapytał Zayna, co tak właściwie robił w szpitalu w środku nocy. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, że był na miejscu, gdy był potrzebny. „Jak zawsze...” odetchnąłem z  ulgą, obserwując przyjaciół, którzy, każdy na swój sposób, przetwarzali to wszystko, co przed chwilą usłyszeliśmy.
   - Ona myślała, że nie żyjesz... – powiedział po przedłużającym się milczeniu. – To dlatego to zrobiła... Wzięła kulkę przeznaczoną dla mnie, bo jakimś cudem uwierzyła mu, że nie żyjesz – spojrzał w oczy Louisowi i to było wszystko. Reszta nie wymagała słów. Wiedzieliśmy w końcu, co się wydarzyło. Teraz musieliśmy tylko czekać, jakie będą tego konsekwencje. „Boże, jak ja nienawidzę takiego czekania...




   Umierałem od tej całej bezczynności... Sam już nie wiem, od ilu godzin byliśmy na nogach, ale coraz trudniej przychodziło mi walczenie ze snem. Z jednej strony zazdrościłem Zaynowi, bo po lekach, które dostał, spał teraz jak zabity, z głową na kolanach Louisa. Ale z drugiej strony... „Musiałem tu być dla Katy...” Skoro nawet Zayn nie pojechał do domu, by odpocząć w wygodnym łóżku, to i ja wytrzymam. „Muszę wytrzymać...” westchnąłem, przecierając zmęczone oczy. „Nie ma innej opcji.
   Zazdrośnie spojrzałem na Liama, któremu zmęczenie odeszło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko pojawiła się Danielle. Siedzieli teraz razem na fotelu w kącie sali i przyjaciel cicho relacjonował jej wszystko, czego do tej pory się dowiedzieliśmy. „Było tego tak strasznie niewiele...” westchnąłem.
   Harry rozłożył się obok mnie na podłodze i praktycznie nie wypuszczał telefonu z dłoni. Zerknąłem mu przez ramię, by tylko utwierdzić się w przekonaniu, że pisze z Alex...
   - Co ty jej tak ciągle wysyłasz, skoro nie dowiedzieliśmy się niczego nowego od od ponad godziny? – zapytałem szeptem.
   - Ona pomaga mi nie zasnąć... – wyjaśnił, sięgając po kolejną kawę. Odłożył ją w momencie, gdy na ekranie zamigotała mu nowa wiadomość.
   Wszyscy kogoś mają...” westchnąłem ciężko i przymknąłem oczy, by choć na chwilę dać im odpocząć. „Louis ma Katy... Liam ma Danielle... Zayn, o ile tego nie spieprzy, ma Perrie... I wygląda na to, że - oficjalnie, czy też nie - Harry ma Alex... A co ze mną?” Byłem żałosny. Katy walczyła o życie, a ja... Przed oczami stanęła mi postać Katie. Wymknęła mi się już tyle razy, że jeszcze trochę i będą mogli nakręcić na tej podstawie jakąś beznadziejną komedię. „Może na pocieszenie daliby mi zagrać główną rolę” uśmiechnąłem się pod nosem. Wcisnąłem słuchawkę do ucha, chcąc spróbować, czy możne muzyka sprawi, że trochę spanie mi odejdzie. „Jakie jest prawdopodobieństwo, że z tylu piosenek, akurat losowo trafię na tą?” pokręciłem głową z niedowierzaniem, wsłuchując się w pierwsze takty utworu McFly „If U C Kate”. „Przysięgam, jeśli tylko Katy nic nie będzie, to znajdę moją Katie, choćbym miał zawiesić bilbord na Big Benie...
   Pojawienie się Paula sprawiło, że trochę się ożywiliśmy. „I to wcale nie za sprawą kilku kartonów pizzy, które przyniósł.” Opowiedział nam, co udało mu się w międzyczasie dowiedzieć i jednym słowem było tego wkurzająco niewiele.
   - Próbujemy poprzesuwać, co się tylko da, byście nie musieli lecieć w niedzielę, ale strasznie opornie to idzie... – westchnął menadżer. – Rodzice Zayna zaraz tu będą. Może im uda się go zabrać do domu...
   - Wątpię... – powiedziałem pod nosem, przyciągając do siebie karton z pizzą.
   - Czy ktoś dzwonił do Perrie? – Paul spojrzał na nas pytająco. – Może ona...
   - Nigdzie nie idę... – odezwał się przyjaciel, głosem ochrypłym od spania. – Nic mi nie jest. Słyszałeś co lekarz powiedział...
   - Miedzy innymi, że możesz majaczyć po tych wszystkich prochach, które w ciebie wpakowali – zaśmiał się menadżer. Po chwili jednak spoważniał i przeszedł na ten swój „biznesowy” tryb. – Wiecie, że nie da się anulować tego wyjazdu...

   - Nigdzie nie jadę bez Kate. – „Normalnie déjà vu...” Zauważyłem, że nikogo nie zdziwiły słowa Louisa. Nawet Paul nie wydawał się nimi zaskoczony.
   - Myślę, że teraz nie jest najlepszy czas na tą dyskusję – powiedziała cicho Danielle i przysięgam, Paul wyglądał na zawstydzonego. Gdy rozdzwoniła się jego komórka, właściwie uciekł z pokoju. „Tak, Dani to potrafi usadzić... Jednym spojrzeniem...

   - Była u mnie Eleanor... – odezwał się Louis, gdy cisza zaczynała już dzwonić w uszach.
   - Co? Kiedy? – Harry uniósł głowę tak gwałtownie, że aż kark mu strzelił. – Gdzie?
   - W domu... – powiedział cicho Lou i zrelacjonował nam wszystko ze szczegółami. Łącznie z pokazaniem wiadomości, którą dostał.
   - Myślisz, że miała z tym wszystkim coś wspólnego? – Danielle wpatrywała się w niego wyczekująco.
