- Kochasz ją? – bała się tego pytania nie mniej niż ja, ale mimo wszystko je zadała. „A może powinienem powiedzieć, że bała się nie tyle pytania, ale odpowiedzi na nie...”
- Tak... – wyszeptałem, nie spuszczając wzroku z jej bladej i wymęczonej twarzy. Wiedziałem, że to słowo usłyszała wyraźniej, niż gdybym wykrzyczał jej to w twarz. „Boże, naprawdę to
powiedziałem! O matko! Co ja najlepszego zrobiłem? Kurwa! Nie... Kurwa...”
Obserwowałem jak oczy Perrie rozszerzają się ze zdziwienia. Właściwie można
było spokojnie powiedzieć, że jej twarz zastygła w niemym szoku. „Zrób coś! Mów
do niej! Odkręć to!” moje gorsze ja toczyło właśnie walkę z sumieniem.
„Dobrze... Najważniejsze, że powiedziałeś prawdę. Co ma być to będzie...” Zauważyłem, że
dziewczyna już nie spogląda na mnie. Siedziała z pochyloną głową, uparcie wpatrując się w zaciśnięte dłonie. I jakby skurczyła się w sobie. „Co ja
najlepszego zrobiłem? Nie chcę jej stracić. Nie mogę! Przecież ją kocham...”
- A co ze mną? – odezwała się po
chwili długiej niczym wieczność. – Tak po prostu wyrzuciłeś mnie ze swojego
serca?
- Nie – powiedziałem od razu.
– Nie zrobiłem tego...
- Nie rozumiem... – wyglądała
teraz jak mała dziewczynka i chyba nigdy nie była bardziej sobą, niż w tym
momencie. Uniosła na mnie oczy wypełnione łzami. Wyrażały nieskończony smutek,
zagubienie... „I to wszystko przeze mnie. Przez to, że zachciało mi się być szczerym...” Odetchnąłem głęboko. Wcale nie byłem z siebie dumny.
- Kocham cię, Perrie – kucnąłem
przed nią, ściskając ostrożnie jej dłonie. – Nigdy nie przestałem cię kochać...
- Powiedziałeś... – pociągnęła nosem. Z trudem powstrzymywała łzy.
- Wiem, co powiedziałem –
przerwałem jej. „Jak mam ci to wyjaśnić, skoro sam tego nie rozumiem?”
zastanawiałem się. – Kocham Kate. I kocham ciebie. Nie potrafię tego
wytłumaczyć... – spojrzałem w jej oczy. Widziałem, że nic nie rozumie i wcale
się temu nie dziwiłem... – Ją kocham inaczej niż ciebie...
- To znaczy jak? – szepnęła i
naprawdę musiałem się wysilić, by to usłyszeć. – Jak siostrę? Przyjaciółkę?
Kogoś więcej?
- Nie wiem... – przyznałem
uczciwie. – Chyba wszystkiego po trochu... – zauważyłem jak samotna łza spływa
po jej bladym policzku. Odruchowo uniosłem dłoń, by zetrzeć ją kciukiem.
Bardziej wyczułem niż zauważyłem, że Perrie wstrzymuje oddech. Jej oczy znów się
rozszerzyły, ale tym razem wiedziałem, że to nie ze zdziwienia... Wpatrywałem
się w usta pokryte krwistoczerwoną szminką. Drżały... Jak zawsze, gdy...
- Dlatego, to zataiłeś? –
zapytała. – Czy Eleanor...
- Kurwa! – zerwałem się na równe
nogi, nie zważając na ból, który przeszył moje ciało. Krew się we mnie dosłownie gotowała. – Nie chcę
słyszeć o żadnej pierdolonej Eleanor, rozumiesz?! Ta sprawa tyczy się tylko
ciebie i mnie!
- Najwyraźniej nie tylko –
warknęła, stając przede mną, niczym bokser gotowy do drugiej rundy. – Zapomniałeś
jeszcze wspomnieć o swojej ukochanej Kate!
- Nie prowokuj mnie, Pers –
zaciskałem pięści z całej siły, próbując się uspokoić. Z marnym skutkiem. –
Chciałaś porozmawiać, to porozmawiajmy. Ale nie chcę słyszeć ani słowa o twojej
przyjaciółce. Dla niej drzwi mojego domu są już zamknięte.
- To także mój dom, Zayn! –
krzyknęła, a jej oczy miotały błyskawicami. – Nie będziesz mi mówił kogo mogę
do niego zapraszać.
- Ja nie żartuję – warknąłem. –
I radzę ci o tym pamiętać, gdyby przyszło ci do głowy ją tu przyprowadzić. Nie ręczę
za siebie, gdy ją zobaczę...
- Jeżeli myślisz, że... –
stanęła przede mną, rzucając mi wyzwanie.
- To nie podlega dyskusji –
powiedziałem krótko, zaciskając usta. – Chcesz jeszcze o czymś porozmawiać, czy
nie?
- Porozmawiać?! – trzęsły jej
się ręce ze zdenerwowania. – Porozmawiać?! – zacisnęła dłonie w pięści i uderzyła mnie w pierś. Nie powstrzymywała już łez... – Ty to nazywasz rozmową? Rzucasz mi
tu jakieś pieprzone rozkazy... – wzięła głęboki wdech, robiąc krok w tył. – Nie będziesz mi mówił, co mam robić, Zayn! Nie
widzisz, co się dzieje? Przywieźliście jakąś przybłędę... – doskoczyłem do niej,
momentalnie zaciskając dłonie na jej ramionach.
- Nigdy więcej tak nie mów –
cedziłem słowa, wkładając w każde tyle złości, ile miałem w sobie, a było jej
naprawdę dużo. – Nigdy. Więcej. Nie. Mów. Tak. O. Kate.
- Bo co mi zrobisz? – powiedziała,
rzucając mi wyzwanie. „Naprawdę nie powinnaś tego robić, kotku...” odezwało się
to moje gorsze ja.