   - Nie wiem... Nie sądzę... – Louis nerwowo przeczesał włosy. – Sam nie wiem... Wydawała się kompletnie nie wiedzieć, co jest grane, ale czy ja wiem... – wzruszył ramionami. – Ostatnio okazało się, że jest całkiem niezłą aktorką... – dodał smutno i spojrzał na Zayna. – Za to na pewno Perrie nie miała z tym nic wspólnego. Eleanor ją wykorzystała... Gdybyś słyszał, co wygadywała... Niedobrze się od tego robiło...
   Patrzyłem na przyjaciela, który wydawał się rozważać usłyszane przed chwilą słowa. „Jeżeli to go nie przekona, to już nie wiem...” Miałem wrażenie, że przez chwilę na jego twarzy malowała się wielka ulga, ale możne tylko mi się wydawało... Znów milczeliśmy.
   Po pokoju rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i wszystkie oczy skierowały się w stronę kobiety, stojącej obok policjanta. Wyglądała jak my. Jakby ledwo stała na nogach z przemęczenia. Posłała nam ciepłe spojrzenie, ale nie znalazłem w nim radości. „Jaką wiadomość nam przekaże?” Trząsłem się ze strachu i dosłownie wstrzymałem oddech. Nawet zacisnąłem kciuki. Tak na wszelki wypadek.
   - Przykro mi...


czwartek, 10 października 2013

77


!!! Konkurs !!!
BLOG MIESIĄCA WRZEŚNIA



   Spojrzałem na zegarek i kolejny raz jęknąłem w myślach. „Za jakie grzechy?” Zdecydowanie było za wcześnie na cokolwiek. Zwłaszcza po nieprzespanej nocy. Rozejrzałem się dookoła, posyłając zmęczony uśmiech przyjaciołom. Wszyscy byliśmy wykończeni po spędzeniu ostatnich kilkunastu godzin w szpitalu. Mimo iż nie pozwolono nam wejść do Kate ani na moment, nie chcieliśmy wracać do domów. Louis nas potrzebował i chyba my też potrzebowaliśmy tam być. „Dla nich i dla nas...” Długie godziny spędzone na ekstremalnie niewygodnych krzesłach teraz dawały się nam we znaki. Mój kręgosłup wręcz błagał o zmiłowanie.
   - Gotowi? – uniosłem zmęczone spojrzenie na Paula. – Wszystko już przyszykowane. Czekają tylko na was...
   - Dobra. Zróbmy to i miejmy z głowy – powiedział Hazz, wstając z kanapy. – Chciałbym wrócić do szpitala najwcześniej jak to możliwe...
   Poszliśmy za menadżerem i jednym z dziennikarzy prowadzących audycję, ale nikt z nas nie potrafił wykrzesać z siebie dość siły, by choć udawać, że chcemy tu być. „Czasami naprawdę trudno jest zachować się profesjonalnie...” westchnąłem, posyłając zmęczony uśmiech Niallowi, który z trudem odpowiedział mi tym samym. „To będzie bardzo długie sześćdziesiąt minut...
   - Naszych dzisiejszych gości nie musimy chyba nikomu bliżej przedstawiać, bo coś mi się wydaje, że nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie nie podbiliby milionów serc... – zaczął Dave, gdy zegar wybił szóstą. – Proszę państwa... One Direction! Panowie, dziękujemy, że zechcieliście nas odwiedzić o tak wczesnej porze...
   - Cała przyjemność po naszej stronie – powiedziałem, poprawiając się na krześle. – Dziękujemy za zaproszenie...
   - I właściwie chyba pierwszy raz nie musieliśmy się zbytnio poświęcać z tym wczesnym wstawaniem – zaczął Harry. – Po prostu jeszcze żaden z nas nie położył się spać...
   - Czy jest to jakoś spowodowane tym, że niestety nie gościmy was dziś w komplecie? – Aron, drugi prowadzący, przeszedł do pierwszego pytania z listy, którą wcześniej omówiliśmy.
   - Niestety... – westchnął Niall. – Zostawiliśmy Louisa w szpitalu. Zresztą raczej nie wyobrażam sobie nikogo, kto dałby radę oderwać go od łóżka Katy...
   - Co się stało? – obaj prowadzący byli szczerze zainteresowani, bo wcześniej nikt z nas nie spieszył się z żadnymi wyjaśnieniami. – Widzieliśmy w internecie masę zdjęć was na szpitalnym korytarzu... Wyglądacie jakbyście spędzili tam noc...
   - Rzeczywiście tak było – spojrzałem przez szybę na Paula, który przysłuchiwał się audycji. – Kate miała wypadek, ale zdaniem lekarza wszystko będzie dobrze. Musi się tylko obudzić... – „Tak... Tylko...” westchnąłem. – Louis nie odstępuje jej nawet na krok, a my uznaliśmy, że powinniśmy tam być razem z nimi...
   - Lekarze są dobrej myśli, więc i my staramy się być – odezwał się Zayn, kołysząc się na krześle. – Ale nie da się ukryć, że takie czekanie jest okropne...
   - Za dużo czasu na myślenie... – wtrącił Dave, całkowicie nas rozumiejąc. – Tym bardziej dziękujemy, że zechcieliście przyjechać... Mamy nadzieję, że wszystko dobrze się skończy i oczywiście przesyłamy dużo miłości Louisowi i Katy.
   - Chcieliśmy też przy okazji prosić fanów przed szpitalem, by nie zapominali, gdzie się znajdują – powiedziałem – i nie zakłócali spokoju. Dziękujemy za wasze wsparcie i miłość, ale nie zapominajmy, że tam ludzie walczą o życie i nie powinniśmy w tym przeszkadzać...




   Uporczywe pikanie przywodziło na myśl wszystkie poprzednie wizyty w szpitalu. „A trochę ich było...” Okropny ból rozsadzał mi czaszkę, a ja mogłam się tylko zastanawiać nad tym, co też tym razem się stało i jak bardzo wszyscy się martwią. „Znów przeze mnie...” Wiedziałam, że nie jestem sama. Czułam gorącą dłoń trzymającą moją i po prostu wiedziałam... Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele sprawiając, że chciałam się uśmiechnąć, ale jedyne co udało mi się osiągnąć, to przeszywający ból i grymas na twarzy połączony z cichym jęknięciem. „Moja głowa...
   - Kate? – usłyszałam głos Louisa, zabarwiony ogromnym zmartwieniem. – Kochanie? Słyszysz mnie...
   - Lou... – cichy szept wydobył się z moich ust, uzmysławiając mi suchość w gardle. „Boże... Dlaczego głowa tak bardzo mnie boli?” załkałam. – Boli...
   - Głowa? Wiem... – ścisnął moją dłoń i w akompaniamencie jakiegoś szurania poczułam, że przysuwa mi coś do ust. – Lekarz mówił, że po tych lekach możesz być spragniona... – powiedział cicho. Przyssałam się do rurki i po chwili zimna woda przyjemnie spłynęła przez moje gardło. Smakowała cudownie. Wręcz nie do opisania. – Powoli...
   - Lekarz już idzie – usłyszałam kobiecy głos, którego z całą pewnością nie znałam. Ale co ważniejsze, słyszałam zdenerwowane głosy przyjaciół dobiegające zza drzwi. „Boże... Są tu wszyscy?
   - Co się stało? – zapytałam drżącym głosem, szukając dłonią Louisa. Od razu poczułam jego silne palce, splatające się z moimi. Odetchnęłam z ulgą.
   - Uderzyłaś się w głowę, kochanie – pielęgniarka na szczęście wyłączyła to uporczywe pikanie aparatury. – Ale dzięki Bogu szybko się nam obudziłaś, więc będzie dobrze...
   - Spadłam ze schodów... – nagle przypomniałam sobie wszystko. – Ale ze mnie łamaga... – próbowałam się uśmiechnąć, ale ból głowy naprawdę nie ułatwiał mi niczego.
   - To moja wina... – usłyszałam głos Louisa i chyba jego słowa bolały nawet bardziej niż moja biedna czaszka. – Mogłem...
   - Hej – ścisnęłam jego dłoń najmocniej jak mogłam. – Nie opowiadaj bzdur, kochanie. Każdemu mógł się przytrafić upadek ze schodów...
   - Tak, ale...
   - Żadne ale – przerwałam mu, nie mogąc znieść tego, że obwinia się o coś takiego. – To nie pierwszy raz tak wyrżnęłam, wiesz? – uśmiechnęłam się. – I zapewniam cię, że pewnie nie ostatni...
   - Ale...
   - Nie martw się... – usłyszałam, że ktoś wchodzi do środka i po chwili witał się z nami ciepły, męski głos.
   - Ale nam stracha napędziłaś, dziecko – poczułam palce lekarza, ostrożnie badające moją głowę. – Już się baliśmy, że będziemy tu musieli wstawić więcej łóżek i położyć na nich twojego narzeczonego i kilku waszych przyjaciół...
   - Ma się te zdolności... – jęknęłam, gdy jego dotyk sprawił, że przeszył mnie ból. Ostrożnie skontrolowałam stan swojego ciała. Byłam obolała, ale tylko głowa sprawiała, że w oczach zbierały mi się łzy. – Nic sobie nie złamałam, prawda?
   - Na szczęście... – westchnął Lou, a w jego głosie słychać było ogromną ulgę. „Zdecydowanie nie ma ze mną lekko...” odetchnęłam głęboko, próbując powstrzymać napływające łzy.
   - Zrobimy jeszcze kilka badań, ale wszystko wygląda dobrze – lekarz wydawał się zadowolony. – Zostawimy cię do jutra na obserwacji. Z pewnością głowa ci pęka, więc zaraz coś na to poradzimy... Po prostu odpoczywaj...
   - Dobrze... – „Wszystko, byle tylko Louis przestał się martwić...” – Coś mi się wydaję, że Zayn właśnie spadł na drugie miejsce w konkursie na twardą głowę...
   - Z przyjemnością mu to przekażę – zaśmiał się mężczyzna i opuścił pokój, cicho zamykając za sobą drzwi.
   - Wszyscy tu są... – uśmiechnęłam się ostrożnie. – Która godzina?
   - Rano...
   - Siedzieliście tu całą noc? – „No to teraz naprawdę nabroiłam...” – Lou, przecież... wywiad... O mój Boże...
   - Nie martw się, skarbie – poczułam jego ciepłe dłonie, pieszczące moją. – Wywiad był w zasadzie całkiem udany... Jak się czujesz?
   - Głowa mnie strasznie boli... – uśmiechnęłam się, starając się robić dobrą minę do złej gry. – Przepraszam...
   - Za co ty znowu przepraszasz? Sama powiedziałaś przecież, że każdemu mogło się przytrafić...
   - Fakt – czułam się dziwnie śpiąca, a pulsowanie w głowie jakby zmalało. – Ale technicznie rzecz biorąc ostatnio przytrafia się głównie mi...
   - Skarbie...
   - Przynajmniej się ze mną nie nudzicieee – moim słowom towarzyszyło głośne ziewnięcie. – Przepraszam – uśmiechnęłam się, zasłaniając usta.
   - Śpij, skarbie... – poczułam jego gorące wargi na czole. – Będę tu, gdy się obudzisz...




   - Panie Tomlinson – usłyszałem za sobą głos lekarza i odwróciłem się na pięcie. Nagle wszystkie rozmowy umilkły i wpatrywaliśmy się w mężczyznę w białym fartuchu. – Zapraszam do mojego gabinetu – wskazał ręką w odpowiednim kierunku. – Chciałbym z panem o czymś porozmawiać... – Sam nie wiem dlaczego, ale po tych słowach oblał mnie zimny pot. „Boże, przecież mówił, że wszystko jest w jak najlepszym porządku...” spojrzałem na niego przerażony.
   - Coś się stało? – poczułem dłoń Harry’ego zaciskającą się na moim ramieniu w pokrzepiającym geście. – Coś z...
   - Kate ma się całkiem dobrze – uśmiechnął się. – Zaraz skończą robić badania i przewiozą ją do  nowego pokoju. Myślę, że za kilka minut będą ją mogli państwo zobaczyć...