Miałem tylko dwa wyjścia. Mogłem
jej po prostu przyłożyć lub... Wpiłem się w jej usta pchany wściekłością, która
wypełniała całe moje ciało. Nie była mi wcale dłużna. Nasze języki zawzięcie walczyły o dominację i
prawdę mówiąc, w dupie miałem, kto zwycięży. Pchnąłem ją na łóżko, momentalnie
znajdując się nad nią i znów biorąc w posiadanie te czerwone wargi. Krew
szumiała mi w uszach, a złość wypełniała każdą komórkę mojego ciała. Żadnej
delikatności, tylko czysta żądza... To właśnie mną kierowało i gdy patrzyłem na
Perrie, widziałem w jej oczach dokładne odbicie moich uczuć. Rozszerzyłem jej uda,
podciągając sukienkę do góry. Nie interesowało mnie, czy właśnie niechcący rozerwałem kilka szwów. Nie zadałem sobie nawet trudu, by zdjąć z niej
bieliznę. Odsuwając koronkowy skrawek materiału na bok, wbiłem się w nią jednym,
gwałtownym ruchem, nieruchomiejąc na jakąś sekundę, gdy w pomieszczeniu rozległ się
jej krzyk. Wbiła mi paznokcie w plecy, przyciągając mnie do siebie. Uniosła
biodra, pragnąc więcej. Wysunąłem się z gorącego wnętrza, by wbić się w nie
jeszcze raz, znów wkładając w ten ruch całą złość, jaka była we mnie. Objęła
mnie nogami sprawiając, że mogłem wejść w nią jeszcze głębiej. Czysta pasja.
Złość. Namiętność. Zachłanność... Poruszałem się w niej gwałtownie, raz po raz czując, jak wściekłość zamienia
się w rozkosz. Dosłownie sekundę później nasze ciała wygięły się w łuk, porwane
tym niesamowitym uczuciem. Wszystko inne przestało istnieć, rozbite na milion drobnych kawałków. Byliśmy tylko my dwoje, łapczywie walczący o odrobinę powietrza...
Zsunąłem się z niej, ciężko
opadając na plecy. Każdy oddech sprawiał mi ból. Dopiero teraz naprawdę to czułem. Wtuliła się w mój bok, ostrożnie kładąc głowę na moim ramieniu.
Leżeliśmy tak, próbując uspokoić rozszalałe ciała. Oboje kompletnie ubrani i
rozkosznie wykończeni. Czułem się jakbym przebiegł maraton. „Dwa razy...” dodałem, starając
się zagłuszyć ból.
- Kocham cię, Zayn – usłyszałem cichy
szept. Uśmiechnąłem się do siebie i przytuliłem ją mocniej.
- Ja ciebie też kocham –
pocałowałem ją w czoło.
- Nie chcę się z tobą kłócić –
powiedziała zrezygnowanym, a może po prostu zmęczonym głosem. – To do niczego
nie prowadzi...
- No nie wiem, czy tak do niczego –
parsknąłem, wciąż szczerząc się jak głupi. – To był chyba najlepszy seks w moim
życiu. Zastanawiam się właśnie, czy nie powinniśmy częściej na siebie
warczeć...
- Przestań... – zawstydziła
się, ale zadowolony uśmiech na jej twarzy nie umknął mojej uwadze. – Jak się
czujesz?
- Cudownie... – powiedziałem
czując, że zbiera mi się na spanie.
- Pytam o twoje żebra... –
skrzywiłem się zamiast odpowiedzi i to najwyraźniej chwilowo wystarczyło. –
Potrzebujesz czegoś przeciwbólowego?
- Nie trzeba...
- Przepraszam... – ciche słowa,
które przypomniały mi, że ja też nie jestem bez winy.
- Ja też przepraszam... – ująłem
jej dłoń. – Powinienem ci powiedzieć wcześniej... – westchnąłem. – Po prostu
sam nie wiedziałem co. Trochę się zagubiłem w swoich uczuciach, ale kocham cię,
skarbie...
- Chcesz mnie jeszcze w swoim życiu? – zapytała drżącym głosem. Czułem, że zastyga w oczekiwaniu na moją
odpowiedź.
- Jak nikogo innego... –
zapewniłem ją szybko. Tak właśnie się czułem. Nie mógłbym bez niej żyć. Zmieniła
się, ale przecież bycie w zespole i mnie zmieniło... Najważniejsze, że w środku
wciąż jesteśmy tacy sami.
- Nie powinnam źle się o niej
wyrażać – usłyszałem po dłuższej chwili. – Wydawała się bardzo sympatyczna.
- Jest taka – potwierdziłem. –
Po prostu daj jej szansę, a sama się przekonasz...
I znów cisza zalała pokój.
Poprawiłem głowę na poduszce czując, że zaraz zasnę. Byłem wykończony. Może to
cały ten dzień i te wszystkie nerwy, a może to ta złość... Albo najlepszy seks
na zgodę jaki przeżyłem... Zresztą nie ważne... Po prostu byłem wykończony i
czułem się z tym zadziwiająco dobrze.
- Louis nie mógł od niej oczu
oderwać... – dobiegł mnie cichy i chyba ostrożny głos mojej dziewczyny. „A wiec
zmiana taktyki...” zaśmiałem się w duchu.
- To prawda – spojrzałem na nią
rozbawiony. „Przejrzałem cię, kotku...” – Zachowuje się jak zakochany szczeniak
i chwilami naprawdę jest nie do wytrzymania, ale nigdy nie widziałem go
bardziej szczęśliwego...
- A ty? – odezwała się po
chwili. – Jesteś szczęśliwy?
- Teraz już tak – naprawdę byłem
święcie przekonany, że to prawda. „Cudowne uczucie...” – Mam przecież ciebie.
- A Kate? – wzięła głęboki
oddech. – Powiedziałeś, że ją kochasz...
- Kocham... – powtórzyłem,
próbując skupić się na uczuciach, jakie te słowa wzbudzają we mnie. „Czy kocham
Kate?” pytałem sam siebie. „Tak...” odpowiedź nadeszła szybciej, niż można by się
spodziewać. – Nie umiem tego opisać. To nie jest takie samo uczucie, jakim darzę
ciebie... – powiedziałem cicho, ale wiedziałem, że Perrie spija każde słowo z
moich ust. – Gdy na nią patrzę mam ochotę się nią opiekować i chronić przed
całym złem tego świata. I wiem, że to brzmi... – zaciąłem się, nie wiedząc jak skończyć. – Sam nie wiem
jak to brzmi... Ale jestem pewien, że pozostali mają takie same uczucia
względem niej. A o Lou to już nawet nie wspomnę...
- Ona jest taka... – zrobiła dłuższą pauzę. – Taka inna...
- To prawda – odezwałem się po chwili. – I właśnie ta jej odmienność sprawia, że jest cudowna... Nie ma w niej ani grama obłudy. To najszczersza osoba jaką poznałem, Perrie. Daj sobie szansę, by ją poznać, a sama się w niej zakochasz. Uwierz mi... – po tych słowach zapadła cisza, przerywana naszymi oddechami. Przykryłem nas niedbale prześcieradłem i zapatrzyłem się w sufit, czekając na sen... W głowie zaczęła mi się tworzyć melodia i sam nie wiem, w którym momencie zacząłem do niej dobierać słowa...