   - Taaak... – radosny szept Nialla sprawił, że zrobiło mi się trochę lżej na sercu.
   - Chciałbym porozmawiać o czymś innym... – kontynuował lekarz. – Proszę ze mną...
   Powiodłem wzrokiem po wymęczonych twarzach przyjaciół. Widziałem na nich dokładnie te samo, co czułem... Ciekawość, obawę, ulgę... Poszedłem za mężczyzną i po chwili rozsiadłem się w  wygodnym fotelu. Zdecydowanie za wygodnym jak dla kogoś, kto nie spał od niewiadomo ilu godzin.
   - O co chodzi? – chciałem od razu wiedzieć, czy to dobra, czy zła wiadomość. – Coś z Kate?
   - Rzeczywiście chodzi o pana narzeczoną, ale proszę się nie denerwować – posłał mi uśmiech pełen zrozumienia. Pewnie już przywykł do panikujących ludzi, siedzących w tym fotelu. – Chciałem przejrzeć jej historię medyczną i nie mogło umknąć mojej uwadze, że jest praktycznie pusta. Jak to możliwe?
   - Prawdę mówiąc Kate jeszcze do niedawna była pod opieką państwa. Mieszkała i uczyła się w szkole dla niewidomych – powiedziałem, wzruszając ramionami. – Myślę, że u nich trzeba by było szukać jej kartoteki.
   - Widzę, że teraz znajduje się pod opieką kilku lekarzy... – mężczyzna zerknął w papiery przed sobą.
   - Właściwie to tylko dwóch... – popatrzyłem na niego cały czas się zastanawiając do czego zmierza ta rozmowa. – Jeden to lekarz rodzinny. Bardzo bliski znajomy. Kate miała anemię i ogólnie była bardzo osłabiona, ale już wszystko dobrze. No i ostatnio zdecydowaliśmy się na usunięcie blizn, które miała na plecach i stąd to drugie nazwisko. Polecono nam tego lekarza jako wybitnego specjalistę.
   - Zdecydowanie nim jest i jak mogłem zauważyć efekty jakie osiągnął z Kate są niesamowite... – „Dlaczego my o tym rozmawiamy?” – Pewnie ma jeszcze kilka zabiegów przed sobą, ale już teraz można powiedzieć, że zakończy się to niesamowitym sukcesem.
   - Taką mamy nadzieję – uśmiechnąłem się. – Ona zasługuje na wszystko, co najlepsze...
   - Zastanawia mnie jedna rzecz... – lekarz splótł dłonie przed sobą. – Czy odkąd otoczona jest tak dobrą opieką medyczną, podjęliście jakiekolwiek kroki, by zbadać jej wzrok?
   - Przecież jest niewidoma? – zdziwiłem się. – Jak...
   - Tak, oczywiście. Tego nie mogę podważyć, ale czy przebadał ją jakiś specjalista pod kątem możliwości choć częściowego przywrócenia wzroku?
   - Nieee... – powiedziałem powoli, cały czas patrząc mu w oczy. – Zarówno Kate, jak i przyjaciółka, która się nią opiekowała, twierdzą, że to jest nieodwracalne. Nie przyszło mi do głowy kwestionować ich słowa...
   - Rozumiem...
   - Myśli pan, że to jest możliwe? – spojrzałem na niego uważnie. – Istnieje szansa, by odzyskała wzrok?
   - Nie będę pana oszukiwał – powiedział rozkładając ręce. – Nie wiem. Ale jej źrenice reagują na światło w sposób, który jest dość niespotykany u osób niewidomych... Poza tym wydają się zdrowe. Oczywiście z wyjątkiem tego, że pana narzeczona nie widzi. Chodzi mi o to, że są dobrze ukrwione i unerwione. Prawidłowo reagują. Być może istnieje cień szansy... Dlatego chciałbym przejrzeć jej dokumentacje medyczną... – podał mi kartkę i długopis. – Proszę mi zapisać nazwę ośrodka, w którym przebywała. Sprawdzę to. Być może nie wszystko stracone. Może się okazać, że ten upadek ze schodów był dla niej całkiem zbawienny...
   - Czyli co? – zanotowałem wszystko, co pamiętałem. – Uderzenie w głowę sprawiło, że wróci jej wzrok?
   - Niestety nie tak to działa... – uśmiechnął się smutno. – To zakrawałoby na prawdziwy cud. I niestety w medycynie takie rzeczy zdarzają się niezwykle rzadko – przez chwilę miałem nadzieję, ale teraz powietrze ze mnie uszło. „To byłby prawdziwy cud, a ona naprawdę na niego zasługuje...” – Chodzi mi raczej o to, że skoro była pod opieką państwa, to opieka medyczna była w pewien sposób ograniczona. A poza tym straciła wzrok, gdy była dzieckiem. Od tamtego czasu wiele się zmieniło w medycynie... – uśmiechnął się. – Skąd pan wie, czy to nie brak pieniędzy stał wtedy za diagnozą? Rząd mógł nie chcieć zapłacić za kosztowną operację, ale przecież pana stać...
   - Jeżeli tylko jest taka możliwość, to pieniądze nie mają znaczenia – zapewniłem go od razu. – Zapłacę za wszystko...
   - Na razie naprawdę nie ma co się cieszyć na zapas – powiedział lekarz. – Spróbuję zdobyć jej kartotekę i zobaczymy, co w niej znajdziemy. Poza tym chciałbym zrobić kilka dodatkowych badań, by określić rozmiar uszkodzenia oka, dlatego chciałbym ją zatrzymać w szpitalu dzień lub dwa dłużej... – zapisał coś w dokumentach przed sobą i spojrzał na mnie. – Poinformuję was jak najszybciej o tym, czego uda mi się dowiedzieć. A teraz chyba powinniśmy porozmawiać z Kate, bo to w końcu ona musi podpisać zgodę na przeprowadzenie dodatkowych badań.
   - Ja... – zacząłem, biorąc głęboki oddech. Nagle zdałem sobie sprawę, że jak znam moją dziewczynę, to gdy tylko na wierzch wyjdą jakiekolwiek sprawy związane z pieniędzmi, to ona gotowa odmówić. Podniosłem się szybko i spojrzałem na lekarza. – Czy mogę najpierw ja z nią porozmawiać?




   Żegnałam się z przyjaciółmi, którzy po wielkich bojach i długim przekonywaniu w końcu zdecydowali się pojechać do domów odpocząć. To niesamowite, jak bardzo może zmienić się życie w tak krótkim czasie. Jeszcze niedawno byłam sama jak palec i jedyną bliską mi osobą była Alex, a teraz mam ogromną rodzinę i wręcz opływam w tą całą miłość dookoła mnie. „A wszystko dzięki niemu...” ścisnęłam dłoń Louisa, który był dziwnie milczący odkąd przekroczył próg tego pokoju.
   - Harry? – zatrzymałam przyjaciela w drodze do wyjścia. – Przekaż Alex, by się nie martwiła...
   - Jasne.
   - I nie przekreślaj jej, Harry... – powiedziałem cicho, zastanawiając się, ile mogę mu zdradzić, nie łamiąc słowa danego przyjaciółce. – Ona się po prostu boi...
   - Wiem... – usłyszałam jego westchnienie. – Na razie, Mała...
   Minutę później w pokoju mogłam słyszeć tylko mój i Louisa oddech i prawdę mówiąc jego wzdychanie było bardzo wymowne.
   - Powiesz mi w końcu, co cię martwi? – posłałam mu zachęcający uśmiech. – Lekarz powiedział, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i jutro będę mogła wyjść do domu... To chyba dobrze? – upewniłam się.
   - Oczywiście, że tak – powiedział szybko. – To wspaniale, że nic poważnego się nie stało. Chyba rzeczywiście masz głowę twardszą niż Malik – parsknął. Usłyszałam szuranie krzesła i po chwili Louis układał się obok mnie na łóżku, przyciągając mnie do siebie w mocnym uścisku. – Rozmawiałem trochę z lekarzem o... – słyszałam głośne bicie jego serca. „Czym się tak denerwował?” – możliwościach...
   - Możliwościach? – zdziwiłam się, kompletnie nie wiedząc do czego zmierza.
   - Chcieliby cię zostawić tutaj dzień dłużej – powiedział po chwili. – By zrobić jakieś dodatkowe badania...
   - Ale przecież wszystko jest dobrze – wystraszyłam się trochę. „Czy jest coś, o czym mi nie powiedzieli?” – Jutro mogę iść do domu...
   - Tak, ale...
   - Jestem chora? – teraz to naprawdę byłoby okrutne zrządzenie losu, gdyby po tym wszystkim... gdy w końcu jestem szczęśliwa z ludźmi, których kocham, okazało się, że to było mi dane tylko na chwilę...
   - Nie! To nie to! – zaprzeczył szybko, całując mnie w czoło. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przepraszam, nie chciałem cię zdenerwować...
   - To dlaczego chcą mnie tu zatrzymać dłużej? – teraz już kompletnie nic z tego nie rozumiałam. – Dlaczego jesteś zdenerwowany?
   - Nie wiem dlaczego... – przyznał. Poczułam jego wargi na skroni. – Lekarz uważa, że... Chciałby się upewnić... Myśli... – plątał się niesamowicie, tylko wzbudzając moje zaciekawienie i zdenerwowanie. – Uważa, że powinno się przebadać twoje oczy.
   - Po co? – chyba nic bardziej nie mogło mnie zdziwić, niż to, co właśnie powiedział. – Bardziej ślepa już nie będę – zaśmiałam się, wtulając się w ciepłe ciało chłopaka.
   - Myśli, że może być szansa, byś odzyskała wzrok – oddech uwiązł mi w płucach po tych słowach. „To niemożliwe...
   - To niemożliwe... – powiedziałam cicho.
   - Chciałby to sprawdzić – poczułam jego dłoń na policzku. – Od momentu, gdy straciłaś wzrok wiele się zmieniło w medycynie...
   - To niemożliwe – powtórzyłam, kręcąc głową. – Oni mi to wtedy powiedzieli jasno i wyraźnie...
   - Byłaś dzieckiem...
   - Louis, to niemo...
   - Chciałbym byś podpisała zgodę na te badania, kochanie – przerwał mi w pół słowa. – To tylko dodatkowy dzień. I będziemy mieli pewność...
   - To bez sensu... – powiedziałam cicho, wsłuchując się w bicie jego serca. Moja głowa unosiła się i opadała z każdym jego oddechem. – Nie chcę byś się rozczarował, kiedy...
   - Tak się nie stanie. Jesteś idealna, skarbie. I kocham w tobie wszystko – ścisnął moją dłoń. – Ale jeżeli jest szansa, to dlaczego miałabyś jej nie wykorzystać? Poza tym, tak naprawdę to nic jeszcze nie wiadomo. Może się okazać, że nic z tego nie będzie, ale przynajmniej będziesz wiedziała na pewno...
   - A co jeśli...
   - Zawsze będziesz idealna dla mnie – poczułam jego usta na czole i naprawdę tak się poczułam. Jakbym była idealna. „Tylko, że ideały nie istnieją...




   Przekraczając próg domu dosłownie słaniałem się na nogach. Rzuciłem klucze na stolik pod ścianą. To były okropne dwadzieścia cztery godziny. „Zdecydowanie więcej” pomyślałem, przypominając sobie ostatnie wydarzenia i to nie tylko te związane z Kate.
   - Harry? – zatrzymałem się w miejscu i spojrzałem w brązowe oczy Alex, w których teraz malowało się zmartwienie. Zdziwiło mnie, że jeszcze nie spała. „No tak, Kate...” westchnąłem.
   - Wszystko z nią dobrze – posłałem jej zmęczony uśmiech, podchodząc bliżej i rozglądając się dookoła w poszukiwaniu mojej siostry i ochroniarza. – Lekarz powiedział, że ma naprawdę wielkie szczęście i twardy łeb... – zażartowałem. – Zostawią ją na noc na obserwacji, ale to tylko standardowa procedura. Jutro będzie mogła wrócić do domu. Gdzie Gemma? – zauważyłem dwa kubki na stoliku przed kanapą.