- Ona jest taka... – zrobiła dłuższą pauzę. – Taka inna...
- To prawda – odezwałem się po chwili. – I właśnie ta jej odmienność sprawia, że jest cudowna... Nie ma w niej ani grama obłudy. To najszczersza osoba jaką poznałem, Perrie. Daj sobie szansę, by ją poznać, a sama się w niej zakochasz. Uwierz mi... – po tych słowach zapadła cisza, przerywana naszymi oddechami. Przykryłem nas niedbale prześcieradłem i zapatrzyłem się w sufit, czekając na sen... W głowie zaczęła mi się tworzyć melodia i sam nie wiem, w którym momencie zacząłem do niej dobierać słowa...
„Zawsze można znaleźć miłość,
niezależnie od położenia w życiu.
Czy się jest na szczycie,
czy na samym dnie.
Może na pierwszy rzut oka to,
że dwoje zupełnie do siebie
niepodobnych ludzi się zakochuje,
wydaje się niemożliwe.
Ale kiedy spojrzysz po raz drugi,
nie oczami,
a sercem,
dotrzesz do tego pięknego uczucia,
które połączyło ich razem,
już na zawsze...”
- Powiedziałeś, że wiele
przeszła w życiu... – głos Perrie przegonił muzykę z mojej głowy. Żałowałem, że nie mam siły się ruszyć, by chociaż spisać słowa. „Może zapamiętam...”
- Tak powiedziałem? – próbowałem
sobie przypomnieć w którym momencie, ale złość, która wtedy mną rządziła,
raczej nie wpłynęła dobrze na moją pamięć. – To prawda, ale nie mogę powiedzieć
ci więcej. Tą historie może opowiedzieć ci tylko Kate...
- Ale ty ją znasz?
- Nie całą – przyznałem, myśląc o
tych wszystkich niewiadomych elementach układanki. Mozolnie sklejaliśmy ją w
całość, ale wciąż jeszcze brakowało wielu puzzli. „Zbyt wielu...”
- Horan, ja cię kiedyś najzwyczajniej w świecie zamorduję i będę miał w końcu święty spokój –
warknąłem do telefonu. – Najpierw wysyłasz mnie po jakieś zasrane zakupy o tej
kurewsko wczesnej godzinie, a teraz mi dzwonisz, że jednak wychodzisz i już ich nie
potrzebujesz? Zamiast z Marco na śniadanie, to ty powinieneś go poprosić, by
cię do psychiatry zawiózł, debilu – zauważyłem, że już kilka fanek mnie
namierzyło. „Nie teraz...” jęknąłem. – Ale żeby wszystko było jasne. Jesteśmy
kwita. Ja warunek zakładu wypełniłem – uniosłem reklamówki jakby miał je co najmniej
zobaczyć przez telefon. – A teraz spadaj, bo muszę się stąd ewakuować zanim
dziewczyny mnie dopadną.
- Spoko – usłyszałem rozbawiony
głos przyjaciela. Im bardziej się wkurwiałem, tym on miał lepszy humor. „Czy ja
kiedyś zrozumiem tego człowieka?” zastanawiałem się, zmierzając do wyjścia,
jednocześnie dyskretnie zerkając za siebie. „Jeśli się pośpieszę, powinienem zdążyć
do samochodu...” – To zobaczymy się na próbie. A te zakupy, to sobie zostaw w
ramach rekompensaty...
- Bo potrzebuję twojego
pozwolenia – zaśmiałem się. – Sam z nich zrezygnowałeś. I więcej się z tobą o
takie rzeczy nie zakładam – warknąłem. Usłyszałem podekscytowane piski gdzieś
za sobą. – Dobra kończę, bo już mnie namierzyły...
Rozłączyłem się i schowałem
komórkę do kieszeni. Z niejaką obawą spoglądałem na trzymane w ręku reklamówki,
ale przezornie zapakowałem zakupy podwójnie. „Za Chiny nie pękną...” pomyślałem
zadowolony ze swojej pomysłowości. Przyspieszyłem kroku. Jeszcze dosłownie trzy
metry i będę za drzwiami, a wtedy biegiem do samochodu. Jeszcze raz obejrzałem
się za siebie. Poczułem zimny powiew i znalazłem się na zewnątrz. Ale zanim
zdążyłem przenieść wzrok na parking, poczułem silne uderzenie i jak na beznadziejnym filmie, w
zwolnionym tempie patrzyłem jak dziewczyna przede mną, którą właśnie niezbyt delikatnie
staranowałem, upadła na ziemię. Odruchowo próbowałem ją chwycić, ale z tą całą
moją gracją słonia, skończyło się to tylko na wypuszczeniu siatek z rąk. „Kurwa,
bardzo zabawne...” zerknąłem w niebo, a następnie opuściłem wzrok, by ocenić
rozmiar zniszczeń. Dziewczyna siedziała na ziemi, a dookoła niej walały się moje
zakupy. „Idealnie...”
- Przepraszam – odezwałem się w
końcu. – Wszystko w porządku? – kiwnęła głową wciąż się nie podnosząc i nawet na mnie nie spoglądając. Widziałem, że z
całej siły zaciskała usta. „A więc nie wszystko jest dobrze...” zauważyłem jak na samozwańczego
geniusza przystało. Wyciągnąłem do niej rękę, by pomóc jej się podnieść, ale nie
wyglądało na to, by miała ochotę ruszyć się z tej ziemi. – Może wstaniesz? –
zauważyłem, że wokół zebrało się już kilku gapiów. – No chyba, że siedzisz w
tej kałuży, bo tak ci wygodnie? – „Nie będę tu tkwił do jutra” pomyślałem i
schyliłem się, by postawić ją na nogi. Zauważyłem, że skrzywiła się z bólu.
W oczach pojawiły się pierwsze łzy. „Niedobrze...” – Możesz chodzić? – kiwnęła
pośpiesznie głową, ale widziałem, że nie obciążała prawej stopy. „Co robić? Szpital?
Zawieść ja do domu?” – Powinienem cię zabrać na pogotowie – zdecydowałem się w końcu na jakąś
opcję.
- Nie trzeba, dziękuję – „Ona
mówi!” próbowałem żartować, chociaż wcale mi nie było do śmiechu. Miała dziwny
akcent... „Hmmm...” I zaczerwieniła się po same uszy. „Aż taka nieśmiała?”