   - Padła jakąś godzinę temu... – „Czyli ostatnie łóżko zajęte..” westchnąłem.
   - Ty też wyglądasz, jakbyś zaraz miała paść ze zmęczenia – przeczesałem włosy nerwowym ruchem. – Gdzie Andy? Powinnaś odpoczywać. Kate kazała ci przekazać, że masz się o nią nie martwić...
   - Bo to takie proste... – mruknęła, uśmiechając się smutno. – Naprawdę wszystko z nią dobrze?
   - Naprawdę – zapewniłem ją. – Tylko się potłukła i nabawiła dwóch szwów, ale we włosach, więc nic nie będzie widać...
   - Kolejne do kolekcji... – westchnęła, przecierając zmęczone oczy. W tym momencie pojawił się Andy, głośno zamykając za sobą drzwi toalety.
   - Bez maski gazowej radzę nie wchodzić – puścił mi oczko. – Słyszałem, że wszystko dobrze się skończyło...
   - Tak... – powiedziałem.
   - No to teraz możesz w końcu iść spać, co nie? – spojrzał na Alex, która w milczeniu pokiwała głową. Posłała mi kolejne smutne spojrzenie. „Z Kate wszystko dobrze. Dlaczego z nami też nie może być?” Zanieśliśmy ją do sypialni. W towarzystwie wesołego paplania Andy’ego wydawało się być całkiem normalnie. Jednak gdy tylko opuścił pokój znów zagościła w nim cisza. „Jak wczoraj...” westchnąłem, podając dziewczynie koszulkę do spania i wychodząc do łazienki.
   - Harry... – jedno słowo wypowiedziane szeptem zatrzymało mnie pół kroku. Powoli uniosłem wzrok, spoglądając w jej oczy. – Przepraszam...
   - Za co? – mój głos brzmiał dla mnie obco. Coś ściskało mnie za gardło. „Nie przekreślaj jej... Ona się boi...” przypomniałem sobie słowa Kate. „Dlaczego właśnie w tej chwili?
   - Że nie jestem wystarczająco dobra... – powiedziała cicho. – Że nie potrafię... – rozłożyła ręce jakby chciała wskazać na wszystko dookoła.
   - Nie chcę twoich przeprosin, Alex – nie spuszczałem z niej wzroku. – Chcę ciebie. Chcę wiedzieć, co tak naprawdę do mnie czujesz – zbliżyłem się do łóżka. – I przede wszystkim chcę wiedzieć, kto cię tak skrzywdził, że postanowiłaś już więcej nie próbować? – spojrzała na mnie wystraszona i po prostu wiedziałem, że zgadłem.
   - N-nie wiem o czym mówisz... – powiedziała zduszonym głosem.
   - Dobrze wiesz o czym mówię – usiadłem na łóżku naprzeciw niej. – Zachowujesz się ostatnio jak nie ty. Czego się przestraszyłaś? Przecież musiałaś wiedzieć, że ja...
   - Niczego nie musiałam – przerwała mi szybko. – Jestem zmęczona... Chyba się już położę...
   - Znów uciekasz? – uniosłem brwi i spojrzałem na nią z wyzwaniem w oczach. – Gdzie ta moja niepokonana Alex, której wszyscy mogli naskoczyć?
   - Najwyraźniej nie znasz mnie tak dobrze jak myślałeś...
   - Gówno prawda! – warknąłem. – Dlaczego to robisz?
   - Nie wiem, o czym mówisz – robiła co mogła, byle tylko na mnie nie spojrzeć.
   - Wiesz, co musisz powiedzieć... – westchnąłem. – Po prostu to powiedz, a zostawię cię w spokoju, choćby miało mi to złamać serce...
   - Nie mogę... – jęknęła i ukryła twarz w dłoniach. – Proszę, przestań...
   - Co do mnie czujesz, Alex? – ścisnąłem jej dłonie, odsuwając od twarzy. Może nie powinienem naciskać, ale dlaczego tak trudno było jej przyznać, że mnie kocha...
   - Nie mogę... – pokręciła głową. Ujrzałem łzy w jej oczach i nienawidziłem się za to, że byłem ich przyczyną.
   - Już dobrze... – westchnąłem, poddając się. Przyciągnąłem ją do siebie i zamknąłem w mocnym uścisku. Dopiero teraz polały się łzy. Czułem jak moczą mi koszulkę. Opadłem na poduszki, ciągnąc ją za sobą. – Już dobrze...




   Telefon dzwonił prawie nieprzerwanie powoli, ale całkiem skutecznie doprowadzając mnie do szaleństwa. Zerknąłem na wyświetlacz z góry wiedząc, co na nim zobaczę. „Perrie...” westchnąłem, odkładając komórkę na pościel. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że zachowuję się śmiesznie i niedojrzale, unikając rozmowy z nią, ale co miałem jej powiedzieć... Niall miał rację, potrzebowałem to wszystko przemyśleć w spokoju. Pech chciał, że gdy w końcu postanowiłem to zrobić, ten cholerny telefon nie dawał mi myśleć.
   - Błogosławiona cisza – mruknąłem pod nosem, gdy komórka przestała dzwonić. Założyłem ręce za głowę i kontynuowałem moje jakże produktywne wpatrywanie się w czarny ekran telewizora. „Ostatnio moje ulubione zajęcie...” uśmiechnąłem się pod nosem.
   - Zayn, co z tobą? – Niall wpadł do pokoju, nie zadają sobie nawet trudu zapukania. – Pers próbuje się do ciebie dodzwonić... – pomachał mi przed oczami swoją komórką. Spojrzałem na niego wymownie i odwróciłem się w stronę telewizora. – Perrie, on... – przerwał, wsłuchując się w głos po drugiej stronie. – Tak... – westchnął z ulgą. „Wiedziała... Ona zawsze wiedziała...” – Nie, z nią wszystko w porządku... Jasne, przekażę – powiedział. – Uważaj na siebie... – rozłączył się, chowając telefon do kieszeni. – Aż tak trudno było ci z nią zamienić te kilka słów?