- Najpierw obejrzymy tą nogę, a
potem zadecydujemy – powiedziałem. – Zaparkowałem dosłownie pięć metrów stąd.
Chodź – ująłem ją pod ramię. Próbowała kuśtykać, ale nie był to chyba dobry
pomysł. Zaciśnięte usta i kolejne łzy na policzkach nie wróżyły nic dobrego. „Paul
mnie zabije...” westchnąłem, myśląc o kolejnych zdjęciach, z których będę się
musiał tłumaczyć, ale sprawnie wziąłem ja na ręce. Próbowała się bronić, ale
raczej nikogo by nie przeforsowała tym swoim cichym głosikiem. I jeszcze te
rumieńce. „Prawie jak Kate...” Zaniosłem ją do samochodu, otworzyłem drzwiczki i
ostrożnie posadziłem na fotelu kierowcy. – Nic się nie martw – próbowałem przerwać tą
dziwnie krępującą ciszę i przy okazji zdjąć jej trampka. – Przyjaciele już ochrzcili mnie
tytułem doktora, więc jesteś w dobrych rękach – „Kiepski żart, Styles.” – A
może sam go sobie nadałem? – zastanawiałem się na głos. – Zresztą nie ważne –
posłałem jej uspokajający uśmiech, ale chyba nie podziałało. – Tylko mi tu nie
zemdlej, dobrze? – kiwnęła głową, ale miałem dziwne wrażenie, że chyba zrobiła się
jakaś szara na twarzy. Obejrzałem kostkę, która już zdążyła nieźle spuchnąć. – Nie
ma co się zastanawiać – powiedziałem. – Jedziemy do szpitala – podjąłem decyzję
i znów wziąłem ją na ręce, by posadzić na fotelu pasażera.
- Przepraszam... – usłyszałem cichy
głos, gdy już miałem wsiadać. Obróciłem się przygotowany na wszystko. „Tylko nie na
to...” Przede mną stały dwie dziewczynki z moimi zakupami w rękach. Dwa metry
za nimi prawdopodobnie czekała matka jednej z nich. Odebrałem od nich reklamówki,
dziękując wylewnie za pomoc i przy okazji podpisując się na ich plecakach.
- Muszę już jechać zawieźć
koleżankę do lekarza – powiedziałem, uśmiechając się do nich. – Będziecie może
dziś na koncercie? – pokręciły przecząco głowami. – A chcecie przyjść? – tym
razem głośno dały dowód swojej radości, przy okazji wołając do nas kobietę. –
Napiszcie mi swoje nazwiska – podałem im kartkę. – Powiem na wejściu, by was
wpuścili – pożegnałem się szybko, chowając papier do kieszeni. – Przepraszam za
to – powiedziałem, uruchamiając silnik. – Powiesz mi chociaż jak masz na imię,
bym wiedział kogo najpierw stratowałem, a teraz porywam... – próbowałem być
zabawny, ale jej chyba daleko było do śmiechu.
- Louise – usłyszałem, gdy już
byłem pewny, że się nie odezwie.
- Ładnie – uśmiechnąłem się,
wyjeżdżając z parkingu. – Ja jestem Harry.
- Wiem... – powiedziała cicho z
tym dziwnym akcentem.
- Raczej nie jesteś gadułą, co?
– zażartowałem, ale to chyba był kolejny kiepski pomysł. Zaczerwieniła się
tylko i spuściła głowę. „To sobie raczej nie pogadamy...”
- Uśmiechnij się – powiedziałem.
– Nie jest najgorzej. Dobrze, że nie jest złamana. – Tym razem nie musiałem jej
nieść. Dziewczyna kuśtykała obok mnie, podpierając się na kulach. Zatrzymaliśmy
się przy ławce przed szpitalem. – Zaczekaj tutaj, a ja pójdę po samochód.
- Nie trzeba, poradzę sobie –
odezwała się. – Dziękuję za pomoc...
- Chociaż tyle mogę zrobić skoro
przeze mnie skręciłaś nogę – przyznałem skruszony. – Odwiozę cię do domu.
- Powodzenia... – powiedziała
pod nosem, uśmiechając się nieśmiało.
- Co?
- Mieszkam w Polsce. Raczej nie zdążyłbyś wrócić na koncert... – uniosła głowę, zerkając na mnie i znów oblewając się rumieńcem. Po
godzinie spędzonej w szpitalu w końcu prowadziliśmy jako taką konwersację.
- Raczej nie – przyznałem. –
Mieszkasz w hotelu? U znajomych? Gdzie cię odwieźć?
- O piątej muszę być na dworcu –
spojrzałem na zegarek. „Po dziesiątej...” – Jestem na obozie językowym.
Przyjechaliśmy do Londynu tylko na trzy dni. Dziś wyjeżdżamy...
- Wiesz, że to była twoja
najdłuższa wypowiedź, Lou? – zaśmiałem się, a ona znów zrobiła się cała
czerwona. „Bo jeszcze mi tu jakiegoś udaru z przegrzania dostanie...” – To masz
jeszcze sporo czasu. Miałaś zamiar poszwendać się po mieście? – potwierdziła
ruchem głowy. – To kiepsko wyszło...
- No raczej... – uśmiechnęła się
nieśmiało. „Myśl, Styles...”
- Wiesz kim jestem, tak? –
upewniłem się, a jej zawstydzenie było wystarczającą odpowiedzią. – To w takim
razie jedziemy do mnie – zadecydowałem. – Wyskoczysz z tych mokrych ciuchów.
Wypierzemy je – kontynuowałem. – O ile potrafisz włączyć pralkę, bo ja po
ostatniej próbie obiecałem sobie z nią więcej nie walczyć – zaśmiała się. „No w
końcu.” – I przede wszystkim coś zjemy. Umieram z głodu. A dzięki Niallowi mamy
całkiem sporo pyszności – przypomniałem sobie o siatkach z zakupami. – Mam ochotę na
coś dobrego i zamierzam tak się najeść, że później nie będę się mógł ruszyć... – posłałem jej zachęcający uśmiech. – A po wszystkim odwiozę cię na dworzec. Pasuje
ci taki plan?
Brzdąkałem sobie leniwie na
gitarze, obserwując nerwową rozmowę menadżera z Liamem. „Niedobrze...” zaśmiałem
się pod nosem. „Ale przynajmniej tym razem, to nie ja się spóźniłem.”
- Niall, możesz zadzwonić do
Harry’ego? – Li spojrzał na mnie prosząco, trzymając telefon przy uchu. – Spróbuję złapać pozostałych.
- Jasne – sięgnąłem po komórkę.
Kilka sygnałów i usłyszałem zaspany głos przyjaciela. – Co ty, kurwa, śpisz? –
zupełnie nieświadomie podniosłem głos. „To przecież niemożliwe...” – Liam spojrzał na mnie przerażony i chyba nawet
pobladł na twarzy. Niewyraźne mruczenie w słuchawce nie wróżyło niczego
dobrego. – Styles, ja cię proszę, powiedz, że po prostu utknąłeś w korku i
dlatego jeszcze cię nie ma na próbie – starałem się mówić tak spokojnie, jak tylko mogłem. „Nadzieją matką głupich...” pomyślałem, wsłuchując się w jego bełkot. Coś mi się
wydawało, że to jednak nie to, czego byśmy sobie życzyli.
- Próba? – Harry brzmiał co najmniej
nieprzytomnie. – Zaraz będę – mruknął. Usłyszałem, że z kimś rozmawia.
- Louis mówi, że już prawie są –
cicho powiedział Liam z wyraźną ulgą w głosie, odsuwając telefon od ucha. – Właśnie parkują.
- Hazz z kim gadasz? –
próbowałem wyciągnąć coś z niego. „Nieprzytomny, daję słowo...” kręciłem głową z niedowierzaniem. „Przecież chyba nie zalał się w środku dnia...”
- Z Lou – powiedział i coś
zatrzeszczało w słuchawce. Głuchy huk powiedział mi, że jego telefon właśnie zaliczył spotkanie z podłogą. – Kurwa... – jęknął.
- Z Lou? – upewniłem się.
- No przecież mówię – warknął. –
Zaraz będę.
- A to spoko... – rozłączyłem
się i posłałem Liamowi zadowolony uśmiech. – Harry jest z nimi. Dodzwoniłeś się
do Zayna?
- Tak. Stoją z Perrie w korku,
ale są już niedaleko – zauważyłem, że się skrzywił, ale zanim zdążyłem spytać o
co chodzi, drzwi garderoby otworzyły się i ujrzałem moją małą siostrzyczkę. „O
matko!” Wyglądała prześlicznie w nowych ciuchach. Obcisłe dżinsy, luźna koszula
przewiązana jakimś rzemykiem i szare baleriny. „Danielle, jesteś genialna...”
- Hej, Katy! – porwałem ją w
objęcia, ciesząc się jak głupi, gdy usłyszałem jej radosny śmiech. – Ślicznie
wyglądasz... Boże, czym tak pachniesz? Przywiozłaś mi coś dobrego?
- Ty to masz nosa – parsknął
Louis podając mi plastikowy pojemnik. – Naleśniki z bananami i orzechami. Ale
nie licz, że tak będzie zawsze...
- Kocham cię, Katy – zdjąłem
pokrywkę i zapach, który poczułem sprawił, że dosłownie pociekła mi ślinka.
- A gdzie Harry? – odezwał się
Liam.
- Nie ma go jeszcze? – Louis
rozsiadł się na krześle, biorąc Katy na kolana. – Pewnie wciąż stoi w korku...
- Powiedział, że jest z tobą –
spojrzałem na niego zdziwiony, ładując do ust drugiego naleśnika i zapobiegawczo
chowając resztę tak, bym nie musiał zaraz dzielić się ze wszystkimi. – Przed
chwilą z nim rozmawiałem.
- Raczej byśmy go zauważyli –
zaśmiał się Mark. Posłałem Liamowi nic nie rozumiejące spojrzenie. „Dlaczego
miałby kłamać?” Zauważyłem, że przyjaciel sięga po komórkę.
- Gdzie jesteś? – rzucił do
telefonu nieźle już podenerwowany. – Jak możesz być z nim skoro on siedzi obok
mnie? – warknął. „Ktoś tu dzisiaj wstał lewą nogą...” – Z nią? Aaa... –
uśmiechnął się z ulgą. – A daleko jesteście? Dobra...
- Powinniśmy im jakieś ksywki
nadać – zaśmiałem się. – Powiedział Lou... Skąd mogłem wiedzieć, że to nie o
niego chodzi?
- Lepiej żeby się pośpieszyli –
odezwał się Liam. – Paul zaraz wyjdzie z siebie...
- Cześć, chłopaki! Kate! Jak ty
bosko wyglądasz! – na widok Lou, która z córką na rekach rzuciła się, by uściskać Katy, uśmiechnąłem się od ucha do
ucha. – Przepraszam za spóźnienie, ale straszne korki... Podobno jakiś wypadek...
- Nic nie szkodzi – powiedział
Louis. – Ale lepiej unikaj Paula. Najwyraźniej dziś gryzie...
- To w takim razie może ja pójdę
wszystko jeszcze raz sprawdzić. Tak na wszelki wypadek – pomachała nam kierując się do garderoby.
- A gdzie Harry? – zawołałem za
nią. Odwróciła się zdziwiona.
- A dlaczego mnie pytasz? Skąd
mam wiedzieć? – wzruszyła ramionami i zniknęła za drzwiami.
- Ale... – Liam zrobił się
czerwony ze złości. Mnie tam jego mina nawet bawiła, ale Zayn i Perrie, którzy akurat
weszli, trzymając się za ręce, trochę się przerazili na ten widok. – Zabiję gnoja – warknął sięgając
po komórkę tak gwałtownie, że prawie mu wypadła z dłoni. – Gdzie jesteś? – prawie
krzyknął do telefonu. – Wiesz, która godzina? Jak to zaspałeś? – nie mogłem
przestać się śmiać widząc przerażenie na twarzy przyjaciela. – Co? No ty chyba
sobie żartujesz? Boże... – Li spojrzał na nas oczami rozszerzonymi z
niedowierzania. – On dopiero się obudził, gdy do niego zadzwoniłeś – spojrzał na
mnie. Parsknąłem śmiechem. Wiem, że sytuacja może i nie jest za wesoła, bo
prawdopodobnie Paul nam zaraz łby pourywa, ale co mogłem poradzić...
- Są wszyscy? – usłyszałem głos
menadżera i odwróciłem się gwałtownie w jego stronę. „I co teraz?” – Gdzie
Harry?
- Stoi w korku – szybko odezwał
się Lou i to w dodatku z miną niewiniątka. „Kolejny raz ratuje Stylesowi
dupę...” pomyślałem, uśmiechając się. Na wszelki wypadek jednak patrzyłem
wszędzie, tylko nie na mężczyznę. – Powiedział, że pieszo byłoby szybciej, ale Liam
go przekonał, że wszędzie jest pełno fanów i lepiej żeby niepotrzebnie nie ryzykował...