   - Nie chcę z nią jeszcze rozmawiać – mruknąłem pod nosem. – Wciąż jeszcze nie wiem, jak z nią rozmawiać...
   - Po angielsku na początek – przyjaciel opadł ciężko na łóżko obok mnie. – Perrie to piękna dziewczyna – powiedział, a ja spojrzałem na niego zdziwiony, nie wiedząc dokąd zmierza ta jego dziwna i oczywista wypowiedź. – Nie będzie wiecznie na ciebie czekać, Zayn. Jak będziesz tak się zachowywał, to znajdzie się ktoś inny, kto ją doceni... – skrzywiłem się, wyobrażając sobie moją dziewczynę w ramionach kogoś innego. – Stracisz ją...
   - Czego chcesz, Niall? – warknąłem zły, że rozciąga przede mną niezbyt szczęśliwe perspektywy. – Radziłeś mi to przemyśleć, więc myślę...
   - Gapienie się w ścianę pomaga? – parsknął. – Usłyszała o Katy i zadzwoniła spytać, co się stało...
   - No i jej powiedziałeś, prawda?
   - Nie bądź dupkiem... Dzwoniła do ciebie. To ciebie chciała usłyszeć.
   - Jasne...
   - Co ty robisz, Zayn? – przyjaciel nie wydawał się zadowolony z moich rozmyślań, ale w końcu ja sam nie byłem w tej chwili z nich zadowolony. – Przecież ją kochasz i gdzieś tam pod tym zakutym łbem wiesz, że chcesz ją odzyskać. Myślisz, że takim użalaniem się nad sobą coś zmienisz?
   - Mogę spróbować...
   - Boże, wykończysz mnie – zerwał się z łóżka i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. „Całkiem zabawny widok...” – O co chodzi? O Katy?
   - Nie chcę teraz o tym rozmawiać, Niall – warknąłem.
   - A kiedy? Co ci chodzi po głowie? – spojrzał na mnie, unosząc pytająco brwi. – Chcesz stracić dziewczynę, którą kochasz i która kocha ciebie, bo nie potrafisz sobie poukładać w głowie pozostałych uczuć? Rozumiem, kochasz Katy, ale...
   - Co? – odwróciliśmy się gwałtownie w stronę drzwi, w których stał Liam, a na jego twarzy malował się szok w czystej postaci. „Jeszcze tylko tego brakowało...” – K-kochasz Kate?
   - To nie tak... – Niall próbował jakoś odwrócić uwagę przyjaciela. – Ja tak tylko...
   - A jak? Przecież słyszałem...
   - Boże, dajcie mi w końcu święty spokój... – warknąłem, zrywając się z łóżka. Chwyciłem telefon i wyszedłem z pokoju, prawie taranując po drodze Liama. „I całkiem dobrze mi szło unikanie jego wielce wymownego spojrzenia...
   - Gdzie idziesz? – Niall wypadł za mną z sypialni.
   - Byle daleko stąd – powiedziałem, wybiegając z domu i ostentacyjnie trzaskając drzwiami. – Zajebiście... – warknąłem wściekły, czując pierwsze krople deszczu na mojej twarzy. „Idealny moment na spacer sobie wybrałem...
   Ruszyłem przed siebie nie oglądając się do tyłu. Miałem szczerą nadzieję, że chłopakom nie przyjdzie do głowy iść za mną. Potrzebowałem pobyć sam ze swoimi myślami. „Dlaczego nikt tego nie rozumiał?” Wlokłem się ulicami, nie zadając sobie nawet trudu omijania kałuż na mojej drodze. Przez chwile zastanawiałem się, czy Perrie już wyjechała... „Może mógłbym to sprawdzić i w końcu pomieszkać trochę we własnym domu?” Przez chwilę rozważałem tą myśl i wydawało się to nawet czymś, co mógłbym zrobić. „Tylko dlaczego czułem, że wolałbym, gdybym jednak ją zastał?” Może to już rzeczywiście czas, by podjąć jakieś decyzje? Rozmowa z Perrie mogłaby być dobrym początkiem. „A co z Kate?” Ta myśl nie dawała mi spokoju. „Czy to już naprawdę koniec? Czy definitywnie wyrzuciłem ją ze swojego serca?” Zatrzymałem się przez jakąś szybą wystawową i w brudnym szkle wpatrywałem się w swoje odbicie.
   - To zawsze będzie Louis... – powtórzyłem na głos słowa przyjaciela. Tym razem nie czułem tego bólu przeszywającego moje serce. Tylko pustkę i świadomość tego, że te słowa są jak najbardziej prawdziwe. Zresztą doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. „Nawet ślepy by zauważył...” westchnąłem.
   - Zboczeniec – zaśmiały się mijające mnie dziewczyny i dopiero teraz zauważyłem, że stoję przed wystawą z damską bielizną. „Boże...” jęknąłem w myślach i ruszyłem dalej. Na szczęście ktoś tam na górze postanowił się nade mną zlitować, bo deszcz najwyraźniej ustępował. Niestety byłem już tak przemoczony, że nie robiło mi to większej różnicy.
   - Może rzeczywiście pójście do domu, to nie taki zły pomysł... – mruknąłem pod nosem i wciskając dłonie w kieszenie spodni maszerowałem do przodu, cały czas oddając się moim głębokim rozmyślaniom. „Powinienem to załatwić raz na zawsze.” Czułem, że to jest dobry pomysł. „Nie ma sensu się dłużej oszukiwać. Zresztą czy tak naprawdę tego chcę?
   - Uważaj! – poczułem szarpnięcie, gdy obcy facet praktycznie uratował mnie przed wejściem pod rozpędzoną ciężarówkę. – Patrz jak chodzisz.
   - Jezu... – odetchnąłem, gdy zdałem sobie sprawę, jak niewiele brakowało. – Dzięki... Zamyśliłem się...
   - Zdarza się... – popatrzył na mnie uważnie. – Dobrze się czujesz?
   - Tak, dziękuję – próbowałem się uśmiechnąć, ale wciąż łapałem stracony oddech.