- Przynajmniej jeden trzeźwo myślący –
powiedział Paul, posyłając Payne’owi spojrzenie mówiące, że jest z niego
zadowolony. „Naiwniak...” zaśmiałem się w duchu. – Zaczniemy bez niego –
zadecydował. – Kate, Mark zabierze cię do pomieszczenia dla gości, dobrze? Chłopcy
mają jeszcze spotkanie z fankami przed próbą...
- Dobrze, proszę pana – Katy
posłała mu piękny uśmiech i podniosła się z gracją z kolan Louisa. Po obowiązkowym buziaku, bez którego Lou pewnie by jej nie puścił, Mark ujął ją ostrożnie za
łokieć i zabrał do pokoju dla VIP-ów. Obejrzałem się za nią i aż zagwizdałem z
podziwu. „Te nowe ciuchy naprawdę jej służą...” uśmiechnąłem się pod nosem. Zauważyłem,
że Perrie również nie spuszczała z niej oczu, ale jej mina raczej nie była za
przyjazna...
- Czekacie aż wam ktoś wyśle
zaproszenia? – wydarł się Paul. – Do roboty!
- Ile jeszcze będziesz się na
mnie „fochać”? – Harry chyba już setny raz zadał to pytanie Liamowi. Odkąd
przyjechał, prawie spóźniając się na koncert, chodził za nim jak cień, błagając
o wybaczenie za każdym razem, gdy miał ku temu okazję. „Payne zaraz wyjdzie z siebie...” zaśmiałem się. – No przecież was
przeprosiłem i opowiedziałem co się stało. Nie mogłem jej tak zostawić –
tłumaczył się kolejny raz. – Przecież to nie moja wina, że nazywała się Louise...
- Daj mu już spokój –
powiedziałem przyciągając go za szlufki do siebie. „Nie chcę słuchać tej opowieści kolejny raz...” – On się tak naprawdę nie gniewa – usłyszałem
parsknięcie Liama, ale zauważyłem również pełen wdzięczności uśmiech... –
Przestań za nim chodzić. Lepiej byś się już przebrał, bo chcę iść do Kate i
koniecznie opowiedzieć jej twoją dzisiejszą, zwariowana przygodę – zmierzwiłem
jego loki, popychając w stronę krzesła, na którym leżały ciuchy. – Masz pięć
minut, więc lepiej się pośpiesz.
- Dzięki Lou, że mnie kryłeś –
spojrzał na mnie rozbierając się. – Niall mi powiedział...
- Nie ma sprawy – uśmiechnąłem
się. – W końcu ktoś musi dbać o twój tyłek.
- Lepiej zostaw jego dupę w
spokoju – zaśmiał się Horan. – Słyszałem, że Alex ma na nią wyłączność.
- Marzy mu się... – Zayn z całej
siły próbował się nie śmiać. Był wymordowany po występie... Nawet nie zaczął
się przebierać, po prostu opadł na fotel i starał się nie zasnąć.
- Louis – Paul pojawił się w
garderobie z miną na tyle poważną, by umilkły wszystkie żarty. – Tu masz
identyfikator dla Kate – podał mi kartę z jej zdjęciem i niezbędnymi
informacjami. – Niech to nosi przy sobie tak na wszelki wypadek... A i jeszcze
nowa legitymacja. Paszport powinien być w poniedziałek.
- Tak szybko udało ci się to
wszystko załatwić? – zdziwiłem się, chowając dokumenty do kieszeni. – Dziękuję. Naprawdę nie wiem, jak ty to robisz...
- Pewnie odprawił swoją magię –
zaśmiał się Niall.
- Albo przespał się z kim
trzeba... – mruknął Harry, ale momentalnie umilkł pod twardym spojrzeniem
menadżera. „Tak, lepiej dzisiaj już nie podskakuj, przyjacielu...”
- Umówiłem was na środę do tego
specjalisty, którego wizytówkę mi dałeś – kontynuował Paul. „Boże, czy on
kiedykolwiek sypia?” Byłem pod ogromnym wrażeniem. – Wprawdzie będziemy kawałek od
Londynu, ale zdążycie pojechać i wrócić. Zresztą chciałbym wybrać się z wami, o
ile nie będzie żadnych nieprzewidzianych wypadków...
- Jasne. Dobrze. Wspaniale –
trochę się zdenerwowałem. „Musze porozmawiać z Kate. I to w miarę szybko...” pomyślałem. Niby mam kilka dni, ale zlecą zanim się obejrzę.
- A wiesz coś może nowego w
związku z TĄ sprawą? – Zayn zaakcentował wiadome słowo. – Miałeś podobno rozmawiać z jakimś
detektywem...
- Niewiele – przyznał. – Byłem
na spotkaniu z samego rana. Wiem, że policja rozmawiała z Alex, bo wysłała mi wiadomość...
– spojrzałem na Harry’ego, ale nie wydawał się zaskoczony. – Przesłali kopie
dokumentów tutaj i ten detektyw będzie prowadził śledztwo. Póki co uważa, że
nic wam nie grozi, o ile będziemy tak ostrożni jak ostatnio. Policja ma zdjęcie
faceta i będą go szukać... Sami widzicie. Żadnych konkretów.
- A tamten ćpun z volkswagena?
– zapytał Niall.
- Zamknęli go i posłali na odwyk
– wzruszył ramionami. – Nic z niego nie wyciągnęli. Nic, co moglibyśmy
wykorzystać.
- Przynajmniej siedzi – odezwał
się Liam wzruszając ramionami.
- Tak – warknąłem. – Ale ilu
takich świrów jest na ulicy? Znajdzie sobie kolejnego, którym się posłuży...
- Nic takiego się nie stanie –
Harry objął mnie ramieniem. – Zaopiekujemy się wspólnie naszą małą
dziewczynką... – spojrzałem na niego z wdzięcznością.
- Czasami potrafisz podnieść
człowieka na duchu – powiedziałem odwzajemniając uścisk. – Ale ubierz spodnie –
parsknąłem widząc, że stoi w podkoszulku i bokserkach. – Nie wszyscy muszą
podziwiać twój tyłek.
- Nie wszyscy mogą – zaśmiał się
sięgając po dżinsy.