   - Nie ma sprawy – klepnął mnie w plecy i spojrzał na budynek przed nami, a następnie na mnie. – Wszystko będzie dobrze, synu. Życie jest tak trudne, jak sami je zrobimy...
   Patrzyłem za nim, gdy odchodził, z szeroko otwartymi oczami. „Czy on brał te teksty od Horana?” przypomniałem sobie bardzo podobne stwierdzenie przyjaciela. „Może coś w tym jest?” Spojrzałem na budynek przede mną. „Cóż... Zaraz się przekonamy...” westchnąłem, zdając sobie sprawę, że nadszedł czas decyzji.




   - I co postanowiliście? – zapytał się lekarz, uśmiechając się do nas przyjaźnie. Spojrzałem na Kate, to jej zostawiając tę decyzję. Miałem szczerą nadzieję, że zrobiłem i powiedziałem wszystko, by ją przekonać. Poczułem drobne palce mocniej zaciskające się na mojej dłoni. „Proszę, zgódź się...” zaklinałem w myślach.
   - Podpiszę tę zgodę – odezwała się cicho Kate. – Chciałabym tylko jak najszybciej wrócić do domu... – objąłem ją ramieniem, przyciągając do siebie. Byłem szczęśliwy, słysząc co postanowiła.
   - Jutro postaramy się przeprowadzić wszystkie potrzebne badania – uśmiechnął się mężczyzna. – Niestety może to trochę potrwać, więc najprawdopodobniej wypiszemy cię dopiero w sobotę.
   - To jeszcze nie tak źle – przytuliłem ją. – Nim się obejrzysz będzie po wszystkim...
   - Zaraz pielęgniarka poda ci coś na sen – lekarz zapisał coś w karcie wiszącej na łóżku. – Musisz dobrze wypocząć...
   - Będę cały czas przy tobie, skarbie – powiedziałem od razu i bardzo się zdziwiłem, widząc jak kręci głową.
   - Jedź do domu, Lou – posłała mi delikatny uśmiech. – Jesteś na nogach już tak długo, że to prawdziwy cud, że jeszcze funkcjonujesz.
   - Zostanę z tobą – uparłem się, ale wiedziałem, że przegram, gdy Kate znalazła sprzymierzeńca w osobie lekarza.
   - Jedź do domu i się wyśpij – powiedziała. – Słyszałeś co powiedział doktor? Zaraz dostanę zastrzyk i będę spała jak dziecko. Idealna okazja byś zrobił to samo. A poza tym – zauważyłem wesoły błysk w jej oczach – zdecydowanie potrzebny ci prysznic...
   - Ach tak? – zaśmiałem się, przytulając ją jeszcze mocniej. – Zaraz i tobie będzie potrzebny...
   - Może pan przyjechać rano – odezwał się mężczyzna, próbując się z nas nie śmiać. – Pierwsze badanie umówiłem na dziewiątą, więc będziecie mieli sporo czasu, by wypocząć. Zdecydowanie wygląda pan jakby potrzebował zdrowego snu.
   - Dobra – Kate postanowiła się uwolnić z moich objęć. – Bez dyskusji, Lou. Jedź do domu, proszę – położyła dłoń na moim policzku i mogłem zatopić się w jej cudownym „spojrzeniu”. W jej oczach była widoczna cała jej miłość.
   - Przyjadę z samego rana – powiedziałem wiedząc, że muszę ustąpić.
   - Będę czekać – uśmiechnęła się.
   - Ale Mark zostanie – wtrąciłem, a widząc, że chce protestować, dodałem szybko. – Albo on, albo ja.
   - Niech będzie – westchnęła. – Ale potem damy mu trochę od nas odpocząć...
   - Umowa stoi – uśmiechnąłem się i pochyliłem, by skraść całusa. – Poczekam aż zaśniesz i dopiero pojadę – zauważyłem jej sceptyczne „spojrzenie”. – Obiecuję...


   Wysiadłem z samochodu po tym jak Adam zafundował mi niezbyt delikatne budzenie. Powlokłem się w stronę drzwi wejściowych, praktycznie potykając się o własne nogi. Lekarz zdecydowanie miał rację. Potrzebowałem choć kilku godzin snu. Wcześniej strach o Kate jakoś trzymał mnie w ryzach, ale teraz, gdy już wiedziałem, że wszystko jest dobrze, nagle słaniałem się na nogach. Kawa już nie pomagała.
   Gdzieś tam z tyłu głowy przebijała mi się myśl o tym, co powiedział lekarz. Światełko nadziei tliło się we mnie i sam nie wiedziałem jak do tego wszystkiego podejść. Kate bardziej niż ktokolwiek zasługiwała na ten cud. To mogłoby otworzyć przed nią cały świat. „A teraz nie stoi przed nią otworem?” odezwał się głos w mojej głowie. „Czy będę zawiedziony, gdy się okaże, że nie ma szans na to, by odzyskała wzrok?” zastanawiałem się, próbując otworzyć drzwi. Po kilku próbach w końcu udało mi się trafić do zamka. Wszedłem do środka i szybko wyłączyłem alarm, po czym pozwoliłem Adamowi włączyć go ponownie. Zacząłem się rozbierać, gdy tylko stanąłem na pierwszym stopniu schodów. Miałem przeogromną nadzieję, że jakoś uda mi się dojść do łóżka. W myślach już tuliłem do siebie poduszkę Kate, wdychając jej cudowny zapach.
   Pchnąłem drzwi do sypialni i nagły ruch przy oknie sprawił, że sen natychmiast poszedł w zapomnienie. Zamarłem w progu pokoju zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinienem obrócić się na pięcie i uciec. Nagła jasność zalała pomieszczenie, a moim oczom ukazała się postać stojąca przy oknie. Krew we mnie zawrzała. Właściwie to miałem wrażenie, że zamiast krwi w moich żyłach płynie nienawiść. Dłonie automatycznie zacisnęły się w pięści. „Boże, dopomóż bym nie zrobił czegoś, czego później będę żałował...
   - Co tu, kurwa, robisz?