Koncert był... Boże, chyba nie znam
odpowiednich słów, by opisać tą całą niesamowitą atmosferę... Początkowo znów spanikowałam. „Jestem jednym wielkim, chodzącym tchórzem...” Na szczęście spokojne
zapewnienia Marka, że nikt nie może wejść do środka sprawiły, że w końcu
się uspokoiłam i pozwoliłam sobie cieszyć się muzyką. A ona była boska... Nie wiem, czy kiedykolwiek dam radę przyzwyczaić się do
tego ogłuszającego hałasu i tych pisków, ale najwyraźniej są one nieodłącznym
elementem wyrażania miłości przez fanów. „Może wystarczy zatkać uszy?” zaśmiałam się ze swoich pomysłów. Czułam niesamowite wibracje. Dosłownie wszystko drżało. „Niesamowite uczucie...”
Głośna muzyka, którą zdążyłam już pokochać. „Choć Louis wciąż nie dał mi
przesłuchać płyty” roześmiałam się. To było nie do opisania...
Ogłuszające. Niesamowite. Obezwładniające. Podniecające. I sama nie wiem jakie jeszcze, ale mogłabym tak wymieniać bez końca... Wiele głosów śpiewających piosenki razem z zespołem. „Coś cudownego...” Magia... Zachwycałam się
każdą sekundą i naprawdę się nie dziwię, że Mark miał ze mnie niezły ubaw... Pewnie zachowywałam się jak pięciolatka, która pierwszy raz znalazła się w sklepie z zabawkami i pozwolono jej wybrać sobie, co tylko chce... Uśmiechałam się od ucha do ucha za każdym razem, gdy udało mi się rozpoznać głos Louisa.
Pozwoliłam sobie się cieszyć moim pierwszym koncertem. I naprawdę miałam nadzieję, że będzie ich więcej. „Niech tylko opowiem
wszystko Alex. Padnie z zazdrości...”
Ale była też druga strona medalu...
Smutniejsza? Sama nie wiem... Na pewno dezorientująca. Próbowałam się nie przejmować i po prostu chłonąć
muzykę, ale za każdym razem, gdy ona się poruszyła, albo odezwał się jej telefon,
przypominałam sobie... Perrie... „Chyba mnie nie lubi...” kolejny raz ta myśl przeszła mi
przez głowę. „I chyba raczej na pewno...” przygryzałam wargę zastanawiając się jaki może być powód tego jej zachowania. Siedziała w pomieszczeniu razem ze mną
i Markiem, ale oprócz zdawkowego przywitania na początku, w ogóle się do nas nie
odzywała. „A może jest po prostu nieśmiała?” próbowałam na siłę znaleźć jakieś
wytłumaczenie, choć z każdą kolejną minutą przychodziło mi to coraz trudniej. „Ale wczoraj wydawała się zupełnie inna...” Nic z tego nie
rozumiałam. Miałam taką cichą nadzieję, że okaże się równie wspaniała jak Danielle,
ale najwyraźniej przeceniłam swoje szczęście. „Zayn ją kocha...” powtarzałam
sobie i chyba tylko to sprawiało, że wciąż jeszcze posyłałam w jej stronę
nieśmiałe uśmiechy. Niestety z marnym skutkiem. Przynajmniej na razie...
Gdy występ chłopców się dobiegł końca, Paul
zajrzał do nas na chwilę, by sprawdzić, czy wszystko w porządku i przy okazji przyprowadził Lux prosząc, by się nią
zaopiekować dopóki Lou nie będzie wolna. Dziewczynka najwyraźniej była już bardzo zmęczona,
bo marudziła jak nigdy. „W sumie nic dziwnego zważywszy późną godzinę...”Ale sama jej obecność sprawiła, że nie rozmyślałam już o
pięknej ukochanej Zayna, która z jakiegoś powodu mnie nie polubiła... Czułam na
sobie jej wzrok przez cały wieczór. Chyba milion razy zastanawiałam się,
dlaczego się do mnie nie odzywa, ale w
sumie ja też nie odważyłam się przerwać ciszy. Dopiero pojawienie się Lux
wypełniło pokój śmiechem. „Przerywanym marudzeniem...” przyznałam uczciwie, ale zawsze to lepsze niż krępujące milczenie.
Naprawdę zabawianie małej dzisiaj nie należało do najłatwiejszych zadań. Dopiero,
gdy Lou podrzuciła nam torbę z klockami, udało się ją zająć na dłuższą chwilę.
„Zdecydowanie zostanie kiedyś architektem” uśmiechnęłam się, budując z nią
wieżę, by mogła ją po chwili przewrócić ze śmiechem. Siedziałam z nią na
podłodze, a Mark podawał nam klocki, które odlatywały za daleko.
- Daj – Lux podała mi klocek,
który z całą moją niezdarnością wypadł mi z rąk. Próbowałam go namierzyć, macając podłogę dookoła, ale
udało mi się go znaleźć dopiero przy pomocy Marka. Uśmiechnęłam się zadowolona,
kładąc kolejny element na naszej budowli, ale zamarłam, słysząc jak Perrie
wstrzymuje oddech, by po chwili wypuścić powietrze tak powoli jak tylko mogła.
„A wiec nie wiedziała...” odwróciłam głowę w jej stronę i naprawdę miałam nadzieję, że mój wyraz twarzy był choć trochę przepraszający. „Dlaczego Zayn jej nie
powiedział?” zastanawiałam się.
- Przepraszam na chwilę – odezwała
się przez ściśnięte gardło i wyszła z pokoju. Mogłam sobie tylko wyobrażać, co
teraz myślała, ale prawdę mówiąc naprawdę nie miałam pojęcia... „Dlaczego nikt jej nie powiedział?” Zastanawiałam się ile
jeszcze może potrwać to całe spotkanie z fanami, bo jak nic przydałby jej się
opiekuńczy uścisk Zayna. „I z pewnością jakieś wyjaśnienia...”
Kiedy w końcu pojawili się
chłopcy, Lux smacznie spała na moich kolanach, pochrapując sobie cichutko. Louis
usiał ostrożnie obok i objął mnie ramieniem. Wydawał się zmęczony. Zresztą nie
tylko on. Nawet Niall był zdecydowanie cichszy niż zazwyczaj. Perrie wciąż nie było, a ja nie
miałam odwagi, by o nią zapytać. „Mówiłam, że jesteś tchórzem...” Moje drugie ja, jak zwykle, potrafiło podnieść mnie na duchu.
Lou przyszła kilka minut
później i zabrała małą, dziękując wylewnie za pomoc. I kolejny raz chwaląc mój
strój. „A podobno nie szata zdobi człowieka” zaśmiałam się chicho.
- Jak ci się podobał koncert,
Mała? – Harry opadł ciężko obok, wciskając mnie w Louisa. – Słyszałaś coś przez
te piski?
- Prawdę mówiąc nic szczególnego
– powiedziałam wzruszając ramionami. – Żartowałam! – roześmiałam się, gdy po
moich słowach zapadła dziwna cisza. – To było niesamowite! A te krzyki... O matko! Znali
wszystkie wasze piosenki! Dosłownie ściany wibrowały... A Josh i jego
perkusja – chyba było widać, że jestem zachwycona koncertem. – Miałam wrażenie,
że serce bije mi w rytmie, który wybijał. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić
jak to jest być na widowni...
- WOW! – zaśmiał się Liam. – To
się nazywa naprawdę gorąca reakcja...
- Nooo.... – Niall przyznał mu
rację. – Głodny jestem... – dodał po chwili. – Pewnie nie macie już żadnych
pyszności? – „Czyżbym słyszała nadzieję w jego głosie?” pokręciłam głową.
- Zeżarłeś wszystkie naleśniki? Podzieliłeś się z kimś chociaż?
– zapytał Lou. – I jeszcze ci mało?
- Oj, kiedy to było? – bronił
się przyjaciel. – Może zaliczymy Maca po drodze?
- Masz ochotę, skarbie? –
usłyszałam przy uchu. Wciąż się zastanawiałam, gdzie Perrie. Nie dawało mi to spokoju, że przeze mnie stąd wyszła... Może nie powinnam z
nimi jechać i wtedy ona mogłaby się lepiej bawić? Lou chyba wyczuł moje
wahanie. – Nie musimy, jeśli jesteś zmęczona. Zawsze możemy zjeść w domu...
- A co macie dobrego? –
zainteresował się Niall, rozganiając moje niezbyt wesołe myśli. „Uwielbiam tego głodomorka...”
- Nie mów mu! – powiedział
szybko mój chłopak sprawiając, że nie mogłam się nie zaśmiać.
- Dlaczego nie? Pewnie coś
pysznego... Ty samolubie... – po tych słowach usłyszałam, że Zayn parska
śmiechem, a po chwili moich uszu dobiegł jęk bólu.
- Wszystko w porządku? –
zwróciłam się w stronę obolałego przyjaciela.
- Tak, Kate – powiedział. – To
był męczący występ. Chyba spasuję i pojadę do domu... Nie wiecie, gdzie jest
Perrie?
- Chyba poszła się przewietrzyć
– odezwał się Mark. „Skąd on to niby wie?” zastanawiałam się.
- Zadzwonię do niej...
- To co macie do jedzenia? –
Niall nie dawał za wygraną.
- Czy ty nie masz własnej
lodówki? – zaśmiał się Lou. – Już późno i jesteśmy zmęczeni...
- A czy ja wam bronię iść spać?
– powiedział. – Jadę z wami.
- Nie jedziesz.
- Jadę – upierał się Niall. – Skoro nie chcesz powiedzieć, to na pewno macie coś pysznego...
- Nie wpuszczę cię – ostrzegał
Lou.
- Sam wejdę, bez obaw.
- Nie wydaje się wam, że ta
rozmowa jest trochę dziwna? – odezwał się Harry. – Ale tak na poważnie, Mała...
To co ugotowałaś?
- Jeszcze jeden! – oburzył się
Louis, ale wiedziałam, że to wszystko tylko na pokaz.
- Nie ugotowałam, tylko upiekłam... Ciasto, ale to na jutro –
powiedziałam w końcu. – Będziecie mogli spróbować, czy mi wyszło dopiero u
Danielle. I zanim poprosisz o kawałek – coś tak czułam, że Niall chce to powiedzieć –
to wiedz, że jeszcze jest nie gotowe – posłałam mu przepraszający uśmiech.
- Naprawdę zaczynam żałować, że
nie mieszkamy razem – burknął Niall. – To jedziemy, czy co? Umieram z głodu...
Lou chwycił mnie za rękę i
pociągnął w stronę wyjścia. Z każdym krokiem czułam, że powietrze jest coraz
chłodniejsze. „A gdzie Perrie?” wciąż nie dawało mi to spokoju. Chyba aż takiej
reakcji to się po niej nie spodziewałam. „Jestem ślepa, ale to przecież nie koniec świata...”
- Już gotowi? – Paul wydawał się
zdziwiony. – Sporo osób na was jeszcze czeka. Uważajcie za bramą, by nikogo nie
potrącić. Niall, Harry... Do was mówię.
- Jasna sprawa – usłyszałam, że
mój głodny przyjaciel odzyskał humor. – Lou, czym przyjechaliście?
- Mark nas przywiózł –
odpowiedział mój chłopak.
- On jest ostatnio zbyt zajęty
obściskiwaniem się z Kate na tylnym siedzeniu, by prowadzić samochód – zaśmiał się Harry, a ja
spiekłam właśnie pokazowego buraka. „O Boże...”
- Zamknij się, Styles – mruknął Louis.
– Jeszcze jedno słowo i spalę twoje alibi...
- Nie zrobiłbyś tego –
powiedział szybko Harry, ale wcale nie było słychać stuprocentowej pewności w jego głowie. –
Za bardzo mnie kochasz...
- Kate kocham bardziej – „Czy
można rozpłynąć się pod wpływem słów?” zastanawiałam się, podczas gdy moje serce
urządzało sobie pokazy akrobatyczne.
To stwierdzenie Louisa już nie
spotkało się z żadnym dowcipnym komentarzem ze strony przyjaciela... Pożegnaliśmy się z Harrym i Niallem, a
także z Liamem, który zdążył jeszcze przypomnieć, że o dziesiątej mają wywiad w
telewizji. Słyszałam gdzieś w oddali przyciszony głos Zayna, ale nie
rozróżniałam słów. Rozmawiał z Perrie. Kilka minut później podeszli do nas.
Chłopcy cicho zastanawiali się nad jutrzejszym nagraniem, a my dwie kontynuowałyśmy nasze niezręczne
milczenie... Westchnęłam. „W końcu nie wszyscy muszą mnie lubić...” Grunt, że
ta najważniejsza osoba darzy mnie prawdziwym uczuciem... Wtuliłam się w Louisa.
- Wszystko dobrze? – usłyszałam cichy
szept przy uchu.
- Tak – uśmiechnęłam się. „Nie...”
tak powinno to brzmieć. „Dlaczego...”
- Do zobaczenia jutro, Kate –
usłyszałam dźwięczny głos Perrie w momencie, gdy Lou otwierał drzwiczki
samochodu. Brzmiała tak... „Przyjaźnie...”
- Do zobaczenia jutro... – powtórzyłam, odwracając się i posyłając jej nieśmiały uśmiech. „Ja już nic z tego nie rozumiem...”